Archiwum

Archive for Marzec 2010

Proces z rasizmem w tle

„Kiedy umiera lato” to moja pierwsza książka Winstona Grooma, znanego przede wszystkim jako autora powieści „Forrest Gump” (o czym dowiedziałam się dopiero z okładki „Kiedy umiera lato”, ponieważ filmowy „Forrest Gump” nie zachwycił mnie na tyle, bym poszukiwała książkowego pierwowzoru – nazwisko autora wyleciało mi z pamięci). Przyznaję, że do lektury sprowokował mnie głównie fakt, że nie znalazłam w bibliotece pozycji, których poszukiwałam w ramach wyzwania Amerykańskie Południe, inaczej raczej bym po tę książkę nie sięgnęła… Czytanie jej jednak nie było straconym czasem, a po kilkudziesięciu stronach udało mi się wciągnąć w historię Willie’go i z zaciekawieniem śledzić jego losy.

Groom zawarł w swojej książce kilka poczytnych motywów, które udało mu się wykorzystać z różnych powodzeniem. Mamy więc sympatycznego prawnika, Willie’go Crofta, mistrza w wyciąganiu drobnych przestępców z więzienia, który do tej pory jednak nie miał okazji się wykazać i spełnić swoich ambicji. Do tego dochodzi konflikt prawno-rasowy: na terenach należących od pokoleń do miejscowych bogaczy nazwiskiem Holt odkryto złoża ropy naftowej. Na drodze do zwielokrotnienia majątku szacownej rodzinie staje fakt, że na tych terenach od dawna zamieszkuje murzyńska rodzina, która dodatkowo utrzymuje, iż nieżyjący już pan Holt ofiarował im ów kawał ziemi, na co posiadają stosowny dokument. Holtowie zrobią wszystko, żeby odzyskać ziemię, murzyńska społeczność zrobi wszystko, żeby ją zatrzymać, bo im się ona prawnie należy. Wynajmują więc prawnika – oczywiście Willie’go. Dzięki głośnej sprawie Croft ma szanse spełnić swoje marzenia, a także wchodzi w „wielki świat” swojego miasteczka w stanie Luizjana, spotyka robiącą na nim ogromne wrażenie Whitsey oraz porządkuje swoje przemyślenia dotyczące czarnoskórej ludności zamieszkującej jego sąsiedztwo.

Początek książki czyta się dość opornie, potem idzie już z górki i błyskawicznie docieramy do ostatniej strony. Akcja toczy się wartko i jest przemyślana, niestety nie dostarcza czytelnikowi wzruszeń, choć potencjał ma niemały. Willie jest postacią budzącą sympatię, ma w sobie jednak coś zniechęcającego, coś, co nie pozwala do końca wczuć się w jego sytuację i kibicować mu w jego prawniczych poczynaniach. Właściwie nie znalazłam w książce ani jednego bohatera, który w jakikolwiek sposób by mnie porwał i wciągnął w swoją historię. Sam wątek „procesowy” również nie trzyma w napięciu tak, jak powinien. Znajdziemy kilka zwrotów akcji, które można uznać za zaskakujące, ale już czytając opis na okładce wiemy, czego się mniej więcej spodziewać. Nawet bohaterowie nie wydają się zbytnio ekscytować własnymi przeżyciami, sprawiają wrażenie zmęczonych życiem i walczących bardziej dla zasady niż z powodu zrywu serca czy pragnień. A jednak właśnie w tym znajduje się największy plus książki. „Kiedy umiera lato” odebrałam jako książkę bardzo melancholijną, opowieść o przemijaniu – i jako taka mi się spodobała. Senne południe, zgrabnie w powieści sportretowane, zmienia się na oczach mieszkańców, żegna ze starym porządkiem i pozwala nadejść nowemu. Ubodzy mieszkańcy czarnoskórej dzielnicy są pionierami i mają tego świadomość. Ich poczynaniami zdaje się kierować bardziej chęć odmienienia zasad panujących w Bienville niż pragnienia wzbogacenia się (choć i to jest niewątpliwie znaczącym motywem). Pewna epoka odchodzi w zapomnienie… Tak jest i z Willie’m, który żegna swoją młodość, melancholijnie rozliczając się z przeszłością. Czy coś udało mu się osiągnąć? Czy to, co zyskał dzięki procesowi jest w stanie spełnić jego oczekiwania i dać mu satysfakcję? Choć wątek ten zdaje się plątać gdzieś na marginesie powieści, najbardziej przypadł mi do gustu. Willie jest zawieszony między etapami w życiu, społecznościami, pewnością siebie i kompleksami. Gdyby autorowi chciało się zgłębić ten temat trochę bardziej i oszczędził swojemu bohaterowi jakiegoś takiego szowinistycznego rysu, powstałaby ciekawa i złożona postać. Szkoda, że Groom nie wykorzystał potencjału.

Powieść czyta się dobrze, ale pozostawia po sobie uczucie niedosytu. Oczywiście znajdziemy tu antyrasistowskie przesłanie oraz wbijające się w pamięć stwierdzenie, że nie można dać komuś czegoś, co ten ktoś już posiada (cytatu dokładnego niestety podać nie mogę, bo książkę musiałam zwrócić już do biblioteki). Jest więc swojego rodzaju manifestem człowieczeństwa, nieprzemawiającym jednak zanadto do wyobraźni czytelnika. A może dodatkowo miałam wygórowane oczekiwania po rewelacyjnym „Zabić drozda”? Dobre na długą podróż pociągiem, ale nic nadzwyczajnego.

Moja ocena: 3+/6
Winston Groom, „Kiedy umiera lato” (Albatros, 1997)

Dlaczego nie wolno zabijać drozdów

Moje polonistki zawsze twierdziły, że istnieją takie określenia, których powinniśmy wystrzegać się pisząc recenzje. Na przykład słowo „piękny” lub „mądry” stały się już niemal puste z powodu ich nadużywania. Z drugiej jednak strony, „Zabić drozda” autorstwa Harper Lee zachęca nas na powrót do rozumienia podstawowych słów wyrażających wartości w sposób dosłowny, do spojrzenia na świat z perspektywy niewinnego dziecka. Odrzucam więc wyuczone zasady dobierania bardziej oryginalnych przymiotników, bo określenia „piękna” i „mądra” pasują do książki Lee idealnie, a ja wciąż jestem szczęśliwa, że dzięki wyzwaniu Amerykańskie Południe wreszcie po nią sięgnęłam, choć na mojej liście książek do przeczytania widniała już od długich lat.

Akcja książki toczy się w nieistniejącym miasteczku Maycomb w stanie Alabama. To miejsce, gdzie teoretycznie wszyscy się znają, naprawdę jednak każdy skrywa swoje małe i większe tajemnice. Dziewięcioletnia Skaut (w innych tłumaczeniach nazwana Smykiem) opowiada historię pewnego niezwykłego lata, które niepostrzeżenie ukształtowało ją na całe życie. Razem ze starszym bratem Jemem i przyjacielem odwiedzającym w Maycomb ciotkę, jak co roku wyszukują sobie coraz to nowe rozrywki i zabawy, z których do tej pory ulubioną była próba wywabienia z domu Boo Radleya, tajemniczego sąsiada nigdy nie opuszczającego domu swoich rodziców, o którym po miasteczku krążyły niesamowite historie. Tego lata jednak wydarzenia zostaną podporządkowane procesowi prowadzonemu przez ojca dzieci, Atticusa Fincha, szanowanego adwokata. Cieszący się uznaniem małomiasteczkowego społeczeństwa Atticus, idol Jema i Skauta, podejmuje się roli obrońcy czarnoskórego mężczyzny oskarżonego o gwałt na białej kobiecie, czym skutecznie burzy senną atmosferę Maycomb, gdzie panują schematy i przekonania o rasistowskim podłożu. Atticus podejmuje się sprawy nie bardzo wierząc w jej powodzenie, rezygnując z niej przeciwstawiłby się własnym ideałom i w przyszłości stracił szacunek własnych dzieci. Jem i Skaut, początkowo wściekli na ojca i winiący go za przykrości ze strony dorosłych mieszkańców miasteczka i ich dzieci, zaczynają rozumieć sytuację społeczną Murzynów. Przychodzi czas na konfrontację dziecięcych ideałów, według których ludzie są po prostu ludźmi, z rzeczywistością.

Ciężko opisać fabułę tej książki nie chcąc zdradzić zbyt wiele. Tutaj każde wydarzenie ma swoją rolę w całej historii. Powiedzieć, że „Zabić drozda” to powieść o tolerancji i rasizmie byłoby uproszczeniem i spłyceniem bogatej treści dzieła. To historia o dojrzewaniu, szacunku do otaczającego świata, rolach społecznych, rodzicielstwie i przyjaźni. Pełno w niej pięknych tekstów, ale ani przez chwilę nie uświadczymy nachalnego moralizatorstwa. Przypisanie Skautowi roli narratora okazało się fantastycznym zabiegiem – czytelnik zapoznaje się z wydarzeniami z perspektywy małej dziewczynki, która nie zawsze do końca zdaje sobie sprawę z dziejących się wokół niej wydarzeń. Czytelnik natomiast rozumie, zwłaszcza znając tło obyczajowe i historię przemian zachodzących na amerykańskim południu, odbiera treści zawarte między wierszami powieści i układa z nich opowieść jeszcze głębszą i być może jeszcze bardziej poruszającą, której głównym bohaterem staje się Atticus. Dodatkowo, choć książka porusza temat podstawowych wartości, w obliczu których ciężko jest mówić o kompromisach, niewiele jest w niej czarno-białych (o ironio…) postaci. Choć dzieci nierzadko tak właśnie wolałyby postrzegać mieszkańców swego miasta (bynajmniej nie na podstawie rasy), uczą się dostrzegać dobro ukryte głęboko w zgorzkniałych sąsiadach i przyswajają sobie podstawową zasadę: by kogoś zrozumieć, musisz choć na chwilę postawić się na jego miejscu…

Myśląc o „Zabić drozda” co chwila przypominam sobie kolejny fragment, kolejną wypowiedź, która mnie poruszyła. Napisałabym chętnie o każdej z nich, ale nie chcę nikomu odbierać przyjemności osobistego zapoznania się z nimi na kartach książki. Wspaniała to lektura, którą bez wahania zaliczyłabym do obowiązkowych dla czytelników w każdym wieku. Barwne postaci, zmuszające do przemyśleń wątki i problematyka, a wreszcie wartka fabuła, wciągająca od pierwszej strony. Jestem zachwycona, dla mnie „Zabić drozda” to książka idealna. Polecam gorąco, dowiedzcie się, czemu nie wolno zabijać drozdów…
Moja ocena: 6/6
Harper Lee, „Zabić drozda” (Rebis, 2006)

Poszukiwanie własnego ‚ja’

Dość długo zbierałam się do napisania tej notki, cierpiąc na jakiś specyficzny zastój recenzyjny (spowodowany prawdopodobnie chorobą, zmęczeniem materiału i wreszcie brakiem wiosny). Szczęśliwie to już za mną, a wiosna wreszcie wypełniła sobą łódzkie powietrze, więc teraz mam nadzieję wreszcie nadgonić recenzje, których przez ten czas sporo się uzbierało. Zacznę od lektur wyzwaniowych, a na pierwszy ogień idzie „Przebudzenie” autorstwa Kate Chopin, z którą to książką zapoznałam się podczas przygotowań do studiów. Na specjalnym kursie, na który wówczas uczęszczałam, omawialiśmy „Przebudzenie” w dużym skrócie. Nie przeczytałam wtedy tej krótkiej powieści bazując jedynie na streszczeniu i z perspektywy czasu cieszę się, że tak się stało. Te kilka lat temu fabuła wydała mi się płytka i poza jawnym motywem feministycznym niewiele wnosząca do literatury, dziś spojrzałam na nią inaczej i bardzo mi się spodobała. Starałam się w tej recenzji nie zdradzić zakończenia książki, jest ona jednak na tyle krótka, że ciężko omawiać ją inaczej, niż całościowo. Zresztą zakończenie, choć niezwykle symboliczne i skłaniające do refleksji, nie jest najważniejszą częścią utworu…

„Przebudzenie” zostało wydane w 1899, a Kate Chopin uważana jest za wczesną feministkę. Główną bohaterką swej krótkiej powieści Chopin mianowała Ednę Pontellier, młodą mężatkę z dwójką dzieci. Państwo Pontellier mieszkają na stałe w stanie Luizjana, wśród Kreolów – mieszkańców pochodzenia francuskiego, ludności konserwatywnej i niezwykle mocno trzymającej się hierarchii, w której mężczyzna stoi wyżej od kobiety, sprowadzając rolę tej drugiej do macierzyństwa i opieki nad domowym ogniskiem. Większość kobiet odnajduje się w przydzielonej im roli; te, które ośmieliły się zbuntować i ułożyć swoje życie inaczej traktowane są jak dziwadła, czego przykładem jest pianistka, panna Reisz. Co innego jednak rozpoczęcie innego życia już na początku swojej samodzielnej drogi, a co innego – zrezygnowanie z rodzinnego szczęścia, o którym można tylko marzyć. A taka właśnie myśl rodzi się w głowie Edny podczas letniska w Grand Island, gdzie adoruje ją młody Robert Lebrun. Po raz pierwszy kobieta zastanawia się, czy jej obecna sytuacja zaspokaja jej potrzeby, czy spełnia się i odnajduje w życiu, jakie prowadzi i które rozciąga się przed nią aż do śmierci. Pozornie błahe wydarzenia wpływają na Ednę i powoli prowadzą ją do przebudzenia – emocjonalnego, społecznego i wreszcie seksualnego.

Książka została uznana za szokującą i demoralizującą młode dziewczęta w momencie wydania, ale wiele lat później wreszcie ją doceniono i do tej pory uważa się, że miała wielki wpływ na literaturę amerykańską. Postać Edny fascynuje – jej powolne odkrywanie własnego ‘ja’, próba ułożenia i pogodzenia macierzyństwa ze spełnianiem się w roli kobiety wolnej od konwenansów i własnoręcznie sobie narzuconych zakazów i nakazów. Dodawtkowo Edna pozostaje normalna, zwyczajna, czego nierzadko brakuje nawet współczesnym bohaterkom. Maluje obrazy, ale nie jest wielką artystką i nie okazuje się nagle, że posiada niezwykły talent. Przeżywa miłość oraz chwilowe uniesienia, zrywa ze stereotypem kobiety obowiązującym wśród Kreoli, ale wciąż przyjaźni się z żywym ucieleśnieniem tych norm – panią Ratignolle. Chopin stworzyła niezwykle porywającą bohaterkę, a do tego opisała jej przeżycia oraz doznania duchowe pięknym językiem.

Feminizm nie jest oczywiście jedynym motywem powieści. „Przebudzenie” mówi głównie o szerszym pojęciu poszukiwania siebie i życia zgodnie z własnymi przekonaniami i potrzebami. Dzisiejszy świat i chyba każde społeczeństwo narzuca pewne normy, nawet jeśli nie są one tak widoczne i dużo bardziej elastyczne niż miało to miejsce w przeszłości. Podziwiam ludzi, którzy potrafią realizować swoje marzenia i dążyć do szczęścia bez oglądania się na normy, ale przede wszystkim – ludzi, którzy bez wahania potrafią odpowiedzieć na pytanie, czego chcą w życiu i co ich uszczęśliwia. Nawet po swojej decyzji o zmianach, Edna wciąż poszukiwała swojego miejsca w życiu, cierpiała nie mogąc pogodzić wszystkich aspektów własnej osobowości. Walka o własne ‘ja’ w „Przebudzeniu” jest cicha i samotna, tylko jedna osoba zdaje się rozumieć problemy Edny i odczytywać je we właściwy sposób, ale to zrozumienie następuje zbyt późno, by mogło uratować wrażliwą i spragnioną miłości kobietę.

Już po przeczytaniu nasuwa się pytanie, czy to się musiało tak skończyć? Czy istniała szansa na jakiekolwiek inne rozwiązanie? Czy ofiara Edny była potrzebna – prawdopodobnie i tak mało kto zrozumiał jej prawdziwą intencję. Nie zdziwiłabym się, gdyby pan Pontellier gładko zatuszował całe zajście, a Edna jawiła się znającym ją osobą jako osoba umysłowo słaba lub po prostu ciężko chora. A mimo to ciężko oprzeć się wrażeniu, że kobieta inaczej postąpić nie mogła, nie tracąc przy tym siebie, co było jej największym lękiem i wizją odbierającą sens jakimkolwiek poczynaniom.

Książkę czyta się błyskawicznie i bardzo przyjemnie, po lekturze natomiast jest się nad czym zastanowić. Gorąco namawiam wszystkich, którzy jeszcze nie mieli okazji do zapoznania się z tym klasykiem.

Moja ocena: 5/6
Kate Chopin, „Przebudzenie” (Libros, 2002)

Ludzkie oblicze terroryzmu?

„Belcanto” Ann Patchett to moje pierwsze zetknięcie z nagrodą Orange Prize, przyznawaną pisarkom wszelkich narodowości za najlepszą powieść napisaną w języku angielskim. Muszę przyznać, że po lekturze mam trochę mieszane uczucia, z chęcią sięgnę więc po inne książki nagrodzone Orange Prize, żeby mieć porównanie i móc wyrobić sobie jakieś zdanie na temat tej nagrody. „Belcanto” bowiem jest książką dobrą, ale naprawdę zastanawiam się, co poza ciekawym pomysłem świadczy o jej wybitności…

Ubogie państwo Ameryki Południowej usiłuje zachęcić japońską firmę Nansei do poczynienia inwestycji na swoich terenach. Z tego względu organizuje urodzinowe przyjęcie dla prezesa firmy, pana Katsumi Hosokawy, na które zaproszona zostaje sławna na całym świecie diwa operowa, Roxane Coss. Wielu gości pojawia się na imprezie właśnie po to, by posłuchać anielskiego głosu śpiewaczki. Wśród gości zabrakło natomiast samego prezydenta kraju, który pomimo wcześniejszych planów końcem końców nie był w stanie zrezygnować z oglądania swojej ukochanej telenoweli w domowym zaciszu. Nie wiedzieli o tym miejscowi terroryści i przyjęcie Hosokawy zostało wybrane jako idealny moment na porwanie prezydenta i przehandlowanie go na więźniów politycznych oraz uzyskanie kilku innych przywilejów i spełnienie żądań. Pojmując swoją pomyłkę, wojsko kapitana Benjamina i jego dwóch towarzyszy, w całości złożone z dzieciaków wychowanych w dżungli i szkolonych do partyzanckich akcji, bierze wszystkich gości i personel domu wiceprezydenta Iglesiasa (u którego w mieszkaniu odbywało się owo przyjęcie) w niewolę jako zakładników. Nie bardzo wiedząc, co z nimi dalej począć, terroryści na dobre rozgaszczają się w domu wiceprezydenta, a ich początkowo przerażeni zakładnicy powoli przyzwyczajają się do zaistniałej sytuacji, odnajdując w niej nie tylko spokój i ucieczkę od codzienności, ale i własne pragnienia i potrzeby. Pomaga w tym niezwykły śpiew Coss oraz, w niektórych przypadkach, miłość. Cały czas jednak nad mieszkańcami tego niezwykłego gospodarstwa ciąży smutna prawda – taki stan nie może trwać wiecznie, a zakończenie, w kierunku którego zmierza fabuła może być tylko jedno.

„Belcanto” czyta się bardzo szybko, strony po prostu migają przed oczami. Bohaterowie są sympatyczni i wielu z nich szybko daje się polubić. Sytuacja w oblężonym przez policję domu, w którym rządzą porywacze nieźle prezentuje ludzkie zachowania w sytuacjach stresowych, a także proces adaptacyjny w warunkach ekstremalnych. Istnieje jednak poważne „ale”, a nawet kilka. Czytałam wiele bardzo pozytywnych recenzji tej książki i mogę zrozumieć, że czytelnik może odnaleźć w „Belcanto” wiele powodów do wzruszeń, moje wrażenia po lekturze były jednak całkowicie letnie. I to jest chyba najlepsze słowo, określające tę książkę. Lubię książki o miłości, ale tutaj wątki romantyczne wydały mi się mocno schematyczne, nie wywołały we mnie wzruszenia, były zbyt przewidywalne. Dużo chętniej poczytałabym o wszystkich lokatorach domu, niestety autorka tylko w kilku przypadkach posunęła się dalej poza komediowe sceny oparte na znanych stereotypach związanych z narodowościami mieszkańców domu (a mamy tu prawdziwą mieszankę).

Sam pomysł autorki wydaje mi się naprawdę godny uwagi, niestety wykonanie zawodzi. Istnieje w tej powieści kilka wspaniałych scen przedstawiających ludzkie charaktery i mechanizmy kierujące zachowaniem (jak na przykład moment, w którym Gen opuszcza na chwilę dom…). Głównie rozczarowuje chyba sam styl Patchett. Gdyby nie opisywała wnikliwie (acz bez poetyki, bądź chociaż jakiegoś powiewu świeżości) każdego uczucia i emocji bohaterów, może te przeżycia robiłyby większe wrażenie. Gdyby pozostawiła czytelnikowi trochę miejsca na interpretację, domysł lub dopowiedzenie, na pewno łatwiej byłoby zaangażować się w losy mieszkańców tego niezwykłego miejsca. Na szczęście wciąż jeszcze pozostaje pewne pole do popisu dla czytelnika, ale jak na tak emocjonalną powieść jest tego zdecydowanie za mało… Ciężko także tak do końca traktować poważnie cały ów zamach terrorystyczny. Nie jestem zwolenniczką brutalności w książkach lub filmach i wcale nie uważam, że nie można się bez nie obejść. Rozumiem też zamysł, w myśl którego terroryści to dzieci, niby okrutne i napawające się cudzym strachem, ale też i niegroźne, jeśli dobrze traktowane. Tyle że w „Belcanto” już od początku nie ma tej atmosfery grozy, którą może powodować władza i broń w rękach nieletnich.

Książka ta nie ma pazura, czegoś, co naprawdę wyróżniałoby ją na tle innych powieści. Choć szybko się czyta i zaskoczenie może być zaskakujące – ale to z epilogu, które wprawdzie mi się nie podobało, ale uważam, że było ciekawe i jako jedno z nielicznych rozwiązań zostawiało pole dla wyobraźni czytelnika. Zakończenie „głównej” książki jest przewidywalne i chyba jedyne realistyczne, niestety. Chętnie przeczytałabym pomysł Patchett zrealizowany przez kogoś innego… Nie mogę powiedzieć, że jest to zła pozycja, bo mimo wszystko jest to dobra książka. Ale mogła być jeszcze lepsza, zdecydowanie i to zawodzi. A także zastanawiam się – czy to naprawdę najlepsza kobieca powieść 2002 roku…?

Moja ocena: 4-/6
Ann Patchett, „Belcanto” (Rebis, 2008)


Kontynuując temat muzyki, dziś miałam ogromną przyjemność znaleźć się na koncercie pt. „Zmierzch”, gdzie Bogdan Hołownia zagrał 18 piosenek Kabaretu Starszych Panów. Koncert prowadziła Magda Ummer, która swoim delikatnym głosem zaśpiewała kilka utworów. Gościnnie wystąpiły także Ewa Bem i Lora Szafran, porywając słuchaczy jazzowym wykonaniem utworów. Nigdy właściwie nie słuchałam (przynajmniej tak świadomie, bo oczywiście znam je z radia czy telewizji, ale nigdy sama z siebie ich sobie nie puszczałam i nie wsłuchiwałam się w te kompozycje) piosenek napisanych przez Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przyborę, ale koncert szalenie mi się podobał. Same melodie grane przez Hołownię były po prostu przepiękne, przenoszące w krainę marzeń. Na stronie filharmonii przeczytać można, że zaprezentował utwory w stylu „impresjonizmu jazzowego” – na jazzie się nie znam, więc wierzę na słowo i zdecydowanie się zachwycam.

Ucieczka po japońsku

„Sprawa osobista” to pierwsza książka Kenzaburō Ōe, którą udało mi się przeczytać i, mam nadzieję, nie ostatnia. Dawno też nie czytałam żadnej książki napisanej przez Japończyka, a autor uważa się za pisarza głęboko zakorzenionego w rodzimej literaturze, Japonia i jej mieszkańcy stanowią ulubione tematy jego twórczości i można odnieść wrażenie, że z tekstów Ōe, z plątaniny symboli i mitów wplecionych w fabułę, wyłania się portret społeczeństwa skażonego dramatem wojny, ale rozwijającego się w zawrotnym tempie, nierzadko kosztem własnych obywateli. „Sprawa osobista” nie jest książką, która ma się podobać w podstawowym znaczeniu tego słowa, ale równocześnie nie sposób się od niej oderwać i przynosi wielką satysfakcję czytelniczą.

Ptak ma 27 lat, naucza na kursach przygotowawczych do egzaminów na studia i marzy o podróży do Afryki. W przeszłości nie stronił od bójek, należał do młodzieżowego gangu i pozbierał się dopiero po dostaniu się na studia. Ożenił się i dzięki pomocy teścia dostał pracę w szkole przygotowawczej. Czytelnik poznaje go tuż przed narodzinami pierwszego dziecka. Już wtedy daje się zauważyć, jak bardzo mężczyzna w siebie nie wierzy, jak bardzo chciałby wyrwać się z przytłaczającej go codzienności, uciec od żony, z którą nie czuje się do końca szczęśliwy, a myśl o mającym przyjść na świat dziecku napawa go raczej niepewnością graniczącą z odrazą, niż radością i troską. W końcu rodzi się nienormalny chłopiec – lekarze wydają wyrok, że dziecko dotknięte jest niezwykle rzadką przepukliną mózgową. W najlepszym wypadku będzie wegetować niczym roślina, ale bardziej prawdopodobne jest, że wkrótce umrze. Tymczasem noworodek ze wszystkich sił trzyma się życia, a Ptak osuwa się w grząskie bagno strachu, wstydu i kłamstwa. Komplikuje się jego sytuacja w pracy, okłamuje żonę w sprawie stanu dziecka i szuka pociechy w ramionach przyjaciółki z czasów studenckich, brzydząc się jednocześnie kobiecością…

„Sprawa osobista” to niezwykłe stadium ludzkiej psychiki. W pierwszym odruchu najłatwiej jest potępić Ptaka, wyrazić obrzydzenie jego egoizmem i strachem. Ale im dalej posuwamy się w lekturze, im głębiej interpretujemy pobudki bohatera, tym ciężej jest ocenić go jednoznacznie. Lub też inaczej – negatywna ocena wydaje się naturalna, ale przychodzi na myśl także stara prawda: „kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień”. Nietrudno jest krytykować człowieka w sytuacji podbramkowej, ale spróbować go zrozumieć i sprawiedliwie ocenić samego siebie stanowi większą sztukę. Jeśli nawet nie mówimy o tak drastycznej sytuacji, czy w każdej innej kierowalibyśmy się dobrem, a nie własną wygodą bądź strachem? Bez wahania w głosie potrafię odpowiedzieć, co zrobiłabym w sytuacji Ptaka, ale istnieje kilka innych okoliczności, w których już nie byłabym taka pewna swojego postępowania. Kenzaburō Ōe nie ocenia postawy swojego bohatera i nie o to prosi czytelnika. Przedstawia złożoną historię zwykłego człowieka i zmusza odbiorcę do refleksji i uczciwego wejrzenia w głąb siebie.

Ciekawym motywem jest również problem związany ze świadomością własnego ciała, zarówno w kontekście seksualnym jak i dotyczącym postrzegania płci oraz stosunku do samego siebie. Również na tym tle bohatera męczą lęki i kompleksy, z których przynajmniej częściowo jest w stanie wyciągnąć go przyjaciółka, Himiko, osoba równie rozdarta przez osobiste dramaty i szukająca zapomnienia oraz autentyczności w seksie z wieloma partnerami. Związek z Ptakiem, początkowo czysto cielesny, prowadzi do zmian w jej życiu, subtelnie zarysowanych w początkowej fazie. Ōe pokazał ludzką seksualność jako sferę, w której człowieka najmniej stać na udawanie, gdzie łatwo jest zobaczyć prawdziwą naturę, a może niekiedy nawet i tę gorszą stronę człowieka. Na tym tle autor przedstawił pragnienia i potrzeby swoich postaci, także w sposób metaforyczny.

Język Ōe jest niezwykle bogaty, pełen wyrazistych metafor, chwilami naturalistyczny i ocierający się o groteskę, innym razem poetycki i zachwycający. Symbolika w „Sprawie osobistej” jest rozbudowana, ale niestety mam świadomość, że wiele znaczeń pozostało poza moim zasięgiem, odniosłam wrażenie, że kilka scen można zinterpretować jeszcze na inny, prawdopodobnie czysto japoński sposób (znalazłam informacje, że w książce wiele jest odniesień do historii Japonii i zmian w społeczeństwie – znając ogólną historię Japonii część się wyłapie, ale wciąż pozostaje wrażenie, że jest ich więcej…). Mimo to powieść czyta się wyśmienicie i nawet pomijając symbolikę, wciąż pozostaje pełna znaczeń i ważnych treści.

Laureat literackiej Nagrody Nobla z 1994 roku stworzył powieść, o której ciężko zapomnieć, na długo zostaje w pamięci. Drażni i nie daje spokoju, prowokuje pytania i refleksje, męczy ale i przynosi nadzieję. Ja jestem pod wielkim wrażeniem tej prozy, płakałam pod koniec książki z tak wielu powodów, odebrałam ją niezwykle osobiście i polecam ją każdemu, kto nie boi się zmierzyć z tematem ludzkiego egoizmu i strachu.

Moja ocena: 5/6
Kenzaburō Ōe, „Sprawa osobista” (PIW, 2005)

Chłodne polarne lato

Jak wyobrażam sobie lato polarne? Już sama nazwa wydaje się niepokojąca, przywodzi na myśl oślepiające słońce, które jednak wcale nie ogrzewa zmarzniętego ciała. Taka właśnie jest książka „Lato polarne” autorstwa Anne Swärd – nie pod względem emocji, jakie wzbudza, ale treści. Opowiada bowiem o skomplikowanych relacjach pewnej szwedzkiej rodziny, która rozsypała się już dawno temu, ale wciąż udaje, że utrzymuje ze sobą w miarę poprawne relacje.

Ingrid i Jack zapałali do siebie uczuciem od samego początku. Uczuciem, które z tak wielu przyczyn próbowali zdusić, a które z nimi wygrało. Narodziny dzieci, proza życia aż wreszcie zdrada i jej owoc – mała Kaj, oddalały od siebie małżonków, aż wreszcie na dobre znikli ze swego życia. Po latach jeden z braci, Krystian wraca do rodzinnego domu, żeby zaopiekować się przyrodnią siostrą podczas nieobecności matki. Niby tęski za Kaj, która na jego punkcie szaleje na swój dziwny, zaborczy sposób, ale z drugiej strony wolałby więcej się tam nie pojawiać. Kaj wymaga nieustannej opieki. Dlaczego? Czy nie poradziłaby sobie sama? Czy to nadmierna wrażliwość, czy nieustanne balansowanie na skraju szaleństwa pozbawiają dziewczynę wolności? Żywiołem dziewczyny jest morze i fakt, że rodzinny dom znajduje się tak blisko niego stanowi wygodny pretekst. Ingrid opiekuje się Kaj, choć nie jest ona jej córką a nieustannym przypomnieniem krzywdy męża. Kobieta zgadza się wyjechać na Florydę ze swoim najstarszym synem Jensem, ale myślami wciąż jest w domu. Wybuchowy Jens ma swoje własne plany w słonecznej Ameryce, ale w jego naturze nie leży dzielenie się z kimkolwiek, więc zostawia żonę w pełnej nieświadomości. Lisette czuje się zdradzona – do listy swoich wiecznych żalów i pretensji dopisuje fakt, iż mąż nie zabrał jej na wycieczkę, że wolał jechać z matką… Wszystkie te żale, niedopowiedziane pretensje, niewygasłe uczucia i ból rozsadzający piersi muszą w końcu wybuchnąć. A wszystko to zdarzy się właśnie wtedy – pewnego upalnego lata polarnego, kiedy słońce pali, a niebo nabrzmiałe jest wilgocią, ale wszystko pozostaje chłodne i nieprzychylne. Tak jak gwałtowne i gorące uczucia bohaterów, w których cieple nie da się jednak ogrzać.

Anne Swärd podzieliła swoją powieść na rozdziały oddając głos każdemu z bohaterów. Mimo to nie uzyskujemy odpowiedzi na wszystkie pytania i po skończeniu lektury wciąż można się zastanawiać: ale dlaczego tak się stało? Co mogło znaczyć dane zachowanie? Składa się na to także wspaniały język, którym posługuje się Szwedka. Uwielbiam książki, w których autor nie pisze całkowicie bezpośrednio o uczuciach swoich bohaterów, ale pozwala czytelnikom niejako odgadywać emocje ukryte między dialogami i opisami przeżyć. W „Lato polarne” uczuć jest pełno, to one stanowią treść i główny motor wydarzeń, często jednak pozostają nienazwane, nie dostajemy ich na tacy z podpisaną etykietką. Swärd pisze wyraziście i subtelnie zarazem, uderzając niekiedy niczego się niespodziewającego czytelnika mocną sceną.

Jak można się domyślić, zakończenie nie będzie łatwe, lekkie i przyjemne. Zostawi czytelnika z pytaniami i refleksjami, ale i satysfakcją. Tak przynajmniej było w moim przypadku i mam nadzieję, że każdy znajdzie w tej książce coś, co go poruszy. Warto przeczytać i dać się porwać tej dziwnej historii, pełnej ćmiącego bólu historii rodziny, która przecież chciała być po prostu szczęśliwa i interesujących, różnorodnych postaci. Ostrzegam – będzie pesymistycznie, ale czasem tak smutna, gnębiąca wręcz lektura może podziałać niemalże oczyszczająco.

Moja ocena: 5/6
Anne Swärd, „Lato polarne” (Czarne, 2007)

Syberiada

Pisząc notkę o „Wołoce” chciałam pożegnać zimę. Niestety, dziś znów prószył śnieg i jak bardzo bym go nie lubiła, nie ucieszyłam się z tego widoku. Na szczęście (ech…), przypomniałam sobie, że wciąż mam w zanadrzu jeszcze jedną zimową lekturę do opisania, a mianowicie „Syberię” Jacka Pałkiewicza. Wyprawa do krainy mrozu (bo odbyta w porze zabójczych wręcz temperatur) wydaje się być lekturą nadającą się tylko do czytania w zimie. Inaczej opisywana pogoda i uczucia bohaterów stają się wręcz nierealne. Samemu dobrze jest trochę pomarznąć (byle nie zanadto), żeby wczuć się w klimat podróży słynnego polskiego odkrywcy i globtrotera.

Książka opisuje wyprawę na biegun zimna na dalekiej Syberii, którą autor odbył pod koniec lat osiemdziesiątych z grupą wybranych mężczyzn, spełniających wyśrubowane warunki Pałkiewicza. „Syberia” to opis ich przygody, okraszony informacjami na temat tej części świata, anegdotami dotyczącymi uczestników wyprawy jak i ludzi oraz miejsc poznawanych po drodze. Pałkiewicz pisze także o podróżowaniu w ogóle, przygotowaniach i refleksjach związanych z odkrywaniem świata. Największą zaletą książki są jednak zdjęcia: zapierające dech w piersiach widoki śniegowych pustyń, ciemne lasy żywcem wyjęte z niepokojących baśni, czy wreszcie interesujące portrety ludzi mieszkających na Syberii i podporządkowujących sobie ten niegościnny obszar na tyle, na ile to dla człowieka możliwe.

Wiele złego słyszałam o pisarstwie Pałkiewicza i podchodziłam do tej książki z dużą dozą niepewności (inaczej już dawno bym się na nią rzuciła, biorąc pod uwagę region przez nią opisywany). Po przeczytaniu „Syberii” mam następujące zdanie: Pałkiewicz nie napisał dobrej książki. Może w innych jego dziełach jest inaczej, nie chcę oceniać całości jego twórczości znając tylko jeden przykład, ale „Syberia” sprawia wrażenie, jak gdyby redaktorzy powiedzieli panu Jackowi: „Wspaniałe zdjęcia, to może teraz dopisz coś do nich, żeby wyszło tak około 200 stron. A co? A, co tam chcesz, byle mniej więcej dotyczyło Syberii…” Tekst jest chaotyczny, wiele tematów poruszanych jest po kilka razy w różnych miejscach. Pałkiewicz z jednej strony chciał chyba napisać dziennik z podróży, z drugiej – luźne uwagi na temat trasy i ludzi. Powstał z tego misz-masz, dający uczucie niedosytu, a nawet irytacji. Na początku historii, autor przedstawia nam swoich kompanów, którzy później mają różne przygody podczas wyprawy. Bardzo pięknie, ale skoro już mamy się do nich przywiązać i np. dowiadujemy się, że jeden uległ poważnemu ochłodzeniu organizmu, reszta załogi na gwałt szykuje schronienie, a cała sytuacja grozi śmiercią… Wydaje mi się, że czytelnik powinien się dowiedzieć, co się stało dalej. Otrzymuje natomiast (po raz kolejny) wyjaśnienie, jak bardzo niebezpieczne są odmrożenia i wychłodzenie, jak o nie łatwo w tym rejonie, etc. O członku załogi – ani słowa. W następnym rozdziale jednakże ów bliski śmierci mężczyzna rączo biegnie przy swoich saniach, jak gdyby nic mu nigdy nie dolegało… Nie chcę się nadmiernie czepiać, ale Pałkiewicz ma irytującą manierę tłumaczenia czytelnikowi rzeczy oczywistych, a także przypominania mu na każdym kroku, jak niebezpieczna i trudna jest ta wyprawa, tylko dla prawdziwych twardzieli. Myślę, że jest to spowodowane podekscytowaniem podróżnika, radością płynącą z przeżywanej chwili, jednak jako tekst literacki niespecjalnie się sprawdza…

Nie jestem zachęcona do sięgnięcia po inne książki Pałkiewicza, choć może kiedyś skuszę się na tę o Angkor, znów ze względu na opisywane miejsce. Czytając o osiągnięciach Pałkiewicza nie sposób nie uszanować go jako podróżnika z mnóstwem zasług i nie docenić jego umiejętności radzenia sobie w każdych warunkach. Jednak jako autor mnie nie przekonuje i choć nie miałam aż tak negatywnych opinii w stosunku do jego pisarstwa jak autorzy licznych recenzji, to na przyszłość będę szukać książek o interesujących mnie rejonach napisanych przez kogoś innego…

Moja ocena: 3+/6 (plus za zdjęcia)
Jacek Pałkiewicz, „Syberia. Wyprawa na biegun zimna” (Zysk i S-ka, 2007)