Archive

Archive for Grudzień 2010

Archipelag: Odsłona numer 3

Jest mi niezwykle miło zaprosić Was do czytania najnowszego numeru Archipelagu! Tematem przewodnim trzeciej odsłony magazynu jest Miasto, polecam więc wspólną wycieczkę po literackich zakątkach świata!

Kategorie:książki, wydarzenia Tagi:

Wyzwania, wyzwania

Coraz bliżej końca roku, czas więc na zamykanie pewnych kwestii, podsumowania (za którymi osobiście nie przepadam, bo zwyczajnie nie idzie mi ich tworzenie) oraz plany na najbliższą przyszłość. Z tej okazji postawnowiłam nareszcie zamknąć wyzwanie Kraje Nordyckie, które swoje oficjalne zakończenie miało 30 listopada. Do tego czasu wyrobiłam się z czytaniem, gorzej było z pisaniem notek, które nadrabiałam już po wyznaczonym terminie. Nie mniej jednak jestem zadowolona z wyniku:

  • Dania: „Młyn na wzgórzu” Karl Gjellerup (4/6)
  • Szwecja: „Anna, Hanna i Johanna” Marianne Fredriksson (6/6)
  • Norwegia: „Kradnąc konie” Per Petterson (5/6), „Ostatni wiking” Johan Bojer (4/6)
  • Islandia: „Skugga Baldur. Opowieść islandzka” Sjón (4/6)
  • Finlandia: „Niech się rozpęta burza” Leena Lander (4/6)
  • Estonia: „Kamienie z nieba” Jaan Kross (5/6)
  • Laponia: „Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna” Ailo Gaup (4/6)
  • Wyspy Owcze: „Honor biedaka” Heðin Brú (4/6)
  • Do literatury skandynawskiej będę na pewno wracać, bo bardzo mi ona pasuje, a na półce wciąż czeka sporo pozycji z tego regionu. Tak więc będę wracać do krajów nordyckich, tym razem poza ramami wyzwania.

    Ponieważ wyzwania to dobra rzecz, a ja, sądząc po dotychczasowych doświadczeniach, jestem od nich lekko uzależniona, biorę udział w trzech kolejnych. Planów czytelniczych jeszcze nia mam, przede wszystkim mam zamiar czytać książki z własnych zbiorów, inaczej w nich utonę, a nie będę miała czasu ich czytać, co ostatnio zaczyna mi przeszkadzać… A oto one:


    Oraz najnowsze wyzwanie Padmy, dotyczące nocy. Polecam gorąco :)

    Kategorie:zabawa Tagi:

    Świątecznie

    Jaszczurka pływająca w piaskach

    Na fali mojego zainteresowania Bliskim Wschodem i życiem muzułmańskich kobiet, z ciekawością przeglądam większość pozycji wydanych na polskim rynku. Staram się omijać te, które w moim odczuciu powstały głównie po to, by zaszokować zachodniego, europejskiego czytelnika, a których (zwłaszcza kilka lat temu, mam wrażenie), pojawiło się u nas całkiem sporo. Okładka „Arabskiej perły” Mahy Gargash i niestety niezbyt udane moim zdaniem tłumaczenie tytułu (w oryginale książka nazywa się „The Sand Fish: A Novel from Dubai”, w powieści jednak owo zwierzątko ‘sandfish’ przetłumaczone zostało jako ‘gekon scynkowy’, zrozumiałe więc, że wydawca mógł mieć wątpliwości co do pozostawienia oryginalnego tytułu… ja bym jednak próbowała pozostać przy idei ‘sandfish’…) wzbudzały długo moje wątpliwości – czy będzie to jedna z owych sensacyjek (lub poważnych sensacji, nie chcę odmawiać im wartości merytorycznej, często jednak mam wrażenie, że w najlepszym razie służą za autoterapię dla autorów, a właściwie autorek), czy też kawałek literatury? Nota wydawcy sugeruje romans z arabską kulturą w tle, książka musiała więc odleżeć swoje na półce. Zimą jednak mam nierzadko ochotę na gorące historie, zarówno uczuciowo jak i klimatycznie. Przeczytałam więc „Arabską perłę” w dwa wieczory i muszę przyznać, że lektura bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.

    Niesprecyzowana przeszłość. Młodziutka Noora mieszka w maleńkiej wiosce wśród gór na terenach dzisiejszego Dubaju. Dzięki swojej nieżyjącej już matce poznała zasady kierujące życiem arabskiej kobiety, sama jednak woli nieskrępowane życie pełne swobody, które dzieli z braćmi i ojcem pozwalającym jej na beztroskie zachowanie. Sytuacja zmienia się jednak, gdy ojciec coraz mocniej popada w przejmujące nad nim kontrolę szaleństwo. Najstarszy z braci Noory, wiedziony poczuciem obowiązku, ale i zagubieniem i chęcią pozbycia się problemu, jakim staje się siostra, postanawia wydać ją jak najszybciej za mąż. W transakcji główne skrzypce gra miejscowa czarownica, a Noora wbrew swojej woli zostaje trzecią żoną handlarza perłami w zaawansowanym wieku. Wyrusza wraz z nim do rodzinnej siedziby nad brzegiem morza, gdzie szybko orientuje się w domowej hierarchii i poznaje swój obowiązek: jak najszybciej urodzić mężowi dziedzica. Coraz bardziej zamieszana w małe intrygi i poznająca własne potrzeby Noora nawiązuje skomplikowane relacje z mężem, najstarszą żoną, rodzinną służącą oraz młodym pracownikiem jej męża.

    Osobowość Noory i jej spojrzenie na świat kształtuje się dzięki poznawaniu innych ludzi, nabieraniu doświadczenia i przede wszystkim próbie odpowiedzi na pytanie, co uszczęśliwi ją samą i postawi w dogodnej sytuacji. Kto spodziewa się typowego romansu, może poczuć się wręcz zawiedziony, bo choć nie brakuje w powieści szczypty namiętności, z pewnością nie jest to główny temat książki. Z „Arabskiej perły” wyłania się przede wszystkim obraz młodej kobiety, jej dojrzewania do podejmowania decyzji kierując się rozsądkiem. Gargash umiejętnie pokazała psychiczne dorastania bohaterki, jej odnajdywanie się w trudnych warunkach, w których uczy się radzić sobie niczym gekon scynkowy pływający w piasku. Metafora „sandfish” wpasowuje się w treść i atmosferę książki, mnie poruszyła i tym bardziej mi szkoda, że nie znalazła żadnego odbicia w tytule powieści (‘perła’ również nie jest zupełnie pozbawiona sensu, jednak daje nieprawdziwy obraz dotyczący bohaterki, która miałaby ową perłą zostać). Choć Gargash studiowała w Ameryce, gdzie z pewnością nabrała pewnego dystansu do swojej kultury, „Arabska perła” nie jest jedną z lektur wprowadzających zachodniego czytelnika w arabski świat. Wiele zwyczajów nie jest już tłumaczonych i objaśnianych, jak choćby w scenie, kiedy Noora przygotowuje się do modlitwy. Część kwestii (strój) została wyjaśniona przez tłumacza, innych trzeba się domyślić lub o nich doczytać. Nie stanowi to jednak żadnego utrudnienia w czytaniu, a wręcz przeciwnie, dodaje autentyczności opowiadanej historii.

    Powieść Mahy Gargash nie jest może literaturą największego kalibru, pozostaje jednak solidnie napisaną powieścią obyczajową. Przybliża życie ludności z okolic Dubaju w przeszłych czasach i przede wszystkim zadowala sprawnym portretem psychologicznym głównej bohaterki oraz dość zaskakującym zakończeniem. Jeśli lubicie takie arabsko-kobiece klimaty, polecam Wam lekturę „Arabskiej perły”. Choć nie pozostawia w czytelniczym sercu wielkiego śladu, warto poświęcić jej te kilka wieczorów.

    Tytuł: Arabska perła
    Tytuł oryginału: The Sand Fish: A Novel from Dubai
    Autor: Maha Gargash
    Wydawnictwo: Remi, 2010
    Ilość stron: 408
    Moja ocena: 4/6

    Książkę dostałam w prezencie od wydawnictwa Remi, za co serdecznie dziękuję.

    Podróż z szamanem

    Czy wiecie, co to jest joik? To pradawny śpiew Saamów, zwanych przez nas Lapończykami. Ludowe pieśni, których dotyczą joiki stanowią istotną tradycję, a współcześnie sama umiejętność joikowania jest ważnym elementem saamskiej tożsamości kulturowej. Istnieją joiki z zamierzchłych czasów, sprzed czasów chrześcijańskich, wciąż mogą jednak powstawać nowe, przychodzić do śpiewającego, na co on sam nie ma dużego wpływu. Śpiew ten jest bowiem przejawem magii, obecnej w życiu Saamów na każdym kroku. O przedstawicielu tej północnej ludności opowiada pełna sił nadprzyrodzonych książka „Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna” autorstwa Ailo Gaupa, Norwega saamskiego pochodzenia. Gaup tworzy poezję i prozę, wykorzystując bogactwo lapońskiej mitologii oraz kultury. W dużej mierze opiera się też na joikach, wkładając je w usta swoich bohaterów lub ich samych umieszczając jak gdyby w treści klasycznych joików. Autor jest szamanem, co również mocno odbija się w treści „Podróży…”.

    Zarys akcji jest dość prosty – we śnie Jon widzi szamański bęben, który wnika w jego ciało. Uznaje to za znak, że musi taki bęben odnaleźć, bo to jemu się on należy. Pamięta z dzieciństwa spędzonego w saamskiej osadzie sytuację, w której był świadkiem używania szamańskiego bębna, teraz jednak czuje się odcięty od swoich korzeni i lapońskiej kultury. Od lat mieszka w dużym mieście, pracuje jako dziennikarz, nie ma rodziny. Podróż po bęben, w którą wyrusza, początkowo ze swoją ukochaną Leną, następnie sam, jest więc drogą nie tylko w fizycznym, ale i duchowym – w głąb siebie, tradycji swojego ludu, wierzeń i przeszłości. Tym samym Jon staje się alter ego autora, który tuż po urodzeniu wśród Saamów został oddany do domu dziecka na południu Norwegii, gdzie dorastał i później pracował jako dziennikarz. Duchowa przemiana, którą przeszedł miała charakter mistyczny, nie tylko bowiem zajął się propagowaniem kultury saamskiej, ale został również praktykującym szamanem. Jon przechodzi podobną drogę, w której motyw poszukiwania własnej tożsamości miesza się z lapońskimi wierzeniami i opowieściami o bohaterach z dawnych wieków oraz wszechobecnymi joikami, które okazują się być prawdami o funkcjonowaniu świata i przeszłości. Z tekstu wyłania się świat pełen przyrody i magii, gdzie nawet kamienie mają w sobie ducha, duchy opiekuńcze spotkać można na każdym kroku, a magia stanowi część życia codziennego, choć nie jest to magia w najpowszechniejszym tego słowa znaczeniu (nikt tu nic nie wyczaruje, nie przeniesie z miejsca na miejsce bez użycia rąk itd…). Wchodząc w tę rzeczywistość czytelnik powinien przestać się czemukolwiek dziwić i rzeczywiście, po kilkunastu stronach pojawiające się ogromne zwierzęta, szamani służący złu, pojawiające się znikąd duchy lub ludzie – wszystko zaczyna być logiczne i nie pozostawiające pytań. Gaup przede wszystkim wydaje się być poetą i to także czuje się w jego utworze.

    A jednak, mimo wszystkich tych pozytywnych elementów, książką nie byłam zachwycona. Podobała mi się i lektura była przyjemna, jednak zabrakło mi w niej głębi, której ja poszukiwałam. Zdaję sobie sprawę, że to specyficzna literatura, magiczny świat mnie uwiódł, ale zabrakło mi wiarygodnej charakterystyki bohatera w obliczu jego przemiany. Jon chce zdobyć bęben, uważa, że prawnie mu się należy, jednak wydaje się nim kierować głównie rządza uznania i posiadania, ekscytuje się własną pozycją i sekretnym imieniem, mniej dostrzegając ludzi wokół. Swoją partnerkę traktują moim zdaniem źle, jest ogólnie antypatyczny. Niechęć do głównego bohatera przeszkadzała mi w lepszym odbiorze książki. Podejrzewam, że to wyłącznie kwestia upodobań, bo do tej pory nie spotkałam się z narzekaniem na tę postać. Mnie dużo bardziej do gustu przypadła Lena i cieszyłabym się z większej ilości fragmentów o niej.

    W rozmowach ze znajomymi Jona i Leny poruszane są zagadnienia związane z problemami, z jakimi boryka się saamska społeczność, zepchnięta na margines i źle traktowana przez rządową politykę. Jeden z bohaterów zauważa:

    Chcą, abyśmy grali w ich grę. Wtedy są pewni, że przegramy. Musimy grać we własną grę. Dopiero wtedy coś stworzymy. (s. 140)

    Potrzeba odrodzenia się kultury saamskiej i sprzeciw przeciwko odrzuceniu własnych korzeni są wielokrotnie podkreślane i stanowią pewnego rodzaju manifest powieści. Kultura saamska jest mocno osadzona w przeszłości, która stanowi nierozerwalną jedność z teraźniejszością i wpływa zasadniczo na przyszłość. Wierzenia, duchy opiekuńcze, dawni bohaterowie – wszystko to nie znika w mrokach dziejów, ale funkcjonuje w saamskiej codzienności, podsycane magią przyrody dookoła.

    Naród bez przeszłości jest narodem bez przyszłości. (s. 178)

    Miałam jednak wrażenie, że autor chcąc przeforsować swoje spojrzenie, robi to w sposób dość jednostronny, zakładając pewne normy, nie wgłębiając się jednak w życie ludzi i wybory, jakie nimi kierują. Czy można wymagać od młodych ludzi jasnego określenia się i odcięcia od kuszącej nowoczesności, którą trudno jednak pogodzić z saamską rzeczywistością? Czy pokonanie złego szamana gwarantuje koniec problemów? Nie twierdzę, że takie wnioski wysnuwa ze swojej powieści autor, ja jednak myślałam o nich po zakończeniu lektury. Wspaniały temat nie został w moim odczuciu w pełni zgłębiony. Niemniej jednak polecam tę książkę jako interesujące spotkanie z kulturą, o której wciąż większość z nas wie mało (a przynajmniej tak mi się wydaje na podstawie własnych obserwacji).

    Tytuł: Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna
    Tytuł oryginału: Trommereisen
    Autor: Ailo Gaup
    Wydawnictwo: Słowo/Obraz Terytoria
    Ilość stron: 252
    Moja ocena: 4/6

    Ender na rozdrożach

    O autorze nazwiskiem Orson Scott Card słyszał chyba każdy czytelnik interesujący się fantastyką i science-fiction. Ja na początku znałam go jedynie z opowieści moich korespondentek, streszczana przez nie treść książek wydawała się interesująca, ale nie na tyle, by rozpocząć poszukiwania. Kilka lat później, będąc już na studiach, znalazłam „Grę Endera” w jednej z tanich księgarni. Powieść kosztowała grosze (niestety, wydanie było dość paskudne…), kupiłam ją więc natychmiast i szybko przeczytałam. Zresztą, „przeczytałam” to złe słowo, pochłonęłam ją w jeden wieczór (i noc), a Andrew „Ender” Wiggins stał się z miejsca jednym z tych ważnych bohaterów literackich. Ponieważ kolejna część cyklu, „Mówca umarłych”, nie była dostępna w księgarniach, minęło sporo czasu, nim udało mi się ją zdobyć. A dokładniej zdobyła ją moja siostra i dzięki temu w ogóle „Mówcę” przeczytałam (kupiłam sobie natomiast natychmiast w dniu premiery nowego wydania Prószyńskiego i S-ki, w tym roku). To było niczym książkowe objawienie, jedna z „tych” książek, nie mogłam się oderwać, płakałam, myślami byłam całkowicie w tamtym świecie, gryzłam palce i tak mocno wczuwałam się w bohaterów, że po lekturze byłam wręcz wyczerpana. Ender ugruntował swoją pozycję jednego z moich najukochańszych bohaterów literackich, a ja… nie odważyłam się przeczytać kolejnych części cyklu! Ponieważ usłyszałam piąte przez dziesiąte, o czym są kolejne dwa tomy, nie mogłam pogodzić się z myślą, że ktoś znów może mieć do Endera pretensje, wpędzać go w poczucie winy. Odrzuciłam jakikolwiek scenariusz inny niż radosne życie mojego ulubieńca u boku ukochanej osoby, ponieważ komu jak komu, ale jemu zwyczajnie należała się taka przyszłość. Nie mam nic przeciwko okazjonalnemu męczeniu bohaterów których lubię, ale Card stworzył chyba jednego z najbardziej pokrzywdzonych przez los bohaterów fantastycznych (unikając robienia z niego kłębka angstu, mimo wszystko). Nie przeczytałam też obiecującej Sagi Cieni, tym razem jednak z powodu znikomej dostępności tych tytułów. Kiedy jednak dowiedziałam się o nowonapisanej części pt. „Ender na wygnaniu”, dziejącej się między dwoma przeczytanymi przeze mnie tomami, byłam bardzo podekscytowana i musiałam, po prostu musiałam jak najszybciej książkę przeczytać. Trochę to jednak potrwało, zanim ją zdobyłam, a pojawiające się recenzje tylko zaostrzały mój apetyt swoją różnorodną oceną. Wczoraj skończyłam czytanie i dołączam się do tych pozytywnych komentarzy.

    Akcja “Endera na wygnaniu” przypada na koniec “Gry Endera”, rozwijając (i lekko modyfikując) ostatni rozdział powieści, torując ścieżki dla „Mówcy Umarłych” (podobno dopowiada też kilka wątków z Sagi Cieni, czego niestety póki co nie mogłam sprawdzić). Po pokonaniu formidów Ender czeka na decyzję, na mocy której będzie mógł wrócić na Ziemię, zobaczyć się z rodzicami i ukochaną siostrą. Jego los okazuje się być jednak przesądzony i chłopiec nie ma już powrotu na swoją planetę, zostaje natomiast mianowany gubernatorem pierwszej kolonii powstałej na planecie do tej pory zamieszkałej przez robale. Ender nie pragnie władzy, choć naturalne zdolności przywódcze czynią go idealną osobą na to stanowisko. Wyrusza jednak, by znaleźć się bliżej resztek cywilizacji formidów i zbliżyć się do pojęcia tajemnicy, dlaczego ta inteligentna rasa pozwoliła mu się pokonać. Dręczony wspomnieniami i poczuciem winy, samotny mimo obecności Valentine i miłości, jaką potrafi rozpalić w prawie każdym sercu, Ender przyjmuje nowe obowiązki i odpowiedzialność za nowych towarzyszy, pozostając przy tym wybitnym strategiem i mimo naukowego podejścia do życia, rozbrajająco wierzącego w ludzkie dobro, mimo wszystko. Dokładnie taki był Ender w dwóch pozostałych czytanych przeze mnie częściach i choćby dlatego warto przeczytać tę książkę. Zawiedzie się ten, kto szuka wybitnie zaskakujących zwrotów akcji – jedyne zwroty, których możemy się nie spodziewać, to te emocjonalne (co dla mnie akurat było zaletą), w końcu treść „Endera na wygnaniu” jeszcze przed czytaniem nie ma dla nas za wiele tajemnic. Nie zmienia to faktu, że książka bardzo wciąga, a choć końcówka może zawieść zbyt szybkim rozwiązaniem, wzruszyłam się na niej do łez i jeszcze bardziej zapragnęłam przeczytać Sagę Cieni.

    Styl Carda nie zmienił się mocno od poprzednich części, co oczywiście stanowi plus lektury. W świat Endera łatwo jest się zagłębić i potem przebywać w nim długo po zakończeniu lektury. Card tworzy wspaniałe postaci i radzi sobie z epickością opisywanych przez siebie zdarzeń, wzruszając i dając do myślenia. Chwilami autor zbyt nachalnie wkłada w usta swoich bohaterów swoją filozofię, a przynajmniej wszyscy zdają się myśleć tak samo i traktować ludzkość czysto naukowo i biologicznie. Na szczęście Cardowi nie brakuje czułości i zrozumienia, gdy pisze o swoich postaciach i ludziach w ogóle, wiele więc można mu wybaczyć. Główna treść książki urozmaicona jest korespondencją między poszczególnymi bohaterami, z losami Endera przeplatają się losy także innych poznanych już wcześniej osób, książka zawiera więc sporo smaczków dla wielbicieli sagi. Uważam, że dla zagorzałych fanów jest to pozycja obowiązkowa i nie powinni się zawieść, choć nie mają też co liczyć na odkrywczą fabułę. Ja jednak ucieszyłabym się nawet z całkowicie obyczajowej powieści o Enderze, więc „Ender na wygnaniu” zdecydowanie przypadł mi do gustu, bo to jego osoba tworzy ten cykl, z którym naprawdę warto się zapoznać. Tym bardziej, że aktualnie jest dostępny w księgarniach i wydany w przyjemnych okładkach. Zastanawiam się teraz, czy jednak się nie skusić na „Ksenocyd” i „Dzieci Umysłu”, mając wielką nadzieję na wydanie przez Prószyńskiego także cyklu o Groszku. Polecam wszystkim miłośnikom fantasy!

    Tytuł: Ender na wygnaniu
    Tytuł oryginału: Ender in Exile
    Autor: Orson Scott Card
    Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2010
    Ilość stron: 400
    Moja ocena: 5/6

    Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i S-ka, za co bardzo dziękuję.

    Według babki, według matki i według córki

    Książkę Marianny Fredriksson „Anna, Hanna i Johanna” miałam od dość dawna na swojej liście pozycji do przeczytania, natrafiłam na nią kiedyś przy okazji przeglądania książkowych blogów. Motywacją końcem końców okazało się być jednak wyzwanie Kraje Nordyckie (które ukończyłam w terminie, ale wciąż mam dwie zaległe recenzje do napisania – tę oraz „Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna”…) i fakt znalezienia tego tytułu w osiedlowej bibliotece. Miałam sporo szczęścia, ponieważ książka „Anna, Hanna i Johanna” nie są aktualnie dostępne w sprzedaży i nie słyszałam o planach dodruku. Szczęśliwie dla mnie się złożyło, że tuż po moim przeczytaniu trafiłam na aukcję, na której ktoś „Annę…” sprzedawał i jestem szczęśliwą posiadaczką swojej własnej kopii. Jest to bowiem jedna z najlepszych książek, jakie czytałam w tym roku! Choć fabuła nie jest szczytem oryginalności i powieści tego rodzaju powstało sporo, uwielbiam ten rodzaj książek – rodzinne sagi, głównie z punktu widzenia kobiet, pełne uczuć, analizy psychologicznej, rodzinnych tajemnic, a w tle zmiany społeczne i historyczne. Dodatkowo jesienna melancholia i ogarniające mnie ostatnio przygnębienie posłużyły za idealne warunki do czytania powieści Fredriksson.

    Bohaterkami są trzy kobiety, przedstawicielki różnych pokoleń jednej rodziny. Babka, matka i córka żyły w różnych czasach, które w dużym stopniu determinowały ich wybory i sposób patrzenia na życie. Jednak zaskakująco dużo zdawały się mieć do powiedzenia geny lub przeznaczenie, w myśl którego czyny matek oddziaływały tak silnie na życie córek, że mniej lub bardziej świadomie powtarzały one część wzorców z życia starszych kobiet, które same krytykowały i od których chciały się odciąć. Skomplikowane relacje, w których żale i poczucie krzywdy mieszają się z poczuciem winy, miłością i czułością nie stwarzają odpowiednich warunków do szczerych rozmów. Fabuła powieści zawiązuje się w drugiej połowie XX wieku. Anna nie potrafi poradzić sobie z emocjami, gdy czuwa nad szpitalnym łóżkiem umierającej matki, Johanny. Stara się zrozumieć życie i przeszłość tej tak bliskiej jej kobiety, o nic już jednak nie może jej zapytać, bo Johanna rzadko kiedy odzyskuje świadomość. Anna szybko orientuje się, że by zrozumieć życie własnej matki, musi cofnąć się jeszcze jedno pokolenie wstecz i poznać babkę Hannę. Zdobywając informacje na temat przeszłości rodziny, składając je w jedną całość z rozsypki faktów, zasłyszanych gdzieś stwierdzeń oraz własnych domysłów, Anna tworzy portret niezwykłych kobiet, w międzyczasie wnikając też w głąb siebie. Autorka oddaje głos wszystkim trzem kobietom, czytelnicy otrzymują więc kompletny obraz rodziny, wzruszający i intrygujący, pełen mroku, ale i ciepła. W tle natomiast umieszcza Szwecję, pokazując zachodzące w niej przemiany. Podróż w przeszłość i obserwowanie zmian wraz z bohaterkami, uczestniczenie w części z nich jest fascynujące. Nie znałam szczegółowej historii Szwecji i choć nie ma tu historycznych wtrętów, politycznych dyskusji ani autentycznych biografii, Fredriksson zdołała subtelnie umieścić w swojej książce zmiany obyczajowe i społeczne, nie siląc się na ich ocenę. Hanna, Johanna i najmłodsza z nich Anna są dziećmi swoich epok, choć nie zawsze potrafią się dostosować do aktualnych wydarzeń i myśli, a historia ich nie oszczędza i puka do drzwi domów.

    Nie chcę zdradzać zbyt wiele fabuły, choć jak już wspomniałam na początku, nie ma tu zaskakujących rozwiązań, zwrotów akcji i szokujących tajemnic. To książka na wskroś obyczajowa, przy czym w tym wypadku to określenie całkowicie pozytywne, nic powieści nie ujmujące (to chyba mój ulubiony rodzaj książek, ale często wrzucany do jednego worka z chick-litem i romansami nienajwyższych lotów może kojarzyć się negatywnie – nic z tych rzeczy!). Fredriksson pisze bardzo przyjemnym językiem, kreśli prawdopodobne portrety psychologiczne. Nie mogłam oderwać się od lektury i długo po jej zakończeniu wciąż o niej rozmyślałam. Wpasowała się idealnie w moje czytelnicze potrzeby, ale mogę ją także z czystym sumieniem polecić każdemu, kto lubi takie rodzinne sagi ze skandynawskimi krajami w tle. Ja już zdobyłam kolejną książkę Marianne Fredriksson, „Elisabeth i Katarina”, która wydaje się być zbliżona w treści do opisywanej przeze mnie powieści. Już cieszę się na lekturę!

    Tytuł: Anna, Hanna i Johanna
    Tytuł oryginalny: Anna, Hanna och Johanna
    Autor: Anne Bishop
    Wydawnictwo: Świat Książki, 1999
    Ilość stron: 381
    Moja ocena: 6/6