Archive

Posts Tagged ‘autobiografia’

Cisza i ciepło śniegu

06/03/2011 20 uwag

Czy Wy też czujecie w powietrzu zbliżającą się wiosnę? Ja poczułam kilka dni temu i doprawdy nie obchodzi mnie fakt, że dziś wyjrzałam przez okno, a tam w najlepsze wirował w powietrzu śnieg. Co z tego! Nie został na ziemi, ja natomiast radośnie rzuciłam się w wir wiosennych porządków, które ominąć nie mogą także bloga. Z tej okazji mała nowość, ponieważ po raz pierwszy będę na Herbatnikach pisać o komiksach.

Komiks wielu osobom kojarzy się z historyjkami obrazkowymi dla dzieci, czymś niepoważnym i niemającym wiele wspólnego z literaturą. Tym samym autorzy tacy jak Craig Thompson wpędzają czytelników podzielających taki sposób patrzenia na komiksy w pewne zakłopotanie. No bo jak tu podejść do takiej pozycji – rzeczywiście, jest to komiks spełniający wszelkie punkty definicji takowego, ale treściowo blisko mu do literatury z tej wyższej półki. Stąd też zapewne stworzenie terminu „powieść graficzna”, którego używa się w stosunku do „Blankets: Pod śnieżną kołderką”, autobiograficznego komiksu Thompsona, stworzonego z rozmachem i wielką wrażliwością. Ja z komiksami nigdy nie miałam problemu I od dawien dawna nie uważam je za coś przeznaczonego wyłącznie dla dzieci, więc kiedy kolega z pracy zaproponował mi pożyczenie „Blankets” byłam uszczęśliwiona, bo od dluższego czasu chciałam ten komiks przeczytać.

Nie omijając tematów trudnych i nierzadko przykrych, Thompson kreśli nostalgiczną historię swojego dzieciństwa i młodości. Wraz z bratem wychowywał się w ewangelickiej rodzinie. Głęboka wiara rodziców (zwłaszcza matki) i twarde reguły domowego życia (egzekwowane zwłaszcza przez przypominającego podstarzałego macho ojca) wpłynęły na wrażliwego i wyobcowanego chłopca, który już od wczesnego dzieciństwa uciekał w świat wyobraźni. Przyjaźń z młodszym bratem, towarzyszem w szalonych eskapadach, zabawach pełnych magii, którą stworzyć potrafią zazwyczaj tylko dzieci, zostaje wystawiona na próbę w okresie dojrzewania, kiedy Craig bardziej niż kiedykolwiek stara się znaleźć przyjaciół wśród rówieśników i dostosować do innych, walcząc też z poczuciem wyjątkowości i wyobcowania, typowego dla nastolatków. Na zimowisku organizowanym przez towarzystwo kościelne poznaje Reinę, swoją pierwszą wielką miłość, która wywraca jego świat i patrzenie na rzeczywistość do góry nogami. Szukając siebie, swojego miejsca w życiu, miłości, a wreszcie przeżywając wzloty i upadki w kwestii swojej wiary do Boga, Craig dojrzewa i choć jest to słodko-gorzka dorosłość, w sercu czytelnika pozostaje ciepło, niczym po otuleniu tytułową kołderką. Choćby tą ze śniegu.

„Blankets” to wspaniale narysowana historia. Kreska autora jest dość gruba, świetnie oddaje mimikę, emocje i sytuacje, w których znajdują się bohaterowie. Komiks czyta się błyskawicznie, losy Craiga wzruszają i zapadają w pamięć. Długo po skończeniu czytania wracają do mnie poszczególne sceny, poruszone w „Blankets” tematy, a nade wszystko śliczna Reina, którą Craig gloryfikuje i przyznaje niemal status bogini. Nie brak tu głębokich rozmów, spostrzeżeń na temat młodości, miłości I dojrzewania, humoru związanego z dzieciństwem i życiem rodzinnym, które nie zawsze jest różowe. Wzrusza poszukiwanie autorytetów i punktu zaczepienia, który miałby stać się podstawą dla dalszego życia. A także, co udać się mogło właśnie ze względu na komiksową formę, zachwyca cisza. Cisza zaśnieżonego pola, na którym leży Craig z Reiną, a śnieg wydaje im się ciepły, otula ich bezpiecznie i zagłusza całą rzeczywistość. Cisza panuje też w lesie, gdzie mały Craig szuka wraz z bratem ucieczki od przytłaczającego domu, a dorosły Craig spokoju, w którym będzie mógł odnaleźć odpowiedź na pytania kłębiące się w jego głowie. Thompson mistrzowsko wykorzystuje atuty komiksu, nie schodząc także z poziomu „prawdziwej” literatury.

Nawet jeśli nie lubicie komiksów, z czystym sumieniem możecie dać „Blankets” szansę, bo to zaprzeczenie stereotypowemu podejściu do tematu komiksu (chyba, że i takie Was całkowicie nie przekonują). Ja osobiście polecam gorąco, a sama mam ochotę na kolejne „dorosłe” komiksy zwane powieściami graficznymi…

Tytuł: Blankets: Pod śnieżną kołderką
Tytuł oryginału: Blankets
Autor: Craig Thompson
Tłumaczenie: Joanna Kniaź-Hawrot
Wydawnictwo: Timof i cisi wspólnicy, 2006
Ilość stron: 592
Moja ocena: 5/6

Japonka w Ameryce

13/10/2010 14 uwag

Po udanej lekturze „Klubu Radości i Szczęścia” Amy Tan, opowiadającej o zderzeniu kultury chińskiej z amerykańską, w bibliotece wpadła mi w oko pozycja traktująca o zbliżonym temacie autorstwa Etsu Inagaki Sugimoto. Tym razem czytelnik ma szansę przyjrzeć się zderzeniu rzeczywistości amerykańskiej z japońską, na początku XX wieku. Wcześniej jednak zapozna się z życiem w Japonii u schyłku XIX wieku, tuż po upadku szogunatu, gdy Japonia „zrezygnowała” ze stanowiska samurajów i otworzyła granice nie tylko na handel, ale i wpływy innych kultur.

Etsu, zwana przez rodzinę w sposób typowy raczej dla chłopców Etsu-bo, przyszła na świat w 1876 w rodzinie samuraja, który choć stracił swoją pozycję i zubożał, wciąż kultywował tradycje i zwyczaje typowe dla tej grupy społecznej. Autorka dorastała w otoczeniu nauk, wierzeń i obyczajów głęboko zakorzenionych w narodzie japońskim, żywych tym bardziej w odległości od wielkich miast, jako że Etsu dzieciństwo spędziła w rodowej siedzibie w prowincji Echigo. Wspominając dzieciństwo autorka nie pozwala sobie na przesadną ckliwość i choć ze stron wyłania się obraz szczęśliwego życia w kochającej rodzinie, Sugimoto nie pomija wydarzeń przykrych lub budzących kontrowersje w jej młodym umyśle. Przedstawia swego ojca-samuraja jako człowieka niezwykle wymagającego i oddanego honorowi, ale także otwartego na nowe doświadczenia i zwyczaje napływające go Kraju Kwitnącej Wiśni zza dotąd zamkniętych granic. Sugimoto oddaje swoją książką hołd przemijającej Japonii, świetności i zwyczajom samurajów. Nie ocenia nowego porządku, nie sili się na opiniotwórcze konkluzje. Przedstawia natomiast ludzi ze swojego otoczenia odnajdujących się lub nie w nowej rzeczywistości, pozwalając czytelnikowi na wyciągnięcie własnych wniosków i wybranie z obu sposobów życia jak najwięcej pozytywnych czynników i postaw. Te proste opisy wzruszają portretami ludzi o wyrazistych charakterach i nietuzinkowych biografiach.

Mała Etsu miała zostać kapłanką, w wyniku splotu okoliczności została jednak wysłana do Ameryki, gdzie została żoną japońskiego handlarza. Swoje przeznaczenie, jak na córkę samuraja przystało, zaakceptowała i zrobiła wszystko, by odnaleźć się w nowej, zaskakująco dla niej odmiennej rzeczywistości. Pozostając Japonką wychowaną w ideale systemu feudalnego z zaskakującą spostrzegawczością opisuje swoje nowe życie, szybko nawiązuje przyjaźnie i z niezwykłą wręcz subtelnością opisuje różnice między swymi dwiema ojczyznami, unikając krytyki i delikatnie przemycając swoją ocenę między wierszami. Nie wynika to jednak z wyrachowana, bo Sugimoto skupia się przede wszystkim na samym pojęciu różnic kulturowych – tak jak ją zaskakuje i dziwi okazywanie sobie uczuć przez aktorów w teatrze, tak jej amerykańskich znajomych zastanawiają typowo japońskie zwyczaje, których Etsu się nie wyrzeka. Autorka podkreśla, że ludzie są tacy sami w każdym zakątku świata, a kultura i zwyczaje w głównej mierze opierają się na przyzwyczajeniach i kwestią czasu pozostaje, kiedy dwa narody poznają się na tyle, by w pełni akceptować własną odmienność.

„Córka samuraja” zachwyciła mnie i głęboko poruszyła. Na pierwszy rzut oka są to po prostu dość krótkie fragmenty wspomnień, prosto napisana autobiografia kobiety o ciekawej biografii. Teksty te ukazywały się początkowo w amerykańskim magazynie, co w dużej mierze tłumaczy ich formę. Uważna lektura pozwala docenić niezwykłe wręcz bogactwo tej prozy, poetyckość połączoną z rzeczowym opisem tradycji, porównanie dwóch kultur, z których każda stała się ojczyzną Etsu. To także piękna opowieść o wychowaniu, ideałach i ich miejscu w życiu człowieka, końcu pewnej epoki i początku nowej rzeczywistości, w której wciąż znajduje się miejsce dla tradycyjnych wartości, jeśli tylko obie strony wykażą minimum dobrej woli. Głęboko zapadł mi w pamięć fragment, w którym mowa jest o pogrzebie członka rodziny Etsu, która przyjęła chrześcijaństwo (nie pisze o tym wiele, jako że generalnie stroni od opisywania osobistych uczuć, zwłaszcza wprost), bez zastanowienia jednak decyduje się na wyprawienie tradycyjnego japońskiego pogrzebu w obrządku szintoistycznym. Konfrontując wątpliwości chrześcijańskich przyjaciół stwierdza, że gdyby ona sama umarła w dzień po przyjęciu nowej religii, jej matka dołożyłaby wszelkich starań, by została pochowana zgodnie ze swoimi nowymi zasadami, nie pomijając najdrobniejszego szczegółu. I właśnie nawet nie tolerancja, ale całkowita akceptacja odmienności, otwartość na nowe i nieznane przy jednoczesnej wierności własnym zasadom i przekonaniom poruszyła mnie do głębi, wzruszyła i zachwyciła. Bardzo chciałabym mieć tę książkę we własnej biblioteczce. Polecam gorąco każdemu, nie tylko wielbicielom japońskiej kultury i historii, choć dla nich „Córka samuraja” będzie podwójną gratką.

Tytuł: Córka Samuraja
Tytuł oryginału: A Daughetr of the Samurai / Bushi-no musume
Autor: Etsu Inagaki Sugimoto
Wydawnictwo: Diamond Books, 2006
Ilość stron: 280
Moja ocena: 5+/6

Podróż na Kubę

21/07/2010 6 uwag

Nie jest tajemnicą, że uwielbiam czytać książki z akcją toczącą się w miejscach, które chciałabym zobaczyć. Ciągnie mnie przede wszystkim do wszystkiego, co leży na wschód od mojego kraju (choć nie tylko, oczywiście). Czasem jednak lubię zrobić sobie przerwę od beletrystyki i poczytać reportaż lub wspomnienia o tych fragmentach świata, które szczególnie mnie interesują. Bywa jednak, że natykam się na książki traktujące o krajach i regionach, o których wiem bardzo mało, bo nigdy nie leżały w kręgu moich największych zainteresowań. Takim miejscem jest Kuba. Oczywiście, znam jej podstawową historię, tę dawną i współczesną, dramatyczne losy wielu jej mieszkańców i zdjęcia olśniewających plaż i miasteczek rozsianych po wyspie. Szczegóły natomiast – nie bardzo. Z ciekawością więc sięgnęłam po książkę Agnieszki Budy-Rodriguez pt. „Kuba – daleka piękna wyspa”. Nie jest to wprawdzie reportaż, a bardzo subiektywne (jakżeby inaczej!) wspomnienia z pobytu autorki na Kubie. Pani Buda-Rodriguez wyjechała na wyspę za mężem, rodowitym Kubańczykiem i spędziła tam, jak sama pisze, najlepsze lata swojego życia.

Książka pisana jest z perspektywy czasu, jako że pisarka przebywa obecnie na emigracji w Kanadzie i tam powstał ów zbiór wspomnień, przekreślający na zawsze jej możliwość powrotu na Kubę. Sama autorka tak pisze o swojej książce:

Dla mnie Kuba jest wyspą magiczną i nie można jej porównać z żadnym innym miejscem na ziemi. Gdy spisywałam te wspomnienia przepełniała mnie tęsknota do Kuby, kraju, w którym zostawiłam młodość, przyjaciół, i który musiałam opuścić wbrew sobie. Moja fascynacja wyspą nie przeminęła i wciąż trwa. Starałam się pokazać Kubę taką, jaką zapamiętałam, bez retuszu. Zdania o niej są krańcowo różne: piękne, łatwe dziewczyny, muzyka i cudowne plaże, a zarazem nędza, głód i ruina dawnej, urzekającej „Perły Antyli”, „Paryża Ameryki” – każde z nich jest prawdziwe. Pragnęłam wyjść poza stereotypy, bo urzekł mnie kubański naród, który tańcem i muzyką wyraża swe niepokoje i radości, bo zachwyciła mnie wyspa, której żyzna gleba rodzi słodkie owoce, z której plonów powstaje słodki cukier, kojący smutki rum i aromatyczne cygara. Jestem jak muszla, którą dawno wyłowiono z morza, a ona wciąż szumi. Jakaś cząstka mojego ja pozostała na zawsze wśród tamtejszej sawanny, kołysanych morską bryzą gajów palmowych, zanurzona w ciepłym oceanie.

Oczywistym jest więc, że nie zobaczymy Kuby widzianej oczyma rodowitego mieszkańca, ani nawet przybysza całkowicie z zewnątrz. Sytuacja jest dość specyficzna – autorka nie jest ani do końca „swoja”, ani „obca”, co często może dotkliwie odczuć na własnej skórze. Otwiera to przed nią wiele drzwi, inne zatrzaskują się z hukiem. Agnieszka Buda-Rodriguez opisuje swoją historię, nie samą Kubę. Oczywiście, to Wyspa jest głównym tematem tych wspominków, jednak będzie oprowadzani po niej głównie (właściwie poza kilkoma krótkimi fragmentami jedynie) przez autorkę. Dowiemy się więc sporo o pracy tłumacza, a także w dyplomacji, o wystawnych bankietach, na których bawiło się towarzystwo zaproszone przez komunistyczną elitę, a autorka bywała jako tłumacz, odwiedzimy wspaniałe kurorty i mniej znane plaże, poznamy trochę miejsc kulturalnych, anegdot związanych z podróżami Budy-Rodriguez, a nawet historię kilku miejscowych kotów. Ze szczegółami dowiedzieć się można, jak autorka zdobywała samochód i na tym przykładzie dowiedzieć się sporo o funkcjonowaniu różnych urzędów na Kubie oraz sposobie radzenia sobie z problemem braków niemal wszystkiego. Książka stanowi więc kopalnię informacji i anegdot związanych z krajem w czasach rządów Fidela Castro.

A jednak… coś mi podczas czytania „Kuba – daleka piękna wyspa” zgrzytało i nie pozwalało w pełni cieszyć się lekturą, przez co trochę mi się dłużyła. Może to kwestia czasu, w jakim ją czytałam. Odniosłam jednak wrażenie, że osoba autorki zanadto przysłania mi Kubę. Nie miałam ochoty na biografię i choć dowiedziałam się o Kubie mnóstwa rzeczy, wolałabym mieć je przedstawione w trochę odmiennej formie. Najbardziej podobały mi się te fragmenty, gdzie autorka opisywała historię innych ludzi, rodowitych mieszkańców oraz starego emigranta. Wzruszałam się na nich do łez i zapamiętałam najmocniej. Wszelkie wzmianki o historii lub anegdoty dotyczące całego kraju bądź miasta (jak choćby nieszczęsny program kulinarny, gdzie prezenterka proponowała potrawy na to, co akurat było dostępne w sklepach) od razu przykuwały moją uwagę i podobały mi się dalece bardziej, niż opisy tego, gdzie pani Agnieszka bawiła się podczas przybycia danych delegatów i co jadła. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że forma pamiętnika niejako wymusza tak osobiste wtręty. Być może po prostu autorka na tyle różni się ode mnie charakterem, że nie potrafiłam się utożsamić z jej przeżyciami? Ciężko mi to stwierdzić.

Nie znaczy to jednak, że chcę mocno książkę skrytykować. „Kuba – daleka piękna wyspa” jest interesującą lekturą i przybliża ten egzotyczny kraj. Narzekać można na jakoś i ilość zdjęć, pochodzą jednak one z archiwum autorki i robione były zwykłym aparatem, co wyjaśnia ich wygląd. Trochę szkoda…

Moja ocena: 4/6
Agnieszka Buda-Rodriguez, „Kuba – daleka piękna wyspa” (Zysk i S-ka, 2006)


Zostałam zaproszona do wakacyjnego łańcuszka przez Abielę, poniżej zamieszczam więc kilka wyznań czytelniczych :) Wprawdzie zawsze mam problem z wymienieniem jednej pozycji w takich pytaniach i to nawet nie dlatego, że do głowy przychodzi mi ich tak wiele, że nie wiem, którą wybrać. Wręcz przeciwnie, nagle mam w głowie zupełną pustkę i nie potrafię przypomnieć sobie żadnego tytułu… Wszelkie zestawienia, Top-ileś-tam i rankingi, choć lubię je oglądać, były i są dla mnie ciężkim zadaniem.

1. Do jakiego kraju, miasta chciałabyś pojechać zainspirowana lekturą?

Takim krajem była i wciąż jest Anglia. Nie pamiętam już, która książka miała na mnie największy wpływ i czy w ogóle można mówić o jednej pozycji. Tak samo rzecz się ma ze Wschodem, choć nie jestem już w stanie powiedzieć, co było pierwsze – fascynacja, czy lektury. Wiem! Skandynawia, a przede wszystkim Norwegia! Zwłaszcza po ostatnio przeczytanym „Kradnąc konie” Pettersona (recenzja niebawem). Na przyszły rok już planuję tam wyprawę. Chyba, że plany potoczą się w innym kierunku i pojedziemy jednak na Ukrainę, której prawie nie znam z literackiej strony.

2. Jakie jest Twoje ulubione miejsce do czytania latem?

Najchętniej czytam na dworze, na kocu lub na leżaku. W domu – przy oknie, chyba że upał staje się nieznośny, wtedy przydaje się wiatrak.

3. Poleć mi jedną książkę do przeczytania na wakacje.

Z tych czytanych ostatnio idealne wydaje mi się „Kradnąc konie”. Większość z Was już tę książkę ma za sobą z tego co się orientuję, jednak jeśli nie, to gorąco polecam. Owszem, część książki dzieje się mroźną zimą, druga natomiast upalnym latem i właśnie w tę można wspaniale się wczuć przy ostatnich temperaturach.

Jeśli ktoś ma ochotę na udział w zabawie, zapraszam!

„Dzikie łabędzie: Trzy córy Chin”

29/07/2009 7 uwag

dzl

Słucham sobie przepięknej dalekowschodniej muzyki otrzymanej od Chihiro i przeszło mi przez myśl, że już od maja zbieram się do napisania czegoś o „Dzikich łabędziach” pani Jung Chang. Tu po przeczytaniu nie bardzo potrafiłam ubrać w słowa moje odczucia dotyczące tej książki, a potem, jak to często bywa, coraz ciężej mi się było do tego zabrać. Dlaczego więc nie napisać czegoś teraz?

„Dzikie łabędzie: Trzy córy Chin” to autobiograficzna powieść Chinki, która po studiach wyjechała na stypendium do Wielkiej Brytanii, tam się osiedliła i mogła w końcu spisać losy swojej rodziny. W ten sposób powstała prawdziwa saga, poruszająca i prawdziwa, w rodzinnym kraju autorki zakazana. Chang podzieliła swoją powieść na trzy etapy, historie trzech kobiet: babki, matki i swoją własną. Ich losy są nierozerwalnie związane z historią Chin, przemianami społecznymi i politycznymi. Dzięki temu czytelnik do rąk dostaje książkę niezwykłą. Z jednej strony stanowi ona prawdziwą lekcję historii. Czytając „Dzikie łabędzie” uświadomiłam sobie, że moja wiedza o współczesnych Chinach jest właściwie zerowa. Autorka ma duży talent w pisaniu o polityce i przede wszystkim oczywiście o komunizmie w wydaniu maoistowskim w sposób przystępny i zapadający w pamięć. Dzięki temu można zrozumieć przemiany zachodzące w Kraju Środka, choć trochę przyjrzeć się chińskiej duszy, skomplikowanej i pełnej sprzeczności.

Przede wszystkim jednak odebrałam “Dzikie łabędzie” jako historię chińskiej rodziny, której podstawę stanowiły kobiety. Kobiety nieprzeciętne: silne i gotowe walczyć o swoje i rodziny szczęście, ale przy tym wrażliwe i takie… normalne. Świat babki, matki i córki różnił się od siebie, zdawałoby się, że każda żyła w innej epoce, a zwrot „generation gap” nie jest w ich przypadku pustym frazesem. Jednak wzajemna miłość i chęć zrozumienia utworzyła most nad tą przepaścią. Oczywiście, historia rodziny nie jest pozbawiona tragicznych epizodów, a Chang mimo niewątpliwej miłości i szacunku, którym darzy rodziców, stara się pisać o nich obiektywnie, nie pomijając na przykład niezwykle durowego charakteru ojca, zagorzałego komunisty, którego następnie zawód spowodowany prawdziwym obliczem komunizmu i rewolucja kulturalna doprowadziły do załamania nerwowego. Spodobała mi się scena, w której ten zagorzały entuzjasta komunizmu stwierdza, że jego syn rośnie na prawicowca, ale godzi się na to, akceptując kroczenie syna jego własną drogą, jego odrębność i własny rozum. Nie od dziś wiadomo, że szacunek to podstawa udanych relacji rodzinnych, ale tak rzadko teoria jest wykorzystywana w praktyce… Bardzo podobały mi się fragmenty o rodzeństwie Jung – każde z dzieci wybrało los inny niż ich rodzice, mimo że wychowane były w bardzo komunistycznym domu i bardzo długo, jak prawie wszyscy ich rówieśnicy pozostawały prawdziwymi wyznawcami kultu Mao.

”Dzikie łabędzie” wywarły na mnie wielkie wrażenie, dlatego ciężko mi w kilku zdaniach napisać, co tak niezwykłego jest w tej książce. Mogłabym pisać na jej temat wiele stron lub streścić wszystko w stwierdzeniu „fantastyczna”. Z jednej strony przeraża obraz państwa totalitarnego, stąd niedaleko już do Orwella i jego „Roku 1984”. O ile oczywiście przykre są fragmenty o torturach, mnie najbardziej przeraziła władza, jaką Mao miał nad zwykłymi obywatelami. Wielkiemu Przewodniczącemu przeszkadzają gołębie? W wyznaczonych godzinach każdy obywatel ma walić w garnki, żeby gołębie płoszyć i nie pozwolić im usiąść na ziemi – wyczerpane od bezustannego lotu padały martwe na ziemię. Wielki Sternik nie lubi trawy? Obywatele mają za zadanie ją wyrywać z każdego zielonego obszaru… Taka władza nad drugim człowiekiem jeży mi włosy na głowie. A jednak w tym czerwonym piekle Chang ukazuje istnienie ludzi uczciwych, wrażliwych, chętnych do pomocy i szanujących innych ludzi. Ta książka wzrusza, skłania do myślenia nad ludzką naturą i kierunkiem, w jakim zmierzamy. Gdybym miała coś do powiedzenia w sprawie układania listy lektur, to poleciłabym właśnie tę książkę.

Polecam, polecam i jeszcze raz polecam. Nie jest to lektura gładka, lekka i przyjemna, ale warta każdej minuty na nią poświęconej.
6/6
Jung Chang, „Dzikie łabędzie: Trzy córy Chin” (Albatros, 2006)