Archiwum

Posts Tagged ‘herbatniki’

Herbatniki – reaktywacja

Reaktywuję bloga! I od razu bardzo dziękuję wszystkim tym, którzy mimo mojej nieobecności wpadali na niego sprawdzić, czy nie pojawiło się nic nowego, zostawiali komentarze, pisali maile… Bardzo to dla mnie cenne i dające dużo motywacji, żeby powrócić do pisania. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie nadrobię zaległości, zarówno we własnych notkach jak i w tym, co się dzieje na Waszych blogach, które starałam się odwiedzać (z komentowaniem było już jednak co najmniej krucho), ale nawet ciężko mi powiedzieć, co kto teraz czyta i co się czyta w ogóle. Nowości? Jakie nowości? Jakie nagrody? Wydarzenia? Wypadłam zupełnie poza nawias, ale z przyjemnością będę nadrabiać zaległości przez najbliższe miesiące.

Powodem mego zniknięcia było złe samopoczucie, które jednak przyczynę ma bardzo radosną – pod koniec marca w naszym domu pojawi się nowy, maleńki członek rodziny :) Jestem przeszczęśliwa, ale pierwsze miesiące ciąży dały mi się ostro we znaki, właściwie przestałam nawet czytać, nie będąc w stanie skupić się na czymś więcej poza artykułem w gazecie (i nieprzyzwoitymi ilościami fanfików różnej maści, o których jednak nie będę tu pisać), a po powrocie z pracy energii nie starczało mi już właściwie na nic. Skończyło się to wszystko przymusem zostania w domu, gdzie muszę się wreszcie porządnie za siebie wziąć – mam jednak wreszcie czas i energię na czytania, a co za tym idzie – pisanie, którego mi brakowało. Mam kilka zaległych recenzji do napisania z lektur jeszcze przedwakacyjnych(!), o których chciałabym napisać choć kilka słów. A tymczasem melduję się z powrotem i dziękuję za odwiedziny wszystkich gości i stałych bywalców!

Reklamy
Kategorie:meta, o sobie Tagi:

Poszukiwacze zaginionej prawdy

Już któryś raz stwierdzam, że przyciągają mnie i intrygują różne literackie grupy. Nie jestem jednak żadną znawczynią i interesują mnie te znane, najsłynniejsze, jak choćby Grupa Bloomsbury, Beat Generation czy rodzimi Skamandryci. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wymienione przeze mnie grupy mocno różniły się charakterem samej formy, nie mówiąc o twórczości, pociąga mnie jednak sama idea stowarzyszenia intelektualistów, wymiany myśli, wzajemnego inspirowania się, motywów przenikających dzieła przedstawicieli tych, nazwijmy to, ruchów. Żałuję, że w szkole ledwo się o tym wspominało, a nawet na studiach niewiele mówiło. Pozostaje to więc tematem do samodzielnych studiów, co samo w sobie jest równie atrakcyjne i jeśli kiedyś czas pozwoli (i motywacji nie zabraknie) z radością bym się w to zaangażowała. Tymczasem musi wystarczyć mi podczytywanie publikacji interesujących mnie autorów oraz przekonanie się, czy poza fascynującą otoczką, same ich dzieła są dla mnie równie ciekawe.

W przypadku „Włóczęgów Dharmy” Jacka Kerouaca rzeczywistość nie została przelana na papier w sposób atrakcyjny. A przynajmniej nie na tyle, by książka zostawała na długo w pamięci. Bohaterem jest alter ego autora, Ray Smith, pisarz i entuzjasta buddyzmu, który wraz z grupą znajomych bierze udział w spotkaniach poetyckich (w książce pojawia się wieczór, podczas którego przeczytany został po raz pierwszy „Skowyt” Ginsberga), współtworzy ówczesną bohemę, szaleje na mocno zakrapianych imprezach chwilami zahaczających o orgie, a wreszcie wraz z przyjacielem Japhym Ryderem szuka dharmy, buddyjskiej prawdy, wysoko w górach, wśród przyrody i w samotności. Książka towarzyszy Rayowi podczas jego wewnętrznych poszukiwań, fascynacji buddyjską poezją i wierszami haiku, a także amerykańską przyrodą i odkrywaniem piękna i mądrości wokół siebie, w ludziach i naturze, na każdym niemal kroku. Smith bowiem przede wszystkim cechuje się wielką radością życia i ciekawością świata, ze sporą dozą niewinności (a może wręcz chwilami naiwności), z jaką patrzy na świat. I choć chwilami może lekko drażnić dość powierzchowne i niefrasobliwe traktowanie spraw istotnych (jak choćby wielu faktów dotyczących samego buddyzmu, o których rozmawiają bohaterowie, a które w przypisach są pieczołowicie wyjaśniane i korygowane przez tłumacza), to naturalność i ten całkowity brak jakiegokolwiek cynizmu urzeka. Podejście takie kojarzy mi się ze stereotypowym (podkreślam: stereotypowym) amerykańskim spojrzeniem, jakie nierzadko znajduję w książkach i filmach. Ma to swój urok, choć do mnie niestety nie przemawia.

I pewnie dlatego, choć doceniam ten spontaniczny i pełen radości, chwilami skłaniający do głębszego zastanowienia się tekst, to jednak nie poruszył mnie on, nie wzruszył i czytałam go dość długo, bez większego zaangażowania się w losy bohaterów. Zdecydowanie bardziej spodobałaby mi się biograficzna wersja tych wydarzeń – a przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Nie zniechęcam do czytania „Włóczęgów Dharmy”, bo wiem, że wielu czytelników znajduje dla siebie w tej powieści wiele cennych fragmentów. Nie będę też jednak gorąco zachęcać do sięgnięcia, bo i sama się nie zachwyciłam. Nie skreślam jednak Kerouaca ze swojej listy, bo przede mną wciąż „W drodze”, po którym sobie sporo obiecuję i mam nadzieję, że się nie zawiodę.

Tytuł: Włóczędzy Dharmy
Tytuł oryginału: The Dharma Bums
Autor: Jack Kerouac
Tłumaczenie: Marek Obarski
Wydawnictwo: WAB, 2006
Ilość stron: 324
Moja ocena: 4-/6


Na marginesie dodam, że dziś Herbatniki obchodzą swoje trzecie urodziny. Bardzo się cieszę z tego powodu! Nadmieniam o tym jednak na marginesie, bo znów zaniedbuję swój kawałek blogosfery i właśnie z okazji tej rocznicy życzę sobie, bym miała więcej czasu na pisanie i blog się rozwijał, a moje pisanie osiągnęło wyższy poziom. Wam, moi drodzy Czytelnicy, dziękuję natomiast za zaglądanie tu i komentowanie, jest mi zawsze szalenie miło i staram się śledzić Wasze blogi (jeśli takowe prowadzicie), co ostatnio także jest utrudnione przez brak czasu dla siebie… Ale mam nadzieję, że wkrótce sytuacja się poprawi. Dziękuję i zapraszam do dalszego odwiedzania!

Drugie urodziny

Mając uwagę całkowicie pochłoniętą w ostatnim czasie kwestiami archipelagowymi oraz odpowiadaniem na listy i maile, do których znów wkradły mi się zaległości, prawie przegapiłam dzień 30 marca, kiedy to oficjalnie Herbatniki kończą dwa latka. Nie jest to wprawdzie może wielce imponująca rocznica, ale szalenie mnie cieszy. Pomysł założenia sobie tego bloga był jednym z najbardziej udanych moich pomysłów – wspaniali ludzie, jakich dzięki niemu poznałam, „Archipelag”, stosy przeczytanych i otrzymanych książek, a wreszcie zwiększenie samodyscypliny, jaśniejsze i sprawniejsze wyrażanie myśli… Oraz główny cel bloga tego rodzaju – spisywanie wrażeń i odczuć z lektury. Wspaniała sprawa i jeśli czyta to ktoś, kto sam myśli o sprawieniu sobie miejsca w sieci o takim charakterze, gorąco zachęcam.

Żeby uczcić w jakiś sposób tę przyjemną rocznicę, mam dla Was prezent w postaci bardzo interesującej książki Marcina Wilka pt. „W biegu…”, o której pisałam tu. Jeśli jesteście nią zainteresowani, wpisujcie się proszę w komentarzach. Na zgłoszenia czekam na 23 w najbliższą sobotę (02.04), jeśli chętnych będzie więcej, zrobię losowanie. Miłego wieczoru!

Kategorie:meta Tagi: , ,

Historia pewnego Światła

„Światła pochylenie” to debiutancka powieść Laury Whitcomb (po niej napisała jeszcze „The Fetch”), zaliczająca się do nurtu książek dla tak zwanej „starszej młodzieży” („young adults” w wersji angielskiej). O ile ta grupa docelowa wydaje mi się stworzona nieco sztucznie, zwłaszcza patrząc na listę pozycji do niej zaliczanych, to spokojnie można stwierdzić, że książki opisane w ten sposób przez wydawców bądź samych autorów spodobają się zarówno młodszym jak i starszym czytelnikom (oczywiście dochodzi jeszcze kwestia gustu). Nie inaczej jest właśnie z powieścią „Światła pochylenie”. Rozpoczynając czytanie obawiałam się trochę, że książka może okazać się pozycją dla mrocznych nastolatków (miłość, duchy, śmierć… brzmi znajomo?). Poetycki styl łatwo mógł zamienić się w naładowany egzaltacją bełkocik… Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło, a po kilkunastu stronach wciągnęłam się w lekturę tak mocno, że ciężko było mi ją odłożyć.

Helen nie żyje od około stu trzydziestu lat. Jako Światło wyrywa się z prywatnego piekła i wciąż przebywa na ziemi dzięki obecności gospodarzy – ludzi, którym Helen musi towarzyszyć jak cień, jeśli nie chce wrócić w pełną ciemności i bólu otchłań. Gdy gospodarz umiera, kobieta natychmiast musi znaleźć zastępcę. Ostatnim jest Brown, młody nauczyciel, do którego Helen czuje coś więcej, niż tylko przywiązanie. Jak każdy gospodarz i człowiek żyjący w ogóle, Brown nie ma pojęcia o jej obecności, nie jest w stanie zobaczyć Helen, ani usłyszeć tego, co kobieta chciałaby mu przekazać. Helen cierpi męki zazdrości i odrzucenia w związku ze szczęśliwym małżeństwem Browna, żyje w nieustannym strachu przed powrotem do swego piekła, targają nią wątpliwości – kim była za życia? Co takiego uczyniła, że nie udało jej się trafić do raju? Cały ten świat przewróci się do góry nogami w momencie, kiedy podczas jednej z lekcji, na których towarzyszy swojemu gospodarzowi, spocznie na niej wzrok jednego z uczniów Browna. Przerażona i zafascynowana Helen zrobi wszystko, żeby zbliżyć się do tego, który jest w stanie przerwać jej ponad stuletnią samotność.

Jest to jedynie zarys fabuły, niewychodzący właściwie poza pierwszy rozdział. Fabuła jest dość zaskakująca, ale przede wszystkim dobrze skonstruowana, spójna i przemyślana. Czytelnik stopniowo dowiaduje się, jakie zasady rządzą byciem Światłem, poznaje historię James’a oraz kilku rodzin zamieszanych w całą historię. Przede wszystkim jednak autorka kładzie nacisk na duchowość. Poza tematem miłości, pojawia się także wątek wiary, moralności i odkupienia. Whitcomb nie pisze o konkretnej religii, jej pojęcia Boga, piekła i raju są umowne i można odnieść je do wielu wierzeń lub też do żadnego. Na dobrą sprawę ciężko stwierdzić, czy w książkowej rzeczywistości istnieje dla Helen jakiś wyższy byt – biorąc pod uwagę przedstawiony sposób odkupienia można interpretować przedmiot wiary na dowolny sposób. Zresztą, nie to jest istotne. „Światła pochylenie” traktuje raczej o stosunku człowieka do własnych wierzeń, przedstawia destrukcyjną siłę hipokryzji. Ciekawy jest także wątek obyczajowy, przedstawiony realistycznie i poruszająco, bez wyciskania łez, ale i bez tandetnego lukru. Spodobał mi się też sam związek między bohaterami, co jest niezaprzeczalnym plusem. Zakończenie pasuje do całości książki, daje czytelniczą satysfakcję i stawia pytania odnoszące się do duchowości, sensu miłości (nie tylko partnerskiej) i odkupienia.

Język Whitcomb jest przyjemny i poetycki, więc „Światła pochylenie” czyta się przyjemnie i szybko. Chwilami autorka niebezpiecznie zbliżała się do krawędzi, za którą jej sposób pisania stałby się zanadto uduchowiony, a nawet egzaltowany, zawsze jednak w porę zdążyła się opanować. Dialogi pozostają realistyczne, nie ma więc zbyt wielu powodów, do których można byłoby się przyczepić. Nie jest to może wielka literatura, ale bardzo dobra książka, refleksyjna i zachęcająca do myślenia. Polecam!

Moja ocena: 4+/6
Laura Withcomb, „Światła pochylenie” (Initium, 2010)
_______________

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Initium, za co serdecznie dziękuję.


Na marginesie natomiast chciałam dodać, że Herbatniki skończyły wczoraj roczek, z czego bardzo się cieszę. Blog pomaga mi w porządkowaniu myśli, dzięki Waszym blogom poznaję wiele ciekawych książek i filmów (nie wspominając już o wspaniałych kontaktach z autorami tychże blogów :)). Mam nadzieję, że Herbatniki będą się rozwijać, a Wy będziecie dalej pisać, żebym mogła czytać Wasze recenzje i przemyślenia. Pozdrawiam ciepło wszystkich Czytelników!