Archive

Posts Tagged ‘szwecja’

Kilka pocztówek ze Szwecji

Jakiś czas temu natrafiłam w księgarni na serię Piotra Kraśko „Okiem reportera” – cieniutkie książeczki dotyczące różnych krajów, ilustrowane kolorowymi fotografiami. Prawdopodobnie nie zainteresowałabym się nimi bliżej – wolę jednak bardziej wyczerpujące opracowania, pisane przez ludzi, którzy więcej czasu spędzili w danym miejscu, Kraśko natomiast wydaje się „specjalistą od wszystkiego” biorąc pod uwagę tematykę książeczek – ale zbliżający się wyjazd do Szwecji sprawił, że byłam wyczulona na wszelkie pozycje o tym kraju i kiedy zobaczyłam książkę dotyczącą tego właśnie kraju na półce u mojego ucznia, natychmiast ją pożyczyłam. Lektura nie zajęła mi zbyt dużo czasu, w sam raz na podróż autobusem bądź pociągiem, jeśli ma się w odwodzie jeszcze jedną książkę lub czasopismo.

„Szwecja. Okiem reportera” to właściwie zbiór ciekawostek dotyczących tej części Skandynawii. Zwłaszcza dla osób interesujących się Szwecją od niedawna lub chcących poznać jedynie kilka szczegółów przed wyjazdem do kraju (poza lekturą przewodnika) lektura będzie zaskakująca i przyjemna. Kraśko pisze prosto i z humorem, książkę czyta się błyskawicznie. Między innymi opowiada o sławnych kiszonych śledziach, których zapach sprawia, że otwierane są pod wodą i wiele linii lotniczych nie zgadza się na wniesienie ich na pokład. Znaleźć też w książeczce można trochę historii, a dokładniej o szwedzkim królu, który wcześniej służył Napoleonowi jako marszałek. Nie zabrakło też opisu wywiadu ze szwedzką rodziną królewską i przygotowań do niego – Kraśko był wręcz zdumiony otwartością i skromnością monarchów. Wystarczy dodać, że króla można spotkać jadącego do pacy na rowerze, a wszystko staje się jasne. Szwedzi (uogólniając w ślad za książką i tym, co usłyszałam bądź przeczytałam będąc w Sztokholmie) swojego króla uwielbiają i w sumie ciężko im się dziwić. Reporter dołączył do swej książki także wątek o bodaj najsłynniejszym zespole pochodzącym ze Szwecji – nie chodzi jednak o zwycięstwo w Eurowizji, a historię o tym, jak ABBA wystąpili (wystąpiła? ;)) podczas uroczystości dla nowej królowej – Sylwii, małżonki Karola Gustwa. Aż wreszcie poczytać możemy kilka słów o Lapończykach (Saamach) i lodowym hotelu. Wszystko to przedstawione w wiarygodny, sympatyczny sposób.

Nietrudno jednak zgadnąć, że książka pozostawia niedosyt, że jest to jedynie zbiorek zaskakujących bądź po prostu interesujących faktów. A przecież nawet tych ciekawostek związanych ze Szwecją znaleźć można by było znacznie, znacznie więcej. Osoby zainteresowane Skandynawią wiele nowego tam dla siebie nie znajdą i raczej na pewno odczują zawód, kiedy skończą czytać – jak na książkę za mało w niej treści! Na plus wydawcy trzeba jednak dodać, że National Geographic nie oszukuje kupującego – „Szwecja. Okiem reportera” wydana jest w małych gabarytach, zdjęcia ani czcionka nie „robią objętości”, jeśli kupujesz ją w księgarni, widzisz na co się decydujesz. Ja sama po inne książeczki z serii raczej nie sięgnę, chyba że same wpadną mi w ręce, tym bardziej przed podróżą w jakieś miejsce…

Tytuł: Szwecja. Okiem reportera
Autor: Piotr Kraśko
Wydawnictwo: National Geographic, 2012
Ilość stron: 112
Moja ocena: 3/6


Długo mnie tu nie było… Nie piszę, ale czytam. Mam nadzieję, że wkrótce będę mogła wrócić na dobre i poważniej zająć się blogiem. Mam pomysły, chęci – ale czasu brak… Powinno być już jednak lepiej. Dziękuję Wam wszystkim za zaglądanie i komentowanie, obiecuję się poprawić :)

Upadek rodziny po szwedzku

Szwedzkie pisarki piszące powieści obyczajowe (o popularnych kryminałach nie mogę się wypowiadać, w przeciągu ostatnich kilku lat czytałam chyba tylko jeden „prawdziwy” kryminał, a były to „Psy z Rygi” Menkella), które miałam okazję już poznać mają specyficzny, rozpoznawalny styl. Nawet jeśli fabuła jest oryginalna, a ujęcie tematu odmienne od innych – jest w tych książkach coś, co sprawia, że spokojnie można stwierdzić, że tę książkę pisała Szwedka. Być może tak jest generalnie z autorami pochodzącymi z jednego kraju, mnie taka refleksja nasunęła się w przypadku autorek z tego ponoć pięknego skandynawskiego kraju. Ta rozpoznawalność nie jest jednak czymś, co mnie irytuje bądź nudzi – wręcz przeciwnie, mogę czytać skandynawskie sagi rodzinne bez końca (choć przerwy między jednym a drugim tytułem są wskazane) i nawet jeśli nie w każdej znajdę dla siebie coś nowego, nie każda mnie zachwyci, to jednak sam nastrój tam panujący sprawia, że czytanie jest dla mnie wielką przyjemnością, pomimo nawet zazwyczaj ciężkiej i pesymistycznej treści. To zresztą tyczy się większości literatury skandynawskiej, którą wciąż poznaję i im więcej znam, tym więcej poznawać pragnę.

Przejdźmy jednak do „Domu Augusty” Majgull Axselsson, od którego nie mogłam się oderwać. Fabuła jest dość klasyczna: poznajemy trzy kobiety z różnych pokoleń szwedzkiej rodziny, które mimo dzielących je lat i doświadczeń życiowych popełniają te same błędy, bezwiednie podążają podobnymi ścieżkami i mają podobne nadzieje i marzenia. Ich życie wypełnia tęsknota, której nie potrafią do końca sprecyzować ani ukierunkować. Osamotnione tak jak i pozostali członkowie, a przynajmniej członkinie rodu, nie potrafią się otworzyć, poszukać pomocy lub przynajmniej przyjąć wyciągniętej ręki. Zatopione gdzieś pomiędzy przeszłością a przyszłością nie dostrzegają, że inni ludzie borykają się z podobnymi problemami, że ciotka lub babka byłaby w stanie zrozumieć dramat, gdyby tylko miała szansę się o nim dowiedzieć. Z drugiej strony jednak kobiety w rodzinie patrzą na siebie przez pryzmat oczekiwań, zawiedzionych nadziei, nie radząc sobie ze sobą nie widzą możliwości pomocy komuś innemu. Najboleśniejszy konflikt urasta na linii matka-córka. O ile w „Annie, Hannie i Johannie” Marianne Fredriksson, która mnie zachwyciła, wzajemne pretensje i brak zrozumienia osłodzony jest ciepłem miłości, niekiedy aż trudnej do wyrażenia, o tyle w „Domu Augusty” na pierwszy plan wybija się niechęć, a nieokazywania miłości nie można wytłumaczyć trudnością jej wyrażania, ale po prostu jej brakiem. To synowie przywłaszczają sobie uczucia matki, rzadko któremu mężczyźnie jednak udaje się zdobyć głębsze uczucie żony, tym bardziej je utrzymać. Większość męskich bohaterów przedstawionych jest niczym istoty z innego świata, raczej w negatywnym świetle. Nie są to rycerze ratujący delikatne niewiasty, raczej trolle dokładające im zmartwień i potęgujący uczucie wyobcowania.

Patrząc na rodzinę Augusty można zauważyć, że w każdym kolejnym pokoleniu mimo zmieniających się teoretycznie na lepsze czasów, wzrastającej wolności kobiet i pomocy socjalnej rodzina staje się coraz bardziej dysfunkcyjna, a związki międzyludzkie ulegają rozluźnieniu. Nastoletnia Andżelika, najmłodsza z kobiet w rodzinie, balansuje na krawędzi niebezpieczeństwa, a jej pragnienie bezpieczeństwa i zainteresowania pcha ją ku drastycznym wyborom, moralnie dwuznacznym decyzjom, a w rezultacie do tragicznego finału. Duszna i przytłaczająca atmosfera książki wymaga od czytelnika pewnej siły psychicznej, a i tak co jakiś czas wyciska z oczu łzy. Nagromadzenie nieszczęść mogłoby irytować zachwianiem realizmu, jednak ja dopatrywałabym się raczej tchnienia starożytnej tragedii, gdzie na końcu czeka czytelnika katharsis pozwalające głęboko zaczerpnąć powietrza.

Co jeszcze uznaję za typowe dla szwedzkich pisarek i czego już właściwie oczekuję sięgając po skandynawską książkę – to styl. Majgull Axselsson nie zawodzi, z wyczuciem opisując uczucia i myśli bohaterek, wyważając opisy dramatycznych przeżyć i wplatając w to wszystko odrobinę baśni z opowieści Augusty. Takie magiczne wtręty to mój czuły punkt i strasznie mi się to spodobało, zwłaszcza w kontekście rozbudowy miast i tworzenia fabryk jako zagłady dla legend i baśni. Przecież chyba nigdzie lasy nie roją się tak od magicznych stworzeń jak w Skandynawii! Na pewno sięgnę po kolejne książki Majgull Axselsson i już teraz nastawiam się na wyśmienitą lekturę.

Tytuł: Dom Augusty
Tytuł oryginału: Slumpvandring
Autor: Majgull Axselsson
Tłumaczenie: Katarzyna Tubylweicz
Wydawnictwo: WAB, 2008
Ilość stron: 452
Moja ocena: 5/6

Według babki, według matki i według córki

Książkę Marianny Fredriksson „Anna, Hanna i Johanna” miałam od dość dawna na swojej liście pozycji do przeczytania, natrafiłam na nią kiedyś przy okazji przeglądania książkowych blogów. Motywacją końcem końców okazało się być jednak wyzwanie Kraje Nordyckie (które ukończyłam w terminie, ale wciąż mam dwie zaległe recenzje do napisania – tę oraz „Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna”…) i fakt znalezienia tego tytułu w osiedlowej bibliotece. Miałam sporo szczęścia, ponieważ książka „Anna, Hanna i Johanna” nie są aktualnie dostępne w sprzedaży i nie słyszałam o planach dodruku. Szczęśliwie dla mnie się złożyło, że tuż po moim przeczytaniu trafiłam na aukcję, na której ktoś „Annę…” sprzedawał i jestem szczęśliwą posiadaczką swojej własnej kopii. Jest to bowiem jedna z najlepszych książek, jakie czytałam w tym roku! Choć fabuła nie jest szczytem oryginalności i powieści tego rodzaju powstało sporo, uwielbiam ten rodzaj książek – rodzinne sagi, głównie z punktu widzenia kobiet, pełne uczuć, analizy psychologicznej, rodzinnych tajemnic, a w tle zmiany społeczne i historyczne. Dodatkowo jesienna melancholia i ogarniające mnie ostatnio przygnębienie posłużyły za idealne warunki do czytania powieści Fredriksson.

Bohaterkami są trzy kobiety, przedstawicielki różnych pokoleń jednej rodziny. Babka, matka i córka żyły w różnych czasach, które w dużym stopniu determinowały ich wybory i sposób patrzenia na życie. Jednak zaskakująco dużo zdawały się mieć do powiedzenia geny lub przeznaczenie, w myśl którego czyny matek oddziaływały tak silnie na życie córek, że mniej lub bardziej świadomie powtarzały one część wzorców z życia starszych kobiet, które same krytykowały i od których chciały się odciąć. Skomplikowane relacje, w których żale i poczucie krzywdy mieszają się z poczuciem winy, miłością i czułością nie stwarzają odpowiednich warunków do szczerych rozmów. Fabuła powieści zawiązuje się w drugiej połowie XX wieku. Anna nie potrafi poradzić sobie z emocjami, gdy czuwa nad szpitalnym łóżkiem umierającej matki, Johanny. Stara się zrozumieć życie i przeszłość tej tak bliskiej jej kobiety, o nic już jednak nie może jej zapytać, bo Johanna rzadko kiedy odzyskuje świadomość. Anna szybko orientuje się, że by zrozumieć życie własnej matki, musi cofnąć się jeszcze jedno pokolenie wstecz i poznać babkę Hannę. Zdobywając informacje na temat przeszłości rodziny, składając je w jedną całość z rozsypki faktów, zasłyszanych gdzieś stwierdzeń oraz własnych domysłów, Anna tworzy portret niezwykłych kobiet, w międzyczasie wnikając też w głąb siebie. Autorka oddaje głos wszystkim trzem kobietom, czytelnicy otrzymują więc kompletny obraz rodziny, wzruszający i intrygujący, pełen mroku, ale i ciepła. W tle natomiast umieszcza Szwecję, pokazując zachodzące w niej przemiany. Podróż w przeszłość i obserwowanie zmian wraz z bohaterkami, uczestniczenie w części z nich jest fascynujące. Nie znałam szczegółowej historii Szwecji i choć nie ma tu historycznych wtrętów, politycznych dyskusji ani autentycznych biografii, Fredriksson zdołała subtelnie umieścić w swojej książce zmiany obyczajowe i społeczne, nie siląc się na ich ocenę. Hanna, Johanna i najmłodsza z nich Anna są dziećmi swoich epok, choć nie zawsze potrafią się dostosować do aktualnych wydarzeń i myśli, a historia ich nie oszczędza i puka do drzwi domów.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele fabuły, choć jak już wspomniałam na początku, nie ma tu zaskakujących rozwiązań, zwrotów akcji i szokujących tajemnic. To książka na wskroś obyczajowa, przy czym w tym wypadku to określenie całkowicie pozytywne, nic powieści nie ujmujące (to chyba mój ulubiony rodzaj książek, ale często wrzucany do jednego worka z chick-litem i romansami nienajwyższych lotów może kojarzyć się negatywnie – nic z tych rzeczy!). Fredriksson pisze bardzo przyjemnym językiem, kreśli prawdopodobne portrety psychologiczne. Nie mogłam oderwać się od lektury i długo po jej zakończeniu wciąż o niej rozmyślałam. Wpasowała się idealnie w moje czytelnicze potrzeby, ale mogę ją także z czystym sumieniem polecić każdemu, kto lubi takie rodzinne sagi ze skandynawskimi krajami w tle. Ja już zdobyłam kolejną książkę Marianne Fredriksson, „Elisabeth i Katarina”, która wydaje się być zbliżona w treści do opisywanej przeze mnie powieści. Już cieszę się na lekturę!

Tytuł: Anna, Hanna i Johanna
Tytuł oryginalny: Anna, Hanna och Johanna
Autor: Anne Bishop
Wydawnictwo: Świat Książki, 1999
Ilość stron: 381
Moja ocena: 6/6

Chłodne polarne lato

Jak wyobrażam sobie lato polarne? Już sama nazwa wydaje się niepokojąca, przywodzi na myśl oślepiające słońce, które jednak wcale nie ogrzewa zmarzniętego ciała. Taka właśnie jest książka „Lato polarne” autorstwa Anne Swärd – nie pod względem emocji, jakie wzbudza, ale treści. Opowiada bowiem o skomplikowanych relacjach pewnej szwedzkiej rodziny, która rozsypała się już dawno temu, ale wciąż udaje, że utrzymuje ze sobą w miarę poprawne relacje.

Ingrid i Jack zapałali do siebie uczuciem od samego początku. Uczuciem, które z tak wielu przyczyn próbowali zdusić, a które z nimi wygrało. Narodziny dzieci, proza życia aż wreszcie zdrada i jej owoc – mała Kaj, oddalały od siebie małżonków, aż wreszcie na dobre znikli ze swego życia. Po latach jeden z braci, Krystian wraca do rodzinnego domu, żeby zaopiekować się przyrodnią siostrą podczas nieobecności matki. Niby tęski za Kaj, która na jego punkcie szaleje na swój dziwny, zaborczy sposób, ale z drugiej strony wolałby więcej się tam nie pojawiać. Kaj wymaga nieustannej opieki. Dlaczego? Czy nie poradziłaby sobie sama? Czy to nadmierna wrażliwość, czy nieustanne balansowanie na skraju szaleństwa pozbawiają dziewczynę wolności? Żywiołem dziewczyny jest morze i fakt, że rodzinny dom znajduje się tak blisko niego stanowi wygodny pretekst. Ingrid opiekuje się Kaj, choć nie jest ona jej córką a nieustannym przypomnieniem krzywdy męża. Kobieta zgadza się wyjechać na Florydę ze swoim najstarszym synem Jensem, ale myślami wciąż jest w domu. Wybuchowy Jens ma swoje własne plany w słonecznej Ameryce, ale w jego naturze nie leży dzielenie się z kimkolwiek, więc zostawia żonę w pełnej nieświadomości. Lisette czuje się zdradzona – do listy swoich wiecznych żalów i pretensji dopisuje fakt, iż mąż nie zabrał jej na wycieczkę, że wolał jechać z matką… Wszystkie te żale, niedopowiedziane pretensje, niewygasłe uczucia i ból rozsadzający piersi muszą w końcu wybuchnąć. A wszystko to zdarzy się właśnie wtedy – pewnego upalnego lata polarnego, kiedy słońce pali, a niebo nabrzmiałe jest wilgocią, ale wszystko pozostaje chłodne i nieprzychylne. Tak jak gwałtowne i gorące uczucia bohaterów, w których cieple nie da się jednak ogrzać.

Anne Swärd podzieliła swoją powieść na rozdziały oddając głos każdemu z bohaterów. Mimo to nie uzyskujemy odpowiedzi na wszystkie pytania i po skończeniu lektury wciąż można się zastanawiać: ale dlaczego tak się stało? Co mogło znaczyć dane zachowanie? Składa się na to także wspaniały język, którym posługuje się Szwedka. Uwielbiam książki, w których autor nie pisze całkowicie bezpośrednio o uczuciach swoich bohaterów, ale pozwala czytelnikom niejako odgadywać emocje ukryte między dialogami i opisami przeżyć. W „Lato polarne” uczuć jest pełno, to one stanowią treść i główny motor wydarzeń, często jednak pozostają nienazwane, nie dostajemy ich na tacy z podpisaną etykietką. Swärd pisze wyraziście i subtelnie zarazem, uderzając niekiedy niczego się niespodziewającego czytelnika mocną sceną.

Jak można się domyślić, zakończenie nie będzie łatwe, lekkie i przyjemne. Zostawi czytelnika z pytaniami i refleksjami, ale i satysfakcją. Tak przynajmniej było w moim przypadku i mam nadzieję, że każdy znajdzie w tej książce coś, co go poruszy. Warto przeczytać i dać się porwać tej dziwnej historii, pełnej ćmiącego bólu historii rodziny, która przecież chciała być po prostu szczęśliwa i interesujących, różnorodnych postaci. Ostrzegam – będzie pesymistycznie, ale czasem tak smutna, gnębiąca wręcz lektura może podziałać niemalże oczyszczająco.

Moja ocena: 5/6
Anne Swärd, „Lato polarne” (Czarne, 2007)

„Psy z Rygi” Henning Mankell

0rygi200

Z weekendu w Gdańsku przywiozłam poza miłymi wspomnieniami zapalenie gardła, więc choć nie nadaję się do zbyt wymagających zadań, postanowiłam nadrobić choć pisanie recenzji, bo wciąż mam na liście kilka zaległych pozycji, o których chcę napisać kilka zdań. Na bieżąco natomiast zaczytuję się w „Annie Kareninie”, ale idzie mi powoli – delektuję się lekturą i (niestety) zajmuję innymi sprawami, które zwlekać nie mogą i wygrywają nawet z pierwszorzędną książką.

Recenzję „Psów z Rygi” Henninga Mankella dla wielbicieli komisarza Wallandera napisała niedawno Zosik, dla mnie natomiast było to pierwsze zetknięcie z pisarstwem Mankella, a także powrót do czytania kryminałów po bardzo długiej przerwie. Od razu polubiłam Kurta Wallandera, komisarza walczącego z przestępcami i swoimi słabościami. Nie jest to jeden z superbohaterów rodem z filmów sensacyjnych, żaden z niego Sherlock Holmes, ale ma łeb na karku i potrafi kojarzyć fakty, a przy tym wydaje się być człowiekiem z krwi i kości, borykającym się z normalnymi problemami: niepoukładane relacje z ojcem i córką, brak po stracie partnera z pracy, a także kłopoty ze zdrowiem. Przede wszystkim Wallander wydał mi się przejmująco samotny w swoim zimnym mieście, bez planów, bez pomysłu, wegetujący bardziej niż żyjący do tego stopnia, że nawet jego teoretyczny urlop w górach wydawał się nie pasować do jego szaro-białego życia. Myślę, że to właśnie ta pustka popchnęła komisarza do działania i rozwiązywania spisku, a także z góry skazanej na niepowodzenie fascynacji.

Na czym polega sam spisek? W lutym 1991 do wybrzeży Skanii przybija ponton ze zwłokami dwóch mężczyzn ubranymi w garnitury? Ciężko stwierdzić cokolwiek pewnego na ich temat, ale wszystkie tropy prowadzą do Europy Wschodniej, a w końcu do Rygi, gdzie Wallander musi się udać, a gdzie jest jeszcze zimniej i samotniej niż w jego rodzinnej Szwecji. Sama intryga wydała mi się mało kryminalna – choć komisarz rozwiązuje mroczną zagadkę, to fabuła nie koncentruje się na zbieraniu dowodów, łączeniu faktów – Wallander uczestniczy w tajemnych rozgrywkach rządu bez pełnej świadomości, co się dzieje. To książka sensacyjna, możnaby się nawet pokusić o użycie słowa thriller, nie jest natomiast typową prozą detektywistyczną. Nie stanowi to jednak jej minusa – mroczny klimat, zagadkowa intryga, wszechobecne zimno i zwykli ludzie w centrum dość niezwykłych wydarzeń – wszystko to sprawia, że fabuła wciąga, bohaterom kibicuje się z całego serca i cały czas powtarza „to już ostatni rozdział i idę spać… no, jeszcze do końca strony i już naprawdę… ok, do końca linijki i tyle na dziś…”

W dużym skrócie rzecz ujmując: podobało mi się i to nawet bardzo. Zaznaczam, że nie mam porównania do innych części serii, ale myślę, że to godna uwagi pozycja dla wszystkich miłośników kryminałów i dobrej literatury każdego rodzaju. Na pewno nie będzie to moje ostatnie spotkanie z Mankellem.

4,5
Henning Mankell, „Psy z Rygi” (WAB, 2008)