Archiwum

Archive for Kwiecień 2011

Idealne koło

Wróciłam ze Świąt, ale wciąż tyle się dzieje, że nie mam czasu (a kiedy czas się wreszcie pojawia, jak dzisiejszego wieczoru – sił brak, a zwłaszcza jasnego myślenia) napisać nic nowego. Mam rozpoczętą recenzję „Odkrycia nieba”, ale wciąż nie potrafię uchwycić swoich odczuć związanych z tą książką tak, żeby nie popaść w egzaltację i banalne zachwyty (może w końcu się poddam i pozachwycam niemal bezkrytycznie bez żenady). Tymczasem więc moja piosenka na dziś, bo dawno nic muzycznego nie zamieściłam. Szkoda straszna, że A Perfect Circle przestało istnieć, wszystkie trzy płyty uważam za rewelacyjne. Może jeszcze się kiedyś skrzykną i nagrają coś nowego…

Kategorie:muzyka Tagi:

Świątecznie

Moi Drodzy, życzę Wam z okazji Wielkanocy wiosny w sercu, odpoczynku, oderwania się od codzienności i spędzenia tych dni w wyjątkowy sposób, czy świętujecie, czy też nie. Ostatnie dni były prawdziwym urwaniem głowy, teraz jednak już tylko cieszę się chwilową wolnością od pracy i w tempie ekspresowym zbieram do wyjazdu na wschód Polski, który właściwie nastąpi za kilka godzin… Czas iść spać :) Wszystkigo dobrego i udanych lektur (ja aktualnie czytelniczo dzielę się między Afganistan i Norwegię, z naciskiem na ten pierwszy, a Wy?)

Kategorie:wydarzenia Tagi:

Rozmyślanie nad tequilą i trumną

Chodziliście kiedyś na punkowe koncerty? Ja tak i jeszcze zdarza mi się pójść na któryś z najważniejszych i moich ulubionych, ale ma to już miejsce bardzo rzadko. Zdarzały się koncerty lepsze i gorsze, wymuszone i takie, na których nietrudno było całkowicie zapomnieć się w muzyce i „bujaniu się” (choć to słowo nie jest tu, jak można się łatwo domyślić, zbyt adekwatne). Nie obcy jest mi więc klimat takich imprez, jak i pewna część samego środowiska, choć nigdy nie miałam dostępu (ani nigdy go nie chciałam i nie poszukiwałam) do części artystycznej tegoż światka. Nie znam żadnych wykonawców, moi znajomi nie zakładali punkowych zespołów, a moim największym zbliżeniem z artystami sceny punkowej i ska była podróż samochodem z zespołem Koniec Świata, który wziął mnie i ukochanego na stopa. Mimo tego braku bliższego związku z zespołami, zabierając się za czytanie „Tequili” Krzysztofa Vargi miałam solidne zaplecze, sentyment do tematu, a nawet bardzo ciepłe uczucia w stosunku do całego punkowego „klimatu” (w końcu mojego ukochanego poznałam na reaktywacji festiwalu w Jarocinie). Cieszyłam się na tę książkę, pamiętając zachwyty kolegów z czasów licealnych i choć nie miałam sprecyzowanych oczekiwań, to jednak spodziewałam się czegoś zapadającego w pamięć i dającego do myślenia. Książkę odłożyłam jednak ze wzruszeniem ramion. Jest dobrze, ale nie nadzwyczajnie.

Narrator opowieści jest frontmanem punkowego (a przynajmniej rockowego o punkowej tradycji) zespołu. Jego myśli w formie poszatkowanego strumienia świadomości poznajemy w trakcie, gdy wraz z dwoma członkami „bendu”, Abdulem i Martinezem, niesie trumnę skrywającą ciało czwartego z muzyków tworzących ich zespół – Grubego. Będąc na potężnym kacu piosenkarz wspomina różne wydarzenia z czasów wspólnego grania, snuje refleksje na temat branży muzycznej i nowoczesnej „inteligencji” (mierzonej w pieniądzach i snobizmie, niekoniecznie biorąc pod uwagę wykształcenie, a nawet osiągnięcia), życia muzyka i niepewnej przyszłości każdego artysty. Tematyka to różnorodna i mimo niewielkiej ilości stron, książka porusza wystarczająco wiele wątków, by nie sprawiała wrażenia pustego opowiadanka. Co stało się z Grubym, jaka będzie przyszłość zespołu i czy sam pogrzeb odbędzie się bez skandalu – te pytania dodatkowo pchają czytelnika naprzód, tak więc „Tequilę” czyta się błyskawicznie. Oczywiście nie bez znaczenia jest język, żywy i rytmiczny, naszpikowany slangiem, makaronizmami i przekleństwami, „styl ulicy” chciałoby się powiedzieć, choć dotyczy warstwy artystycznej (jej specyficznej części, fakt, a jednak i inni bohaterowie ze świata twórców, ci tworzący sztukę „wyższą” używają niezwykle podobnego języka). Chwilami nasycenie wydaje się być już za duże, słownictwo karykaturalne, stylistyka zmierzająca w kierunku groteski. Na pewno jednak słychać w tekście melodię i rytm, co świetnie współgra z tematyką. Powstała więc książka interesująca, w pewnym stopniu nowatorska i wyróżniająca się, co prawdopodobnie przyczyniło się do nominacji do nagrody Nike.

Niestety, dla mnie to tylko tyle. Może przesadzam i powyższe plusy powinny wystarczyć. „Tequila” to książka dobra, ma kilka naprawdę błyskotliwych spostrzeżeń, zabawnych sytuacji i trafnych refleksji. Ja jednak czułam się trochę jak dziecko, które z zapałem rozpakowuje prezent, zdziera kolejne warstwy barwnego i ozdobnego papieru, w środku jednak nic nie znajduje. Bo gdzie ta opowieść o przyjaźni, obiecana przez recenzentów? Gdzie treść, która zapadłaby we mnie i przypominała o sobie przynajmniej przez kilka kolejnych tygodni? Od skończenia lektury książki minęło zaledwie kilka dni, a mnie wszystko zaczyna zlewać się w jedno. Ciężko „Tequilę” nazwać opowiadaniem, to jednak powieść stosunkowo krótka. Lubię, gdy krótsze formy są mocne, mają siłę rażenia lub pozostawiają w moim myślach konkretny obraz bądź myśl, który towarzyszy mi przez dłuższy czas. Pod tym względem książka Vargi jest niemal statyczna, jak gdyby miała opowiedzieć o końcu pewnej epoki. Cała treść jednak wyzbyta jest melancholii, wspomnienia to raczej kojarzenie faktów, nie tworzą ścieżki, która zaprowadzi czytelnika w konkretne miejsce. Podkreślam, że nie uważam „Tequili” za książkę słabą, do mnie jednak nie przemówiła. Jest w niej coś nijakiego, a od książki o takiej tematyce oczekiwałam innych odczuć.

Tytuł: Tequila
Autor: Krzysztof Varga
Wydawnictwo: Czarne, 2010
Ilość stron: 124
Moja ocena: 4-/6

Między ojcem a synem

– Chciałeś czego?
– Nie, nic (…). Tylko czy jesteś. (s. 189)

Ojciec i syn. Relacja trudna, czułości, ale i irytacji, wyrozumiałości, ale i zawiedzionych nadziei. Próba zrozumienia drugiego i dotarcia tym samym do siebie samego – a może odwrotnie? Czy można przejrzeć czyjeś myśli, odgadnąć uczucia i zrozumieć, jeśli człowiek nie zawsze jest pewien własnych motywów? Wiesław Myśliwski w swojej książce „Nagi sad” daje wyraz przekonaniu, że nie. Być może dlatego nie przedstawia czytelnikom całej historii życia obu mężczyzn, fakty znajdują się na drugim planie, ustępując miejsca emocjo i refleksjom, którymi wypełnione są wspomnienia syna. Sam będąc już starym człowiekiem, wciąż żyje w rodzinnej wsi, gdzie poza epizodem nauki w mieście, spędził całe swoje życie. Wspomina młodość i różne wydarzenia, także te znane tylko z opowieści, a wszystkie je niczym klamra spina postać ojca. Wydawać by się mogło, że prawdziwa jest myśl, która nagle rodzi się w umyśle syna:

Byłem tylko taki, jakim mnie zmyślił, bo jedynym moim istnieniem, do którego się przyznaję, było to zmyślenie jego, temu zmyśleniu zawdzięczam siebie, ale i taki już na całe życie pozostałem. Ani on mnie innego nigdy nie dostrzegał, ani ja tego zmyślenia nie opuszczałem na krok, nawet mi się nigdzie siebie szukać nie chciało poza tym. (s. 48)

Ojciec realizuje swoje ambicje poprzez syna, syn wyraża się poprzez pragnienia ojca, bo dawno temu już zapomniał, czy miał swoje własne. Być może nigdy, poza tą jedną historią ze strzelaniem z bata. Próbując zrozumieć najbliższego mu mężczyznę i wielką tajemnicę swojego życia, jaką była codzienność z nim właśnie, syn dokonuje pewnego rodzaju rozliczenia z przeszłością, z której nie musi nic wynikać, nie o wnioski tu bowiem chodzi. To jak błądzenie między drzewami w jesiennym sadzie, gdzie tylko jedno drzewo mogłoby stanowić kryjówkę. Nie o znalezienie jednak chodzi, a o szukanie i związaną z nim nadzieję i obietnice składane sobie samemu.

Piękna to książka, melancholijna, chwilami poetycka, przypominająca tytułowy sad w jesiennej porze. Myśliwski przedstawia wspomnienia w formie obrazów, luźno ze sobą powiązanych chronologicznie. Retrospekcje mieszają się z refleksjami snutymi przez starego syna, patrzącego na rzeczywistość i swoją starość z melancholią równą tej, z jaką wraca do przeszłości. Dużo tu zapadających w pamięć obrazów, jak choćby wyprawa przez dziewięć mostów, która miała przywrócić synowi-niemowlęciu zdrowie (na podstawie tego fragmentu powstał nawet film „Przez dziewięć mostów” w reżyserii Ryszarda Bera z 1972 roku), zachowanie ojca podczas powodzi, powrót z nauki w mieście, a wreszcie szukanie się w sadzie, gdzie nikt schować by się właściwie nie zdołał.

To pierwsza przeze mnie przeczytana książka Myśliwskiego, jego debiut literacki, niezwykle w moim odczuciu udany. Przypadł mi do gustu jego język i styl, malowniczy i delikatny, chwilami wręcz ocierający się o oniryzm. Postać ojca z „Nagiego sadu” przywiodła mi na myśl ojca ze „Sklepów cynamonowych”, bo choć różni, tworzą wokół siebie podobną aurę, która równie dobrze może być dziełem uważnych synowskich oczu i myśli. W tle snutej opowieści zmieniają się pory roku, pogoda dyktuje rytm życia mieszkańców wsi, a wszystkie one opisane są wyraziście, uważnie dobranymi słowami. Choć dialogi są w książce obecne i wyrażone w adekwatny do sytuacji i rozmówców sposób, w „Nagim sadzie” dominuje cisza. Nie ta, po której następuje burza, lecz cisza jesienna, towarzysząca zapadaniu w sen zimowy, słyszalna na opustoszałych polach i w sennym sadzie. Cisza ta i wspomnienia działają jak czary, a ja dałam się zupełnie oczarować. Na pewno nie będzie to ostatnia książka Myśliwskiego, po jaką sięgnę i mam wielką nadzieję, że pozostałe zrobią na mnie równie duże wrażenie.

Tytuł: Nagi Sad
Autor: Wiesław Myśliwski
Wydawnictwo: Znak, 2011
Ilość stron: 208
Moja ocena: 5+/6

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Znak, za co serdecznie dziękuję.

Czy wielkie dramaty da się wyrazić małymi słowami?

Dzięki dość głośnej ekranizacji i generalnie pozytywnemu odbiorowi samej książki, ciężko znaleźć kogoś, kto o „Lektorze” Bernharda Schlinka nie słyszał nic. Film jeszcze przede mną, natomiast na powieść natknęłam się w bibliotece i wypożyczyłam z ciekawością, ale i pewnym dystansem. Bo i jak tu dać się tak zupełnie ponieść fabule, jeśli się wie, o co będzie w książce chodziło? Tymczasem jednak, czy to z powodu inaczej rozłożonych akcentów w filmie, czy też może dzięki udanym recenzjom, nie znałam głównego wątku książki i zostałam zaskoczona. Co więcej, nie o zaskoczenie w tej historii głównie chodzi.

Zarys historii jest sugeruje, że czytelnik będzie miał do czynienia z kolejnym rozliczeniem z tragedią holocaustu i tak do pewnego stopnia jest w istocie. Powojenne Niemcy. Młodziutki Michael przypadkiem spotyka dużo starszą od siebie Hannę i nawiązuje z nią romans (inicjatywa wychodzi w dużej mierze od kobiety, choć chłopak jest nią zafascynowany i wręcz opętany fantazjami na jej temat). Trzymany w tajemnicy, wielomiesięczny związek wpływa na charakter i dalsze życie Michaela. Kiedy Hanna pewnego dnia znika bez śladu, Michael obwinia za to swoje zachowanie. Poszukiwania spełzają na niczym, więc choć nie jest w stanie zapomnieć o swojej byłej kochance, próbuje zaangażować się w dalsze życie. Kończy szkołę i zaczyna studiować prawo. Właśnie dzięki temu ponownie spotyka Hannę, choć Michael nigdy nie przewidziałby warunków, w jakich do spotkania dochodzi. Młody mężczyzna w ramach seminarium obserwuje proces wytoczony przeciwko byłym strażniczkom hitlerowskiego obozu pracy i właśnie tam, po wielu latach rozłąki, znów widzi Hannę.

Kiedy czytałam „Lektora” żałowałam, że znam te fakty. Wyobrażałam sobie swoje zaskoczenie, w które wprowadziłaby mnie przeszłość Hanny. Tymczasem historia kobiety przedstawiona jest z dystansem, bez nastawienia na zaskoczenie. Nie chodzi tu o szokowanie i nawet prawdziwej zagadki Hanny można się domyślić już na pewien czas przed jej oficjalnym wyjawieniem przez narratora. Powieść dotyczy bowiem głównie dylematu moralnego, przed jakim staje Michael i to nie tylko podczas rozprawy na sali sądowej, ale i później. Hanna stanowi przykład osoby, z jakimi społeczeństwo niemieckie nie potrafiło sobie poradzić w latach powojennych. Tuż po wojnie dawni oficerowie, żołnierze, strażnicy – stanowiący przecież pokaźny procent niemieckiej ludności – byli ich sąsiadami, współpracownikami, znajomymi. Dopiero w latach rozliczania się z przeszłością i procesów przyszło obywatelom stawić czoła pytaniom i szeptom własnego sumienia. Bunt młodych ludzi wiązał się nie tylko z typowymi różnicami pokoleń, ale podsycało go także rozczarowanie generacją rodziców, która tolerowała zbrodniarzy. Schlink obnaża jednak pewną młodzieńczą butę, każącą widzieć wszystko czarne bądź białe, nie tłumacząc zbrodni, ale przedstawiając historie pojedynczych jednostek. Czytelnik widzi wszystkie wydarzenia oczami Michael, który choć należy do młodej generacji, nie potrafi jednoznacznie przekreślić swojej własnej przeszłości, nierozerwalnie związanej z Hanną. Miłość do niej położyła się cieniem na jego życia, a jej sekret wpędził go w dodatkową rozterkę. Hanna okazała się być gotowa poświęcić życie dla ukrycia sekretu, który w porównaniu z innymi wydarzeniami z jej życia wydaje się nikły i pozbawiony głębszego sensu. Nie chcę zdradzić tej największej tajemnicy Hanny, przyznam jednak, że autor niezwykle umiejętnie poprowadził losy Hanny, tworząc z jej sekretu motor działania. Wyszło przekonująco i w sposób prowokujący dalsze rozmyślania nad treścią książki.

Pisząc o książce „Tysiąc żurawi. Śpiące piękności” wspominałam, że wolę niedopowiedzenie niż przegadanie. Wprawdzie Schlink nie pozostawia wiele miejsca na domysły, to jednak słowa traktuje niezwykle oszczędnie. Wydawać by się mogło, że spod jego pióra nie wydostaje się ani jedno słowo więcej, niż to potrzebne. Dzięki temu wzrasta jeszcze moc opowiadanej historii. „Lektor” bardzo mi się spodobał i choć nie czuję potrzeby, by sięgać po kolejne książki autora (choć jeśli zainteresuje mnie fabuła zrobię to z przyjemnością, bo styl wpasował się w mój gust), to cieszę się, że przeczytałam właśnie tę. Film także obejrzę i z ciekawością porównam oba dzieła. Tymczasem polecam Wam lekturę.

Tytuł: Lektor
Tytuł oryginału: Der Vorleser
Autor: Bernhard Schlink
Tłumaczenie: Karolina Niedenthal
Wydawnictwo: MUZA, 2009
Ilość stron: 168
Moja ocena: 5/6

Na fiordach, lodzie i wśród łosi

Obok Wschodu, zarówno tego Bliskiego jak i Dalekiego, miejscem szczególnie bliskim mojej wyobraźni jest Skandynawia, o czym pisałam już przy okazji wyzwania Kraje Nordyckie. Choć nie rozsmakowałam się w świecie skandynawskich kryminałów, tak ostatnio popularnych, to literaturę z krajów północnych czytam z wielką przyjemnością i chętnie sięgam do książek opowiadających o Skandynawii, także z bardziej reporterskiego punktu widzenia. Dlatego też zainteresował mnie zbiór opowieści z krajów skandynawskich autorstwa Tilmanna Bünza pod tytułem „Kraina Zimnolubów. Skandynawia dla początkujących”.

Tilmann Bünz wyjechał do Szwecji na kilka lat jako korespondent z Niemiec. Na miejscu przygotowywał reportaże o życiu w krajach skandynawskich. Zarówno on jak i jego rodzina dość szybko zaaklimatyzowali się w Szwecji, gdzie zima jest mroźna, ciemna i długa, lato natomiast nierzadko upalne i mające słońca aż w nadmiarze. Tilmann Bünz podróżował ze swoją ekipą po Szwecji i Norwegii, zwiedził fragment Finlandii (a przynajmniej nie pisze o niej za wiele, może zobaczył znacznie więcej, niż opisał), wyprawił się także na daleką Północ. Dzięki jego relacjom czytelnik może zajrzeć do daleko wysuniętego na północ ludzkiego siedliska, spędzić dzień z businesswoman w Norwegii oraz na platformie wiertniczej, łowić ryby w przeręblu wraz z rdzenną ludnością kręgu polarnego, a wreszcie dowiedzieć się trochę o skandynawskiej, a przede wszystkim szwedzkiej, mentalności i obyczajowości. Zbiór składa się z tematycznie posegregowanych rozdziałów, w których autor z niezmienną sympatią i życzliwością opisuje poznawanych przez siebie ludzi i z lektury widać od razu, że dał się uwieść skandynawskiej przyrodzie, bujnej i nie całkiem zawojowanej przez człowieka. A czytelnikowi nie trudno iść w jego ślady.

Nie znajdziemy tu zbyt wielu informacji dotyczących historii, sytuacji politycznej czy gospodarczej krajów skandynawskich (poza niewielkimi napomknięciami) – jest to bardziej rozrywkowy „przewodnik”, choć niepozbawiony wiadomości także na poważne tematy, a nawet wzruszających fragmentów. Osobiście znalazłam dla siebie sporo nowego w tej pozycji, jak choćby fakt, że w Szwecji zimą dzieci mają specjalny „kurs” radzenia sobie w sytuacji, w której lód się pod nimi załamie i wpadną do wody. Do tej pory także, mimo czytania książek na ten temat w dzieciństwie, nie bardzo miałam pojęcie o życiu na szwedzkich szkierach, o których to wyspach również w „Krainie Zimnolubów” znalazł się fragment. A czy wiecie, że w Islandii dobrze jest skonsultować się z elfami, zanim zbuduje się drogę na ich terenie? Wszystkie teksty są stosunkowo krótkie, nierzadko zaznaczając pewien problem, bez zagłębiania się w niego. Choć mój apetyt na Skandynawię nie został zaspokojony, to dopisek „dla początkujących” usprawiedliwia taki stan rzeczy, a treść nie rozczarowuje (tylko chciałoby się poczytać więcej!).

Książkę czyta się błyskawicznie, jest naprawdę bardzo przyjemna w odbiorze. Styl Tilmanna Bünza pasuje do omawianej części świata – choć czuć jego sentyment i nierzadko uznanie dla opisywanych krajów, cechuje go iście skandynawska rezerwa, według której okazywanie uczuć zbyt gwałtownie, za ostra krytyka i zbyt entuzjastyczna pochwała jest nie do końca mile widziana – liczy się umiarkowanie, przynajmniej w Szwecji, gdzie mieszkańcy posiadają specjalne słowo wyrażające uznanie, a znaczące coś, co jest w sam raz – „lagom”. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to może jedynie do dość częstego odwoływania się do rzeczywistości niemieckiej – trochę tak, jak miało to miejsce w „Równoleżniku zero” z kwestiami polskimi – nie są może tak liczne, ale za to mniej mnie interesujące. Książka wydana jest bardzo ładnie, kłują jednak w oczy dwa „zjedzone” słówka w samej przedmowie (w treści na szczęście nie ma takich problemów), takie błędy na samym początku lektury trochę ostudzają zapał.

Książki, takie jak „Kraina Zimnolubów” pogłębiają moją fascynację Skandynawią, stanowią interesujący zbiór nowych wiadomości, poddając mi tematy do dalszej lektury i zdobywania wiedzy. Myślę, że każdy zainteresowany krajami nordyckimi czytelnik znajdzie tu coś nowego dla siebie, chociażby kilka trafnych refleksji samego autora na temat życia na Północy. Dla mnie „Kraina Zimnolubów” była wielką przyjemnością czytelniczą, a fragmentaryczna budowa sprawiła, że książka idealnie nadawała się do autobusowych podróży.

Za książkę serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Pubicat S.A..

Tytuł: Kraina Zimnolubów. Skandynawia dla początkujących
Tytuł oryginału: Wer die Kälte liebt. Skandinavien für Anfänger
Autor: Tilmann Bünz
Tłumaczenie: Małgorzata Słabicka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2010
Ilość stron: 252
Moja ocena: 4/6

Podziękowania i wyniki losowania

Bardzo dziękuję Wam wszystkim za życzenia udanego dalszego blogowania oraz ciepłe słowa pod adresem Herbatników. Kilka Waszych wpisów wzruszyło mnie mocno, a wszystkie wywołały uśmiech i przyjemne ciepło. Dziękuję, dziękuję, bardzo dziękuję! Bo przecież czym byłby taki blog bez czytelników? Mam nadzieję, że będę się rozwijać, a Wy odwiedzając tę moją stronę, będziecie dalej znajdywać coś ciekawego dla siebie.

Miło mi też, że tyle osób zgłosiło się do losowania (a przy okazji ujawniło się kilku nieznanych mi czytelników, co bardzo mnie cieszy!), a ze swojej strony przepraszam za lekkie opóźnienie w ogłoszeniu wyników – w ostatnich dniach byłam zaprzątnięta Archipelagiem i życiem osobistym (przemili goście). Fotorelacji jako takiej z losowania nie będzie (losować musiałam sama, ukochany odmówił, żółw nie był zainteresowany, ale wierzcie mi – odbyło się uczciwie), ale na dowód, że się ono w ogóle odbyło, poniżej zamieszczam zdjęcie zwycięskiego losu, a Seso proszę o kontakt w celu ustalenia adresu, na który mogę wysłać książkę.

Pozdrawiam wszystkich czytelników wiosennie!

Kategorie:książki, meta, zabawa Tagi: