Archive

Posts Tagged ‘kryminał’

Tajemnica zaklęta w kamieniach

Lata 30 w Finlandii, burzliwy okres w historii kraju. W pamięci mieszkańców wciąż żywy jest konflikt pomiędzy „białą” i „czerwoną” Finlandią, rany na ciele i duszy po krwawych starciach i mordach jeszcze się nie zabliźniły. Do górniczej miejscowości przybywa kobieta całkiem różna od pozostałych mieszkanek, wdowa po Rosjaninie, Davida zwana przez wszystkich Vidą. Nie kryje swoich komunistycznych sympatii, wierzy w wolne związki i głęboko skrywa tajemnicę dotyczącą jej samej. Wychodzi jednak za mąż za szypra Harjulę, wbrew własnym pragnieniom zachodzi w ciążę. Potem już coraz bliżej do tragedii, która pozostanie tajemnicą zamkniętą w kamieniach. Po latach postanowi wyjaśnić ją Iiris, dziennikarka z Helsinek i wnuczka Vidy, której życie wydaje się stracić sens po zdradzie męża. Kobieta przybywa do górniczej miejscowości w poszukiwaniu materiału do reportażu, który ma uratować jej pozycję w piśmie. Artykuł schodzi jednak na dalszy plan, gdy zaczyna poznawać tajemnice przeszłości, jednocześnie rozliczając się z własnym dzieciństwem i młodością. Jaką tajemnicę skrywała Vida? Co stało się z jej ukochanym dzieckiem? Kto był miłością jej życia? I wreszcie, jaką rolę w tym wszystkim odegrała geologia, kamienie i cała kopalnia? Historia niepokojąco łączy się z opowieściami, które docierają do Iiris z różnych stron: o porwaniu dziecka, o składaniu ofiar z ludzi… Ani na chwilę nie można jednak zapomnieć o tle historycznym i obyczajowym, Finlandii pokazanej w dwóch czasoprzestrzeniach.

Tak przedstawia się zarys fabularny powieści „Niech się rozpęta burza” autorstwa poczytnej fińskiej pisarki, Leeny Lander. Autorka nie tylko przedstawiła wielowątkową historię o burzliwych czasach, miłości i wierności oraz rodzinnych tajemnicach. Skomplikowała ją ponadto narracją na wiele głosów, dodając do niej także wszechwiednego narratora, który pomaga czytelnikowi przedzierać się przez gąszcz niedomówień, domysłów i przypuszczeń. Powieść przykuwa uwagę od pierwszych stron, Lander sprawnie konstruuje atmosferę grozy i tajemnicy, potrafi zaintrygować niejednoznaczną historią miłosną, czytelnik niecierpliwie przerzuca więc strony. Niestety, powieść w pewnym momencie traci swój impet i zwyczajnie zaczyna nużyć. Narracja może wydać się w pewnym momencie komplikowana na siłę, zaciemniając obraz nadmiernie i niepotrzebnie. Lubię wieloosobowe narracje i nie mam problemu z „połapaniem się”, co kto mówi i kto o czym wie. Tu jednak miałam wrażenie przesytu i pewnej pisarskiej maniery.

Lander w bardzo ciekawy sposób przedstawiła wątki obyczajowe i gdyby skupiła się na nich, stworzyłaby naprawdę dobrą, jeśli nie świetną powieść. Niestety zdecydowała się upchnąć zbyt wiele w jednej książce, przez co ciężko pozostać równomiernie zainteresowanym wszystkimi zabiegami fabularnymi. Postać Iiris jest antypatyczna, nawet jeśli głęboko się jej współczuje, męczyły mnie fragmenty o niej. Jej wspomnienia były zajmujące, teraźniejszość jednak irytowała. Wyjaśnienie zagadki rozczarowało mnie, ale już w połowie książki straciłam zainteresowanie dla „śledztwa”, bo tak naprawdę przyczyna śmierci dziecka niewiele już mogła zmienić i poza wiedzą, nikomu nie była w stanie przynieść ukojenia bądź odkupienia. Dużo większą tajemnicę stanowiły uczucia głównych bohaterów i ich przeszłość, o których czytałam z przyjemnością i dużym zainteresowaniem. Rzadko kiedy mam takie odczucie, ale w przypadku „Niech się rozpęta burza” skróciłabym książkę o 100 stron, usunęła niepotrzebne moim zdaniem nagromadzenie wątków i otrzymała świetną powieść obyczajową lub nawet psychologiczną.

Leena Lander nie napisała powieści złej, ani nawet przeciętnej. Mam świadomość, że „Niech się rozpęta burza” to książka dobra, która miała potencjał, by stać się książką świetną. Niestety, na potencjale się skończyło, a ja wzdycham nad zawiedzionymi oczekiwaniami, które miałam spore przed lekturą, a kończąc lekturę odłożyłam książkę z myślą „a mogło być tak pięknie…” Nie da się jednak ukryć, że postać Vidy, niejednoznaczna i skomplikowana, zapada w pamięć, a jej historia miłosna, dla mnie przede wszystkim ta z udziałem męża, intryguje i przykuwa uwagę. Szkoda zmarnowanego potencjału, nie uważam jednak czasu poświęconego na lekturę za równie zmarnowany. Polecam „Niech się rozpęta burza” przede wszystkim osobom zainteresowanym historią Finladnii oraz wielbicielom obyczajowych powieści. Wielbiciele kryminału nie znajdą tu wiele dla siebie (reklamowanie książki jako thrilleru na okładce uważam za grubą przesadę!).

Tytuł: Niech się rozpęta burza
Tytuł oryginału: Tulkoon myrsky
Autor: Leena Lander
Wydawnictwo: Słowo/Obraz Terytoria, 2008
Ilość stron: 352
Moja ocena: 4/6

Cedry pod śniegiem – książka i film

snow is falling...b

Na „Cedry pod śniegiem” natknęłam się kiedyś w księgarni i opis mnie zaciekawił. Japończycy w Stanach Zjednoczonychpo ataku na Pearl Harbour? No właśnie! Do tej pory nie spotkałam chyba z żadną powieścią traktującą o tych wydarzeniach, tymbardziej pióra amerykańskiego pisarza. Chciałam przekonać się, jak przedstawi ten niechlubny epizod w najnowszej historii Stanów i tym sposobem natrafiłam na naprawdę wciągającą i dobrą lekturę.

W 1954 roku, na niewielkiej wyspie San Piedro, gdzie właściwie wszyscy się znają, w dość tajemniczych okolicznościach ginie rybak, Carl Heine. Miejscowy szeryf prowadzi dochodzenie, które prowadzi go do Japończyka urodzonego już na terenie Stanów Zjednoczonych, Kabuo Miyamoto. Człowiek zostaje oskarżony i dochodzi do procesu. Wysłuchując poszczególnych świadków, czytelnik nie tylko ma okazję śledzić kryminalną intrygę, ale poznać społeczność zamieszkującą wyspę. Od wielu już lat zamieszkiwali ją Japończycy, których zachęcała możliwość zarobku przy uprawie i zbiorze truskawek, głównym zajęciem mieszkańców San Piedro, poza rybołóstwem. Obie grupy, Japończycy i Amerykanie, współistniały całkiem zgodnie i choć nie można było mówić o zbytniej integracji, panował względny szacunek i praca układała się pomyślnie. Wszystko zmieniło się w dniu ataku Japończyków na Pearl Harbour, kiedy nawet uważająca się za mieszkańców, a nawet obywateli, japońska społeczność San Piedro została obwiniona za zło tego świata i potraktowana jak zdrajcy. Choć wiele osób, jak na przykład miejscowy dziennikarz, Arthur Chambers, pozostało im życzliwych i próbowało wspierać, strach i agresja Amerykanów doprowadziła do wielu przykrych sytuacji, a ostatecznie Japończycy zostali przewiezieni do specjalnych obozów. Po wojnie wrócili do swych dawnych domów, ale niewiele spraw toczyło się jak dawniej. Przekonał się o tym także Ishmael Chambers, weteran wojny amerykańsko-japońskiej, który przed zostaniem żołnierzem zaprzyjaźnił się i zakochał w ślicznej Hatsuo. Ishmael jako dziennikarz stawia się codziennie na rozprawie o morderstwo i wspomina swój związek z Japonką, dziś żoną oskarżonego…

Fabuła jest dość mocno poszatkowana i przedstawia wydarzenia z różnych okresów i z różnych perspektyw. Nie ma w niej jednak chaosu. To bardziej rozmaite obrazki, mozaika, która składa się w spójną całość. Wątek kryminalny jest interesujący, choć intryga nie należy do głównych motywów książki i jest potraktowana dość marginalnie – dużo istnotniejsze jest psychologiczne tło procesu. Choć powieść posiada także wątek miłosny oraz wojenne wspomnienia, jest to przede wszystkim książka psychologiczna, starająca się wniknąć w umysły mieszkańców San Piedro. Porusza problem tożsamości narodowej, który bardzo mnie interesuje, człowieczeństwa, umiejętności wybaczenia sobie samemu i światu, a także poszukiwaniu swojego miejsca. Przedstawia niezwykle trafną refleksję nad wyborami tego, co jest dla nas dobre, rozczarowaniami dorosłego życia. Nie ma w niej sentymentalizmu, ładnie opowiada o uczuciach, a bohaterowie są różnorodni i sprawnie nakreśleni. Najbardziej spodobała mi się sama Hatsuo, silna i odważna młoda kobieta.

Guterson wspaniale tworzy klimat sennej wysepki, mroźnego portu i bujnego lasu cedrowego. Język powieści jest prosty, ale na tyle obrazowy, że opisywane miejsca po prostu pojawiają się przed oczami. Autor opisuje swoich bohaterów bez upiększeń, chwilami niemal naturalistycznie. Nie kryje swojego zdania i choć cały proces jest swojego rodzaju rozrachunkiem z całą ówczesną sytuacją, to Amerykanie nie są kreowani na bezmyślnych okrutników – zdarzają się wśród nich jednostki wybitnie dobre i złe, jak wszędzie.

snow is falling...

Ponieważ książka zdecydowanie przypadła mi do gustu, postanowiłam obejrzeć także film zrobiony na jej podstawie. Moje ogólne uczucia są raczej pozytywne, choć zastanawiam się, czy osoba nie mająca wcześniej kontaktu z powieścią jest w stanie połapać się we wszystkim. Miałam wrażenie, że gdybym nie znała historii kilku bohaterów, film mógłby mnie znudzić na dłuższą metę. Dlatego radzę najpierw zapoznać się z wersją książkową. Filmowe „Cedry pod śniegiem” są przepiękną wizaulizacją tekstu. Zdjęcia, zwłaszcza zimowe, niemalże zapierają dech w piersiach, muzyka ładnie się z nimi komponuje. Fabuła pozostaje wierna oryginałowi, poza lekko udramatyzowanym zakończeniem, które reżyser chciał uczynić chyba bardziej „filmowe”, zupełnie niepotrzebnie moim zdaniem. Więcej nacisku jest położone także na rolę Ishmaela jako spadkobiercy swojego ojca – dziennikarza i humanisty. Oczywiście, pewne wątki zostały usunięte, wiele spłyconych, a Hatsuo stała się odrobinę histeryczna, a nie miałam takiego odczucia co do niej w książce. Niemniej jednak, jeśli komuś spodobała się powieść, film nie będzie stratą czasu, ogląda się go naprawdę przyjemnie, choć nie trzyma w napięciu i raczej nie porywa.

David Guterson, „Cedry pod śniegiem” (Albatros, 2001)
Cedry pod śniegiem, reż. Scott Hicks (1999)

A przy okazji zapytam: czy ktoś może umie na wordpressie wstawić sobie tzw. „star ratings” i byłby tak miły, żeby mnie oświecić? Znalazłam nawet jakieś potrzebne plug-iny, ale pojęcia nie mam, gdzie można je wstawić. Trochę bawi mnie fakt, że wszystkie te specjalne „ułatwienia” na wordpressie wydają mi się czarną magią i wiele bym dała, żeby sobie móc stronę edytować w najprostszym htmlu… Z drugiej strony, wordpress ma swoje plusy, więc o przeprowadzce nie myślę. Chciałabym wrócić do ocen, w sumie to całkiem wygodne przy recenzjach, ale zanim skończy się to na wklejaniu obrazków za każdym razem, pomyślałam o jakiejś bardziej profesjonalnej metodzie ;)

„Psy z Rygi” Henning Mankell

0rygi200

Z weekendu w Gdańsku przywiozłam poza miłymi wspomnieniami zapalenie gardła, więc choć nie nadaję się do zbyt wymagających zadań, postanowiłam nadrobić choć pisanie recenzji, bo wciąż mam na liście kilka zaległych pozycji, o których chcę napisać kilka zdań. Na bieżąco natomiast zaczytuję się w „Annie Kareninie”, ale idzie mi powoli – delektuję się lekturą i (niestety) zajmuję innymi sprawami, które zwlekać nie mogą i wygrywają nawet z pierwszorzędną książką.

Recenzję „Psów z Rygi” Henninga Mankella dla wielbicieli komisarza Wallandera napisała niedawno Zosik, dla mnie natomiast było to pierwsze zetknięcie z pisarstwem Mankella, a także powrót do czytania kryminałów po bardzo długiej przerwie. Od razu polubiłam Kurta Wallandera, komisarza walczącego z przestępcami i swoimi słabościami. Nie jest to jeden z superbohaterów rodem z filmów sensacyjnych, żaden z niego Sherlock Holmes, ale ma łeb na karku i potrafi kojarzyć fakty, a przy tym wydaje się być człowiekiem z krwi i kości, borykającym się z normalnymi problemami: niepoukładane relacje z ojcem i córką, brak po stracie partnera z pracy, a także kłopoty ze zdrowiem. Przede wszystkim Wallander wydał mi się przejmująco samotny w swoim zimnym mieście, bez planów, bez pomysłu, wegetujący bardziej niż żyjący do tego stopnia, że nawet jego teoretyczny urlop w górach wydawał się nie pasować do jego szaro-białego życia. Myślę, że to właśnie ta pustka popchnęła komisarza do działania i rozwiązywania spisku, a także z góry skazanej na niepowodzenie fascynacji.

Na czym polega sam spisek? W lutym 1991 do wybrzeży Skanii przybija ponton ze zwłokami dwóch mężczyzn ubranymi w garnitury? Ciężko stwierdzić cokolwiek pewnego na ich temat, ale wszystkie tropy prowadzą do Europy Wschodniej, a w końcu do Rygi, gdzie Wallander musi się udać, a gdzie jest jeszcze zimniej i samotniej niż w jego rodzinnej Szwecji. Sama intryga wydała mi się mało kryminalna – choć komisarz rozwiązuje mroczną zagadkę, to fabuła nie koncentruje się na zbieraniu dowodów, łączeniu faktów – Wallander uczestniczy w tajemnych rozgrywkach rządu bez pełnej świadomości, co się dzieje. To książka sensacyjna, możnaby się nawet pokusić o użycie słowa thriller, nie jest natomiast typową prozą detektywistyczną. Nie stanowi to jednak jej minusa – mroczny klimat, zagadkowa intryga, wszechobecne zimno i zwykli ludzie w centrum dość niezwykłych wydarzeń – wszystko to sprawia, że fabuła wciąga, bohaterom kibicuje się z całego serca i cały czas powtarza „to już ostatni rozdział i idę spać… no, jeszcze do końca strony i już naprawdę… ok, do końca linijki i tyle na dziś…”

W dużym skrócie rzecz ujmując: podobało mi się i to nawet bardzo. Zaznaczam, że nie mam porównania do innych części serii, ale myślę, że to godna uwagi pozycja dla wszystkich miłośników kryminałów i dobrej literatury każdego rodzaju. Na pewno nie będzie to moje ostatnie spotkanie z Mankellem.

4,5
Henning Mankell, „Psy z Rygi” (WAB, 2008)