Archiwum

Archive for Czerwiec 2009

Wakacje

Czytając „Annę Kareninę”, natrafiłam na jedno z moich ukochanych określeń, które znaleźć można tylko w klasyce – otóż że ktoś jedzie „do wód”. Sama nie wiem dlaczego, ale do jeżdżenie za granicę do wód w formie leku na całe zło rozczula mnie niepomiernie, a dodatkowo tyczy się świata szlachty, który przeminął i może dlatego jakoś mnie tak nostalgicznie nastraja? Macie takie swoje ulubione określenia?

Sama się co prawda do wód nie wybieram, choć może bym wreszcie do końca wyzdrowiała, ale jutro skoro świt wyjeżdżam na dwa tygodnie na Słowenię, na tak zwane Summer School. Pierwszy raz w życiu będę lecieć samolotem i mam nadzieję, że to przeżyję…

Tymczasem więc życzę Wam słonecznych urlopów i wypoczynku :)

Kategorie:o sobie

„Psy z Rygi” Henning Mankell

0rygi200

Z weekendu w Gdańsku przywiozłam poza miłymi wspomnieniami zapalenie gardła, więc choć nie nadaję się do zbyt wymagających zadań, postanowiłam nadrobić choć pisanie recenzji, bo wciąż mam na liście kilka zaległych pozycji, o których chcę napisać kilka zdań. Na bieżąco natomiast zaczytuję się w „Annie Kareninie”, ale idzie mi powoli – delektuję się lekturą i (niestety) zajmuję innymi sprawami, które zwlekać nie mogą i wygrywają nawet z pierwszorzędną książką.

Recenzję „Psów z Rygi” Henninga Mankella dla wielbicieli komisarza Wallandera napisała niedawno Zosik, dla mnie natomiast było to pierwsze zetknięcie z pisarstwem Mankella, a także powrót do czytania kryminałów po bardzo długiej przerwie. Od razu polubiłam Kurta Wallandera, komisarza walczącego z przestępcami i swoimi słabościami. Nie jest to jeden z superbohaterów rodem z filmów sensacyjnych, żaden z niego Sherlock Holmes, ale ma łeb na karku i potrafi kojarzyć fakty, a przy tym wydaje się być człowiekiem z krwi i kości, borykającym się z normalnymi problemami: niepoukładane relacje z ojcem i córką, brak po stracie partnera z pracy, a także kłopoty ze zdrowiem. Przede wszystkim Wallander wydał mi się przejmująco samotny w swoim zimnym mieście, bez planów, bez pomysłu, wegetujący bardziej niż żyjący do tego stopnia, że nawet jego teoretyczny urlop w górach wydawał się nie pasować do jego szaro-białego życia. Myślę, że to właśnie ta pustka popchnęła komisarza do działania i rozwiązywania spisku, a także z góry skazanej na niepowodzenie fascynacji.

Na czym polega sam spisek? W lutym 1991 do wybrzeży Skanii przybija ponton ze zwłokami dwóch mężczyzn ubranymi w garnitury? Ciężko stwierdzić cokolwiek pewnego na ich temat, ale wszystkie tropy prowadzą do Europy Wschodniej, a w końcu do Rygi, gdzie Wallander musi się udać, a gdzie jest jeszcze zimniej i samotniej niż w jego rodzinnej Szwecji. Sama intryga wydała mi się mało kryminalna – choć komisarz rozwiązuje mroczną zagadkę, to fabuła nie koncentruje się na zbieraniu dowodów, łączeniu faktów – Wallander uczestniczy w tajemnych rozgrywkach rządu bez pełnej świadomości, co się dzieje. To książka sensacyjna, możnaby się nawet pokusić o użycie słowa thriller, nie jest natomiast typową prozą detektywistyczną. Nie stanowi to jednak jej minusa – mroczny klimat, zagadkowa intryga, wszechobecne zimno i zwykli ludzie w centrum dość niezwykłych wydarzeń – wszystko to sprawia, że fabuła wciąga, bohaterom kibicuje się z całego serca i cały czas powtarza „to już ostatni rozdział i idę spać… no, jeszcze do końca strony i już naprawdę… ok, do końca linijki i tyle na dziś…”

W dużym skrócie rzecz ujmując: podobało mi się i to nawet bardzo. Zaznaczam, że nie mam porównania do innych części serii, ale myślę, że to godna uwagi pozycja dla wszystkich miłośników kryminałów i dobrej literatury każdego rodzaju. Na pewno nie będzie to moje ostatnie spotkanie z Mankellem.

4,5
Henning Mankell, „Psy z Rygi” (WAB, 2008)

„Coś pożyczonego” Emily Giffin

eg

Tyle się nasłuchałam dobrego o tej książce – że wciągająca, pogodna i przyjemna. Czyta się błyskawicznie i poprawia nastrój. Ponieważ „Coś pożyczonego” zostało pożyczone mojej siostrze – skorzystałam z okazji i przeczytałam. Czyta się rzeczywiście bardzo szybko, ale to jedyna pozytywna dla mnie refleksja po tej lekturze. Fabuła opowiada historię z życia grupki odnoszących (względne) sukcesy grupki trzydziestolatków z Manhattanu. Rachel ma zostać pierwszą druhną na ślubie swojej najlepszej przyjaciółki jeszcze z czasów dzieciństwa, Darcy, która za kilka miesięcy ma poślubić przyjaciela Rachel z okresu studiów, Deksa (nie poradzę nic na to, że ów skrót od imienia Dexter nieodmiennie kojarzył mi się z keksem). Dex stanowi ucieleśnienie wszelkich cnót ‚prawdziwego amerykańskiego mężczyzny’ – już na studiach wyróżniał się wśród kolegów nie tylko nieskazitelnym wyglądem, ale również nieprzeciętną inteligencją, pewnością siebie, zdolnościami i błyskotliwością. Jego przyszła żona została natomiast opisana jako jego zupełne przeciwieństwo – piękna, ale pusta, rozpieszczona, apodyktyczna i zachłanna pozerka, egoistka zachowująca się zazwyczaj głupio i dziecinnie. Mimo to kocha ją Dex, a Rachel daży mieszaniną przyjaźni i goryczy, co i tak ciężko zrozumieć. Na trzydziestych urodzinach Rachel dochodzi do zdarzenia, które burzy dotychczasowy spokój – Rachel i Dex spędzają ze sobą noc i choć starają się utrzymać to w sekrecie, a najlepiej zapomnieć o całej sprawie, okazuje się, że czują do siebie coś poza przyjaźnią. Nie muszę pisać, jak cała historia się skończy, bo czytelnik już to wie zanim zacznie czytać. Choć Rachel męczą wyrzuty sumienia, to nie są one zbyt poważne – ma mnóstwo na swoje usprawiedliwienie. Autorka pilnuje, by Darcy ani przez chwilę nie wydała się czytelnikowi sympatyczna, aby nie zasługiwała na współczucie. I dzięki temu powtarzane w książce stwierdzenie, że „świat nie jest czarno-biały” zupełnie się w powieści nie sprawdza.

Nie spodziewałam się po tej książce głębi psychologicznej, nie myślałam, że Giffin poruszy trudne tematy zdrady i kobiecej solidarności w sposób skłaniający do refleksji i dający w kość. Chciałam czegoś zabawnego i błyskotliwego, a tymczasem umęczyłam się czytając. Pewnie powinnam się domyślić takiego obrotu spraw, bo zachwalane „Diabeł ubiera się u Prady” nie podobało mi się wcale, a jednak dałam szansę „Czemuś pożyczonemu”. Nie odpowiada mi świat nowojorskich biznesmenów i prawniczek, nie kojarzę większości nazwisk projektantów i nie śmieszy mnie większość żartów wypowiadanych przez postacie. Rachel nie wzbudziła mojej sympatii – jej wyrzuty sumienia są tak powierzchowne, że właściwie cieszy się, że wygrała ze swoją przyjaciółką, że to ją pokochał Dex (postać bez większego wyrazu), a autorka upewnia czytelnika, że nawet końcowe zdarzenia przemawiają na korzyść Rachel i fakt zdrady zostaje przyćmiony przez to, co zrobiła Darcy. Ani na chwilę nie możemy zapomnieć, że to ona jest ta zła, ta najgorsza. Fabuła wlecze się więc przez 400 stron bez większych zwrotów akcji, a ja zastanawiałam się, dlaczego właściwie to czytam, zamiast robić coś pożytecznego. Być może po prostu nie jest to powieść w moim guście, innym czytelniczkom może się spodobać, ale ja daruję sobie więcej spotkań z tą autorką.

2/6
Emily Giffin, „Coś pożyczonego” (Otwarte, 2007)

Japoński wachlarz – Joanna Bator

Japonski-wachlarz_Joanna-Bator,images_product,23,978-83-7163-454-3

Moja przygoda z Japonią zaczęła się, gdy dziecięciem przedszkolnym będąc oglądałam serial „Tajemnicze Złote Miasta”. Następnie fascynowały mnie Japonki w kimonach, potem przyszedł czas na japońską animację, aż wreszcie zainteresowałam się „całą” kulturą Japonii, życiem w tym kraju, jego historią i popkulturą. Co publikacja, Japonia pokazuje trochę inną twarz, autor koncentruje się na innym zagadnieniu i obrazy zyskują nowe wymiary lub wyglądają na inne, niż dotąd mi się wydawały. Może kiedyś uda mi się sprawdzić, jaka dla mnie samej jest Japonia, póki co muszę zadowolić się lekturą.

Koleżanka pożyczająca mi „Japoński Wachlarz” Joanny Bator ostrzegła mnie, że książka może zburzyć moje dotychczasowe widzenie Japonii. Choć byłam przygotowana na treść książki i dawno już przestałam wierzyć, że Japończycy biegają w kimonach i parzą herbatę do śniadania, a Tokio wygląda jak z okresu Edo, to jednak wiele spostrzeżeń zapisanych przez Bator mnie zaintrygowało i zaciekawiło. Autorka spędziła w Japonii dwa lata pracując na tamtejszym uniwersytecie. Poznawała kraj (głównie Tokio) według własnego uznania, koncentrując się na ciekawiących ją rzeczach, a także codziennym życiu, które powoli stawało się jej udziałem. Jej przewodnikami byli mieszkańcy miasta, głównie kobiety, które dopuszczały ją do fragmentów swojego prywatnego życia, czasem wprowadzając w świat nie tak łatwo dostępny dla cudzoziemców. Dzięki temu dowiedziałam się o „Wodnych dzieciach”, zjawisku istniejącym chyba tylko w Japonii i dużo mówiącym o tym kraju, gdzie teraźniejszość, pełna nowoczesnej technologii i wszechobecnej popkultury miesza się w sposób naturalny z przeszłością a także światem nadprzyrodzonym. Nic dziwnego, że Japończycy tworzą tak klimatyczne filmy i książki, realizm magiczny to dla nich codzienność w zwykłym życiu.

Tokio z książki Bator to miasto pełne sprzeczności, wobec którego nie sposób pozostać obojętnym. Nie wiem, czy potrafiłabym je pokochać, ale sam opis zafascynował mnie na tyle, że moje zainteresowanie Japonią przeżywa ponowny rozkwit. Autorka zwraca uwagę na wiele rzeczy, o których chętnie dowiedziałabym się więcej. Najbardziej spodobał mi się fragment o kąpielach, bardzo lubię ten temat i w tym aspekcie kultury Nipponu na pewno bym się odnalazła, bo już teraz jest mi bardzo bliski. A namaczać się w gorących źródłach… Ach, brzmi to fantastycznie i od dawna jest moim marzeniem. Zupełnie natomiast nie przemawia do mnie japońska kuchnia, ale może znalazłabym w niej coś dla siebie. Choć na codzień Bator zajmuje się antropologią, patrzy na Japonię przede wszystkim z punktu widzenia turysty, a dokładniej turystki, bo płeć odgrywa rolę w jej odkrywaniu Kraju Kwitnącej Wiśni. „Japoński Wachlarz” czyta się szybko i bardzo dobrze. Wiele rzeczy wyjaśnia (np. fenomen lolitek), nasuwa jeszcze więcej pytań. Jedyne co trochę mi przeszkadzało, to fakt, że chwilami autorka trochę się powtarzała, chcąc podkreślić pewne opisywane przez siebie spostrzeżenia używała wciąż tych samych określeń, co chwilami mnie nużyło (np. to, że Tokio jest stertą betonu albo sformułowanie „androginiczny chłopiec”), ale z drugiej strony trochę się w tej chwili czepiam. Książka przypomina mi kolekcję pocztówek z Japonii – zbiór przemyśleń i spostrzeżeń dotyczących kraju, podanych w naprawdę dobrej formie. Polecam tę książkę każdemu, zwłaszcza osobom interesującym się Japonią.

4,5/6
Joanna Bator, „Japoński Wachlarz” (Twój Styl, 2008)

Tysiąc wspaniałych słońc

tsw

O Afganistanie nie wiedziałam wiele, poza informacjami dotyczącymi wojny. Nawet o wojnie wiedziałam same podstawowe rzeczy, bez zagłębiania się w szczegóły. Dopiero od jakiegoś czasu cały Bliski Wschód, a w tym i Afganistan, stały mi się bliższe i zaczęłam się bardziej interesować tą częścią świata. Wprawdzie nadal moja wiedza jest pełna luk, ale chętnie sięgam po książki na ten temat, zarówno reportaże jak i powieści. Pisząc o powieściach o tematyce afgańskiej nie można nie wspomnieć o Khaledzie Hosseini.

W „Chłopcu z latawcem” Khaled Hosseini opowiedział historię mężczyzn, którzy opuścili Afganistan tuż przed wojną. W „Tysiącu wspaniałych słońc” na pierwszy plan wysuwają się kobiety, które zostały w kraju i przeżyły wszystkie nieszczęścia, jakie spadły na Afganistan. Mariam i Laila to dwie bardzo różne kobiety, które spotykają się w domu mężczyzny, który staje się mężem ich obydwu. Mariam zostaje żoną Rasheeda w młodym wieku, tuż po śmierci matki. Ponieważ nie może dać swojemu mężowi syna, po latach poślubia on Lailę, która już w trakcie wojny straciła wszystkich swoich bliskich. W piekle zamieszek i przemocy kobiety powoli nawiązują wspólny język i zaczynają się wspierać, widząc w tym jedyny sposób na przetrwanie.

„Tysiąc wspaniałych słońc” jest książką napisaną ładnym, choć prostym językiem. Razi trochę nieskomplikowana budowa bohaterów – jeśli ktoś jest dobry, pozostaje taki od początku do końca; źli bohaterowie niemal od początku są odpychający i nie zmieniają się na lepsze. Mariam i Laila mają swoje przywary, ale są to drobnostki, nie rzutujące na nie negatywnie w żaden sposób, brakuje im trochę do zostania pełnokrwistymi bohaterkami. Autorowi lepiej udali się według mnie mężczyźni z „Chłopca z latawcem”, który generalnie bardziej mi się podobał. Jednak obie kobiety polubiłam, a pewne niedociągnięcia w pisarstwie Hosseini nadrabia innymi walorami, jak choćby przedstawieniem tła historyczno-obyczajowego. Wojna u Hosseiniego ma dwa wymiary; krajowy, o którym bohaterowie czytają w gazetach, jak i osobisty, który przynoszą z ulic do domu. Ten pierwszy stanowi dobre źródło informacji, ponieważ Hosseini umiejscawia ważne wydarzenia w istotnych chwilach historycznych. Drugi natomiast, bardziej obyczajowy wątek, przemawia do wyobraźni i wrażliwośi czytelnika. Rodzina Rasheeda tak jak i sam Afganistan co chwila chyli się ku upadkowi, a kobiety muszą walczyć o najdrobniejsze prawa w społeczeństwie rządzonym przez talibów. Uderzyło mnie to, jak współczesna jest historia opisywana w „Tysiącu wspaniałych słońc”. Czytając o zwyczajach i zapatrywaniu się na wiele kwestii miałam wrażenie, że książka opowiada o początkach XX wieku, a za chwilę czytam o szale, jaki zapanował po pojawieniu się na czarnym rynku filmu „Titanic”. Autor nie skupia się na opisywaniu aktów przemocy czy historycznych wydarzeń, ale stara się pokazać zwyczajne życie w niezwyczajnych czasach, pełnych brutalności, w których mimo wszystko pozostaje miejsce na trudną miłość. Sama historia mimo wszechobecnego tragizmu wojny, ma na koniec wydźwięk dość optymistyczny. Autor podkreśla znaczenie edukacji w odnowie upadłego kraju i daje nadzieję, że Afganistan ma szansę się odrodzić.

Lubię w Hosseinim sposób, w jaki opisuje Kabul. Nie trudno jest odczuć, jak duże znaczenie ma dla niego to miasto, z jakim bólem przyjął jego upadek i jak bardzo pragnie odnowy. Bez trudu można pokochać Afganistan sprzed wojny i tym bardziej smutna jest jego dalsza historia, zniszczenie i brak poszanowania nie tylko dla ludzi, ale i dziedzictwa kulturalnego, które jeśli nawet ocalało, to zostało splamione krwią. Hosseini jest bardzo zaangażowany w pomoc uchodźcom z Afganistanu i dużo czasu spędza w obozach dla nich przygotowanych. Może kolejna książka będzie właśnie na ten temat? Lubię jego twórczość, więc o czymkolwiek by nie była, kolejną powieść autorstwa tego pisarza kupię w ciemno.

5/6
Khaled Hosseini, “Tysiąc wspaniałych słońc” (Albatros, 2008)