Archive

Archive for Styczeń 2012

Mongolia pod żaglami

16/01/2012 4 uwag

Mongolii nie da się „zwiedzać” ani tym bardziej „zaliczać”, w Mongolii po prostu się „jest”. Doświadcza się jej, poznaje, smakuje. Od jej stepowych i pustynnych mieszkańców nie należy wymagać zbytniej punktualności czy pośpiechu, czas jest w tamtych warunkach sprawą umowną.

Mongolia mnie przyciąga. Znam ją tylko z książek, filmów i zdjęć, ale wzrusza mnie sam widok kadrów, czuję się tak, jak gdybym już kiedyś chodziła po tamtych stepach, widziała pustynię Gobi. Dziwne to uczucie i mam nadzieję kiedyś naprawdę zobaczyć nad sobą bezkres błękitnego nieba w tym kraju stepów i koczowników. Podobno nigdzie indziej gwiazdy nie są nocą tak widoczne, dzięki czystości powietrza w bezchmurne noce widać je jak na dłoni. Jedyne co mnie odrobinę zniechęca to tamtejsza kuchnia. Oparta na mięsie a właściwie składająca się niemal w całości z produktów mięsnych i mlecznych, ze znikomą ilością warzyw. Przyszłoby mi więc chyba jechać z pokaźnych rozmiarów wałówką i gimnastykować się za każdym razem, by nikogo nie obrazić odrzucając oferowaną gościnność w postaci parującej wątroby czy innego fragmentu zwierzaka. Co ciekawe, bardzo popularne w Mongolii są… polskie surówki firmy Urbanek! W swojej książce „Żagle nad pustynią. Z wiatrem przez Gobi” Anna Grebieniow podaje nawet, że nazwa firmy stała się właściwie synonimem słowa „surówka” w języku mongolskim. W książce znajduje się więcej tego rodzaju ciekawostek dotyczących mongolskiej kultury i przyrody, a także porywających opisów piękna tego dość nieprzychylnego kraju i jego cudownie gościnnych mieszkańców.

Przede wszystkim jest to jednak opis niecodziennej podróży odbytej przez garstkę przyjaciół na żaglowozach przez pustynię Gobi. Przygoda zaczęła się już w 1978, kiedy Wojciech Skarżyński zainicjował pierwszą podróż tego rodzaju. Na dwóch napędzanych wiatrem pojazdach będących połączeniem trójkołowego wozu i żaglówki (jeden żaglowóz mieści jednego pilota oraz może przewozić pasażera w zamocowanej z boku siatce) polsko-mongolska ekspedycja przemierzyła pustynię. Blisko trzydzieści lat później na informacje o tamtej wyprawie natrafiła Ania Grebieniow, zainteresowana Mongolią podróżniczka. Efekt jej spotkania z „pionierem”, dwóch osób pełnych zapału, inspirujących się nawzajem, mógł być tylko jeden – zapadła decyzja o powtórzeniu wyczynu, w trzydziestą rocznicę podróży Polaków. Czytelnik towarzyszy przyszłym „żaglonautom” już od momentu powzięcia decyzji o wyprawie. Z ciekawością czytałam o przygotowaniach do wyjazdu, konstruowaniu żaglowozu Gobi-3 (Gobi-1 został pozostawiony w Mongolii po pierwszej podróży), szukaniu sponsorów i planowaniu trasy. Następnie trzon załogi wyruszył koleją transsyberyjską do Mongolii, a uczestnicy fragmentów podróży (Wojtek Skarżyński, brat Ani Bogdan i kilkoro innych znajomych bądź członków rodziny) miało dolecieć samolotem w odpowiednim czasie. Ducha przygody czuć na kartach książki już od pierwszej strony, a jest to dopiero preludium przed samą pustynną wyprawą.

Na „Żagle nad pustynią” składają fragmenty dziennika podróży pisanego przez Anię, jej relacja już z pewnej perspektywy czasu, wspomnienia pozostałych członków ekspedycji oraz mnóstwo informacji i ciekawostek dotyczących samej Mongolii. Nie zabrakło też opowieści Skarżyńskiego o pionierskiej wyprawie. Jej inicjator pracował wówczas jako rekonstruktor prehistorycznych zwierząt i do Mongolii podróżował właśnie na wyprawy paleontologiczne. Dzięki temu w książce znalazły się także informacje o polskich pracach wykopaliskowych na terenie Mongolii, a sami żaglonauci dali się porwać fascynującym opowieściom Skarżyńskiego i sami mieli nadzieję na odnalezienie szczątków pradawnego gada… Z szacunkiem wspomina też Skarżyński napotkanych przeszło trzydzieści lat temu Mongołów, ich codzienność i mentalność, która polskiemu podróżnikowi niezwykle przypadła do gustu. Niespieszący się ludzie, niezwykle gościnni i pogodni wydają się być wręcz ucieleśnieniem stepu. Zbliżone odczucia mają jego młodzi następcy – mimo że na step dociera nowoczesność i z niemal każdej jurty wystaje talerz anteny satelitarnej, mieszkańcy Mongolii się nie zmieniają, zachowując swe pozytywne cechy. Oczywiście „Żagle nad pustynią” to książka podróżniczo-przygodowa, nie ma w niej więc próby scharakteryzowania mongolskiego społeczeństwa z jego problemami. To jedynie barwna relacja o ludziach, których żaglonauci napotkali na swojej drodze.

Przyjemnie czyta się tę bogato ilustrowaną historię o podróży, determinacji i chęci spełniania marzeń. Znalazłam tam niejedną zupełnie nową dla siebie ciekawostkę, a opisy przyrody i krajobrazu przybliżają stepowo-pustynny kraj nie mniej, niż zdjęcia. Ania Grebieniow potrafi pisać i jest to duży komplement – dziś sporo jest wydawanych relacji z podróży młodych Polaków, niestety nie zawsze talent idzie w parze z inspirującymi pomysłami i podróżniczym doświadczeniem. Nawet niezwykle przeze mnie lubiana Kinga Choszcz w swojej pierwszej książce nie do końca radzi sobie z opisami. Gdybym miała natomiast szukać minusów… Cóż, sprawa szalenie indywidualna, ale książka mnie nie porwała. Biorąc pod uwagę, że „Żagle…” dotyczą Mongolii, po ich przeczytaniu powinnam zapłonąć natychmiastowym pragnieniem wybrania się w tamte miejsca. Tymczasem książkę przeczytałam z dużym zainteresowaniem, ale bez większych emocji. Nie zainspirowała mnie. Być może chodzi o środek transportu, może o dość mimo wszystko anonimowych podróżników… Nie mam pojęcia. Jest to więc sprawa osobistego odbioru i nie wpływa ona na fakt, że książkę polecam każdemu czytelnikowi interesującemu się Mongolią i podróżami. Sympatia do żeglowania liczy się na dodatkowy plus!

Tytuł: Żagle nad pustynią. Z wiatrem przez Gobi
Autor: Anna Grebieniow
Wydawnictwo: Bezdroża, 2011
Ilość stron: 240
Moja ocena: 4/6

Szukając swojego miejsca

W przypadku trylogii, w której cała akcja rozłożona jest równomiernie na wszystkie trzy tomy, najtrudniejszym do napisania jest chyba tom środkowy. Akcja już się zawiązała, bohaterowie zostali przedstawieni, a do finału jeszcze trochę historii pozostało. Tym samym druga część ma za zadanie jedynie podtrzymać zainteresowanie czytelnika, rozwinąć i rozmnożyć wątki, ale pozostawić większość z nich otwartą – i wciąż pozostać samoistnym tworem, który nawet pojedynczo będzie przedstawiał sobie jakąś wartość. Tym samym „jedynie” należałoby wziąć w cudzysłów, bo nie jest to ani zadanie łatwe, ani specjalnie wdzięczne. Na szczęście sprawie piszący autorzy zazwyczaj z gracją przechodzą próbę drugiego tomu, podsycając zainteresowanie i sprawiając, że czytelnik przywiązuje się do bohaterów i ich perypetii. Z przyjemnością stwierdzam, że Anne B. Ragde zdała ten test. Po świetnej „Ziemi kłamstw”, druga część zatytułowana „Raki pustelniki” jest także udana i choć może stanowi już takiego powiewu świeżości, to nietrudno jest zaangażować się w skomplikowane losy rodziny Neshov.

„Raki pustelniki” zaczęłam czytać zaraz po odłożeniu „Ziemi kłamstw”, co było dobrym wyborem – akcja drugiej części zaczyna się tuż po zakończeniu pierwszej, więc czyta się je jak jedną długą opowieść. Po wyjawieniu mrocznych sekretów z przeszłości Anny, członkowie rodziny Neshov muszą na nowo odnaleźć się w rzeczywistości. Niezwykłe Święta, spędzone niemal w innym wymiarze, dobiegają końca i każdy musi wracać do własnego życia. Tor z rozczarowaniem przyjmuje wiadomość o planowanym powrocie Torunn, która tęskni za kliniką weterynaryjną i co więcej, wcale nie wyobraża sobie siebie w roli pomocnicy w chlewie. Tym bardziej, że wkrótce poznaje fascynującego mężczyznę, zajmującego się między innymi powożeniem psimi zaprzęgami. Nowa znajomość pochłania ją całkowicie, przez co ma coraz mniej czasu dla swojego mało zaradnego życiowo ojca. Tor tymczasem pogrąża się w zgorzknieniu, tęskniąc za matką i nie radząc sobie bez niej w gospodarstwie. Mimo to udaje mu się prowadzić życie zbliżone do tego z przeszłości, do momentu, aż sam ulega wypadkowi. Tymczasem Margido daje się ponieść chwili i ulega alkoholowi oraz urokowi niemłodej już wdowy, która za wszelką cenę chce go do siebie zachęcić. Incydent staje się momentem przełomowym, po którym Margido zmienia swoje nastawienie do życia, a co za tym idzie, także do członków swojej rodziny, których stara się zobaczyć w nowym świetle. Wiele zmienia się również w luksusowym świecie Erlenda i Krumme, których związek stanie w obliczu poważnych decyzji i zmian. Końcem końców jednak, każde z innego powodu, wszyscy członkowie rodziny Neshov postanawiają odwiedzić rodzinne gospodarstwo, nie przeczuwając nawet, co ich tam czeka.

Powieść czyta się błyskawicznie, bohaterowie w większości wzbudzają sympatię a ich losy zaciekawienie. Nad historią wciąż unosi się przyjemny klimat Skandynawii. Chwilami robi się dość mrocznie, innym razem – aż nazbyt słodko (w przypadku Erlenda i Krumme), bywa zabawnie, bywa smutno… Anne B. Ragde z wyczuciem opisuje życie w jego różnych przejawach, nad całą historią góruje jednak jedno – poszukiwanie swojego miejsca. Tak jak raki pustelniki, które przychodzą na świat bez skorupy i muszą same znaleźć dla siebie dom. Bohaterowie Ragde zostali pozbawieni domu lub choćby iluzji o nim, muszą przewartościować swoje dotychczasowe doświadczenia i ułożyć sobie życie na nowo. Kruche więzi, na nowo zadzierzgane pomiędzy braćmi, wystawiane są na kolejne próby. Torunn musi natomiast zmierzyć się z byciem dziedziczką gospodarstwa i dotychczasowymi pragnieniami, które nie uwzględniały zamieszkania na wsi. Od jej wyboru zależy także jej odbudowana relacja z ojcem o trudnym charakterze i nadwątlona więź z matką przeżywającą rozstanie z dotychczasowym partnerem… Komplikacje narastają w każdym z wątków i gdyby tylko pod ręką była trzecia i ostatnia część powieści, natychmiast bym po nią sięgnęła…

Mimo że „Raki pustelniki” nie śniły mi się po nocach, to książka dostarczyła dużo naprawdę dobrej rozrywki. Jest pełna emocji, z ludzkimi bohaterami o pokomplikowanych losach i mroźną Norwegią w tle. Idealna pozycja na zimowe wieczory spędzone w przytulnym pokoju i z kubkiem herbaty w dłoni!

Zainteresowanych odsyłam do najnowszego numeru Archipelagu, który ukaże się prawdopodobnie pod koniec stycznia, a gdzie znajdzie się wywiad przeprowadzony specjalnie dla nas z Anne B. Ragde! Zachęcam do czytania. Za książkę dziękuję natomiast wydawnictwu Smak Słowa.

Tytuł: Raki pustelniki
Tytuł oryginału: Eremittkrepsene
Autor: Anne B. Ragde
Tłumaczenie: Ewa M. Bilińska
Wydawnictwo: Smak Słowa, 2011
Ilość stron: 296
Moja ocena: 4+/6

Sekrety rodziny Neshov

03/01/2012 5 uwag

Opowieść o norweskiej rodzinie Neshov mogłaby zacząć się nieśmiertelnym cytatem Tołstoja o nieszczęśliwych rodzinach. Jak w każdej szanującej się sadze, nawet takiej jak najbardziej współczesnej, nie może zabraknąć skrywanych latami sekretów, dramatów wpływających na całe pokolenia, trudnych relacji i chwil solidarności, kiedy rodzina, choć na krótki moment, potrafi się zjednoczyć. „Ziemia kłamstw” jest właśnie taką sagą i to bardzo dobrze napisaną, przez co ciężko się od niej oderwać i zaraz po skończeniu pierwszego tomu ma się ochotę na kolejne części tej trylogii. Anne B. Ragde stworzyła wspaniale tło, emanujące tym, co uwielbiam w skandynawskich powieściach – nieokiełznana przyroda, małe miasteczka, tętniące życiem miasta w Norwegii i Danii. Przede wszystkim jednak obdarzyła swoich bohaterów wiarygodnymi charakterami i psychologią. Relacje między członkami rodziny Neshov są wyjątkowo pokomplikowane, zachowują jednak realizm i dzięki temu można je przeżywać, kibicować ulubieńcom i z niecierpliwością przewracać stronę za stroną.

Galeria postaci nie jest zbyt liczna, każda postać to jednak oryginał, któremu warto przyjrzeć się bliżej, choć zdecydowanie nie każdy wzbudzi sympatię czytelnika. Fabuła zawiązuje się w momencie, kiedy stara Anna Neshov nagle dostaje wylewu i nieprzytomna trafia do szpitala. Mieszkający z nią Tor zmusza się do poinformowania o tym swoich braci – właściciela zakładu pogrzebowego Margida i Erlanda, uznanego dekoratora wystaw sklepowych. Bracia różnią się od siebie jak ogień i woda – najstarszy Tor prowadzi farmę świń i w swojej prostolinijności jest niemal dziecinny. Średni Margido to wycofany, samowystarczalny człowiek, który przeszedł głęboki kryzys wiary, a w swojej pracy spełnia się i cieszy nienaganną opinią. Jedynym marzeniem Margida jest mała łaźnia w mieszkaniu, stawia on na minimalizm i otacza się pustką. Co innego Erlend kochający luksus, wystawność i blichtr. Mieszka ze swoim partnerem w Kopenhadze, skąd uciekł z rodzinnego Byneset niedaleko Trondheim. Bracia już dawno przestali się ze sobą kontaktować, jednak wypadek matki zmusza ich do zebrania się przy jej łóżku. Poza Torem ciężko stwierdzić, czy którykolwiek z nich robi to z potrzeby serca, przyciąga ich raczej obowiązek, może ciekawość. Na obrzeżach rodziny majaczy też nieszczęsny mąż Anny, pogardzany przez synów, zaniedbany i niemal nieistniejący człowiek. W taką rodzinę zostaje wprowadzona Torunn, jedyna córka Tora, którą widział zaledwie raz w życiu i czasem rozmawiał telefonicznie. W obliczu zbliżającej się śmierci Anny, Tor prosi swoją dziedziczkę o przyjazd, żeby mogła poznać babkę przed jej śmiercią. Choć nie wszystko idzie po myśli Tora, liczne spotkania mające wkrótce miejsce prowadzą do zaskakujących zmian w historii rodu Neshov.

Ciekawym motywem jest również odwrócenie motywu, który aktualnie zalewa nasze półki w księgarniach – bohaterka porzucająca dotychczasowe życie i wyjeżdża na uroczą wieś, gdzie zaczyna wszystko od nowa. Torunn jest zadowolona ze swojej codzienności, choć niedawno rozstała się z mężczyzną i brakuje jej towarzystwa. Zamiast do słonecznej Toskanii wyjeżdża na mroźną norweską Północ. Zamiast przyjacielskich sąsiadów dziewczyna otoczona jest braćmi ojca i dziadkiem, mężczyznami na pozór zupełnie pozbawionymi jakiegokolwiek uroku (poza Elrendem), nastawionymi do niej nieufnie, skłóconymi ze sobą i z dużymi problemami wewnętrznymi. Zamiast poznawania regionalnej kuchni – Torunn uczy się zasad hodowli świń, którymi zajmuje się jej ojciec. Wszystko to urzeka świeżością i oryginalnością po dziesiątkach bliźniaczo do siebie podobnych powieści.

W odróżnieniu od niezwykle pesymistycznych opowieści z Północy, jak choćby „Dom Augusty” Axelsson, „Ziemia kłamstw” jest historią bardziej „życiową” – można w niej znaleźć szczyptę humoru, trochę wzruszeń, a przede wszystkim wciągającą historię i barwne postaci. Z niekłamaną przyjemnością wybrałam się do gospodarstwa Neshov, skomplikowana rodzina Anny szybko wkradła się w moje łaski i z radością przeczytam trzecią część (druga już za mną, a recenzja wkrótce), która powinna pojawić się w styczniu na półkach sklepowych. Dodam, że Archipelag ma nad nią patronat, co cieszy mnie podwójnie. Literatura skandynawska ma w sobie niezwykły urok i czar, który przyciąga mnie niezmiennie od już dłuższego czasu i nie sądzę, by to się zmieniło. Powieść Ragde wpisuje się w ten obraz i polecam ją miłośnikom książek obyczajowych i dramatów rodzinnych.

Tytuł: Ziemia kłamstw
Tytuł oryginału: Berliner Poplene
Autor: Anne B. Ragde
Tłumaczenie: Ewa Bilińska
Wydawnictwo: Smak Słowa, 2010
Ilość stron: 288
Moja ocena: 5/6

Na koniec roku – małe podsumowanie

01/01/2012 8 uwag

Witajcie w Nowym Roku! Na wstępie życzę Wam wszelkiej szczęśliwości, samych udanych lektur, oglądania rewelacyjnych filmów i słuchania świetnej muzyki. Ja sama mocno się cieszę, że poprzedni rok już dobiegł końca i cieszę się na kolejny, robiąc masę postanowień, a raczej – planów. Lubię planować, zapisywać sobie pomysły i różne wydarzenia w kalendarzu. Z realizacją, wiadomo, różnie bywa, ale samo planowanie jest przyjemne.

Wczoraj nie bardzo miałam czas i natchnienie, dziś więc czas na małe podsumowanie. Tym bardziej, że wordpress uszczęśliwił mnie naprawdę ładnie przygotowanym i ciekawym podsumowaniem tego roku dla mojego bloga. Zainteresowanych liczbami i komentarzami odsyłam na stronę specjalnie przygotowaną przez wordpress. Niestety tylko po angielsku, nie chcę już jednak dublować informacji i przepisywać. Do znalezienia tutaj. Bardzo dziękuję wszystkim odwiedzającym i komentującym!

W 2011 przeczytałam bardzo okrągłą liczbę książek, bo dokładnie 50! Nie planowałam takiego wyniku i nawet się zdziwiłam patrząc teraz na moją listę. Końcówka roku była dość kiepska jeśli o ilości chodzi, bo zajmowały mnie inne rzeczy. Generalnie jednak jest to niewiele mniej niż w zeszłym roku, więc to ilość dla mnie „akuratna”. Filmów widziałam 41, w tym roku mam nadzieję zobaczyć ich trochę więcej. I pisać więcej recenzji ich dotyczących.

Bardziej opisowe podsumowanie mojego książkowego roku znajdzie się w zimowym numerze Archipelagu, który ukaże się już wkrótce – będę zapraszać do lektury jak zawsze na blogu. A tutaj: 5 najważniejszych książek tego roku, w kolejności przypadkowej, bo nie potrafię się zdecydować. Sam wybór tylko tylu książek był trudny, ale biorąc pod uwagę, że przeczytałam ich 50, wybieranie więcej mijałoby się chyba z celem wyłonienia tych „naj”.

1. „Półbrat” (Halvbroren) Lars Saabye Christensen – niezwykła książka, z jednej strony kameralna i aż tak wiele się w niej nie dzieje, z drugiej – niesie w sobie tak wielki ładunek emocjonalny, że po jej skończeniu (nie w trakcie!) płakałam chyba godzinę a potem długo o niej myślałam.

2. „Odkrycie nieba” (De ontdekking van de hemel) Harry Mulisch – wysmakowana, różnorodna, rewelacyjnie napisana, zmuszająca do myślenia, zostająca na długo… Mogłabym długo wymieniać. Moim zdaniem – lektura obowiązkowa.

3. „Kobieta, która czekała” (La femme qui attendait) Andreï Makine – absolutnie cudowna powieść, w której autor czaruje słowami. Idealnie moja wrażliwość. Czytając po prostu byłam tam.

4. „Opętanie” (Possession) A. S. Byatt – mieszanka tego, co szczególnie lubię w literaturze, błyskotliwa, świetnie napisana, przyciągająca.

5. „Taniec ze Smokami” (A Dance with Dragons) George R.R. Martin – czekałam 6 lat i moje oczekiwania rosły. Tej książce udało się mnie zadowolić i teraz tylko nie mogę się doczekać kontynuacji…

Powinnam tu zakończyć, ale nie mogę nie przyznać ostatniego wyróżnienia:

* „Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji” Witold Szabłowski – pierwszy chyba reportaż, który czytała, jak powieść, nie mogłam się oderwać, a nawet się popłakałam. Cudowny.

I na tym poprzestanę, bo już mnie korci, żeby ze 2-3 pozycje dopisać. Przejdźmy więc do filmów. Kolejność znów przypadkowa.

1. „Ludzie Boga” (Des hommes et des dieux) reż. Xavier Beauvois – po moich zachwytach w jednej z nielicznych filmowych recenzji nie ma w tym pewnie nic dziwnego. Film niezwykle ważny, mądry i cudownie zrobiony. Dla mnie także osobisty, zwłaszcza w kontekście poszukiwań.

2. „Rozstanie” (Jodaeiye Nader az Simin) reż. Asghar Farhadi – świetnie zrealizowany i mądry film o relacjach międzyludzkich i ludziach uwikłanych w sytuację, gdzie nie można wskazać „tego złego”. Opowieść o kłamstwach, o dojrzewaniu, o życiu w zgodzie z moralnością… Zachwycający.

3. „Kroniki portowe” (Shipping News) reż. Lasse Hallström – oglądałam w idealnych warunkach i klimat tej historii mnie zauroczył. Zawsze lubiłam opowieści o miasteczkach na końcu świata, tym bardziej tych nad wodą, więc niewiele było trzeba, żeby mi się spodobało. W dodatku film jest dobrze zagrany, fabuła ciekawa, ładna muzyka i widoki, rodzinne sekrety… Teraz muszę przeczytać książkę.

4. „Gran Torino” reż. Clint Eastwood – mocny i choć odrobinę schematyczny, to poruszający i bez upiększenia pokazujący zarówno jedno z obliczy imigrantów jak i określonego rodzaju Amerykanów „starej daty”. A przy tym to takie pożegnanie Eastwooda z aktorstwem i odejście „Brudnego Harry’ego”, co podkreśla już i tak ważny nostalgiczny rys.

5. „Przeznaczone do burdelu” (Born Into Brothels: Calcutta’s Red Light Kids) reż. Zana Briski, Ross Kauffman – tytuł może sugerować historię w rodzaju „Kwiatu pustyni”, jest to jednak mylne wrażenie. To opowieść o tym, co można zrobić dla najbiedniejszych dzieciaków, o sztuce i fotografii, a także walce o własne marzenia.

Oraz dwa wyróżnienia, które zrobiły na mnie wrażenie:

* „Bękarty wojny” (Inglourious Basterds) też. Quentin Tarantino – fanką Tarantino, jak już tu chyba kiedyś pisałam, zdecydowanie nie jestem. Ale się zachwyciłam – przewrotnym pokazaniem tematu, rytmem, w jakim ten film jest zrobiony, kilkoma absolutnie cudownymi scenami, muzyką… Naprawdę warto zobaczyć.

** „Walkiria” (Valkyrie ) reż. Bryan Singer – nie obchodzi mnie, jak bardzo ten film jest hollywoodzki. Myślałam, że przestanę na nim oddychać z emocji i zdenerwowania. I znając przecież z góry zakończenie, byłam wściekła i smutna, no bo jak to, jak może się im nie udać…?

Muzycznie w tym roku nie zanotowałam żadnych znaczących odkryć ani piosenek, które by mi jakoś wybitnie towarzyszyły. Może w przyszłym będzie na tym polu ciekawiej.

A u Was? Podsumowania zrobione, czy też Was takie rzeczy raczej nie bawią?

Kategorie:film, książki, meta, muzyka Tags: