Archiwum

Posts Tagged ‘wyd prószyński i s-ka’

Żyjąc z duchami

Zdarza się tak, że książka przeczytana w danym momencie wpasowuje się idealnie w czytelnicze potrzeby i choć ma się świadomość, że nie jest dzieło wiekopomne, a nawet jego autor ma na swoim koncie znacznie lepsze pozycje, ale właśnie ta książka, z uwagi na chwilę, staje się bliska i zachwyca, choć obiektywnie rzecz biorąc, nie jest to nic wybitnego. W ostatnich (przedwakacyjnych jeszcze) czasach taką książką stała się dla mnie powieść Amy Tan „Sto tajemnych zmysłów”. Patrząc z pewnego już dystansu przeczytany kiedyś „Klub radości i szczęścia” tej samej autorki był bardziej rozbudowaną, głębszą i jednak wartościowszą pozycją, ale to właśnie opowieść o Olivii i jej widzącej duchy siostrze szczególnie do mnie trafiła.

Olivia marzyła o siostrze i los postanowił spełnić to marzenie – tuż przed wczesną śmierci ojca Olivii, jej matka złożyła obietnicę sprowadzenia do Ameryki córki z pierwszego małżeństwa swojego małżonka sprzed wyemigrowania z Chin, sporo od Olivii starszą Kwan. Przysięga zostaje spełniona, Kwan przybywa do Stanów Zjednoczonych. Niestety, daleko jej do wymarzonej siostry – jest do bólu chińska w sposobie bycia, dla amerykańskich nastolatków wygląda na niedorozwiniętą, mówi dziwne rzeczy, a przede wszystkim – widzi duchy. Co więcej, z owymi duchami rozmawia i wspomina dawne dzieje, ze swego wcześniejszego wcielenia. Olivia, nazywana przez przybraną siostrę Libby-ja, nie może ścierpieć zachowania tamtej, walcząc dodatkowo z głębokimi wyrzutami sumienia, jako że Kwan darzy ją bezgranicznym przywiązaniem i miłością. Dziewczęta dorastają. Kwan doskonale odnajduje się w Ameryce, wychodzi za mąż, żyje po swojemu i wciąż spotyka się z duchami, choć jej opowieści zaprowadziły ją w młodości do szpitala psychiatrycznego. Tymczasem Olivia postanawia rozwieść się z mężem, Simonem. Chce ułożyć sobie życie od nowa, Kwan jednak uparcie wraca do przeszłości. Jak się okazuje, nie tylko ona chce powrotu Libby do męża, a opowieści o poprzednim życiu Kwan i tajemniczej Pannie Wstędze z czasem zaczynają mieć drugie dno. Wreszcie Olivia będzie musiała zmierzyć się z własnym życiem, uczuciami do byłego męża i starszej siostry.

Tan z wielkim wdziękiem połączyła ze sobą dwie historie – współczesną opowieść o dwóch różniących się od siebie diametralnie siostrach oraz dziejące się w dawnych czasach w Chinach życie poprzedniego wcielenia Kwan. Opowiadania przenikają się, przeszłość zaczyna ingerować w teraźniejszość, a Olivia przekonana o wybujałej wyobraźni Kwan, a nawet o pewnej niepoczytalności siostry, zaczyna tracić grunt pod nogami. Amerykańska część wydarzeń przyciąga trafnymi spostrzeżeniami i realistycznym przedstawieniem psującego się związku, w którym od miłości okazały się być silniejsze irytacja i zmęczenie. Choć i tu wiele namieszał duch przeszłości, przybierający postać byłej ukochanej Simona. Część chińską wzbogacają realia dawnej chińskiej prowincji, ironiczny nierzadko sposób przedstawienia wydarzeń i interesujące zderzenie kultury zachodniej z chińską. Choć autorka pisze wzruszająco i „Sto tajemnych zmysłów” traktuje głównie o uczuciach, nie ma tu popadania w ckliwość, zbytnią emocjonalność czy egzaltację. Jest za to sporo przymrużania oczu, trzeźwego spojrzenia na różnice kulturowe i dużo ciepła.

Co mogło wydarzyć się naprawdę, a co było misterną mistyfikacją utkaną przez lata z historii opowiadanych przez Kwan? Czy Kwan przywoływała duchy, by osiągnąć upragnione cele, czy też naprawdę miała oczy yin i pamiętała na tyle własne wcielenie? A wreszcie najważniejsze pytanie – czy to w ogóle ma znaczenie? Z olbrzymią przyjemnością zanurzyłam się w tym amerykańsko-chińskim świecie, który umiejętnie stworzyła sobie Kwan, łącząc stare z nowym, tradycję z zabawną nowoczesnością. Nie ma tu łatwych rozwiązań, cukierkowych zakończeń, a optymizm i pozytywne wyjście z sytuacji nie musi oznaczać banału. „Sto tajemnych zmysłów” pozostaje życiowe, mimo że granica między snem a jawą wydaje się niebywale płynna i od czytelnika zależy, w co postanowi uwierzyć. Ja swoją wersję wybrałam, każdego mogę zachęcić do sprawdzenia, która Wam bardziej będzie pasować.

Tytuł: Sto tajemnych zmysłów
Tytuł oryginału: The Hundred Secret Senses
Autor: Amy Tan
Tłumaczenie: Zofia Kierszys
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2003
Ilość stron: 376
Moja ocena: 5/6

Reklamy

Mały podróżnik na fiordach

Jak już kilkakrotnie wspominałam na blogu, ze wszystkich krajów skandynawskich od dłuższego czasu to Norwegia jest na pierwszym miejscu mojego prywatnego rankingu (wyprzedziła znajdującą się tam swego czasu Finlandię). Nie miałam okazji się tam znaleźć i pewnie w najbliższej przyszłości nie będę miała takiej możliwości (nie planuję, ale kto wie?). Mocno mnie tam jednak ciągnie i książki norweskie bądź o Norwegii automatycznie przesuwają się górę mojej niekończącej się listy książek do czytania. Aldona Urbankiewicz spisała swoje wspomnienia z podróży o Norwegii łącząc je z dziennikiem kolejnej wyprawy do tego pięknego kraju. Ta druga podróż jest niezwykła o tyle, że Aldonie i jej partnerowi towarzyszy ich malutki synek, Mikołaj.

Misiek ma czternaście miesięcy i wszelkie przypadłości dziecka w tym wieku. Jego rodzice postanowili jednak, że zamiast potraktować dziecko jako problem, który na zawsze przeszkodzi im w spełnianiu marzeń, mogą te marzenia spełniać razem. Nie było łatwo, postanowili się jednak nie poddawać, za motto obierając słowa Monteskiusza, że „rodzice zaszczepiają dzieciom nie swoją inteligencję, lecz przede wszystkim swoje namiętności”, a także mądrość, że na drodze do realizacji snów nierzadko największą przeszkodą są własne ograniczenia marzącego i przeszkody, które sam sobie stawia. Wynajęli więc campera, spakowali do niego połowię mieszkania i wyruszyli z Mikołajem do ukochanej Norwegii. Odtąd relacja z podróży i opisy tego skandynawskiego kraju przeplatają się z refleksjami na temat podróżowania z tak małym dzieckiem oraz macierzyństwa w ogóle.

Idea podróżowania z dziećmi jest mi bliska, choć póki co raczej w teorii. Sama nie chciałabym kiedyś rezygnować ze swoich pasji, a raczej włączyć w nie nowego członka rodziny. Odkąd kiedyś natrafiłam na portal Mały podróżnik jestem głęboko przekonana, że jest to możliwe i choć niełatwe, ryzyko niewielkie w porównaniu z możliwymi plusami takiej decyzji. Wydanie książki Urbankiewicz ogromnie mnie ucieszyło, jest to dowód na to, że coraz więcej osób myśli podobnie, a wydaje mi się to cenną perspektywą, zwłaszcza w odniesieniu do dzieci, które z pozycji ciężaru niszczącego młodość rodziców mogą „awansować” do towarzysza, który podróżowanie ubogaca, a na pewno urozmaica. Tak jest i w przypadku małego Miśka, o czym zabawnie i obrazowo pisze jego mama. Opisy samej Norwegii są na tyle sugestywne, że ma się ochotę od razu wskoczyć w samochód czy inny środek transportu i tam jechać. Do opisów jednak nie pasuje drugi człon tytułu książki – wygląda na to, że tanie podróżowanie w Norwegii nie jest specjalnie możliwe. Generalnie książka w moim odczuciu ma niewiele wspólnego z typowym poradnikiem, choć oczywiście z podróżniczej relacji można zebrać wiele cennych wskazówek lub pomysłów do wprowadzenia we własnym podróżowaniu z maluchem, a nawet we dwójkę bądź samotnie.

Wszystko to brzmi niemal idealnie, jednak z żalem przyznaję, że zachwyciła mnie głównie sama idea podróży, w jaką udała się Aldona Urbankiewicz z rodziną. Owszem, książeczka wydana jest uroczo, zdjęcia są naprawdę bardzo ładne, Norwegia olśniewa, a jednak… Gdybym przeczytała treść zawartą w „Z Miśkiem w Norwegii” na blogu autorki, nie miałabym zastrzeżeń. Kiedy jednak dostaję coś w formie książkowej, moje wymagania natychmiast rosną. Poprawność stylu to trochę za mało, a szczerość i bezpośredniość niekoniecznie muszą nadrabiać braki. Biorąc pod uwagę entuzjazm, z jakim się za tę niewielką objętościowo książeczkę zabrałam, moją sympatię dla Norwegii i uznanie dla podróżowania z małym dzieckiem – powinnam mieć trudności w oderwaniu się od lektury aż do jej skończenia. Mimo że czytałam ją w dość długiej autobusowej podróży, robiłam sobie przerwy, bo książka zwyczajnie mnie chwilami nużyła. By napisać książkę o podróży nie wystarczy jej w moim odczuciu odbyć – trzeba jeszcze umieć o niej opowiedzieć. Tu niestety zabrakło mi tej swady, zdolności gawędziarskich lub zapadającego w pamięć opisywania widzianej rzeczywistości. Być może kolejne książki (w przygotowaniu jest już druga część, „Z Miśkiem w Portugalii”) będą pod tym względem lepsze.

Średnia plusów i minusów wskazuje książkę niezłą, która mogła być naprawdę fascynująca, ale niestety zabrakło jej tej „iskry”. Nie zmienia to faktu, że Aldona Urbankiewicz wydała mi się osobą sympatyczną i życzę jej jak najwięcej spełnionych marzeń i wspaniałych podróży z coraz starszym Miśkiem. Jednak po kolejną książkę jej autorstwa nie sięgnę. Chyba że kiedyś z własnym maluszkiem postanowię wybrać się do Portugalii…

Tytuł: Z Miśkiem w Norwegii
Autor: Aldona Urbankiewicz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 268
Moja ocena: 4-/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Z miłości do literatury, o miłości i literaturze

Ostatnio moje książkowe wybory są w większości udane. Choć wciąż mam problemy z utrzymaniem chronologii na blogu, to poza drobnymi wyjątkami naprawdę nie mogę narzekać. Tak stało się też w przypadku „Opętania” A.S. Byatt, które bez przesady mogę nazwać literacką ucztą i to w podwójnym sensie. Książkę postanowiłam przeczytać po tym, jak dostała ona nagrodę Bookera i przeczytałam same jej pozytywne recenzje. Już widzę, że z chęcią nie poprzestanę na tylko jednej książce autorstwa pani Byatt, zostałam bowiem całkowicie oczarowana.

O ile opisywane przeze mnie niedawno „Odkrycie nieba” Mulischa zachwycało mnogością wątków i treści, w „Opętaniu” dużo łatwiej wskazać główne tematy – miłość i literatura. A także wszelkie kombinacje: miłość do literatury, miłość literacka, literatura miłosna… Badacz literatury, a dokładniej twórczości (fikcyjnego) poety Randolpha Henry’ego Asha, Roland Michell znalazł się w takim momencie życia, kiedy albo powinien coś zmienić albo poddać się rutynie i nie oczekiwać wiele więcej. W pracy uchodzi za sumiennego nudziarza bez perspektyw na naukową karierę, prywatnie tkwi w wieloletnim związku z Val, relacja ta jednak bardziej rani ich oboje niż przynosi szczęście i satysfakcję. Finansowo Roland jest właściwie zależny od swojej partnerki, ona natomiast czuje się niedoceniana, a nawet wykorzystywana. Będąc w tak niewesoło się przedstawiającej sytuacji Roland dokonuje niezwykłego odkrycia, które zmieni losy wielu osób pozornie ze sobą niezwiązanych. Przeglądając w bibliotece starą księgę znajduje szkic listu napisanego własnoręcznie przez studiowanego przez niego wiktoriańskiego poetę. Jest to list do kobiety niebędącej żoną Asha i w ten sposób Roland trafia na ślad tajemniczej relacji poety z Christabel LaMotte, poetką uznawaną zwłaszcza przez współczesne feministki za postać wybitną. By dowiedzieć się więcej o tej dość ekscentrycznej na swoje czasy kobiecie, Roland kontaktuje się z badaczką jej twórczości – Maud Bailey, która sama wywodzi się z rodziny LaMotte. Na pierwszy rzut oka to zupełnie niedobrana para zaczyna śledzić losy Asha i LaMotte, a ich odkrycie z czasem przestaje być jedynie naukową ciekawostką mogącą zmienić ich kariery, a staje się czymś osobistym, czego gotowi będą bronić przed innymi badaczami. Nie oni jedyni są jednak ogarnięci obsesją poznania prawdy, nawet jeśli inni naukowcy kierują się pobudkami innego rodzaju.

Nawet jeśli treść wydaje się być dość prosta i przewidywalna (choć ja bym ją za taką nie uznała – na usta ciśnie mi się raczej słowo „klasyczna”, choć znane nam doskonale rozwiązania nabierają świeżości i stają się chwilami zaskakujące w tych nowych połączeniach, opisanych przez Byatt), to w wypadku „Opętania” forma wysuwa się na pierwszy plan. Czegóż tu nie ma! Romans, listy, wiersze, autobiografia i biografia, naukowe opracowania, powieść gotycka, rozważania na temat teorii literatury, pisania, badania życia pisarzy… A to i tak niecała lista. Byatt niezwykle umiejętnie zmieszała te style, tworząc powieść spójną i bogatą, od której z jednej strony ciężko się oderwać, z drugiej strony miałam raczej chęć delektować się nią powoli niż przeczytać w jedną noc, by jak najszybciej się dowiedzieć, co się dalej działo i jak ta cała historia się skończyła. Nie wszystkie fragmenty uważam za równie ciekawe (zwłaszcza fragmenty poematów nie zawsze mnie zachwycały), całość jednak wydaje mi się niezwykle fascynująca i stanowiąca udany przykład książki, w której „każdy znajdzie coś dla siebie”.

Na początku zupełnie nie mogłam polubić głównych bohaterów, ani tych z czasów współczesnych ani z wiktoriańskich. Z czasem jednak niechęć ustąpiła miejsca sympatii, nawet jeśli wewnętrznie nie zgadzałam się z ich postępowaniem. Ciekawi są także bohaterowie drugoplanowi z obu czasoprzestrzeni, poza może nieszczęsnym Cropperem – amerykańskim badaczem gotowym dosłownie na wszystko, by zdobyć kolejny okaz do swojej kolekcji, a jego głównym narzędziem są pieniądze – trochę to zbyt stereotypowe. Inne postaci także chwilami muszą zmagać się ze zbyt typowymi osobowościami, ale na szczęście posiadają więcej cech ratujących ich od przesady. Od razu polubiłam natomiast Val, co samą mnie zadziwiło, jako że jest jej stosunkowo mało i wiele w niej zgorzknienia i smutku. Mimo tych cech przebija przez nią stłamszona radość życia i widać, że odrobina miłości i zainteresowania jest w stanie jej tę radość przywrócić. Z miejsca polubiłam też inną drugoplanową bohaterkę, bretońską kuzynkę Christabel, której odnaleziony przez kolejną badaczkę dziennik pomaga rozwikłać zagadkę tajemniczego zniknięcia poetki z Anglii na okres kilku miesięcy.

Wspaniała to powieść, w której autorka poukrywała dla czytelników wiele smaczków, które z przyjemnością będę wyszukiwać przy kolejnej lekturze. Nie wszystkie zagadki zostaną rozwiązane, części nie poznają bohaterowie, rozwiązania innych będzie się musiał domyślać już sam czytelnik. Odrobinę przewrotne zakończenie ujęło mnie i usatysfakcjonowało, jak i cała lektura. Warto poświęcić jej czas i przenieść się do tego literackiego świata pełnego poezji, miłości i cierpienia. Jak się okazuje, pewne wątki mogą czekać wiele lat na zamknięcie.

Tytuł: Opętanie
Tytuł oryginału: Possession
Autor: A.S. Byatt
Tłumaczenie: Barbara Kopeć
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2010
Ilość stron: 536
Moja ocena: 6/6

Za książkę serdecznie dziękuje wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Ender na rozdrożach

O autorze nazwiskiem Orson Scott Card słyszał chyba każdy czytelnik interesujący się fantastyką i science-fiction. Ja na początku znałam go jedynie z opowieści moich korespondentek, streszczana przez nie treść książek wydawała się interesująca, ale nie na tyle, by rozpocząć poszukiwania. Kilka lat później, będąc już na studiach, znalazłam „Grę Endera” w jednej z tanich księgarni. Powieść kosztowała grosze (niestety, wydanie było dość paskudne…), kupiłam ją więc natychmiast i szybko przeczytałam. Zresztą, „przeczytałam” to złe słowo, pochłonęłam ją w jeden wieczór (i noc), a Andrew „Ender” Wiggins stał się z miejsca jednym z tych ważnych bohaterów literackich. Ponieważ kolejna część cyklu, „Mówca umarłych”, nie była dostępna w księgarniach, minęło sporo czasu, nim udało mi się ją zdobyć. A dokładniej zdobyła ją moja siostra i dzięki temu w ogóle „Mówcę” przeczytałam (kupiłam sobie natomiast natychmiast w dniu premiery nowego wydania Prószyńskiego i S-ki, w tym roku). To było niczym książkowe objawienie, jedna z „tych” książek, nie mogłam się oderwać, płakałam, myślami byłam całkowicie w tamtym świecie, gryzłam palce i tak mocno wczuwałam się w bohaterów, że po lekturze byłam wręcz wyczerpana. Ender ugruntował swoją pozycję jednego z moich najukochańszych bohaterów literackich, a ja… nie odważyłam się przeczytać kolejnych części cyklu! Ponieważ usłyszałam piąte przez dziesiąte, o czym są kolejne dwa tomy, nie mogłam pogodzić się z myślą, że ktoś znów może mieć do Endera pretensje, wpędzać go w poczucie winy. Odrzuciłam jakikolwiek scenariusz inny niż radosne życie mojego ulubieńca u boku ukochanej osoby, ponieważ komu jak komu, ale jemu zwyczajnie należała się taka przyszłość. Nie mam nic przeciwko okazjonalnemu męczeniu bohaterów których lubię, ale Card stworzył chyba jednego z najbardziej pokrzywdzonych przez los bohaterów fantastycznych (unikając robienia z niego kłębka angstu, mimo wszystko). Nie przeczytałam też obiecującej Sagi Cieni, tym razem jednak z powodu znikomej dostępności tych tytułów. Kiedy jednak dowiedziałam się o nowonapisanej części pt. „Ender na wygnaniu”, dziejącej się między dwoma przeczytanymi przeze mnie tomami, byłam bardzo podekscytowana i musiałam, po prostu musiałam jak najszybciej książkę przeczytać. Trochę to jednak potrwało, zanim ją zdobyłam, a pojawiające się recenzje tylko zaostrzały mój apetyt swoją różnorodną oceną. Wczoraj skończyłam czytanie i dołączam się do tych pozytywnych komentarzy.

Akcja “Endera na wygnaniu” przypada na koniec “Gry Endera”, rozwijając (i lekko modyfikując) ostatni rozdział powieści, torując ścieżki dla „Mówcy Umarłych” (podobno dopowiada też kilka wątków z Sagi Cieni, czego niestety póki co nie mogłam sprawdzić). Po pokonaniu formidów Ender czeka na decyzję, na mocy której będzie mógł wrócić na Ziemię, zobaczyć się z rodzicami i ukochaną siostrą. Jego los okazuje się być jednak przesądzony i chłopiec nie ma już powrotu na swoją planetę, zostaje natomiast mianowany gubernatorem pierwszej kolonii powstałej na planecie do tej pory zamieszkałej przez robale. Ender nie pragnie władzy, choć naturalne zdolności przywódcze czynią go idealną osobą na to stanowisko. Wyrusza jednak, by znaleźć się bliżej resztek cywilizacji formidów i zbliżyć się do pojęcia tajemnicy, dlaczego ta inteligentna rasa pozwoliła mu się pokonać. Dręczony wspomnieniami i poczuciem winy, samotny mimo obecności Valentine i miłości, jaką potrafi rozpalić w prawie każdym sercu, Ender przyjmuje nowe obowiązki i odpowiedzialność za nowych towarzyszy, pozostając przy tym wybitnym strategiem i mimo naukowego podejścia do życia, rozbrajająco wierzącego w ludzkie dobro, mimo wszystko. Dokładnie taki był Ender w dwóch pozostałych czytanych przeze mnie częściach i choćby dlatego warto przeczytać tę książkę. Zawiedzie się ten, kto szuka wybitnie zaskakujących zwrotów akcji – jedyne zwroty, których możemy się nie spodziewać, to te emocjonalne (co dla mnie akurat było zaletą), w końcu treść „Endera na wygnaniu” jeszcze przed czytaniem nie ma dla nas za wiele tajemnic. Nie zmienia to faktu, że książka bardzo wciąga, a choć końcówka może zawieść zbyt szybkim rozwiązaniem, wzruszyłam się na niej do łez i jeszcze bardziej zapragnęłam przeczytać Sagę Cieni.

Styl Carda nie zmienił się mocno od poprzednich części, co oczywiście stanowi plus lektury. W świat Endera łatwo jest się zagłębić i potem przebywać w nim długo po zakończeniu lektury. Card tworzy wspaniałe postaci i radzi sobie z epickością opisywanych przez siebie zdarzeń, wzruszając i dając do myślenia. Chwilami autor zbyt nachalnie wkłada w usta swoich bohaterów swoją filozofię, a przynajmniej wszyscy zdają się myśleć tak samo i traktować ludzkość czysto naukowo i biologicznie. Na szczęście Cardowi nie brakuje czułości i zrozumienia, gdy pisze o swoich postaciach i ludziach w ogóle, wiele więc można mu wybaczyć. Główna treść książki urozmaicona jest korespondencją między poszczególnymi bohaterami, z losami Endera przeplatają się losy także innych poznanych już wcześniej osób, książka zawiera więc sporo smaczków dla wielbicieli sagi. Uważam, że dla zagorzałych fanów jest to pozycja obowiązkowa i nie powinni się zawieść, choć nie mają też co liczyć na odkrywczą fabułę. Ja jednak ucieszyłabym się nawet z całkowicie obyczajowej powieści o Enderze, więc „Ender na wygnaniu” zdecydowanie przypadł mi do gustu, bo to jego osoba tworzy ten cykl, z którym naprawdę warto się zapoznać. Tym bardziej, że aktualnie jest dostępny w księgarniach i wydany w przyjemnych okładkach. Zastanawiam się teraz, czy jednak się nie skusić na „Ksenocyd” i „Dzieci Umysłu”, mając wielką nadzieję na wydanie przez Prószyńskiego także cyklu o Groszku. Polecam wszystkim miłośnikom fantasy!

Tytuł: Ender na wygnaniu
Tytuł oryginału: Ender in Exile
Autor: Orson Scott Card
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2010
Ilość stron: 400
Moja ocena: 5/6

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i S-ka, za co bardzo dziękuję.

Kamienie spadające z nieba i język estoński

Sięgając po książkę „Kamienie z nieba” Jaana Krossa wiedziałam tylko tyle, że pisarz był estońskim autorem, wymienianym jako kandydat do Literackiej Nagrody Nobla, której to nagrody w końcu nigdy mu nie przyznano. Przed lekturą wyszukałam trochę informacji o Krossie, postaci cenionej nie tylko w granicach swojego kraju. Żył i tworzył w Estonii, pisząc o swoim ukochanym kraju oraz tłumacząc dzieła wybitnych autorów na estoński. Prześladowany przez komunistów, marzył i dążył do odzyskania przez Estonię niepodległości. Zdecydowałam się na jego książkę „Kamienie z nieba” trochę w ciemno, nie znalazłam bowiem żadnej jej recenzji. Do lektury zachęciła mnie notka na okładce:

Jest to kolejna powieść, w której autor sięga do historii Estonii, by przekazać treści uniwersalne. Akcja toczy się w roku 1822. Bohaterami tego napisanego w formie monologu utworu są trzy postacie historyczne – Otto Willem Masing, pastor, wybitny działacz oświeceniowy; młody, utalentowany, przedwcześnie zmarły poeta estoński Kristian Jaak Petersohn; żona pastora, romantyczna, piękna Włoszka. Spotkanie tych osób i zawiązujące się między nimi subtelne, ulotne nici uczuć są wprawdzie fantazją autora, lecz jak on sam uważa, fantazją wielce prawdopodobną i uwarunkowaną logiką wydarzeń. Przeplatające się relacje bohaterów pozwalają nam wniknąć w świat ich tęsknot, marzeń i porywów…

Nie jest to długi utwór, pochłonął mnie jednak całkowicie, dając wiele radości i satysfakcji. Przypadł mi do gustu styl Krossa, autor doskonale poradził sobie z zabiegiem rozdzielenia narracji trójce bohaterów, z których każdy miał inne doświadczenia i wywodził się z innego środowiska. W widoczny sposób zmienia się styl wraz ze zmianą osoby relacjonującej wydarzenia, zmienia się także postrzeganie tych samym sytuacji tworząc zgrabną, kompletną całość. Choć kilka razy zostanie przedstawione to samo zdarzenie, bohaterowie odczytują je inaczej i na czym innym się skupiają, nie ma więc mowy o poczucia powtarzalności i znużeniu. Wszystkie wątki wplecione w „Kamienie z nieba” są zajmujące: Otto koncentruje się na języku estońskim i pisaniu w nim. Kraj w swojej postaci jest wciąż dość młody i literatura dopiero zaczyna powstawać w języku ojczystym, ku niezadowoleniu większości ludności niemieckiej zamieszkującej Estonię. Pojawia się także kwestia tłumaczenia, a wraz z nią pytanie: co tłumaczyć? Podobały mi się rozważania na temat języka w odniesieniu do tożsamości narodowej i kulturowej, to zagadnienie od dawna mnie już interesuje. Żona Ottona, Cara, znajduje się na etapie życia, gdy zaczyna pogrążać się w przeszłości, jak gdyby przeszłość niewiele mogła jej zaoferować, a miejsce, w którym się znalazła nie wiele może jej zaoferować. Przypadkowe poznanie młodego mężczyzny stanowi impuls, który budzi ospałe uczucia i pokazuje kobietę pełną emocji, pasji, człowieka niespełnionego i gotowego poświęcić wszystko dla tego spełnienia. Dramatyczny to portret młodej kobiety żyjącej w środowisku odległym i różnym od jej potrzeb i marzeń. Wreszcie Jaak, młody poeta, skupiony na swoim życiu wewnętrznym i estońskiej tożsamości, poszukujący siebie i sensu. Ich losy splatają się podczas jednego dnia, który stanowi całą fabułę powieści, bogatą w przeżycia i myśli, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej niewielką objętość.

Styl Krossa i tematy, które porusza w swoich „Kamieniach z nieba” są mi bliskie i intrygują mnie. Książka bardzo mi się podobała, bardzo dobrze mi się ją czytało i z chęcią sięgnęłabym do kolejnych dzieł Estończyka. Na pewno nie będzie to moje ostatnie spotkanie z autorem, choć nie wiem jeszcze, za którą książkę wezmę się w pierwszej kolejności. Mam tyle czytania, że pan Kross będzie musiał trochę poczekać… Tymczasem, polecam Wam gorąco „Kamienie z nieba”!

Tytuł: Kamienie z nieba
Tytuł oryginału: Taerakivi
Autor: Jaan Kross
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 1997
Ilość stron: 125
Moja ocena: 5/6

Konflikt pokoleń z chińską nutą

Relacja pomiędzy córką i matką to jeden z wdzięczniejszych, choć pewnie także trudnych do uchwycenia i szczerego sportretowania wątków w literaturze. Mam do niego słabość i zawsze stanowi on dla mnie ważny element powieści, choć z reguły autorzy nie stronią od pokazania mrocznej strony tego związku, w realistyczny sposób oddając konflikt pomiędzy miłością, a częstymi żalami, zawiedzionymi nadziejami, brakiem zrozumienia i różniącymi się oczekiwaniami. Nie inaczej jest w powieści „Klub radości i szczęścia” Amy Tan, gdzie do odwiecznego i uniwersalnego wątku nici łączącej córkę z matką, dochodzi jeszcze konflikt typowo emigrancki, gdzie pokolenie dzieci od urodzenia wyrasta w nowej ojczyźnie przyjmując jej nowe zasady, rodzice natomiast wciąż zdają się tkwić jedną nogą w poprzedniej rzeczywistości.

Cztery chińskie kobiety mieszkające na stałe w USA spotykają się co tydzień na partyjce madżonga i plotkach, tworząc w ten sposób swój Klub Radości i Szczęścia, tradycję zapoczątkowaną przez jedną z nich jeszcze w Chinach. Po śmierci założycielki, wszyscy oczekują, że to jej córka zajmie miejsce przy kwadratowym stole. Przy pierwszej już grze okazuje się jednak, jak niewiele córka wie o zwyczajach matki, a co więcej, jak mało znała tę kobietę. Spotkanie to staje się punktem wyjścia do rozważań, w których trzy matki i cztery córki wspominają przeszłość, analizują swoje życie, jak gdyby pragnęły wytłumaczyć się sobie nawzajem i znaleźć zrozumienie. Różnice kulturowe i pozornie całkowicie odmienny bagaż doświadczeń utrudnia komunikację w większym jeszcze stopniu, niż subtelne różnice wynikające z dwujęzyczności młodszego pokolenia i ograniczonej umiejętności posługiwania się angielskim przez matki.

Matki młodszych bohaterek pochodzą z różnych rejonów Chin, ich życia to przekrój przez chińską kulturę i sytuacje, w których mogła znaleźć się kobieta w pierwszej połowie ubiegłego stulecia. Powody, dla których znalazły się w Ameryce również pozostają różnorodne, inne jest także ich podejście do nowego życia i wychowywania dzieci. Jest to również punkt wyjścia fabuły: Jing-Mei „June” Woo poznaje wstrząsającą prawdę o swojej zmarłej matce Suyuan: zanim wyemigrowała z Chin, musiała porzucić swoje małe córeczki z pierwszego małżeństwa, bliźniaczki będące starszymi siostrami June, do tej pory przekonanej o byciu jedynaczką. Okazuje się, że Suyuan mieszkając w Stanach wciąż poszukiwała swych dzieci, głęboka przekonana, że musiało udać im się przeżyć. Śmierć nie pozwoliła jej na dokończenie dzieła, które ma teraz przejąć June.

„Klub radości i szczęścia” to wyśmienita lektura, refleksyjna i dobrze napisana. Amy Tan z wyczuciem łączy melancholijne, wręcz poetyckie fragmenty z wartko opisanymi wydarzeniami. Potrafi wzruszyć, daleko jednak „Klubowi” do wyciskacza łez i prostej opowieści o konflikcie i radosnym pojednaniu na koniec. Problemy tak głęboko wpisane w sytuację życiową stanowią przepaść, która nie może się tak po prostu zrosnąć i zniknąć. Jedyne, co pozostaje, to zapełnić ją miłością i próbą zrozumienia, która nierzadko stanowi nie lada wysiłek, uderzając w podstawowe pojęcia i wierzenia. Konflikt kulturowy opisany w książce, choć głęboko osadzony w kontekście życia emigrantów skłania do uniwersalnych refleksji i pytania o źródło kultury i jej związek z krajem zamieszkania.

Za kanwę tej debiutanckiej powieści posłużyły własne doświadczenia Amy Tan, na kartach książki odnaleźć można wątki z życia jej matki jak i samej pisarki. Tan jest autorką kilku powieści (jak choćby „Żona kuchennego boga” lub „Córka nastawiacza kości”), wspomnień („Przeciwieństwo losu”) oraz książek dla dzieci. Pisarka prowadzi bujne życie, gra w zespole złożonym z publikowanych autorów (gra tam także np. Stephen King lub Barbara Kingslover). „Klub Radości i Szczęścia” to moje pierwsze spotkanie z tą amerykańską pisarką chińskiego pochodzenia, ale już wiem, że nieostatnie. Zwłaszcza, że z półki zerkają kolejne trzy książki jej autorstwa, na które już się cieszę.

Tytuł: Klub Radości i Szczęścia
Tytuł oryginału: The Joy Luck Club
Autor: Amy Tan
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2001
Ilość stron: 300
Moja ocena: 5/6

W odmętach „Topieli”

Junot Díaz zadebiutował zbiorem dziesięciu opowiadań pt. „Topiel” w 1996 roku, a dwanaście lat później otrzymał nagrodę Pulitzera za książkę „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao”. Nie czytałam jeszcze tego nagrodzonego dzieła, jestem natomiast po lekturze debiutu i muszę przyznać, że choć książka objętościowo jest dość cienka, to na czytelnika działa jak tytułowa siła natury – wciąga, „kotłuje” nim na wszystkie strony i wreszcie wypluwa – trochę zdezorientowanego, wstrząśniętego i pragnącego zrozumieć, co się właściwie przed chwilą stało.

Wszystkie opowiadania powiązane są ze sobą osobą narratora. Jest nim chłopak zwany przez rodzinę Juniorem, którego prawdziwe imię pozostaje nieznane. Opowiada historię swojej dominikańskiej rodziny, najpierw w rodzinnym kraju, w Santo Domingo, a później w Stanach Zjednoczonych. Można przypuszczać, że Díaz posiłkował się własnymi doświadczeniami, gdyż w wieku sześciu lat sam emigrował z rodziną z Dominikany do Stanów, gdzie czekał na nich jego ojciec, mieszkający tam już od jakiegoś czasu. Tak samo potoczyły się losy Juniora, jego opiekuńczej matki i starszego brata. Opowiadania zawarte w „Topieli” przedstawiają ich historie na różnych etapach życia, bez utrzymania chronologii. Niekiedy bohaterem staje się ktoś inny, o kim sam Junior wie niewiele i zapis myśli i przeżyć oparty jest bardziej na domysłach i obserwacjach, przeistaczając się w metaforę i analogię, nie tylko do życia ubogich emigrantów. Czasem opowiadanie bardziej przypomina krótki esej na dany temat, tak więc już w samej formie można doszukać się wielu stylów i rodzajów. Treść opowiadań porusza i waha się od dość zabawnych scen, aż po fragmenty, gdzie czytelnik ma łzy w oczach lub nie może powstrzymać się przed sięgnięciem po dane opowiadanie jeszcze raz, z uwagi na mnogość interpretacji w kontekście całego zbioru. Brak chronologii sprawia, że na historie możemy patrzeć na różne sposoby, w zależności od znajomości wcześniejszych i późniejszych fragmentów życia rodziny Juniora. Po skończeniu lektury wciąż miałam wiele pytań o dalsze losy postaci, bądź wydarzenia spomiędzy opisywanych w opowiadaniach. Moim ulubionym, choć dość ciężkim i przykrym w odbiorze, został rozdział „Topiel”, po skończeniu którego po prostu musiałam wrócić się o te kilka stron i przeczytać go jeszcze raz. A potem zrobić przerwę i dopiero po pewnym czasie wznowić czytanie książki. Generalnie, lepiej czytać zbiór powoli, by lepiej dostrzec powiązania, analogie i pełen obraz wyłaniający się z mieszaniny wątków, sytuacji i zmian chronologicznych.

Styl Díaza jest równie interesujący, jak treść jego opowiadań. Zgrabnie udaje mu się połączyć kolokwialny język pełen przekleństw z niemal poetyckimi fragmentami, melancholię z brzydotą, komizm z tragizmem. Dodatkowo pełno w książce hiszpańskich słówek i zwrotów, nie stanowią one jednak problemu z rozumieniu całości. Czytelnik dostaje słowniczek z wyjaśnieniami kilkunastu słów na końcu książki, znaczenie pozostałych dosyć łatwo wyłapać z kontekstu, w jakim się pojawiają. Nigdy nie uczyłam się hiszpańskiego, jednak nie miałam żadnych problemów z odbiorem książki pisanej w ten sposób. Hiszpańskie wtrącenia mają swoją funkcję i w narracji pierwszoplanowej stają się czymś naturalnym.

Zdecydowanie polecam tę lekturę. „Topiel” nie jest raczej książką do autobusu (choć częściowo tak ją właśnie czytałam i mimo wszystko dałam radę), wymaga pewnej koncentracji, skupienia nad tą emigracyjną mozaiką. Moim zdaniem warto.

Moja ocena: 5/6
Junot Díaz, „Topiel” (Prószyński i S-ka, 1998)