Archiwum

Archive for Kwiecień 2012

Homo sovieticus a muzyka życia

Dawno już nie pisałam o żadnej książce Andreï’a Makine’a, czas więc to zmienić i trochę się tu znowu pozachwycać nieprzeciętnym talentem tego francuskiego pisarza o rosyjskich korzeniach. Tym bardziej, że ostatnio przeczytana przeze mnie „Muzyka życia” wskoczyła do trójki moim zdaniem najlepszych książek autora. A biorąc pod uwagę, że Makine zawojował w zeszłym roku mój osobisty ranking pisarzy, z przekonaniem mogę stwierdzić, że czytelnik ma do czynienia z dziełem.

Obserwowanie ludzi czekających na pociąg na małej stacji ukrytej wśród śniegu na Uralu jest wyjściem do snucia refleksji na temat rosyjskiego społeczeństwa przez zmęczonego i rozdrażnionego emigranta. W jego głowie niczym refren rozbrzmiewa niedawno ukute określenie: homo sovieticus. Zdaniem narratora pasuje ono do obserwowanych ludzi idealnie, bo patrząc na ich brak sprzeciwu, pokorne czekanie na opóźniony o wiele godzin pociąg, nie jest w stanie doszukać się w nich godności, ludzkiej dumy właściwej większości homo sapiens. Zmęczony, podróżnik trafia do pozornie opuszczonego pomieszczenia, gdzie jednak przy fortepianie siedzi wzruszony mężczyzna – Aleksiej Berg. Wkrótce czytelnik poznaje jego historię – wypełnioną cierpieniem, dramatyzmem, odrobiną miłości oraz – muzyką. W przeddzień swojego pierwszego koncertu, młody pianista Aleksiej Berg w drodze powrotnej do domu spotyka sąsiada, który przestrzega go przed powrotem do mieszkania – tajne służby aresztowały jego rodziców. Przerażony i zdezorientowany chłopak postanawia uciekać do rodziny matki – jej siostra mieszka z mężem na Ukrainie. Tak rozpoczyna się tułaczka Berga, w której usiłuje uciec od przeznaczenia narzuconego mu przez reżim. Czy się ono wypełni – zakończenie pozwala na różne interpretacje.

Poza samą wzruszającą i dającą do myślenia historią, niezwykle istotna jest kwestia tożsamości, jeden ze stałych punktów pisarstwa Makine’a. Młody Berg zdaje się dopiero określać własną tożsamość, kiedy państwo decyduje, że za tożsamość swoich rodziców zostanie zesłany daleko na wschód, by odpracować winy, których nie popełnił. W wojennej zawierusze decyduje się stać kimś innym – zmarłym podczas bitwy żołnierzem. Nowa tożsamość, tak różna od jego prawdziwej pozwala mu jednak na przeżycie w niepewnych czasach, stając się wybawieniem i przekleństwem. I choć granica między własnym „ja” a młodym żołnierzem poległym na polu bitwy chwilami się zaciera, a jeszcze częściej przestaje mieć znaczenie w obliczu śmierci i okruchów miłości (niekiedy jest to uczucie desperackie i nasiąknięte dramatyzmem, innym razem ciche i zrezygnowane dawanie sobie schronienia od samotności i lęków), to jednak ucieczka od tego, co kiedyś stanowiło pewny trzon kształtującej się tożsamości Berga wydaje się być niemożliwa. Muzyka zepchnięta w odmęty podświadomości musi wypłynąć i powróci, w okolicznościach, jakich młody pianista sobie nie wyobrażał.

Czy Aleksiej Berg uciekł od piętna homo sovieticus, a może właśnie jest żywym przykładem takiej postawy, człowiekiem naznaczonym przez reżim, złamanym wojną i cierpieniem? A może wrzucanie całego narodu do jednego worka, wszystkich historii, ludzkich losów, kultur i postaw jest uproszczeniem tak wielkim, że samo hasło nabiera wręcz antyhumanistycznego zabarwienia? Makine jak zawsze nie daje czytelnikowi rozwiązań i odpowiedzi, pozostawiając miejsce na własne przemyślenia. Z właściwą sobie wrażliwością przedstawia losy pozornie przeciętnych ludzi, którzy nabierają niezwykłych cech, a ich losy wydają się być niezwykłe – tymczasem czytając mamy świadomość, że co druga z ukazanych na stronach książki postaci miałaby do opowiedzenia równie dramatyczną historię. Nie chodzi o licytację, nagromadzenie cierpienia, a bardziej o ujrzenie człowieka w ludzkiej masie. Tak jak na początku narrator ocenia ludzi siedzących w poczekalni, jawią mu się jako jeden anonimowy organizm – łatwo jest popaść w uogólnienia, z których część może być zwyczajnie krzywdząca i niesprawiedliwa. Narrator poznaje wzruszającą historię Berga – czy jednak opowieść śpiącego na gazetach dziadka nie mogłaby być równie przesycona emocjami i niekiedy strasznym pięknem, wrażliwością bohatera, szukaniem swojej ścieżki?

Gdybym miała ją określić jednym tylko słowem, musiałabym zdecydować się na banalne „piękna”, bo właśnie ten przymiotnik opisuje ja najpełniej. Forma, treść, emocje, obrazy, jakie wywołuje w wyobraźni – wszystko to jest wspaniałe, choć jednocześnie kameralne i niemal intymne. Nie bez powodu do głowy przychodzi mistrzowsko odegrany utwór muzyczny, w którym każdy dźwięk ma znaczenie, nawet półtony, nakreślone dłońmi pisarza w zamyśleniu, pozornie niedbale, bez widocznej potrzeby. „Muzyka życia” jest krótką powieścią, a w takich, podobnie jak w opowiadaniach, ważne jest moim zdaniem mocne wrażenie. Puenta bądź obraz, które nie opuszczą czytelnika zaraz po skończonej lekturze, która z racji objętości siłą rzeczy nie trwa długo. Historia Berga towarzyszyła mi jednak długo po skończonej lekturze i wciąż wspominam wrażenie, jakie na mnie zrobiła ta oszczędna w słowach książka.

Tytuł: Muzyka życia
Tytuł oryginału: La musique d’une vie
Autor: Andreï Makine
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Czytelnik, 2002
Ilość stron: 88
Moja ocena: 6/6

Reklamy

Witajcie w piekle

Chuck Palahniuk stał się ostatnio pisarzem bardzo modnym, którego dobrze jest znać, a wśród wielu kręgów towarzyskich jeszcze lepiej jest go lubić, a nawet ekscytować się jego twórczością. Do niedawna kojarzyłam autora jedynie z „Podziemnego kręgu” („Fight Club”) – nie czytałam jednak książki, oglądałam tylko film. Kiedy dostałam propozycję przeczytania i zrecenzowania książki Palahniuka nie kryłam radości, bo sama chciałam się przekonać, na czym opiera się jego popularność i czy dołączę do grona wielbicieli jego pisarstwa. Ponieważ „Fight Club” nie był dostępny, zdecydowałam się na „Potępionych” i gdy tylko zaczęłam czytać, wciągnęłam się błyskawicznie. Fanką Palahniuka raczej nie zostanę, bo to jednak literatura wykraczająca poza moje ulubione tory (a czytać wszystkiego, co mnie interesuje nie dam rady), ale myślę, że rozumiem fenomen tego pisarza.

„Potępieni” są opowieścią o Madison, trzynastolatce, która wyróżnia się spośród swoich rówieśników tym, że… nie żyje od kilku godzin i jej aktualnym miejscem pobytu jest Piekło. Madison znajduje się w brudnej klatce sąsiadującej z tysiącami takich samych, obskurnych i klejących się od brudu klitek. Wybitnie rezolutna dziewczyna analizuje swoją przeszłość i różne fakty z życia jej i jej rodziców, które doprowadziły ją do tego miejsca, nie traci jednak czasu na roztkliwianie się nad swoim losem. A kiedy nadarza się okazja, razem z grupka nowopoznanych przyjaciół opuszcza swoje więzienie i rusza na podbój Piekła – a dokładniej do centrali, gdzie będzie mogła złożyć odwołanie i być może przenieść się do Nieba. Na drodze napotykają cały przekrój demonów z najróżniejszych religii i wierzeń, a także tak urocze lokalizacje jak Pustynia Łupieżu czy Morze Wrzącej Śliny. Na miejscu okazuje się jednak, że piekielna przygoda Madison dopiero się zaczyna, ona sama zaś będzie miała dość czasu, żeby przemyśleć sobie swoja dotychczasową postawę i poważnie zastanowić się nad przyszłością (cóż z tego, że pośmiertną).

Jak na dłoni widać, że Palahniuk bawi się znanymi motywami literackimi (typowy dla fantasy quest, przemiana wewnętrzna bohatera z szarej myszki w przywódcę grupy) łącząc je w wybuchową mieszankę z krytyką współczesnego sposobu życia z naciskiem na bogaczy i wszelkiej maści celebrytów, mitologią Piekła i wreszcie niebanalnymi przemyśleniami dojrzałej nad wiek trzynastolatki, której wiele problemów wzięło się ze zwyczajnej samotności. Wszystko to zaprawione jest obficie groteską, niekiedy wręcz obrzydliwą w swoim natężeniu, absurdem i czarnym poczuciem humoru. Palahniuk musiał dobrze się bawić tworząc topografię Piekła, ja natomiast odradzam czytanie po jedzeniu, bo lektura bywa chwilami mocno paskudna w swoich ohydnych detalach. W tym miejscu (a także w odniesieniu do żywej i autentycznej narracji Madison) należą się oklaski dla tłumaczki Elżbiety Gałązki-Salamon, która rewelacyjnie poradziła sobie z zadaniem przełożenia wszelkich nazw i oddania wielobarwnej i wielonastrojowej opowieści dziewczyny, która mimo śmierci bohaterki wręcz tętni życiem. Naleciałości slangowe również brzmią w ustach Madison naturalnie, o co nie jest wcale tak łatwo i często idiolekt tego rodzaju brzmi sztucznie i odrobinę śmiesznie w nie do końca zamierzony sposób. Tutaj czytelnik nie odnosi takiego wrażenia. Książka napisana jest z dużą elokwencją, a nawet erudycją.

Mimo tego, że doceniam niewątpliwy talent Palahniuka (choć oceniam go tylko po tej jednej książce) i książkę przeczytałam szybko i z zaciekawieniem, raczej nie sięgnę po kolejne książki autora. Mogę polecić tę książkę wielbicielom groteski i tak zwanego „mocnego” pisarstwa (a z tego co wiem, „Opętani” należą do jego delikatniejszych powieści), sama jednak gustuję w innej literaturze, nastawionej na inne aspekty, z inną wrażliwością. Nie krytykuję „Opętanych”, bo nie mam do takiej krytyki tak naprawdę argumentów (poza zbyt dużym stężeniem obrzydliwości, nie jestem na nie wybitnie odporna). To po prostu kwestia gustu i tego, czego się w literaturze szuka. Ja zaspokojenia swoich literackich potrzeb nie znalazłam, ale sądząc po rzeszy fanów – Palahniuk trafia do wielu czytelników, nie zaszkodzi Wam więc spróbować.

Tytuł: Potępieni
Tytuł oryginału: Damned
Autor: Chuck Palahniuk
Tłumaczenie: Elżbieta Gałązka-Salamon
Wydawnictwo: Niebieska Studnia, 2011
Ilość stron: 288
Moja ocena: 4/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu Niebieska Studnia.