Archive

Posts Tagged ‘religia’

O kilku filmach słów kilka

Notki odnośnie poniższych filmów powstały kilka miesięcy temu. Dlaczego wrzucam je dopiero teraz – właściwie sama nie wiem, ciężki mi było zebrać się do wrzucenia czegoś na bloga. Teraz ta dziwna niemoc i przeszła (mam nadzieję, że na dłużej), więc korzystam i notki wrzucam. Kadry z filmów pochodzą z Filmweba.

„Ludzie Boga” (Des Hommes et des dieux) reż. Xavier Beauvois

Patrząc z dzisiejszej perspektywy, „Ludzie Boga” (choć osobiście bardziej podoba mi się tytuł oryginalny, możliwy do przetłumaczenia jako „O ludziach i bogach”) to jeden z najbardziej poruszających lub wręcz najbardziej poruszający film, jaki widziałam w całej minionej połowie roku. Myślę, że nie jest łatwo nakręcić film o religii (jaka by ona nie była) – można popaść w niepotrzebny patos mówiąc o rzeczach podniosłych, można uciec w dość tani sentymentalizm chcąc wzruszyć i mówiąc o uczuciach, a wreszcie niebezpieczeństwem jest moralizatorstwo szyte grubymi nićmi. Oczywiście dużo zależy też od konwencji – wszystkie te minusy częstsze są w ekranizacjach chociażby opowieści biblijnych, filmy dziejące się we współczesności na pierwszym miejscu stawiają nierzadko psychologię i zazwyczaj wychodzi to obrazom na dobre. „Ludzie boga” to film traktujący o głębokiej wierze i znalezieniu dla niej miejsca w hierarchii – postawienie jej na pierwszym miejscu, własne życie stawiając na drugim nie jest łatwym wyborem, nawet dla zakonników, którzy Bogu poświęcili swoje życie.

Mała miejscowość w Algierii. Na wzgórzu znajduje się klasztor mnichów, cystersów. Bracia uprawiają ziemię, sprzedają swoje towary i oczywiście spędzają dużo czasu na modlitwie i nauce. Poddając się dość surowym wymogom pracowitego życia w tak odmiennym od ich ojczyzny (pochodzą z Francji) miejscu, wydają się być szczęśliwi, żyjąc w harmonii ze światem i lokalną muzułmańską społecznością. Pięknie przedstawiona jest relacja mnichów z mieszkańcami wsi – pełna szacunku i zrozumienia dla odmiennej tradycji. Zakonnicy uczestniczą w świętach i życiu codziennym muzułmanów, tamci natomiast odpowiadają przyjaźnią i nie wyobrażają sobie dalszego funkcjonowania społeczności bez mnichów. Idyllę przerywa wieść o brutalnych atakach grupy ekstremistów muzułmańskich na chrześcijańskich misjonarzy w pobliskiej miejscowości.

Treścią filmu jest właściwie proces podejmowania decyzji, poszukiwania miejsca dla siebie w świecie pośród ludzi. Bliskie jest mi przedstawienie wiary w „Ludziach Boga” – mnisi starają się prowadzić dialog w modlitwie, jednak przede wszystkim widzą Go w innych ludziach, w otaczającej ich przyrodzie. Przepiękna jest scena, w której Christian szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania dotyczące przyszłości właśnie na długim spacerze, szukając Boga i Jego prawdy pośród dzieł przez Niego stworzonych. Cały film zbudowany jest z obrazów, z których część ma szansę na długo zapaść w pamięć. Moment, w którym mnisi przy dźwiękach „Jeziora łabędziego” spożywają swoją własną Ostatnią Wieczerzę w moim odczuciu spokojnie może przejść do historii kina – dla mnie była głęboką refleksją na temat człowieczeństwa i tego, co jest piękne i dobre w byciu człowiekiem. A przy tym – niezwykle poruszająca, popłakałam się strasznie, a towarzyszyli mi wszyscy widzowie siedzący obok mnie widzowie, podejrzewam, że reszta kina też nie pozostała obojętna. Do tego dołożyć jeszcze można przekonującą wizję, w której religie i kultury mogą żyć ze sobą w zgodzie, jeśli nie zapominają o wzajemnym szacunku i skupiają się na tym, co łączy, a nie tym, co dzieli. Chrześcijańscy mnisi nie próbują nawracać lokalnej społeczności, pomagają jej w granicach sobie narzuconych, trwając przy tym w swoich przekonaniach. Być może wpływ ma na to także profil zakonu, do którego należą bracia. W każdym razie wizja ta przekonuje, że harmonia jest możliwa, choć krucha i wystarczy odrobina nienawiści, by ją zburzyć.

W moim odczuciu „Ludzie Boga” to film niezwykły, pięknie nakręcony i z głębokim przesłaniem. Dla mnie był wręcz rekolekcyjny, nie ograniczyłabym jednak siły jego wyrazu do kwestii religijnych – wiara jawi się tu jako wartość, głębokie przekonanie, które w jakiś sposób definiuje życie i jego wybory. Tym samym przesłanie staje się bardziej uniwersalne. Wiem, że muszę obejrzeć ten film ponownie, wierzę, że znów znajdę w nim coś dla siebie, przede wszystkim jednak nie mogę zapomnieć o nim i wrażeniu, jakie po sobie we mnie pozostawił. Odebrałam go bardzo osobiście, intymnie wręcz. Dla mnie to jeden z ważniejszych filmów w ostatnich czasach.

„Inni” (The Others) reż. Alejandro Amenábar

Nie lubię horrorów. Łatwo mnie wystraszyć, ale jeszcze łatwiej obrzydzić, a w tym mam wrażenie prześciga się większość współczesnych horrorów. Z książkami mam zresztą to samo, nigdy nie ciągnęło mnie do tego gatunku. Wolę mocne wrażenia trochę innego rodzaju, a nie okrucieństwo dla samego okrucieństwa. Nie znaczy to jednak, że od czasu do czasu nie oglądam czegoś strasznego (na moje naprawdę zaniżone standardy), gustuję bardziej w klimacie gotyckim i nie mam tu na myśli wampirów (nie przypominam sobie żadnego dobrego filmu o wampirach, jaki oglądałam lub chciałam obejrzeć), ale rozmaite historie o duchach, nawiedzonych domach i przenikaniu się świata rzeczywistego z nadnaturalnym. W taką konwencje wpisuje się film „Inni” w reżyserii Alejandro Amenábar, który bardzo mi się podobał i chwilami naprawdę się na nim bałam, a jest on pozbawiony zupełnie drastycznych scen – czyli coś w sam raz dla mnie, kiedy najdzie mnie ochota na dreszcze pełzające po kręgosłupie.

Historia czerpie garściami z gotyckiej tradycji. Troje służących zgłasza się na służbę do właścicielki wielkiego domu, Grace Stewart. Młoda kobieta potrzebuje pomocy, czekając na powrót męża z wojny. W całym budynku panują ciemności, rozpraszane jedynie przez lampki naftowe – małe dzieci Grace cierpią na rzadką chorobę, są uczulone na światło słoneczne, przez co kontakt z naturalnym światłem mógłby okazać się dla nich zabójczy. Energiczna Anne i młodszy, raczej bojaźliwy Nicholas wynajdują sobie różne zabawy w domu, coraz bardziej przekonując się o tym, że ktoś w nim mieszka oprócz nich. Nerwowa i osamotniona Grace nie chce przyjąć do wiadomości opowieści dzieci, wkrótce jednak sama musi przyznać, że wyczuwa czyjąś obecność, a różne wydarzenia potwierdzają te niejasne domysły. Sytuacji nie poprawia tajemnicze i niepokojące zachowanie służących. Wzrasta poczucie osaczenia i samotności, Greace staje się coraz bardziej zdeterminowana, a akcja prowadzi do dość przewrotnego zakończenia, w tradycji bardziej współczesnej.

Napięcie narasta w „Innych” stopniowo i konsekwentnie, kostiumy epoki dodają historii uroku i pozwalają uwierzyć w fabularne zwroty akcji. Nicole Kidman pasuje do roli kobiety kruchej, nerwowej i dumnej, a mały James Bentley grający jej synka całkowicie mnie rozczulił, chciałam, żeby pojawił się ktoś, kto jak najszybciej zabierze go z tego budzącego grozę miejsca. „Inni” są filmem wyważonym, czerpiącym z różnych klasycznych konwencji, w rezultacie powstała historia, która może nie ma w sobie wiele oryginalnego, jest jednak naprawdę doskonałą rozrywką, estetyczną i lekko straszną (ja się bałam mocno, ale jak wspominałam, moja tolerancja na straszne rzeczy jest dość niska). Jest w „Innych” coś takiego, co z jednej strony sprawia, że film wydaje się być przy swojej kostiumowości realistyczny, a z drugiej unosi się nad nim mgiełka magii i tajemnicy. Dla mnie to świetne połączenie i z radością obejrzałabym inny film w tym stylu.

„W głąb siebie” (Manic) reż. Jordan Melamed

O młodzieży z zaburzeniami i o ośrodkach leczenia zdrowia psychicznego powstało już mnóstwo filmów i ciężko powiedzieć w tym temacie cokolwiek nowego. Mam świadomość, że „W głąb siebie” (wolę oryginalny tytuł „Manic”) nigdy bym nie obejrzała, gdyby nie Joseph Gordon-Levitt w nim grający. Przyznaję się już na wstępie – całą jesień i pół zimy podkochiwałam się w tym aktorze i wyszukiwałam różne filmy z jego udziałem. Rzadko zdarzają mi się takie fascynacje, ale jak już są, to pełne pasji ;) Tym sposobem trafiłam na „Manic”, temat choć zużyty uznałam za ciekawy i obejrzałam – okazuje się, że wciąż można mówić o zaburzeniach psychicznych w sposób świeży i przekonujący.

Sama historia nie wnosi nic nowego – agresywny Lyle trafia do zamkniętego ośrodka leczenia po tym, jak pobił rówieśnika kijem bejsbolowym. Nie radzi sobie ze swoimi uczuciami, chwilami sam się siebie boi. Nie jest jednak przedstawiony jako ofiara budząca jedynie współczucie i chyba w tym tkwi siła filmu. Owszem, problematyczne nastolatki nie stały się takie z własnej woli, w innych środowiskach i rodzinach wyrosłyby na szczęśliwych ludzi radzącymi sobie z emocjami. W „Manic” jednak nie ma użalania się, głaskania po głowie i cudownej przemiany na koniec. Oczywiście, terapia ma za zadanie pomóc rozprawić się z demonami przeszłości, młodzi ludzie zmieniają się próbując odnaleźć swoje miejsce, zawiązują się sympatie i powstają animozje. Przekaz jednak odebrałam jako jasny – jakkolwiek pokrzywdzony nie jesteś, to ty ponosisz odpowiedzialność za swoje złe czyny, nie wystarczy obwiniać surowego ojca czy kolegów. Należy stanąć na nogach o własnych siłach, na nowo stać się sobą. To mi się spodobało, bo film nakręcony jest z dużą życzliwością, żeby nie powiedzieć czułością w stosunku do pacjentów, nie robiąc z nich jednak jedynie zagubionych dzieci, które są chodzącą niewinnością, a cały świat jest brudny i zły. Terapeuta stara się pomóc swoim pacjentom, ma jednak także swoje życie, własne problemy, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Jest zaangażowany w swoje obowiązki, ale daleko mu do bycia cudotwórcą.

Mimo dość ponurego opisu, film nie jest pesymistyczny, ma w sobie nadzieję i humanistyczny rys. Cechuje go jednak realizm i silnie współczesne umiejscowienie, co nie zawsze pozostaje przyjemne w odbiorze, zmusza jednak do refleksji. Dla mnie był on ciekawy także ze względu na pokazanie młodzieży z jej problemami w nieoderwany od rzeczywistości sposób. Mając kontakt z młodymi ludźmi w pracy obserwuję czasem podobne zachowania, choć na nieporównywalnie mniejszą skalę. Kilka fragmentów wydało mi się ciut irytujących, sztucznych w swojej próbie przekazania głębokich treści. Generalnie jednak film zostawił po sobie dobre wrażenie i naprawdę mi się spodobał.

Japonia to nie wszystko

Patrząc na okładkę książki „Córki Nipponu nie płaczą” Consilii Marii Lakotty moim pierwszym odruchem była ucieczka z krzykiem. Po chwili jednak wróciłam do bibliotecznej półki i nieufnie zaczęłam się książce przypatrywać. Już nie raz książka z paskudną okładką okazała się nadrabiać świetną treścią z nawiązką. Estetyczna okładka bardzo zachęca, ale nie można oceniać po niej zawartości, jak mówi przysłowie. I jednak tutaj mamy Japonię, zderzenie kultur i obyczajowości, a także miłość na tymże styku kultur, co może jest już tematem wyświechtanym i dość banalnym, dla mnie jednak pozostaje wielką słabością (a niekiedy wręcz guilty pleasure, przyznaję)… Gdzieś czytałam pozytywną recenzję. Więc może jednak dać jej szansę? Ostatecznie to tylko wypożyczenie, jak mi się nie spodoba, po prostu ją oddam… Nie miałam czasu na kartkowanie, więc wrzuciłam do torby razem z „Półbratem” Christensena i pobiegłam do domu.

Domyślacie się już zapewne, jakie jest moje zdanie na temat „Córek Nipponu…”. Jeśli chodzi o książki, nie mam jakoś wybitnie wykształconej intuicji, ale jak się okazało po niespełna pięćdziesięciu stronach, tym razem pierwszy odruch był jak najbardziej prawidłowy. Przeczytałam kilkadziesiąt stron (dalej trochę kartkowałam), bo trzeba przyznać, czyta się bardzo szybko (może w poszukiwaniu jakiegoś głębszego sensu?), ale później stwierdziłam, że szkoda mojego czasu i chwilami nerwów, a powieść nie wykazywała żadnych sygnałów, że później mogłoby być lepiej. Sama historia jest klasyczna (oczywiście można też powiedzieć schematyczna, ale to na to akurat byłam przygotowana) – młody Amerykanin przyjeżdża do Japonii, by zająć się współzarządzaniem firmą samochodową. Na miejscu poznaje Yuriko, studentkę pedagogiki o komunistycznych sympatiach. Poznając się nawzajem, przyswajają też obce dla siebie kultury, konfrontując je, porównując, szukając wspólnych cech i błądząc pomiędzy różnicami. Mogłaby wyjść z tego naprawdę sympatyczna opowieść, z odpowiednią nutką dramatyzmu. Autorka solidnie przygotowała się do pisania powieści osadzonej w Japonii, co i rusz znajdziemy w niej więc nawiązania do kultury, wyjaśnienia zwyczajów i wszelkie odwołania do japońskiej obyczajowości lat powojennych. Niestety, tutaj plusy się kończą. Donald jest niezwykle irytujący, zapatrzony w siebie i własną kulturę. Teoretycznie wykazuje chęć uczenia się czegoś o Japonii, ale jest to pragnienie czysto praktyczne, nie zależy mu na rozumieniu tego, co obserwuje. Oczywiście nie wymagam od bohatera fascynacji krajem, w którym się znajduje, jednak jego postawa bardzo spłyca cały wątek kulturowy. Dodatkowo autorka postanowiła zbudować powieść na zasadzie przeciwstawiania sobie dwóch światów, przesadnie uwypuklając wszelkie możliwe różnice, aż do przesady i zniecierpliwienia. Niezwykle drażniące jest też, mimo szacunku dla japońskiej kultury, podkreślenie jedynych słusznych racji po stronie Amerykanina, prawomyślnego chrześcijanina. Ojciec Yuriko, nauczyciel-komunista to diabeł wcielony, który nie ma w sobie pozytywnych cech – swoją działalnością nie chce nikomu pomóc, a jedynie umocnić władzę partii (nie do końca wiadomo nawet, czemu mu na tym zależy). Dla Donalda oczywiste jest, że Yuriko musi przejść na chrześcijaństwo i choć daje jej czas do namysłu, jeśli dziewczyna chce być jego żoną, musi podporządkować się jego decyzjom i temu, co on uważa dla niej za najlepsze. Wiele w tym hipokryzji. Treść jest więc banalna, przesadzona i męcząca. Prawdziwym jednak problemem jest język – nie wiem, czy to kwestia tłumaczenia, czy fatalnego oryginału – podejrzewam jedno i drugie. Chwilami ciężko zrozumieć wręcz, o co chodzi. Już na tych kilkudziesięciu przeczytanych przeze mnie stronach roiło się od błędów, kolokwializmów i pretensjonalnych zwrotów, dialogi były sztuczne, a narracja nie poprawiała sytuacji.

Mówiąc krótko: zdecydowanie odradzam. Może dalej robi się ciekawiej, bardziej interesująco lub chociaż poprawia się język. Nie wiem i nie będę się przekonywać. To mogła być naprawdę ciekawa historia, o miłości na styku różnych kultur, dodatkowo pomiędzy niekoniecznie przychylnie do siebie nastawionymi narodowościami, a nawet intrygująca historia Japonki odnajdującej siebie (bądź nie) w chrześcijaństwie, które przecież nie jest zbyt kompatybilne z japońską kulturą. Niestety, jakikolwiek potencjał okazał się zmarnowany. Książka na drugi dzień wróciła do biblioteki, a mnie w autobusie towarzyszy „Półbrat”. Japonia to nie wszystko – sam temat nie wystarczy, żeby mi się powieść spodobała…

Tytuł: Córki Nipponu nie płaczą
Autor: Consilia Maria Lakotta
Tłumaczenie: Jacek Jurczyński
Wydawnictwo: M, 2009
Ilość stron: 270
Moja ocena: 1/6

Korespondencja z piekła rodem

Chciałam napisać jakiś wstęp do tej notki, wyjaśniający, czemu nie piszę tak często, jak to sobie sama zaplanowałam. Po krótkim rachunku sumienia doszłam do wniosku, że albo uraczę Was osobistymi historiami, które przecież nie muszą Was interesować, a których postanowiłam tu raczej unikać, albo napiszę bełkot nic nie wnoszący do sprawy (co właściwie robię w tym właśnie momencie). Cóż. Napiszę więc ogólnie, że krótka przerwa w blogowaniu wbrew obietnicom spowodowana jest głównie przez pracę oraz zbliżającą się datę wydania kolejnego numeru Archipelagu, a także pragnienie udomowiania własnego mieszkania i stos korespondencji czekający na odpisanie. W autobusie czytam absolutnie przecudowne „Odkrycie nieba”, w czym przeszkadzają mi jakieś niezrozumiałe ośmiogodzinne przerwy na pracę, w domu natomiast „Opętanie”, które też bardzo mi się podoba, ale niestety teraz przegrywa z „Odkryciem nieba”. Poza tym nie mogę doczekać się wiosny oraz kolejnego weekendu, kiedy mogę się wreszcie wyspać i nie mam koszmarów (dziś śniła mi się odcięta martwa ręka, która spadła na mnie przez wentylator w suficie i zaczęła dusić). Tymczasem jednak zbiegło się kilka przyjemnych wydarzeń dających mi motywację do napisania jednej z zaległych recenzji, co bardzo mnie cieszy. Tyle tytułem wstępu (teoretycznie wiem, że przerwa na blogu nie była taka długa, mnie jednak wydaje się, że nie pisałam tu od miesięcy… pojęcie czasu bywa zwodnicze).

Książka „Listy starego diabła do młodego” została mi pożyczona dzięki mojej recenzji „Autobiografii diabła” – inaczej pewnie byśmy z koleżanką Pauliną nie podjęły tego wątku, a sama lektura raczej by mi sama w ręce nie wpadła. Zaczynając czytać tę króciutką książeczkę oczekiwałam czegoś podobnego do powieści Lee – historii obnażającej proste prawdy oparte na chrześcijańskiej doktrynie w sposób poruszający i dający do myślenia. C.S. Lewis napisał jednak dzieło innego rodzaju, choć niewątpliwie dużo bardziej niż „Autobiografia…” skłaniające do przemyśleń.

Sam tytuł oczywiście sugeruje nam już ogólny zarys treści książki. Krętacz, wysoko postawiony w hierarchii piekielnej diabeł, pisze pouczające listy do swojego bratanka (bądź też siostrzeńca), dając mu dobre rady w kwestii zajmowania się jego pacjentem. Młody diabeł rzecz jasna nikogo nie leczy, próbuje natomiast spowodować, by pewien młody Anglik skazał własną duszę na potępienie. Diabeł nie jest bowiem w stanie człowieka do niczego zmusić, jedynie podsycać jego złe skłonności, próbując mącić mu w głowie i wykorzystywać jego słabości przeciw niemu, by jak najbardziej zaszkodzić moralności. Fabuła książki jest dość szczątkowa, ale nie o nią tutaj chodzi. „Listy…” to raczej mały traktat filozoficzny, obnażający bezlitośnie ludzkie wady i słabości, niekoniecznie z perspektywy chrześcijańskiej, ale moralności w ogóle. Każdy list rozprawia o wybranej cesze lub sytuacji, w której każdy może się znaleźć i ulec złym przyzwyczajeniom bądź z nimi wygrać. Czytelnik nie znajdzie tu jednak wytycznych i rad, jak żyć się powinno – Krętacz poucza swego krewnego jedynie w kwestii doprowadzenia człowieka do zguby. Znajdziemy więc niekiedy wręcz zaskakująco trafne obserwacje i przemyślenia nad ludzkimi skłonnościami (nie tylko negatywnymi), brak tu jednak uproszczonych rozwiązań, czy aforyzmów dotyczących prawego postępowania. Zostajemy sam na sam ze zdiagnozowanym problemem, który możemy odnaleźć także w sobie i sami decydujemy, co dalej.

C.S. Lewis przyznaje we wstępie, że irytuje go przedstawianie przez artystów zła jako czegoś fascynującego i zwracającego uwagę, podczas gdy dobro jawi się jako coś nudnego i w żaden sposób nie porywającego. I rzeczywiście, nierzadko to źli bohaterowie w książkach i filmach zostają w pamięci na dłużej, podczas gdy dobrzy są tacy sami i szybko zlewają się w jedno. Osobiście nigdy nie zachwycałam się czarnymi charakterami tylko dlatego, że stali po ciemnej stronie, jednak często łapałam się na podobnej refleksji. Nawet we wspomnianej już „Autobiografii” to diabeł fascynuje i przyciąga, podczas gdy dobro reprezentowane jest przez rozmodloną staruszkę odgrywającą rolę dobrej cioci bohatera, z której mieszkania zawsze pachnie świeżym ciastem i słychać głosy koleżanek zebranych na spotkaniu kółka różańcowego. Obrazek to wyświechtany, strasznie prosty i nieco przaśny, niestety. Lewis natomiast pozostaje wierny swoim zasadom – u niego to siły dobra są intrygujące, tajemnicze i pociągające. Diabły natomiast tkwią w sztywnej hierarchii przypominając korporacyjnych urzędników, nudnych i skupionych jedynie na pracy. Choć wydaje się to oczywiste, dla mnie był to miły powiew świeżości.

Przeczytałam „Listy starego diabła do młodego” w odpowiednim okresie. Książka zachęciła mnie do przemyśleń i przeanalizowania pewnych sfer życia, zapewniając także przyjemnie spędzony czas. Każdemu polecam tę krótką lekturę, na pewno nie będzie to zmarnowany czas.

Tytuł: Listy starego diabła do młodego
Tytuł oryginału: The Screwtape Letters
Autor: Clive Staples Lewis
Tłumaczenie: Stanisław Pietraszko
Wydawnictwo: Media Rodzina, 2005
Ilość stron: 180
Moja ocena: 4+/6

Historia pewnego diabła

Rzadko zdarza się, by książka zaskakiwała mnie pozytywnie. Ma to dość prostą przyczynę: raczej nie sięgam po pozycje, co do których mam podejrzenia, że mogą mi się nie spodobać. Oczywiście, od reguł zazwyczaj zdarzają się wyjątki i tak właśnie było z książką „Diabeł. Autobiografia”, którą otrzymałam od wydawnictwa Initium do recenzji. Nie zgłaszałam się po nią, była więc dla mnie zaskoczeniem. Przeczytałam opis i udostępniony wcześniej fragment… i odłożyłam ją na dłuższy czas na półkę. Miałam wrażenie, że to kryminał bądź thriller z wplecionym w całość wątkiem diabelsko-anielskim, a na coś takiego zdecydowanie nie miałam ochoty. Czytałam już trochę powieści o diabłach i aniołach, mniej lub bardziej fantastycznych (niestety, piszę tu o gatunku literackim, nie walorach artystycznych…) i niestety w tej chwili nie jestem w stanie przywołać żadnego tytułu, który wywarłby na mnie zdecydowanie pozytywne wrażenie. Po pewnym czasie jednak poczucie obowiązku doszło do głosu i stwierdziłam, że dam „Diabłu” szansę, a jeśli mi się nie spodoba, przerwę czytanie i już do książki nie wrócę. I właśnie tu miało miejsce rzadkie pozytywne zaskoczenie.

Tosca Lee napisała powieść specyficzną, którą ciężko jest przyporządkować jednoznacznie do jakiegoś gatunku (czego generalnie nie jestem entuzjastką). Czytelnik zbiera tropy, po których ma nadzieję wreszcie odgadnąć, dokąd prowadzi go opowiadana historia, sama końcówka jest natomiast dość zaskakująca, choć docierając do niej wydaje się być jedynym oczywistym rozwiązaniem od samego początku. Na początku bowiem poznajemy głównego bohatera imieniem Clay, redaktora z nieźle prosperującego wydawnictwa w Bostonie. Mężczyzna niedawno rozwiódł się z ukochaną żoną, balansował na krawędzi uzależnienia się od alkoholu, odciął się od większości znajomych i mocno nadwątlił kontakty z rodziną. Pewnego dnia po pracy idzie do swojej ulubionej bośniackiej knajpki, gdzie gestem przyzywa go nieznany mu człowiek. Lucian, jak przedstawia się nieznajomy, prostolinijnie przedstawia swój plan: on opowie Clayowi swoją historię, a ten ją opublikuje. Mimo początkowej złości i niedowierzania, Clay stosunkowo szybko pojmuje, że wiedzący o nim wszystko mężczyzna jest tak naprawdę diabłem, a więc upadłym aniołem pamiętającym czasy sprzed stworzenia świata. I właśnie od tego punktu Lucian rozpoczyna swoją historię, a Clay wbrew własnej woli stwierdza, że staje się ona istotną treścią jego życia, z niecierpliwością czeka na kolejne fragmenty, nie potrafiąc poukładać sobie własnego życia. Nie wiedząc, dokąd zmierza, podąża ścieżką wyznaczoną przez diabła.

Początek powieści nie jest obiecujący, język pisarki jest poprawny, ale nie zachwyca. Szybko jednak czytelnik, tak samo jak bohater, ma okazję dać się uwieść słowom diabła i z niecierpliwością czekać na kolejne części jego opowieści. Clay to dość irytująca postać, tło obyczajowe również nie poraża głębią, choć jest przemyślane i zgrabnie wpasowane w całą historię. Książkę czyta się głównie dla magnetyzującej opowieści Luciana, która szybko okazuje się nie mieć wiele wspólnego z diabelsko-anielskimi historiami dla mrocznych nastolatków. To opowieść o… miłości Boga do ludzi. Nie przedstawia ona żadnych wymyślonych przez Lee faktów. To historia znana z Biblii, w każdym niemal szczególe, opowiedziana jednak z nowej perspektywy, która dobitnie podkreśla pewne kwestie i w tym jasnym, prostym przekazie działa niezwykle poruszająco. To nie moralitet, ani książka filozoficzna. Nie jest to także przypowieść… Tak jak sugeruje tytuł, poznajemy w niej życiorys pewnego stworzenia, który naświetla pewne znane od wieków wydarzenia nadając im znaczenie, które mimo swojej oczywistości może się łatwo wymknąć. Zakończenie pozostaje otwarte, a słowa Luciana wydają się być kierowane do czytelnika na równi z Clayem: masz wiedzę, drogi czytelniku, co z nią zrobisz, to Twoja sprawa.

Cieszę się, że sięgnęłam po tę książkę i ją przeczytałam. Naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyła i mogę ją polecić z czystym sumieniem, o ile oczywiście nie macie nic przeciwko książkom mocno osadzonym w religii chrześcijańskiej, bo „Diabeł. Autobiografia” jest od początku do końca przesiąknięta chrześcijaństwem, co w tym wypadku jest istotne. Mnie naprawdę wciągnęła i wzruszyła.

Tytuł: Diabeł. Autobiografia
Tytuł oryginału: Demon. A memoir
Autor: Tosca Lee
Tłumaczenie: Monika Wyrwas-Wiśniewska
Wydawnictwo: INITIUM, 2010
Ilość stron: 280
Moja ocena: 4+/6

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa INITIUM, za co dziękuję.

O pomaganiu najbiedniejszym

Siostra Małgorzata Chmielewska, przełożona Wspólnoty „Chleb Życia”, to postać dość kontrowersyjna, ale przede wszystkim bardzo interesująca. Niewiele o niej wiedziałam przed ukazaniem się reportażu „Generał w habicie” autorstwa Stanisława Zasady. Pobieżnie zapoznałam się z jej życiorysem, kiedy zaproponowano mi tę książkę do przeczytania i napisania o niej kilku słów, uznałam wtedy, że zdecydowanie mam ochotę poznać siostrę, a przede wszystkim jej działalność bliżej. Wspólnota „Chleb życia” jest bowiem o tyle wyjątkowa, że nie tylko zajmuje się biedakami i bezdomnymi, ale żyje z nimi pod jednym dachem, dzieląc ich codzienny los. Przesłanie głoszone przez członków Wspólnoty zakłada, że nie wystarczy bezdomnemu dać talerza zupy, nowego ubrania i dachu nad głową, trzeba odnaleźć w tym człowieka Boga, pokochać go, co nierzadko przysparza trudności i być z nim w lepszych i gorszych chwilach. Czytając wypowiedzi i historie zarówno pracowników domów wspólnotowych, jak i ich mieszkańców, odnosi się wrażenie, że udało im się to niezwykle trudne zadanie.

Reportaż przybliża czytelnikowi historię Małgorzaty Chmielewskiej, wywodzącej się z inteligenckiej rodziny dziewczyny, która przez wiele lat poszukiwała swojego miejsca w życiu, starając się połączyć rozwój duchowy z pomocą potrzebującym. Próbowała swoich sił w zakonach, gdzie czuła, że wciąż robi za mało i niespecjalnie tam pasowała: ostry charakter, nierzadko brutalne słowa, papierosy palone jeden za drugim. Kiedy w końcu odnalazła Wspólnotę, która w tamtym okresie nie istniała jeszcze w Polsce, poczuła, że o to właśnie jej chodziło. Grupa (to słowo wydaje się bardziej adekwatne niż ‘organizacja’) „Chleb Życia” powstawała we Francji, z inicjatywy osób świeckich (choć po głębokim nawróceniu), które chciały żyć we wspólnocie zbliżonej do tej pierwszych chrześcijan, pomagając tym najbardziej potrzebującym i najsłabszym. Zasada przedstawia zwięźle początki Wspólnoty, opierając się jednak głównie na mieszkańcach i pracownikach polskich domów „Chleba życia”, ich decyzji o poświęceniu się pomocy ubogim, rozmowom o codziennym życiu i wspominaniu kamieni milowych w funkcjonowaniu polskiej odnogi Wspólnoty.

Jak nie trudno się domyślić, historie o poświęceniu i głębokiej potrzebie miłości i pomocy wzruszają i dają do myślenia. Autorowi udaje się uniknąć wyciskania ze swoich czytelników łez na siłę, niebezpiecznie jednak zbliża się do tej granicy, zwłaszcza w początkowej części reportażu. Powoduje to maniera pisania, w której myśl Zasada co i rusz przenosi do następnej linijki konkluzję lub robiącą wrażenie informację, podkreślając je dodatkowo. W pierwszych kilku rozdziałach nie sprawia to negatywnego wrażenia, później zaczyna irytować aż wreszcie czytelnik może się do tego sposobu opisu przyzwyczaić i nie zwracać na niego uwagi (autor też się opamiętuje). Bo choć forma jest ważna, nie może ona przyćmić samej treści.

Nie sposób bowiem zbagatelizować ogromu pracy, silnej woli i miłości (tak!), jaki w swoje działania wkładają ludzie prowadzący domy „Chleba Życia”. Codzienność przypomina nieustającą walkę: z przeciwnościami losu i ludzkimi słabościami. Właściwie ciężko ich działania nazwać pracą, to raczej sposób na życie, wymagający całkowitego niemal poświęcenia i rezygnacji z dotychczasowego życia, nie tylko jeśli o jego standard chodzi. Ta postawa wzbudziła we mnie wzruszenie i podziw, uświadamiając mi, że sama nie potrafiłabym raczej dobrowolnie wyzbyć się dóbr materialnych i poświęcić dla osób, które tak łatwo poddają się własnym słabością, często odwdzięczając się złem i zachowując postawę wybitnie roszczeniową. Podziwiam hart ducha siostry Małgorzaty i jej towarzyszy. A przy tym, wrażenie robią wyznania Siostry dotyczące jej wiary – dużo w nich zdrowego rozsądku i dystansu do siebie. Głęboka wiara nie przeszkadza Chmielewskiej krytykować moralnej zgnilizny, błędów w Kościele, ludzkiej hipokryzji. Nie przejmuje się krytyką pod adresem własnej osoby, na przykład w związku z jej adoptowanymi (jest prawną opiekunką) dziećmi. Szanuje inne wyznania, w domach Wspólnoty nikt nikogo nie próbuje nawracać, choć modlitwy i nabożeństwa odbywają się tam niemal codziennie – udział biorą tylko chętni. Siostra Chmielewska robi swoje i sądząc z wypowiedzi jej podopiecznych oraz przytaczanych przez Zasadę faktów – naprawdę dobrze jej idzie.

Lektura „Generała w habicie” wpłynęła na mnie inspirująco, dała do myślenia i ogromnie wzruszyła. Jeśli ktoś byłby zainteresowany taką lekturą, to polecam ją zwłaszcza na okres przedświąteczny, sprzyjający refleksji nad miłością do bliźniego i pomaganiem innym ludziom, a także własnej hierarchii wartości. Interesująca może być także lektura bloga Małgorzaty Chmielewskiej, który daje obraz jej działalności i światopoglądu, zdrowego i pełnego humoru.

Tytuł: Generał w habicie
Autor: Stanisław Zasada
Wydawnictwo: Znak, 2010
Ilość stron: 224
Moja ocena: 4/6

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Znak, za co serdecznie dziękuję.