Archive

Posts Tagged ‘wyd initium’

Historia pewnego diabła

09/02/2011 12 uwag

Rzadko zdarza się, by książka zaskakiwała mnie pozytywnie. Ma to dość prostą przyczynę: raczej nie sięgam po pozycje, co do których mam podejrzenia, że mogą mi się nie spodobać. Oczywiście, od reguł zazwyczaj zdarzają się wyjątki i tak właśnie było z książką „Diabeł. Autobiografia”, którą otrzymałam od wydawnictwa Initium do recenzji. Nie zgłaszałam się po nią, była więc dla mnie zaskoczeniem. Przeczytałam opis i udostępniony wcześniej fragment… i odłożyłam ją na dłuższy czas na półkę. Miałam wrażenie, że to kryminał bądź thriller z wplecionym w całość wątkiem diabelsko-anielskim, a na coś takiego zdecydowanie nie miałam ochoty. Czytałam już trochę powieści o diabłach i aniołach, mniej lub bardziej fantastycznych (niestety, piszę tu o gatunku literackim, nie walorach artystycznych…) i niestety w tej chwili nie jestem w stanie przywołać żadnego tytułu, który wywarłby na mnie zdecydowanie pozytywne wrażenie. Po pewnym czasie jednak poczucie obowiązku doszło do głosu i stwierdziłam, że dam „Diabłu” szansę, a jeśli mi się nie spodoba, przerwę czytanie i już do książki nie wrócę. I właśnie tu miało miejsce rzadkie pozytywne zaskoczenie.

Tosca Lee napisała powieść specyficzną, którą ciężko jest przyporządkować jednoznacznie do jakiegoś gatunku (czego generalnie nie jestem entuzjastką). Czytelnik zbiera tropy, po których ma nadzieję wreszcie odgadnąć, dokąd prowadzi go opowiadana historia, sama końcówka jest natomiast dość zaskakująca, choć docierając do niej wydaje się być jedynym oczywistym rozwiązaniem od samego początku. Na początku bowiem poznajemy głównego bohatera imieniem Clay, redaktora z nieźle prosperującego wydawnictwa w Bostonie. Mężczyzna niedawno rozwiódł się z ukochaną żoną, balansował na krawędzi uzależnienia się od alkoholu, odciął się od większości znajomych i mocno nadwątlił kontakty z rodziną. Pewnego dnia po pracy idzie do swojej ulubionej bośniackiej knajpki, gdzie gestem przyzywa go nieznany mu człowiek. Lucian, jak przedstawia się nieznajomy, prostolinijnie przedstawia swój plan: on opowie Clayowi swoją historię, a ten ją opublikuje. Mimo początkowej złości i niedowierzania, Clay stosunkowo szybko pojmuje, że wiedzący o nim wszystko mężczyzna jest tak naprawdę diabłem, a więc upadłym aniołem pamiętającym czasy sprzed stworzenia świata. I właśnie od tego punktu Lucian rozpoczyna swoją historię, a Clay wbrew własnej woli stwierdza, że staje się ona istotną treścią jego życia, z niecierpliwością czeka na kolejne fragmenty, nie potrafiąc poukładać sobie własnego życia. Nie wiedząc, dokąd zmierza, podąża ścieżką wyznaczoną przez diabła.

Początek powieści nie jest obiecujący, język pisarki jest poprawny, ale nie zachwyca. Szybko jednak czytelnik, tak samo jak bohater, ma okazję dać się uwieść słowom diabła i z niecierpliwością czekać na kolejne części jego opowieści. Clay to dość irytująca postać, tło obyczajowe również nie poraża głębią, choć jest przemyślane i zgrabnie wpasowane w całą historię. Książkę czyta się głównie dla magnetyzującej opowieści Luciana, która szybko okazuje się nie mieć wiele wspólnego z diabelsko-anielskimi historiami dla mrocznych nastolatków. To opowieść o… miłości Boga do ludzi. Nie przedstawia ona żadnych wymyślonych przez Lee faktów. To historia znana z Biblii, w każdym niemal szczególe, opowiedziana jednak z nowej perspektywy, która dobitnie podkreśla pewne kwestie i w tym jasnym, prostym przekazie działa niezwykle poruszająco. To nie moralitet, ani książka filozoficzna. Nie jest to także przypowieść… Tak jak sugeruje tytuł, poznajemy w niej życiorys pewnego stworzenia, który naświetla pewne znane od wieków wydarzenia nadając im znaczenie, które mimo swojej oczywistości może się łatwo wymknąć. Zakończenie pozostaje otwarte, a słowa Luciana wydają się być kierowane do czytelnika na równi z Clayem: masz wiedzę, drogi czytelniku, co z nią zrobisz, to Twoja sprawa.

Cieszę się, że sięgnęłam po tę książkę i ją przeczytałam. Naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyła i mogę ją polecić z czystym sumieniem, o ile oczywiście nie macie nic przeciwko książkom mocno osadzonym w religii chrześcijańskiej, bo „Diabeł. Autobiografia” jest od początku do końca przesiąknięta chrześcijaństwem, co w tym wypadku jest istotne. Mnie naprawdę wciągnęła i wzruszyła.

Tytuł: Diabeł. Autobiografia
Tytuł oryginału: Demon. A memoir
Autor: Tosca Lee
Tłumaczenie: Monika Wyrwas-Wiśniewska
Wydawnictwo: INITIUM, 2010
Ilość stron: 280
Moja ocena: 4+/6

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa INITIUM, za co dziękuję.

W świecie Krwawych raz jeszcze

02/12/2010 4 uwag

Anne Bishop, choć pozornie nic na to nie wskazuje, jest swojego rodzaju fenomenem. Autorka książek z serii „Czarne Kamienie” stworzyła serię tyleż irytującą, co wciągającą i nie pozwalającą się od niej oderwać. Jeśli przebrnie się przez pierwszą połowę pierwszego tomu (z czym ja miałam trudności i byłam bliska zarzuceniu lektury), czytelnik niepostrzeżenie wciąga się w świat Krwawych i nagle odwraca ostatnią stronę książki – to już koniec? Taka przynajmniej jest moja relacja z panią Bishop. Przy pierwszych dwóch tomach pomstowałam na jej styl i niektóre pomysły, przy trzecim wznosiłam oczy do nieba, przy czwartym zgrzytałam zębami, a przy wczoraj skończonym piątym – machnęłam ręką i kwitowałam uśmiechem co mniej udane fragmenty. Coś w tych książkach jest bowiem przyciągającego, skoro późno w nocy kończyłam drugą i trzecią część, czwartą przeczytałam w jedną noc, obiecując sobie, że już tylko jeden podrozdzialik i idę spać. Piątej natomiast nie skończyłam tego samego wieczoru, kiedy zaczęłam z prostej przyczyny – następnego dnia musiałam iść do pracy. Ale kończyłam ją właśnie w pracy, trzymając rozłożoną książkę na kolanach pod biurkiem. Co też o czymś świadczy. I tylko tak mi szkoda, że Bishop nie jest lepszą pisarką, że stylowo pozostaje w grupie przeciętnych autorów i zdarzają jej się tak irytujące fragmenty. I żal mi także, że traci energię i wyobraźnię na erotyczne koszmarki i wprowadzanie papierowych postaci drugiego planu, zamiast rozwinąć psychologicznie i fabularnie(!) tych bohaterów, których już opisała (jak choćby cały sabat Jaenelle)… Bishop stworzyła naprawdę ciekawy i spójny świat, zapełniła go wieloma postaciami wzbudzającymi sympatię i, co moim zdaniem wyjątkowo niełatwe, potrafiła opisać epickie starcie dobra ze złem z naprawdę satysfakcjonującym finałem. Stworzyła pierwsze w mojej karierze czytelniczej magiczne stworzenia, które udało mi się polubić i łączy fantastykę z powieścią obyczajową (popadając, niestety, w tani sentymentalizm co jakiś czas…). Gdyby więc była dobra pisarką, „Czarne Kamienie” mogłyby być cudowne. Albo może, gdybym przeczytała je te osiem lat temu, kiedy byłam dość mroczną nastolatką, czytałam książki o wampirach Anne Rice (wprawdzie już przez „Królową Potępionych” nie przebrnęłam…) i miałam dużo bardziej rozwiniętą tolerancję na takie „mało znaczące rzeczy”, jak styl… Byłabym pewnie Bishop zachwycona. A tak – przyznaję, że mi się podobało. I tyle, niestety.

Przejdźmy jednak do meritum tej recenzji, a więc piątego tomu cyklu pod tytułem „Splątane sieci”. Po wielkiej wojnie, w której część bohaterów straciła życie, inni swą moc, a inni wreszcie zdobyli rodzinne szczęście oraz po tomie opowiadań, w którym jedno z nich przedstawiło nam „krajobraz po bitwie”, przyszedł czas na bardziej kameralną przygodę, która dotknie rodzinę SaDiablo (no nie mogę, nie mogę się nie uśmiechnąć pisząc to nazwisko!). Jaenelle wpada na pomysł zbudowania Domu Strachów dla plebejuszy (Królestwa są strasznie kastowe i pełne uprzedzeń), wykorzystując ich wyobrażenia na temat Krwawych. Niewinną zabawę podłapuje jednak Krwawy, który dopiero niedawno dowiedział się o swojej mocy i poczuł się odrzucony oraz fatalnie potraktowany przez innych obdarzonych. Swoje animozje koncentruje na najbardziej prominentnej rodzinie w Kaeleer, zapraszając ich do swojego własnego Domu Strachów, który szybko okazuje się być śmiertelnie niebezpieczną pułapką.

Pierwsza na miejsce przybywa Surreal, która jest obok Daemona główną postacią „Splątanych sieci”, choć oczywiście nie zabraknie nikogo z ulubieńców czytelników (przynajmniej z pierwszoplanowych bohaterów). Akurat dla mnie Surreal jest chyba jedyną antypatyczną bohaterką wśród pozytywnych postaci, drażni mnie jej sposób bycia, fragmenty z nią, które prawdopodobnie mają bawić, ale nie bawią, wszechobecna wulgarność i ogólnie pojęty „marysuizm” do sześcianiu (owszem, wiem, że i Jeanelle ma cechy typowej Mary Sue w dość dużym natężeniu, ale przy tym wszystkim wzbudza moją sympatię, jest w niej coś uroczego i jest w ścisłej czołówce moich ulubionych bohaterów). O ile do Daemona się przyzwyczaiłam i polubiłam (choć wciąż moje pojęcie atrakcyjności rozmija się z tym prezentowanym przez Bishop), nie drażni mnie jego wieczna niepewność i odgrzewane co chwila na nowo dramaty, o tyle Surreal początkowo lubiłam, ale jej akcje spadały u mnie coraz niżej z każdym tomem. Mimo tego doboru głównych postaci, książkę czytało się rewelacyjnie szybko, a fabuła potrafi zaskoczyć (oczywiście pewne rzeczy wydają się już tak oczywiste i wykorzystane po kilka razy, że dziwne wydaje się zaskoczenie samych bohaterów). Generalnie, znajdziemy w tej części wątki i motywy, które uwiodły czytelników w poprzednich tomach.

Jeśli czytaliście poprzednie księgi „Czarnych Kamieni” i Wam się podobały, nie wahajcie się, by sięgnąć po „Splątane sieci”. W innym wypadku, radzę zacząć czytanie chronologicznie, ominie Was inaczej dużo zabawy. Ja natomiast ciekawa jestem kolejnych książek z tego świata. Wprawdzie w najbliższym czasie będziemy musieli pożegnać się z ulubionymi bohaterami, a ich miejsce zajmą nowi, ale autorka już pracuje nad kolejnym zbiorem opowiadań o rodzinie SaDiablo, który z wielką chęcią kiedyś przeczytam.

Tytuł: Splątane sieci
Tytuł oryginalny: Tangled Webs
Autor: Anne Bishop
Wydawnictwo: INITIUM, 2010
Ilość stron: 304
Moja ocena: 4/6

Książkę dostałam od wydawnictwa INITIUM

Nie taki straszny horror / Książka do wzięcia

10/08/2010 14 uwag

Nigdy nie byłam osobą, która specjalnie lubiła się bać, dlatego nie zaczytywałam się i z zasady nie oglądałam horrorów. Muszę jednak dodać, że słowo „horror” zarezerwowałam sobie dla większości dzisiejszych historii mających na celu straszenie – takich, gdzie krew leje się strumieniami, latają oderwane kończyny, a cała „straszność” zamyka się w oczekiwaniu, skąd wyskoczy morderca i w jaki sposób zarżnie swoją ofiarę. Nie dla mnie opowieści o nastolatkach w opuszczonych szkołach, letnich domkach w głębi lasu bez kontaktu z resztą świata i temu podobne (próbowałam kiedyś oglądać takie produkcje, ale nie dałam rady z nadmiaru obrzydzenia i powtarzalności motywów). Inaczej jednak sytuacja wygląda w przypadku opowieści grozy, które oddziałują na psychikę czytelnika (bądź widza) samą atmosferą, napięciem i tajemnicą. Historie mające korzenie w literaturze gotyckiej przemawiają do mnie dużo bardziej. Lubię tajemnice, wykorzystanie przyrody, jako elementu budzącego grozę i choć specjalnie nie wyszukuję tego rodzaju książek, od czasu do czasu lubię taką przeczytać. Dlatego też sięgnęłam po „Anima Vilis” zachęcona notą od wydawcy:

Wyobraźcie sobie zombie w scenerii westernu lub opowieść, w której spotykacie demonicznego Świętego Mikołaja. W tajemniczym korowodzie przez opowiadania zbioru przewijają się też słowiańskie demony, UFO, kosmici i wiedźmy. A wszystko to w smakowitym sosie, przyrządzonym na bazie takich motywów, jak teorie spiskowe, apokalipsa czy podróże między wymiarami. Dodatkowo mistrz kuchni przyprawił wszystkie historie szczyptą czarnego humoru, groteski i cynizmu.

Czarny humor lubię, słowiańskie demony od razu przemówiły mi do wyobraźni, a dalsze odwołanie się do Poe przesądziło sprawę. Niestety, zawiodłam się na tym zbiorze opowiadań i jeszcze bardziej zniechęciłam do czytania współczesnych horrorów.

Niewątpliwie Krzysztof T. Dąbrowski miał ciekawe pomysły i świetnie się bawił pisząc swoje opowiadania, co sam przyznaje we wstępie. W siedmiu tekstach autor upchnął różnorodne straszydła, tajemnice i poplątane fabuły. Cztery opowiadania powiązane są fabularnie, łączy je postać Martynki, sześciolatki o niesamowitym darze pakowania się mrożące (niestety, tylko jej) krew w żyłach historie. W pierwszym z tekstów, „Anima Vilis”, dziewczynka prześladowana jest przez żądnego zemsty ducha, przybierającego z początku postać Świętego Mikołaja rodem z najgorszego sennego koszmaru, zawiązują się tam również wątki istotne dla dalszej fabuły. Niestety, opowiadanie to od razu pokazuje główne słabości książki Dąbrowskiego. Dla mnie było to przede wszystkim niepotrzebne przeciąganie wątków, które niewiele wnosiły do całości historii, a zdecydowanie rozmywały efekt tajemnicy i napięcia narastającego wokół bohaterów. Dotyczy to głównie „A teraz bawcie się i świętujcie”, które znudziło mnie w połowie i przestało interesować, dokąd zmierza fabuła (a sam pomysł końcem końców był udany). Nie przemówił też do mnie obiecany czarny humor, widocznie pojmuję go trochę inaczej, bo elementy, które podejrzewam, że miały mnie rozbawić, nie wywołały uśmiechu na mojej twarzy („Uprowadzenie” i ciągnące się przez niemal całą stronę opisy pasztetu, który miała skonsumować jedna z bohaterek). „Losu dopełnienie” byłoby ciekawe, jednak znów rozmyło się w nagromadzonych przez autora odniesieniach, skakania z rzeczywistości do rzeczywistości, a nade wszystko w opisach oswajania psa. Dodatkowo puenta tekstu jest identyczna jak w przypadku pierwszego opowiadania, co w sumie stanowi ciekawą klamrę fabularną, ale odbiera historii cały ładunek emocjonalny.

Sam styl Dąbrowskiego również nie przypadł mi do gustu – za wiele w nim utartych sformułowań, pewna maniera (w odniesieniu do Martynki irytująca liczba zdrobnień i taka sama ilość zgrubień dotyczących wszelkich potworów), wreszcie przewidywalność. Nawet dobre pomysły tracą swoją świeżość i atmosferę tajemnicy, o grozie nie wspominając.

Przyznać jednak należy, że w zbiorze znalazły się też teksty dobre. Bardzo lubię krótkie formy literackie, ale w tym przypadku jestem pewna, że gdyby autor zdecydował się zrobić z opowiadań „Przeznaczenie znajdzie drogę” oraz „Biwak” powieść, wyszłoby to czytelnikom na dobre. Fabuła tych tekstów może nie zachwyca: główny motyw w „Przeznaczeniu” jest świetny, niestety całość psuje bieganie po lesie zdziecinniałej Martynki – naprawdę, sześcioletnie dzieci są dużo bardziej dojrzałe, przynajmniej z reguły… „Biwakowi” natomiast najbliżej do klasycznego horroru z młodymi ludźmi odizolowanymi od świata i po kolei eliminowanymi. Dąbrowski stworzył jednak cudowne tło, czerpiąc ze słowiańskiej mitologii, legend i wykorzystując zawsze sprawdzające się tło, jakim jest stary, gęsty las. Dzięki temu opowiadania te zyskują atmosferę i poczucie niepewności, którymi nie mogą pochwalić się pozostałe.

Książka nie zachwyciła mnie, jednak czytając inne opinie na blogach stwierdzam, że jestem w tym dość osamotniona. „Anima Vilis” nie trafiła w moje gusta, ale być może ktoś inny się na niej pozna, dlatego chętnie przekażę dalej swój egzemplarz. Zainteresowanych proszę o zgłaszanie się w komentarzach, w razie potrzeby zrobię losowanie. Zgłoszenia przyjmuję do piątku 13.08 do godziny 20.

Moja ocena: 3/6
Krzysztof T. Dąbrowski, „Anima Vilis” (INITIUM 2010)

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Initium, za co serdecznie dziękuję.

Mimo braku zachwytów książka przywróciła mi apetyt na opowieści, gdzie wykorzystywane są słowiańskie mity i legendy. Marzy mi się książka opowiadająca o pradawnych czasach, gdzie wszelkie stworzenia z tych wierzeń byłyby na porządku dziennym. Łączenie takich wątków ze współczesnością też się sprawdza, co pokazali choćby Gaiman czy Sedia… Do tej pory natknęłam się na „Herbatę z kwiatem paproci”, która pomysłowo była wspaniała, ale niestety wykonanie zirytowało mnie na tyle, że książki się pozbyłam (chwilami żałuję, fragmenty odnoszące się do świata po drugiej stronie były naprawdę dobre).

„Serce Kaeleer” Anne Bishop

22/06/2010 3 uwag

Zbieram się do napisania notki o podróży, tymczasem jednak postanowiłam zabrać się za zaległe recenzje. Wciąż mam nadzieję dotrzymać przyrzeczenia danego sobie z okazji Nowego Roku – napisać recenzję o każdej przeczytanej książce, a najlepiej także o obejrzanym filmie. Zaległości mam spore, ale mam nadzieję, że to kwestia czasu.

Po mojej wcześniejszej recenzji trylogii autorstwa Anne Bishop dziwić może, że zabrałam się za IV część cyklu Czarne Kamienie. Cóż, na tym polega chyba fenomen tej książki. Z jednej strony irytują błędy w stylu, marnowanie potencjału i przedziwne chwilami rozwiązania fabularne. Z drugiej jednak czytelnik nie wiadomo kiedy przywiązuje się do opisywanego świata oraz bohaterów i chce wiedzieć więcej – jak to się dalej potoczyło, co stało się z ulubionymi postaciami… Ja sama odkąd odkryłam, że istnieje kolejna część cyklu, nie mogłam przestać się zastanawiać, co też tam zostało napisane. Ucieszyłam się więc, kiedy dostałam „Serce Kaeleer” w swoje ręce. Usiadłam do niej wieczorem, z zamiarem przeczytania pierwszego, króciutkiego opowiadania i skończyłam mniej więcej o 4 rano, kiedy doczytałam ostatnie zdanie całej książki. Tak, wciąga.

Był jeszcze jeden marzyciel. (s. 382)

W książce „Serce Kaeleer” mamy do czynienia z czterema opowiadaniami, z których każde ma innego głównego bohatera, inny nastrój i dzieje się w innym okresie życia bohaterów (co wziąwszy pod uwagę długowieczności postaci w cyklu jest dosyć znaczące). Pierwsze, „Prządka marzeń”, jest właściwie mitem powieściowego świata, wyjaśnieniem, skąd wzięły się Kamienie i Krwawi. Bishop w naprawdę ciekawy sposób obmyśliła genezę powstania magii w jej świecie, niestety styl użyty w opowiadanku powoduje zgrzytanie zębami, o czym za chwilę napiszę więcej. Następnie poznajemy historię miłości Lucivara do prostej dziewczyny, która w wyniku splotu okoliczności zostaje jego pomocą domową. „Książę Ebon Rih” jest przewidywalny do bólu i czerpie z mocno utartych już schematów, co nie zmienia faktu, że opowiadanie wciąga i jest naprawdę sympatyczne, pełne uczuć, pogmatwanych emocji i zabawnych sytuacji. Kiedy czytałam, co i rusz przypominałam sobie nieszczęsną Sagę o Ludziach Lodu, której swego czasu przeczytałam wszystkie 47 tomów i choć mam świadomość, że nie jest to literatura najwyższych lotów (tak, w kioskach stoi na półeczce z harlequinami), to jednak wciąż twierdzę, że niektóre tomy to bardzo fajne czytadła na jeden wieczór, romanse z ciekawym, magicznym tłem i ładnie zarysowanym wątkiem uczuciowym. Taką historią jest właśnie „Książę Ebon Rih”. Nawet sposób przedstawienia postaci (mroczny i dość brutalny mężczyzna pełen honoru i skrywanych uczuć oraz ona – trochę sponiewierana przez los, pełna temperamentu i kochająca z pasją) oraz główne miejsce wydarzeń (odizolowana od wielkiego świata chatka, niedaleko wsi), że już nie wspomnę o pochodzeniu głównego bohatera (obdarzona wielką mocą rodzina, walcząca do końca o każdego, kogo uznają za członka swego klanu) przywodzi na myśl Sandemo. Nie jest to minusem, gdyż tak jak wspomniałam, norweska pisarka ma na swoim koncie kilka naprawdę świetnych historii tego konkretnego rodzaju. Kolejne opowiadanie, „Zuulaman”, jest mroczną historią z młodości Saetana, opowiedzianą w przekonujący sposób i z pokaźnym ładunkiem emocjonalnym. Do mnie przemówiło i podziałało na wyobraźnię, szkoda, że w samym cyklu nieraz ciężko dopatrzyć się tej dwoistości charakteru Wielkiego Lorda Piekła i zazwyczaj występuje on w roli dobrego wujaszka. Ostatnia część książki opowiada natomiast o dalszych losach Jaenelle i Daemona, o wydarzeniach, które miały miejsce po „Królowej Ciemności”. Opowiadanie tytułowe samo w sobie nie jest zbyt oryginalne, można uznać, że do pewnego stopnia powtarza kilka motywów z początku „Królowej”, jest jednak pełne ciepła, sympatyczne i dające dużo satysfakcji, jeśli chodzi o kontynuację historii. Osobiście uważam wyjaśnienie pochodzenia Świtu Zmierzchu za absolutnie świetne, poruszające i pasujące do całości Czarnych Kamieni.

Książka nie wzbudza jednak tylko pozytywnych emocji i jest na co pomarudzić. Styl pisania Bishop poprawił się w porównaniu z I tomem, poprawiła się także korekta w polskim wydaniu i nie przypominam sobie żadnego błędu. Niestety, mimo to Bishop jest pisarką mocno przeciętną. Rozpoczynając czytanie „Prządki marzeń” szybko przypomniałam sobie, co mnie w pisarstwie Bishop drażniło podczas czytania trylogii. Autorka ma problemy z zachowaniem spójnej atmosfery tekstu, nadużywa wielokropków w poetyckich fragmentach, co i rusz sięga do ogranych schematów. Chwilami jej opowiadania przywodzą na myśl fanfiction do jej głównej serii (co samo w sobie nie jest krytyką, fanfiki potrafią być rewelacyjne, jednak tu mam na myśli przeciętne dziełka z tej kategorii), momentami nieporadne i zdające się nie być do końca przemyślane.

Niemniej jednak Bishop potrafi napisać fantastyczne fragmenty, ma pomysły na rozwiązania, które wynagradzają braki w warsztacie. Przede wszystkim wciąga i nie pozwala się oderwać aż do skończenia ostatniej strony. Dla tych, którzy przeczytali trylogię pozycja obowiązkowa, na pewno nie będą zawiedzeni.

Moja ocena: 4+/6
Anne Bishop, „Serce Kaeleer. Czarne Kamienie, księga IV” (INITIUM, 2010)
_____________

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Initium, za co serdecznie dziękuję.

Trylogia Krwawych Kamieni: wciągająca, ale…

05/05/2010 11 uwag

Ciężko mi zabrać się za recenzję trylogii „Czarnych Kamieni” autorstwa Anne Bishop, ponieważ mam niezwykle mieszane uczucia co do tej pozycji. Najłatwiej byłoby mi powiedzieć, że to książki stereotypowe i nie wnoszące do świata fantastyki nic nowego, więc szkoda tracić na nie czas… Ale jak w takim razie wyjaśnić fakt, że kiedy już zaczęło się czytać i przełknęło kilka rażąco głupich wątków, bez ograniczeń miało się ochotę przerzucać stronę za stroną, aż do końca danej części, nie przejmując się porą ani ewentualnymi obowiązkami. I choć sporo w tym czytaniu było tzw. „guilty pleasure” (wstydliwa przyjemność? Tak chyba należałoby to przetłumaczyć), to jednak w roli całkiem sprawnego czytadła „Czarne Kamienie” radzą sobie dobrze. Jestem świadoma tego, jak wielu książka ma wielbicieli (wielbicielek?), więc już spieszę z wyjaśnieniem, czemu historia Jaenelle nie rzuciła mnie na kolana… (a mogła…)

Zacznę jednak od plusów. Przede wszystkim Anne Bishop stworzyła naprawdę ciekawy świat, oryginalny i spójny, który zdecydowanie do mnie przemawia. Mamy więc odwrócenie typowych realiów fantasy – to Ciemność, a nie Światło, stanowi punkt odniesienia i wartość pozytywną, modlitwy wznosi się do Matki Nocy, a nie boga, zwyczajowo kojarzonego ze światłością bądź ogniem. Ciemność jest dobra, przynosi ukojenie, siłę i władzę. Dlatego to właśnie Czarne Kamienie świadczą o najpotężniejszej mocy. Kamienie to klejnoty, którymi zostają obdarzeni Krwawi, ludzie (i jak się z czasem dowiadujemy, nie tylko) obdarzeni talentem magii i jedyni tak naprawdę liczący się w Królestwie. Pierwsze Kamienie otrzymują w momencie urodzenia i to one pozwalają oszacować, jaka będzie siła danej osoby już po złożeniu Ofiary Ciemności, kiedy dostają swoje drugie Kamienie, a ich moc osiąga dojrzałość. Społeczność Krwawych oparta jest na matriarchacie, gdzie na szczycie drabiny zasiada Królowa, otoczona przez siostry ze swego sabatu oraz krąg oddanych mężczyzn, Wojowników mających jej służyć. Tak przynajmniej powinno to wyglądać, gdyż lata rządów zepsutych i żądnych władzy Królowych doprowadziło do przetrzebienia młodych i zdolnych kobiet oraz mężczyzn, a rasy inne niż ludzkie zepchnęło w cień lub też doprowadziło na skraj zagłady. Bishop w przemyślany sposób wprowadziła przedstawicieli innych gatunków, logicznie połączonych z historią Królestwa. Spodobała mi się także historia, czy też mitologia Krwawych, magia ściśle związana z seksualnością oraz zamysł postaci. Niestety, gdzieś po drodze coś poszło nie tak.

Fabuła jest niezwykle typowa. Można by nazwać ją klasyczną, ale niestety zbyt wiele już czytałam podobnych historii, a tu nie doszukałam się niczego nowego. Mamy więc kraj w stanie rozkładu, w którym ludzie wciąż pragną wierzyć w zbawienie, mające przyjąć formę Królowej, która da im wolność i pokój, będzie „mitem, który się spełnił”. Niestety, na czele państwa stoją Główne Złe, których jedynym motywem jest żądza władzy i umiłowanie sprawiania cierpień, nic ponadto. Mamy trzech mężczyzn, którzy są super silni, ale tkwią w niewoli u tychże Złych. W ich życiu pojawia się niezwykła, tajemnicza Dziewczyna obdarzona olbrzymią mocą, której nie potrafi jednak wykorzystywać, przynajmniej nie na takim poziomie, którego wymaga do niej rodzina niezdająca sobie sprawy z jej potęgi. Dziewczę ma obowiązkowe mroczne sekrety i traumę z dzieciństwa, które zabliźnić się mogą jedynie dzięki miłości. Któż jej ją zapewni? Oczywiście nasi silni mężczyźni, zostając odpowiednio jej Bratem, Ojcem i Kochankiem (po to się urodzili, nie ma więc między nimi żadnej rywalizacji co do roli, jaką mają sprawować). Dziewczę, kochane przez wszystkich dobrych i krzywdzone przez wszystkich złych, rośnie w siłę, w międzyczasie przeżywając mniejsze i większe dramaty, z których wyciąga ją zawsze któryś mężczyzna jej życia i pociesza. W końcu następuje rozrachunek ze złem i… nie powiem Wam, kto wygrywa.

Oczywiście, jest to pewne uproszczenie, ale tak to rzeczywiście wygląda i naprawdę szkoda, że Bishop obmyślając tak ciekawy świat, nie pokusiła się o bardziej oryginalną fabułę. A jeśli już zdecydowała się oprzeć swoją opowieść na podobnym schemacie, mogła pokusić się o więcej oryginalności w poszczególnych wątkach. Choć niektóre są naprawdę udane i zgrabnie opisane, inne przytłaczają nadmierną cukierkowatością lub też ilością posoki rozbryzgującej się po ścianach. Autorka sprawia wrażenie, jak gdyby historia wymykała jej się spod kontroli, co stawia pytanie – dla kogo w zamierzeniu jest właściwie ta powieść? Co z tego, że przez chwilę jesteśmy świadkami mrocznych scen, w których brutalnie torturowany jest Lucivar, skoro za chwilę akcja przenosi się do Pałacu, w którym Lord Piekła usilnie stara się wychować gromadę rozwrzeszczanych nastolatek, nieustannie „chichocząc” lub łapiąc się za głowę? Jak można wczuć się w tragiczną historię Briarwood, jeśli jest ona niemal przetykana uroczą historią zakochiwania się Daemona i Jaenelle, która w międzyczasie odnawia związki pomiędzy mocno specyficzną rodzinką? Czy to jest rzeczywiście powieść „tylko dla dorosłych”, jak przekonuje nas napis z tyłu okładki, czy może mroczna powieść dla starszych nastolatek, które może rzeczywiście przerazić okrucieństwo Dorothei? (Przyznaję, że i mnie niektóre sceny przyprawiały o dreszcz obrzydzenia, choć część była tak wymyślna, że właściwie nie do końca rozumiałam, o co ma w danej torturze chodzić… Może gdyby Główne Złe były diaboliczne nie tylko z nazwy, ale ich motywy naprawdę byłyby w stanie zrobić na mnie wrażenie, bardziej potrafiłabym się wczuć w całą historię). Takie skojarzenie miałam zwłaszcza w drugim tomie, zdecydowanie najsłabszym według mnie. Akcja prawie nie posuwa się do przodu, wciąż tylko ktoś rani Jaenelle, którą następnie trzeba utulić w ramionach, a całość przetykana jest wesołą historyjką o grupie czarownic i ich męskich przyjaciół okupujących Pałac.

Poza tymi wybijającymi z równowagi zmianami klimatu, irytuje też wiele zabiegów fabularnych. Chwilami autorka sięga wręcz do chwytów rodem z telenoweli, kiedy to bohaterowie postępują całkowicie wbrew wszelkim wyobrażeniom, bez logicznego uzasadnienia, byle było dramatycznie. Tak więc mamy zarówno sytuacje, w których ktoś daje wiarę przesłankom i nie pofatyguje się, żeby poznać prawdę, ale podejmuje decyzje mogące zaważyć na życiu wielu osób. Lub też taką, w której inna postać na podstawie własnych domysłów tworzy sobie własną wersję wydarzeń i odrzuca prawdę, nie dając dojść do słowa głównym zainteresowanym. Czytelnik od razu rozumie intencje bohatera, innym postaciom natomiast dość długo zajmuje ich pojęcie. Blado wypadają także wielkie plany knute przez Dorotheę i Hekatah, mało twórcze i aż dziw, że bohaterowie (rzadko, trzeba przyznać), w te ich pułapki rzeczywiście wpadają… Tym bardziej, że owe spiski niekiedy zupełnie nie zgadzały się z przyjętą przez autorkę koncepcją…

Szkoda, że Bishop nie zagłębiła się w psychikę swoich bohaterów, nie rozwinęła ich charakterów poza kilka (w najlepszym wypadku) głównych cech, które od razu definiują całą postać. Lepiej wypadają tu już panowie, choć na swój sposób są do siebie tak podobni, że poza tą jedną wyróżniającą cechą wydają się identyczni. Boli natomiast niewykorzystany potencjał w przypadku czarownic. Jaenelle jest postacią wzbudzającą sympatię, ale nie ma w niej nic porywającego, nic oryginalnego. Jeszcze gorzej wypadają siostry z jej sabatu – prawdziwie pole do popisu: silne osobowości, obdarzone wielką mocą. Niestety, nie dowiadujemy się o nich właściwie nic (może jedynie o Karli, choć trudno tu mówić o jej charakterze), poza tym, że są pełne temperamentu, a nawet bezczelne i kochają swoją Królową. Oczywiście, wszyscy bohaterowie pozytywni dają się lubić i z czasem nawet miałam już swoich ulubieńców, niemniej jednak ich potencjał pozostaje niewykorzystany. Najsłabsze są jednak złe bohaterki, które są po prostu złe: zazdrosne, żądne władzy, okrutne i wyzbyte jakichkolwiek wyższych instynktów. Dość ciekawie zapowiadała się Cassandra, ale szybko wyblakła i już tylko irytowała. A szkoda. Bishop radzi sobie natomiast z uczuciami, choć popada chwilami w przesadę, nie oszczędzając czytelnikowi pełnych lukru scen, kiedy to ponoć niezwykle brutalni i agresywni wojownicy co i rusz ze łzami w oczach wyznają sobie miłość lub też wzruszają się z innych powodów. Niemniej jednak i tak wzruszał mnie wątek Daemona i Lucivara, na co nic nie poradzę – pokażcie mi pokrętne relacje między rodzeństwem, dorzućcie ospowniednio wzruszające sceny, skomplikowaną miłość, wzajemne oskarżenia i zadawnione urazy, podszyte ironicznym poczuciem humoru – i jestem Wasza.

A jednak „Czarne Kamienie” potrafią wciągnąć i zainteresować. O ile w pierwszej części rażą wszystkie te powtórzenia, sceny balansujące na granicy niesmacznego kiczu, to z czasem można się przyzwyczaić do prezentowanego przez książkę poziomu i choć czasem ma się ochotę wznieść oczy w niemym wołaniu o pomoc, to z chęcią sięga się po tom kolejny. Tak jak napisałam, druga część jest najsłabsza, jednak trzecia w znacznym stopniu to rekompensuje – Anne Bishop udało się stworzyć punkt kulminacyjny i zakończenie odpowiadające rozmiarom serii, trzymające w napięciu i nie pozostawiające poczucia niedosytu i rozczarowania, co jest bolączką wielu książek fantasy. Tu zakończenie naprawdę mi się podobało – nie tylko te ostatnie kilka stron, ale cała droga do niego, spójna i w sumie dość zaskakująca jeśli wziąć pod uwagę, kto odegrał w niej znaczącą rolę. I choć miałam ochotę mocno potrząsnąć połową bohaterów (którzy znów zachowywali się irytująco nielogicznie, przecząc sobie samym), to naprawdę się wczułam w losy bohaterów.

Co mogę więc napisać na koniec? Polecam tę książkę do czytania w pociągu lub w okresie, kiedy zależy Wam na szybkim przemijaniu czasu – efekt gwarantowany. Jeśli nie czytaliście wielu książek spod znaku fantastyki jest nadzieja, że powielane schematy nie będą Was razić. Ogólnie rzecz ujmując, „Czarne Kamienie” czyta się szybko i w sumie przyjemnie, chwilami są naprawdę niezłe, chwilami osłabiające, ale… Przeczytałam te trzy tomy bezboleśnie, a na koniec czuję czytelniczą satysfakcję – było miło i choć nie jest to pozycja wybitna, można poświęcić na nią te kilka wieczorów.

Moja ocena: 3+/6
Anne Bishop, „Córka Krwawych. Czarne kamienie, księga I” (INITIUM, 2008)
Anne Bishop, „Dziedziczka cieni. Czarne kamienie, księga III” (INITIUM, 2009)
Anne Bishop, „Królowa ciemności. Czarne kamienie, księga III” (INITIUM, 2009)

P.S. Nie pisałam już o przekomicznych chwilami problemach autorki z wymyśleniem spójnych imion dla swoich postaci, zwróciła na to uwagę Ninedin, której recenzję serdecznie polecam.
_______________

Książki otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Initium, za co serdecznie dziękuję.

Dlaczego Zła Czarownica stała się Zła

10/04/2010 2 uwag

Choć na ogół organicznie nie znoszę dodawania na okładkach książek sloganów w rodzaju „bestseller na całym świecie!” lub „powieść będąca następcą…”, uważam, że w przypadku „Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu” autorstwa Gregory’ego Maguire’a nie byłoby zbrodnią zamieszczenie informacji, że choć jest to re-telling znanej i uwielbianej baśni, traktowanie jej jedynie jako nową wersję „Czarnoksiężnika z Krainy Oz” jest zwykłym nieporozumieniem. Proszę, nie dajcie się zwieść pozorom, bo inaczej ta fantastyczna, wielowątkowa, filozoficzna opowieść przejdzie Wam koło nosa…

Moje pierwsze zetknięcie się z „Wicked” miało miejsce w Londynie, gdzie reklamowano musical powstały na podstawie książki. Polskie wydanie ma okładkę wykorzystującą to samo zdjęcie, co angielskie plakaty reklamowe i bardzo się z tego cieszę, bo naprawdę przykuwa wzrok. Zielonoskóra postać z absolutnie czarującym swoją ironią uśmiechem na czerwonych ustach, z szelmowsko naciągniętym na oczy kapeluszem. To musi być ona, tajemnicza Czarownica z Zachodu, główna „zła” w historii spisanej przez L. Franka Bauma. Przed rozpoczęciem czytania „Wicked” warto odświeżyć sobie „Czarnoksiężnika” – inaczej różne smaczki i ironiczne nawiązanie pozostaną dla nas nieczytelne. Ja przynajmniej musiałam sobie przypomnieć, jak wyglądały przygody Dorotki i jak wiele zostało powiedziane o Złej Czarownicy, a także o samym Oz. Następnie skonfrontowałam to z tekstem Maguire’a i stwierdzam, że autorowi należą się brawa nie tylko za stworzenie fascynującej postaci Elfaby, ale i skomponowanie całego obrazu świata, z wieloma szczegółami w sposób spójny i cudownie złożony.

Wydarzenia towarzyszące przyjściu na świat Elfaby są niezwykłe i taka jest też ta zielonoskóra dziewczynka – niepodobna do innych dzieci, od małego zdająca się rozumieć wszystko, co dzieje się wokół niej. A nie jest to zbyt pozytywna zdolność w przypadku małej Fabali, bo świat nie jest do niej przychylnie nastawiony i nie potrafi jej zaakceptować, tak jak ona nie jest w stanie zaakceptować zastanego na nim porządku. Mijają lata i nierozumiana Elfaba trafia na uniwersytet, gdzie mimo zjadliwego języka i ironicznego do bólu sposobu bycia nawiązuje znajomości i przyjaźnie z osobami, które nie tylko będą kształtować przyszłość zielonoskórej kobiety z wodowstrętem, ale i całego Oz. A wspomnieć należy, że w Oz nie dzieje się najlepiej. Przybyły z innego świata Czarnoksiężnik wprowadza swoją tyranię i pozbawia Zwierzęta praw obywatelskich. Unionistyczna religia ściera się z pogańskimi wierzeniami. Wszystko to zgłębia Elfaba, angażując się w kolejne projekty, ruchy i podążając za własnymi przekonaniami. Przyjmując różne stanowiska, twarze i imiona, stając się uczennicą, badaczką, przyjaciółką, kochanką, opiekunką i władczynią. Maguire umiejętnie pokazał drogę Elfaby od niechcianego dziecka, do stania się postrachem, Złą Czarownicą. Co ją do tego doprowadziło? Przecież chciała tylko zrozumieć, na czym polega istota zła, z którą od narodzin ją utożsamiano, chciała bronić swoich przekonań. Pragnęła miłości i przyjaźni, jak każdy. I wreszcie przyjdzie czytelnikowi postawić sobie najważniejsze pytanie: czym jest zło i kto tak naprawdę jest złym człowiekiem?

„Wicked” to powieść filozoficzna, stawiająca wiele pytań i niedająca jednoznacznych odpowiedzi. Oczywiście nasuwają się pewne interpretacje opisanych wydarzeń, jednak im więcej się o nich rozmyśla, tym większe wątpliwości budzi stwierdzenie, że można fakty odczytać tylko na jeden sposób. Mamy także dość obszerny wątek polityczny, poruszający jednak podstawowe wartości szeroko rozumianego człowieczeństwa i wolności jednostki, prawa do inności i domagania się swoich praw. Jest też czarujący fragment o nauce na uniwersytecie, nieśmiałych zauroczeniach i przyjaźniach. A przede wszystkim o poczuciu winy i własnoręcznemu niewoleniu się w poczuciu krzywdy, o poszukiwaniu wybaczenia. Co chwila kolejny fragment wydaje się stawiać pytanie o właściwości naszego umysłu, mechanizmy pragnień i szczęścia. Pod płaszczykiem opowiedzianej na nowo baśni autor przemyca głęboką opowieść o życiu i ludzkiej psychice.

Na pewno wrócę jeszcze nie raz do losów Elfaby, a na „Czarnoksiężnika z krainy Oz” nie będę potrafiła patrzeć inaczej, niż przez pryzmat „Wicked”. Żałuję trochę, że autor nie rozwinął wspaniale zapowiadających się wątków, przede wszystkim specyficznej relacji Elfaby z Glindą (napisał o tym sporo, ale ja chciałabym jeszcze więcej). Wiele wątków pozostało otwartych i prawdopodobnie pociągnięto je w kontynuacjach: „Son of a Witch”, „A Lion Among Men” oraz czwartej części serii, której data wydania oraz tytuł nie zostały jeszcze ustalone. Tymczasem należy się cieszyć z „Wicked”, które gorąco wszystkim polecam, książka warta jest każdej spędzonej z nią minuty. I choć nie jestem wielką entuzjastką musicali, ciekawa jestem muzycznej wersji tej książki…
Moja ocena: 5/6
Gregory Maguire, „Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu” (Initium, 2010)
_______________

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Initium, za co serdecznie dziękuję.

Historia pewnego Światła

01/04/2010 9 uwag

„Światła pochylenie” to debiutancka powieść Laury Whitcomb (po niej napisała jeszcze „The Fetch”), zaliczająca się do nurtu książek dla tak zwanej „starszej młodzieży” („young adults” w wersji angielskiej). O ile ta grupa docelowa wydaje mi się stworzona nieco sztucznie, zwłaszcza patrząc na listę pozycji do niej zaliczanych, to spokojnie można stwierdzić, że książki opisane w ten sposób przez wydawców bądź samych autorów spodobają się zarówno młodszym jak i starszym czytelnikom (oczywiście dochodzi jeszcze kwestia gustu). Nie inaczej jest właśnie z powieścią „Światła pochylenie”. Rozpoczynając czytanie obawiałam się trochę, że książka może okazać się pozycją dla mrocznych nastolatków (miłość, duchy, śmierć… brzmi znajomo?). Poetycki styl łatwo mógł zamienić się w naładowany egzaltacją bełkocik… Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło, a po kilkunastu stronach wciągnęłam się w lekturę tak mocno, że ciężko było mi ją odłożyć.

Helen nie żyje od około stu trzydziestu lat. Jako Światło wyrywa się z prywatnego piekła i wciąż przebywa na ziemi dzięki obecności gospodarzy – ludzi, którym Helen musi towarzyszyć jak cień, jeśli nie chce wrócić w pełną ciemności i bólu otchłań. Gdy gospodarz umiera, kobieta natychmiast musi znaleźć zastępcę. Ostatnim jest Brown, młody nauczyciel, do którego Helen czuje coś więcej, niż tylko przywiązanie. Jak każdy gospodarz i człowiek żyjący w ogóle, Brown nie ma pojęcia o jej obecności, nie jest w stanie zobaczyć Helen, ani usłyszeć tego, co kobieta chciałaby mu przekazać. Helen cierpi męki zazdrości i odrzucenia w związku ze szczęśliwym małżeństwem Browna, żyje w nieustannym strachu przed powrotem do swego piekła, targają nią wątpliwości – kim była za życia? Co takiego uczyniła, że nie udało jej się trafić do raju? Cały ten świat przewróci się do góry nogami w momencie, kiedy podczas jednej z lekcji, na których towarzyszy swojemu gospodarzowi, spocznie na niej wzrok jednego z uczniów Browna. Przerażona i zafascynowana Helen zrobi wszystko, żeby zbliżyć się do tego, który jest w stanie przerwać jej ponad stuletnią samotność.

Jest to jedynie zarys fabuły, niewychodzący właściwie poza pierwszy rozdział. Fabuła jest dość zaskakująca, ale przede wszystkim dobrze skonstruowana, spójna i przemyślana. Czytelnik stopniowo dowiaduje się, jakie zasady rządzą byciem Światłem, poznaje historię James’a oraz kilku rodzin zamieszanych w całą historię. Przede wszystkim jednak autorka kładzie nacisk na duchowość. Poza tematem miłości, pojawia się także wątek wiary, moralności i odkupienia. Whitcomb nie pisze o konkretnej religii, jej pojęcia Boga, piekła i raju są umowne i można odnieść je do wielu wierzeń lub też do żadnego. Na dobrą sprawę ciężko stwierdzić, czy w książkowej rzeczywistości istnieje dla Helen jakiś wyższy byt – biorąc pod uwagę przedstawiony sposób odkupienia można interpretować przedmiot wiary na dowolny sposób. Zresztą, nie to jest istotne. „Światła pochylenie” traktuje raczej o stosunku człowieka do własnych wierzeń, przedstawia destrukcyjną siłę hipokryzji. Ciekawy jest także wątek obyczajowy, przedstawiony realistycznie i poruszająco, bez wyciskania łez, ale i bez tandetnego lukru. Spodobał mi się też sam związek między bohaterami, co jest niezaprzeczalnym plusem. Zakończenie pasuje do całości książki, daje czytelniczą satysfakcję i stawia pytania odnoszące się do duchowości, sensu miłości (nie tylko partnerskiej) i odkupienia.

Język Whitcomb jest przyjemny i poetycki, więc „Światła pochylenie” czyta się przyjemnie i szybko. Chwilami autorka niebezpiecznie zbliżała się do krawędzi, za którą jej sposób pisania stałby się zanadto uduchowiony, a nawet egzaltowany, zawsze jednak w porę zdążyła się opanować. Dialogi pozostają realistyczne, nie ma więc zbyt wielu powodów, do których można byłoby się przyczepić. Nie jest to może wielka literatura, ale bardzo dobra książka, refleksyjna i zachęcająca do myślenia. Polecam!

Moja ocena: 4+/6
Laura Withcomb, „Światła pochylenie” (Initium, 2010)
_______________

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Initium, za co serdecznie dziękuję.


Na marginesie natomiast chciałam dodać, że Herbatniki skończyły wczoraj roczek, z czego bardzo się cieszę. Blog pomaga mi w porządkowaniu myśli, dzięki Waszym blogom poznaję wiele ciekawych książek i filmów (nie wspominając już o wspaniałych kontaktach z autorami tychże blogów :)). Mam nadzieję, że Herbatniki będą się rozwijać, a Wy będziecie dalej pisać, żebym mogła czytać Wasze recenzje i przemyślenia. Pozdrawiam ciepło wszystkich Czytelników!