Archiwum

Posts Tagged ‘podróżowanie’

Co z tym podróżowaniem? („Witajcie w raju” Jennie Dielemans)

O książce Jennie Dielemans traktującej o podróżowaniu i jego negatywnym wpływie na miejsca, do których napływają podróżnicy i turyści wszelkiej maści było głośno przeszło rok temu (a może jeszcze dawniej?), czytałam opinie pełne zachwytu nad przenikliwością i trafnością uwag autorki, jak i komentarze raczej negatywne, gdzie ich autorzy twierdzili, że Dielemans szerzy defetyzm, z którego niewiele na dobrą sprawę wynika. Sama natomiast przeczytałam gdzieś fragment książki i stwierdziłam, że koniecznie muszę przeczytać całość, jako że fragment napisany był świetnie, dyskusja na temat tekstu ciekawa, a podróżować uwielbiam. Tradycyjnie książka musiała swoje odstać na półce, kiedy ją już jednak skończyłam, stwierdziłam nie bez żalu, że o ile czytało mi się ją dobrze, to gwałtownych uczuć we mnie niestety nie wywołała i nie skłoniła do tak gruntownych przemyśleń, na jakie miałam nadzieję.

Przed zabraniem się za czytanie trzeba wziąć sobie do serca podtytuł książki. „Reportaże o przemyśle turystycznym” nie pozostawiają wątpliwości, że nie o podróżowaniu jako takim mimo wszystko będzie mowa. Czytelnik zajrzy więc za kulisy wakacji typu „all-inclusive”, przeczyta między innymi o seksturystyce w Tajlandii i zarabianiu na wojennych pamiątkach w Wietnamie, wreszcie pozna dane dotyczące podróżowania samolotami. Autorka przedstawia główne grzechy turystyki w oparciu o dialogi z pracownikami tegoż przemysłu pracującymi na wszystkich możliwych szczeblach, podaje też sporo liczb i trochę naukowych doniesień wykazujących wpływ turystyki na świat. Argumenty przedstawiane w rozmowach, często padające z ust przedstawicieli obu stron barykady, wydają się nie potrzebować komentarza, a czytelnik sam może wykonać swoisty turystyczny rachunek sumienia. I nie, w książce słowo turysta nie odnosi się jedynie do ludzi podróżujących za pośrednictwem biur podróży. Backpackerzy i wszyscy inni, którzy zdecydowali się wychylić nos poza granice kraju i coś zobaczyć zostają objęci tym mianem (z czym ja osobiście problemu nie mam, a już na pewno daleko mniejszy niż z dzieleniem na podróżników prawdziwych i tych nieprawdziwych w oparciu o sposób podróżowania. W moim odczuciu daleko bardziej liczy się wrażliwość i otwarcie na nowe i nieznane, nie to, gdzie ktoś wykupił bilet na samolot…). Autorka wierzy widocznie, że jej reportaże przemówią wystarczająco do wrażliwości i poczucia winy czytelnika. I w sumie tak jest…

…aczkolwiek brak odautorskiego komentarza, jakiegoś konkretnego podsumowania poszczególnych tematów i całości (jest o tym troszkę we wstępie, za mało moim zdaniem) jest moim zdaniem największym minusem książki. Owszem, problemy zostają przedstawione w sposób dość dogłębny, choć myślę, że każdy podróżujący człowiek z części musiał zdawać sobie sprawę już wcześniej. Samo przedstawienie to jednak za mało, by reportaż był w moim odczuciu wybitny. Nie chciałabym stawiać tu pytania „no i co dalej?” za każdym razem, kiedy autorka urywa swoją opowieść, by przejść do kolejnego wątku, bo w sumie nie o poradę z gatunku „jak żyć” tu chodzi. Owszem, mam swój rozum i swoje przemyślenia na te tematy, ale „Witajcie w raju” traci na tym braku podsumowania. Być może tematyka zawarta w książce jest za mało szokująca czy nowa, by zawiesić ją w próżni i czekać na reakcje. Tym bardziej, że gdyby szukać oceny sytuacji między stronami, wydaje się, że Dielemans najchętniej radziłaby wszystkim nie podróżować wcale. A przecież poza zagrożeniami turystyka, świadoma i koncentrująca się na potrzebach kraju, gdzie turysta jest gościem, nie sprowadza się jedynie do wyrządzania szkód?

Mimo mojego częściowego zawodu książka jest na pewno warta przeczytania, tym bardziej, jeśli czytelnik nie stawiał sobie wcześniej pytań tego rodzaju. Być może problemy zawarte w książce wystarczą do refleksji i dadzą czytelniczą satysfakcję. Mnie jej niestety zabrakło. I choć zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństw, jakie niesie ze sobą turystyka, nie zamierzam rezygnować z podróżowania. Istotnym pytaniem jest według mnie to, JAK podróżować, ale to już temat na inny zbiór reportaży i przemyśleń…

Tytuł: Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym
Tytuł oryginału: Välkommen till Paradiset: reportage om turistindustrin
Autor: Jennie Dielemans
Tłumaczenie: Dominika Górecka
Wydawnictwo: Czarne, 2011
Ilość stron: 232
Moja ocena: 4/6

Rozczarowanie („Pierwsza wyprawa. Nepal” Kinga Choszcz)

Kinga Choszcz uwiodła mnie kilka lat temu swoją książką o podróży dookoła świata pod tytułem „Prowadził nas los”. Jak mogłoby stać się inaczej, skoro właściwie calutka podróż odbyła się autostopem? Choć oczywiście nie tylko o autostop i kolorowe obrazki z podróży chodziło – mimo że książka nie była powalająca jeśli chodzi o styl (co być może spowodowane było w dużej mierze tym, że powstała na podstawie prowadzonego regularnie bloga z podróży i siłą rzeczy – tekst był mocno skracany i cięty), to jednak dominowała w niej radość podróżowania, zafascynowanie światem i sympatia do ludzi spotykanych na drodze. Czytając nie mogłam przestać się uśmiechać. Następnie pojawiła się „Moja Afryka”, pamiętnik z tragicznie zakończonej podróży, w której Kinga zmarła na malarię. Książkę zaczęłam czytać, ale przerwałam, by pożyczyć ją kuzynce i do tej pory nie wróciłam – jednak zrobię to z przyjemnością, bo przy zaletach znanych mi z pierwszej książki autorki, z przyjemnością zauważyłam poprawę jeśli chodzi o warsztat i mam wrażenie całą koncepcję pisania – Kinga pisała jeszcze ciekawiej, dojrzalej, lepiej wychodziły jej opisy i już wszystko nie było tylko „niezwykłe” i „kolorowe”. „Moja Afryka” czeka więc na swoją kolej, w międzyczasie natomiast ukazała się kolejna książka będąca pamiętnikiem Kingo z podróży. Jak to możliwe, skoro autorka nie żyje? „Pierwsza wyprawa. Nepal” powstała na podstawie notatek i zapisków Kingi z podróży, którą odbyła na przełomie 1995 i 1996 roku, a jej trasa obejmowała głównie Nepal i Indie, a także drogę dojazdową i powrotną. Podobno Kinga nigdy nie planowała wydania swoich zapisków, więc przerobienie ich na książkę przypadło matce, Krystynie Choszcz i opiekunowi serii Poznaj Świat, Wojciechowi Cejrowskiemu. Pytanie tylko, czy naprawdę miało to sens?

Gdyby książka taka jak ta ukazała się rok po faktycznym odbyciu przez Kingę jej podróży do Nepalu, mogłaby stać się wydarzeniem. Nie dlatego, że nikt poza nią takich wypraw nie odbywał, oczywiście, sama autorka wielokrotnie wspomina o masach podróżujących tak jak ona lub dużo bardziej ekstremalnie, dalej, odważniej, masie Europejczyków, w tym Polaków. Sama mogę wymienić kilku moich osobistych znajomych, którzy zjeździli Indie i zrobili to dużo bardziej świadomie, dowiadując się mnóstwa rzeczy i także omijając te utarte, turystyczne szlaki. W latach dziewięćdziesiątych jednak nie było blogów podróżniczych i w ten sposób opisana tak daleka wyprawa dla niejednego byłaby pewnie objawieniem. W każdym razie ja jako trochę ponad dziesięcioletnia dziewczynka z pewnością byłabym zachwycona i zainspirowana. „Pierwsza wyprawa” została jednak wydana w 2011 roku i z przykrością stwierdzam, że nie przedstawia ona sobą zbyt wiele. Nie jest to szczegółowy opis samej wyprawy, dużo tu cięć i luk, prawdopodobnie wynikających z braku notatek i braku samej podróżniczki, która mogłaby luki zapełnić wspomnieniami i anegdotami. Brak tu głębszego spojrzenia na odwiedzane kraje, spotykani ludzie opisani są pobieżnie, jeśli w ogóle, nierzadko dość karykaturalnie. Brak tu wreszcie refleksji nad czymkolwiek właściwie. Nad podróżowaniem, innymi kulturami, inną mentalnością, czymkolwiek. To dokładnie taki zapis, co się działo po kolei, co Kinga widziała, gdzie się zatrzymała, czy pociąg był zatłoczony, a pokój brudny. Istnieje masa książek, w tym kolejne dwie autorstwa Kingi, w których znaleźć można niebotycznie więcej treści. Jestem przekonana, że gdyby nie nazwisko autorki, książka nigdy nie ukazałaby się w księgarniach, bo zwyczajnie jest za słaba.

A wspominając nazwisko autorki ciężko uciec od refleksji, ile rzeczywiście Kingi jest w książce, którą do druku przygotował ktoś inny. Czy udało się uchwycić ton jej zapisków? Czy to właśnie chciała przekazać? Czy wiele suchych faktów nie zostałoby uzupełnione o żywe wspomnienia i później wysnute refleksje? Chcę wierzyć, że tak by właśnie było, ponieważ o ile z miejsca polubiłam Kingę Freespirit od czasów „Prowadził nas los”, to ta z „Pierwszej wyprawy” wydała mi się niemal antypatyczna. Co chwila narzeka, wydaje się patrzeć na inne kultury i ludzi z góry, oceniając naród (w dodatku chiński!) na podstawie zachowania ludzi w jednej wsi, denerwuje się, że Chińczycy nie mówią po angielsku, hinduskich mężczyzn określa kolektywnie jako obleśnych (i nie, nie podoba mi się wcale ich zachowanie i to, jak traktują swoje żony, ale problem z aranżowanymi małżeństwami i gorszą pozycją kobiety leży chyba troszkę głębiej niż w młodym chłopaku z wąsem, który wychowany w określony sposób podąża za znanymi sobie zwyczajami, a w sumie niewiele sam ma do powiedzenia, bo dogadują się między sobą rodzice obu stron?), a nawet wegetariańskie zwyczaje żywieniowe Kingi (także przecież bardzo mi bliskie i budzące moją radość w kolejnej książce) są tu niemal agresywne. Nigdzie później Kinga nie pisała o padlinożercach itd., co moim zdaniem jednak razi. Być może Kinga bardzo się zmieniła między jedną a drugą wyprawą. Być może nie pragnąc wydawać swoich notatek nie zastanawiała się, jak brzmią, pisała je dla siebie… i może takimi właśnie, prywatnymi zapiskami powinny były pozostać.

Książka okazała się dla mnie rozczarowaniem i z przeczytanych przeze mnie pozycji z serii „Poznaj Świat” zdecydowanie najsłabszą. Szkoda.

Tytuł: PIerwsza wyprawa. Nepal
Autor: Kinga Choszcz
Wydawnictwo: Bernardinum, 2011
Ilość stron: 226
Moja ocena: 2/6

Dla zabieganych

Książki podróżnicze znajdują się ostatnio na liście moich najczęstszych lektur, co oczywiście jest po mojej myśli – odczuwam potrzebę poznawania nowych miejsc i podróżowania, choćby na papierze. Od dwóch tygodni bowiem podróżuję wprawdzie sporo, ale tylko jednym autobusem, na jednej trasie, w jedno miejsce i z powrotem. Nie narzekam jednak, bo choć dojazdy takie potrafią zmęczyć, mam sporo czasu na czytanie. Są takie książki, które wręcz idealnie nadają się do czytania w podróży, jedną z nich jest z pewnością zbiór krótkich wywiadów z pisarzami (i nie tylko, jak zaznacza autor) pt. „W biegu… książka podróżna” autorstwa Marcina Wilka, którą właśnie skończyłam czytać.

We wstępie autor sam stwierdza, że przeprowadzane przez niego wywiady często miały miejsce „w biegu”, kiedy pisarz miał niewiele czasu między jednym spotkaniem a drugim. Stąd też krótka forma rozmów, co nie wpływa jednak negatywnie na jakość. Zdaniem Wilka też pośpiech mógł odbić się w intensywności wymienianych zdań – gdy ktoś wie, że ma niewiele czasu w krótkiej wypowiedzi może zawrzeć jak najwięcej prawdy i autentyczności, by zostać dobrze zrozumianym przez czytelników. Czy tak było w istocie ciężko mi ocenić, ponieważ było to moje pierwsze spotkanie z większością autorów, z reguły nie czytam wywiadów (nie z braku chęci, ale nie kupuję żadnej prasy, więc rzadko kiedy rozmowy z pisarzami wpadają mi w ręce). 47 wywiadów składających się na „W biegu…” stanowi jednak na tyle ciekawą i różnorodną treść, że jako czytelniczka nie odczułam właściwie „podróżniczego”, jak gdyby tymczasowego, charakteru rozmów. Pytania prowadzącego uznałam za przemyślane i przede wszystkim inspirujące do ciekawych dyskusji, w których pisarze przedstawiali nie tylko swoje spojrzenie na pisanie i roli pisarza w dzisiejszym świecie, ale odkrywali przed czytelnikami sporo fragmentów własnych ideologii. Nie znajdzie się tu dociekania na tematy osobiste, prywatne życie rozmówców nie leży w polu zainteresowań Wilka, co zdecydowanie przypadło mi do gustu i wydało się miłą odmianą od większości wywiadów z kolorowych pism, które czytałam w przeszłości (nie mogę porównywać do dzisiejszej prasy, zwłaszcza tej z „kulturowej” półki, gdyż jak wspomniałam, nie mam z nią teraz kontaktu – może to standard i cieszyłabym się bardzo, gdyby tak było w istocie). Książka podzielona jest na 17 podróży w zależności od motywu przewodniego rozmowy. Zawsze jednak gdzieś pojawia się właśnie wątek podróży, najczęściej w głąb siebie, kultury, czasem jest to podróż w czasie, innym znów razem dosłowna. Układ ten przypadł mi do gustu i wydaje mi się ciekawym podejściem do tematu.

Jakich pisarzy znajdziemy w książce? Choćby Etgara Kereta, Olgę Tokarczuk, Marinę Lewycką, Michela Fabera, Eduardę Mendozę, Johna Irvinga lub Michela Houellebecqa. Wiele nazwisk było mi oczywiście znanych, choć do tej pory nie czytałam jeszcze książek większości autorów, mimo to czytanie ich spostrzeżeń było bardzo ciekawe. Wilk rozmawiał także z pisarzami, za którymi nie przepadam lub zupełnie nie mam ochoty zapoznawać się z ich twórczością jak choćby Januszem L. Wiśniewskim, Katarzyną Grocholą czy Izabelą Sową. Czytanie ich wypowiedzi było jednak ciekawym doświadczeniem… kulturowym w moim odczuciu. Być może było tak dlatego, że jak podkreślam, mam niewielki kontakt z wywiadami w ogóle i ciekawe stało się dla mnie odkrywanie spojrzenia pisarzy, także tych, którzy zupełnie do mnie nie przemawiają (nieszczęsną S@amotność w sieci do tej pory uważam za jedną z najgorszych książek, jakie czytałam w życiu) na ich własną twórczość, czytelników, wreszcie zmieniający się świat. Gdzie w dzisiejszej rzeczywistości znajduje się miejsce książki? Czy autor wykonuje pracę taką, jak każdy inny zawód, czy może powinien być raczej natchnionym artystą? Oczywiście ani Wilk, ani żaden z pisarzy nie daje uniwersalnej odpowiedzi na te tematy, w swoich rozmowach zwracają jednak uwagę na zagadnienia, które z powodzeniem mogą się stać punktem wyjściowym do samodzielnej refleksji.

Biorąc pod uwagę krótkie formy wywiadów i zajmującą treść, książkę świetnie czyta się świetnie w autobusie – bez żalu można doczytać do końca rozmowy i zrobić dłuższą przerwę, wracając do lektury w drodze powrotnej do domu. Dzięki temu wypowiedzi się nie zlewają w jedną, a w nudniejszych chwilach w pracy można oddać się rozmyślaniom na temat własnego zdania dotyczącego poruszanych w książce tematów. Kilka omawianych książek, o których wcześniej nie słyszałam trafiło na moją listę, niektórzy pisarze wzbudzili moje zaciekawienie… Jednym słowem, polecam.

Tytuł: W biegu… książka podróżna: Rozmowy z pisarzami (i nie tylko)
Autor: Marcin Wilk
Wydawnictwo: Universitas, 2010
Ilość stron: 316
Moja ocena: 5/6

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Universitas , za co bardzo dziękuję.

Polski równoleżnik

Jak widać po blogu, postanowienia noworoczne udają mi się różnie. Wprawdzie wciąż czytam dużo, a może nawet więcej niż ostatnio, bo dojazdy do pracy zajmują mi czterdzieści minut w jedną stronę, gorzej ma się jednak rzecz z prowadzeniem bloga, co widać na smętnym załączonym obrazku. Powoli jednak oswajam się z nową sytuacją i nadrabiam zaległości wszelkiego rodzaju, które nie wiedzieć kiedy pojawiły się podczas mojej dwutygodniowej nieobecności w świecie wirtualnym. Tak więc niedługo mam nadzieję poczytać Wasze blogi (czas na ich lekturę w godzinach pracy był jedną z sympatyczniejszych rzeczy, jakie mnie spotykała w poprzedniej pracy…). Tymczasem muszę reaktywować trochę swoje osobiste miejsce, zwłaszcza, że recenzje czekają…

Afryka to dla mnie chyba najbardziej tajemniczy kontynent, moja wiedza na jej temat pełna jest dziur i białych plam. Nie jestem specjalnie zafascynowana tym obszarem (co morze się brać z mojej niewiedzy), czuję jednak potrzebę dowiedzenia się czegoś więcej o krajach i ludziach się tam znajdujących. Dlatego też co jakiś czas sięgam po książki na temat Afryki, w planach mam poznanie także literatury afrykańskiej. Ostatnio zaproponowano mi do recenzji „Równoleżnik zero” Olgierda Budrewicza i choć nie jest to najnowsza książka (opisuje wyprawę z lat 60., wtedy też została napisana), miałam nadzieję, że pomoże mi uporządkować pewne wiadomości w głowie i przedstawi fascynującą podróż w czasach różniących się od teraźniejszości nie tylko postępem technologicznym, ale i mentalnością. Nie przeczę, że Budrewicz jest ciekawą osobą i przecierał wiele ścieżek jako pierwszy polski podróżnik. Jednak jego wyprawa do Konga, a potem do Burundi i Rwandy pozostawiła mnie z uczuciem niedosytu.

Autor odwiedził kolejno Kongo Léopoldville, Kongo Brazzaville, Burundi, a wreszcie Rwandę. Szlak to ambitny, zwłaszcza biorąc pod uwagę niespokojną i zmienną sytuację regionu, gdzie Europejczycy niekoniecznie cieszą się dobrą sławą i może ich spotkać nieprzychylne przyjęcie ze strony rdzennych mieszkańców. Budrewicz z wdziękiem opisuje swoje przygody, nie szczędząc sobie auto-ironii. Niestety, to, co interesuje polskiego podróżnika niekoniecznie pokrywa się z moimi oczekiwaniami. Przede wszystkim Budrewicz ani na chwilę nie pozwala nam zapomnieć, że w Afryce znalazł się wykonując swoją reporterską pracę. Dostał zlecenie, postanowił je podjąć i tyle. Wydawać by się mogło, że nie przygotował się nawet solidnie do tej podróży. Na miejscu czuje się niepewnie i choć krytykuje działalność białej społeczności, to właśnie ich towarzystwa szuka. Głównym obiektem jego fascynacji jest oczywiście polski myśliwy, Stanisław Hempel, któremu książka jest zresztą dedykowana. Hempel staje się niejako mentorem Budrewicza i wprowadza go w arkana życia w tropikalnej puszczy. Ta ekspedycja jest jednym z ciekawszych fragmentów książki, z drugiej jednak strony – stanowi esencję tego, co mnie w „Równoleżniku zero” niesamowicie irytowało. Choć autor naśmiewa się z siebie i innych białych podróżników (poza Hemplem ma się rozumieć, chwali także jego ukochaną, choć pojawia się ona w tle, nietrudno w ogóle zapomnieć o jej obecności w ekspedycji), a chwali czarnoskórych, zwłaszcza „duchy puszczy”, czyli Pigmejów, robi to wszystko z pozycji osoby stojącej wyżej w hierarchii, traktując chwalonych jak dzieci, które zaskakująco dobrze się spisały. O ile można założyć, że jest to spojrzenie na sprawę z perspektywy dzisiejszego czytelnika, a sam autor miał jak najszczersze, życzliwe intencje, o tyle zastanawia mnie jeszcze jedna kwestia. Budrewicz, choć ma wiele możliwości kontaktu z rdzennymi mieszkańcami, o których jak sam przyznaje, ówczesny świat wiedział bardzo niewiele, nie wykorzystuje swojej sytuacji do zgłębienia tajemnic ich życia. W książce nie ma ani jednego dialogu, z którego można byłoby poznać zdanie dotyczące codzienności Afrykańczyków z ich własnych ust. Choć Hempel świetnie posługuje się językami miejscowej ludności, Budrewicz nie prosi go o tłumaczenie, nie dąży do kontaktu z mieszkańcami wiosek. Interesują go jedynie biali mieszkańcy, to ich poszukuje i najwyżej od nich zyskuje informacje o życiu „zwykłych” mieszkańców Afryki. Wielka to szkoda, a mnie to jednostronne spojrzenie irytowało. Podejrzewam, że ciekawsze mogłyby być dla mnie wspomnienia samego Hempla, choć nie imponował mi jako myśliwy, do czego bardzo chce przekonać czytelnika Budrewicz. Myślistwo, choć nie jest dla mnie tematem jednoznacznym, absolutnie mnie nie pociąga, a wręcz przeciwnie, odrzuca. Było mi bardzo żal krokodyli, w polowaniu na które autor wziął udział. Tak samo anegdotę ze słoniem, czy raczej jego nogą, uważam za zwyczajnie niesmaczną. Tym bardziej, że na koniec sam Budrewicz stwierdza, że taki gadżet do niczego mu się raczej nie przydaje, a słoń mógłby dalej biegać po puszczy… Szkoda tylko, że takie refleksje nachodzą Budrewicza po faktach, przynajmniej tak układa narrację swojej książki… Oczywiście, niepozbawione uroku są rozmaite anegdoty o Polakach zamieszkujących Afrykę. W moim odczuciu powinny być jednak dodatkiem, nie główną treścią. Chyba, że taki był zamysł od początku i książka powinna nazywać się „Polski równoleżnik zero”.

Jednym słowem – choć autor odwiedził miejsca ciekawe, pokusił się o przedstawienie zarysu ich historii i sytuacji społecznej, książka nie zdobyła w moich oczach uznania. Brakuje jej czegoś, co dość górnolotnie i trochę na wyrost nazwałabym „humanizmem”. Nie ma tu wiele miejsca dla zwykłych ludzi, ich życia i problemów. Obecni są biali władcy, biali przegrani, historie ich życia… Ale chyba nie po to Budrewicz pojechał do Afryki. Książkę czyta się jednak szybko, a pewne fragmenty zachęcają do refleksji, choć autor nie służy w niej pomocą – zarysowuje jednak temat, z którym można się zmierzyć samodzielnie lub w oparciu o inne lektury. Dodatkowo, „Równoleżnik zero” jest książką przepięknie wydaną, z dobrymi zdjęciami. Nie jest to więc pomyłka wydawnicza, a jedynie (w moim osobistym odczuciu oczywiście) pozycja, która mocno się zestarzała…

Tytuł: Równoleżnik zero
Autor: Olgierd Budrewicz
Wydawnictwo: PWN, 2010
Ilość stron: 230
Moja ocena: 3/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu PWN.

W poszukiwaniu pozornie nieistniejącego

Tomek Michniewicz to postać ciekawa i inspirująca. Urodzony w 1982 roku, dziennikarz muzyczny i podróżniczy, publikujący zarówno w prasie jak i prowadzący programy radiowe, fotograf, backpacker i wreszcie redaktor naczelny świetnego i prężnie się rozwijającego serwisu podróżniczego Koniec Świata. Jako podróżnik Tomek preferuje miejsca niedostępne dla szerokiego grona turystów i sytuacje, w których poziom adrenaliny podnosi się ponad normalny poziom. Przedziera się przez puszcze, by dotrzeć do odległych od naszej cywilizacji wiosek, w których życie płynie swoim własnym, niezmiennym od pokoleń trybem, spędza dzień w więzieniu o zaostrzonym rygorze San Quentin w Kalifornii, tropi przemytników antyków w Kambodży lub wypoczywa na rajskiej wyspie skupiającej backpackerów z całego świata. W maju tego roku zadebiutował jako pisarz, wydając książkę „Samsara. Na drogach których nie ma”. Promujący ją klip wraz z życiorysem autora natychmiast zachęcił mnie do zakupu (a tak się zawsze szczyciłam faktem, że jestem odporna na reklamy!). Po przeczytaniu z radością stwierdzam, że był to zakup udany.

Bogato ilustrowaną zachwycającymi zdjęciami „Samsarę” nie do końca można sklasyfikować jako reportaż, nie jest to też pozycja opisująca kraje, w jakich autor przebywa na szlaku swojej podróży. To przede wszystkim pean na cześć podróżowania, zwłaszcza tego z plecakiem, głównym tematem nie są miejsca, lecz drogi, na co wskazuje drugi człon tytułu. Widzimy więc Azję z okna autobusu, dachu, pociągu czy grzbietu słonia (ale w bardzo specyficznej sytuacji, Michniewicz jest bowiem przeciwko wykorzystywaniu tych zwierząt i ostro krytykuje turystyczne atrakcje ze słoniami w rolach głównych), autor podróżuje także autostopem i na własnych nogach. Opisuje także oczywiście odwiedzane przez siebie miejsca, niektóre przypadkowo napotkane na drodze, przystanki na wielotygodniowej trasie. Razem z Michniewiczem czytelnik poznaje mieszkańców Azji, barwne charaktery pasującego do tego tak kolorowego i różnorodnego regionu. Michniewicz sam przyznaje, że nie ustala konkretnych tras wędrówek. Przybywa do danego miejsca i zajmując się różnymi rzeczami czeka na inspirację, która w trakcie podróży może kierować go w najróżniejsze części kraju i poza jego granice. Tym razem Tomek w wyniku dość przypadkowego spotkania postanawia wyruszyć na spotkanie tego, czego według większości Europejczyków po prostu nie ma – świętych mężów obdarzonych mocą, czarów, tajemnic i dowodów na istnienie magii. Podczas podróży odwiedza wiele interesujących miejsc, snuje refleksje na temat turystyki i podróżowania, a także wspomina wcześniejsze wyprawy.

Michniewicz napisał swoją książkę w prawdziwie inspirujący sposób, po jej lekturze ma się ochotę chwycić plecak i jak najszybciej wyruszyć samemu w drogę. Okazuje się bowiem, że podróżowanie po Azji nie jest tak odległe i nieosiągalne, jak można to sobie wyobrażać. Jeśli tylko pragnie się tego wystarczająco mocno, posiada pewne środki (wcale nie tak duże, jak mogłoby się wydawać, a i tak najdroższą częścią podróży jest sam przelot) oraz zaradność życiową, można iść w ślady Michniewicza i docierać nawet do tajemnych zakątków w głębi puszczy. Obawiałam się trochę, że autor będzie się wywyższał ponad zwykłych turystów i swoich czytelników, podkreślał swoją odwagę i spryt. Michniewicz jako bohater swojej książki pozostaje przesympatycznym gościem, lubiącym mocne przeżycia, ale znającym też słowo „strach”, odważnym, ale i nie pozbawionym ostrożności, z której czasem drwią jego przyjaciele. Nie neguje turystyki, sprzeciwia się jednak bezmyślnemu korzystaniu z atrakcji, bez znajomości choćby podstaw kultury danego kraju i przyjemnościom odbywającym się kosztem innych ludzi i zwierząt. Prawdziwie interesuje się kulturą i historią krajów, które odwiedza, podziwiając je unika jednak gloryfikacji dostrzegając ciemną stronę, obecną w każdej kulturze. Tym samym stanowi przykład doskonałego podróżnika i bystrego obserwatora. Bliskie mi są także jego refleksje dotyczące sił nadprzyrodzonych i stawiane pytanie, czy rzeczywiście Europa kulturalnie tak bardzo wyprzedza Azję. Przynajmniej w pewnych aspektach.

Styl Michniewicza jest przejrzysty, fabuła książki ciekawie ułożona. Niemniej jednak chwilami wydaje się, że Tomek woli mówić, niż pisać i nie zawsze wszystkie zdania i fragmenty są gładkie i dopieszczone. Innym razem szkoda, że autor pobieżnie potraktował temat któregoś z miejsc, chętnie przeczytałoby się coś więcej na taki temat. Mimo tych drobnych zgrzytów świetnie mi się „Samsarę” czytało i polecam ją każdemu, kto lubi temat podróżowania, zwłaszcza takiego z plecakiem i ograniczonym budżetem. Sama natomiast gorąco liczę na kolejną książkę Michniewicza, osoby niezwykle inspirującej i wzbudzającej sympatię; na przykład historie o jego podróżach w Afryce.

Tytuł: Samsara. Na drogach, których nie ma
Autor: Tomek Michniewicz
Wydawnictwo: Otwarte, 2010
Ilość stron: 360
Moja ocena: 5/6