Archive

Archive for Listopad 2011

Ziemia i niebo francuskiego pilota

„Między ziemią i niebem” przeczytałam wczesną jesienią, kiedy to czytałam jedną książkę Makine za drugą. Zazwyczaj nie lubię zapoznawać się z całą twórczością jednego autora naraz. Obawiam się, że mnie znuży i zacznę dostrzegać powtarzalność w jego tematyce bądź stylu. Czasem rzeczywiście tak bywa, że po kilku książkach autor niewiele ma mi już do zaoferowania i przykro mi, że nasza znajomość kończy się z mieszanymi uczuciami albo nawet lekkim niesmakiem. Wolę więc dawkować sobie powieści interesujących mnie twórców. Jednak jak zawsze, od tej reguły też są wyjątki i dla mnie, jak już można się bez trudu domyślić, zalicza się Andreï Makine. Nawet jeśli „Między ziemią i niebem” uważam za „jedynie” bardzo dobrą, a nie doskonałą w porównaniu do reszty jego dorobku, to wciąż jest to świetna powieść. I cieszę się niezmiernie, że jeszcze sporo przetłumaczonych na polski książek jego autorstwa dopiero czeka, aż je przeczytam… Po każdej wiele sobie obiecuję i jestem spokojna, że nie spotka mnie rozczarowanie.

Ponownie udamy się w czytelniczą podróż pomiędzy Francją a Syberią, tym razem za sprawą wojskowego pilota, Jacques’a Dorme’a. W 1942 roku młody człowiek trafia na teren Rosji i ocala swoje życie dzięki wyjątkowym zdolnościom lotniczym. Zaczyna służyć w eskadrze lotniczej Alaska-Syberia, transportując amerykańskie samoloty mające pomóc Rosjanom w wojnie z Niemcami. Obserwuje rosyjską mentalność, starając się zrozumieć kraj pełen niepojętych dla niego zasad i skrajnych przeciwieństw, nie będąc w stanie ogarnąć jego złożoności. Właśnie tam, w sercu niepojętego, znajduje swoją rodaczkę, z którą rozumie się bez słów. Aleksandra, która kiedyś nosiła inne, francuskie imię, trafiła do Rosji i nie mogła już z niej wyjechać. Nie tylko fizycznie – rosyjskość zabarwiła jej duszę, tożsamość już nie była tak prosta i oczywista do określenia. Przeżyli razem zaledwie tydzień, czas ten jednak wpłynął na ich dalsze życie i gdyby nie misja Dorme’a, z góry skazana na porażkę, zapewne ciągnąłby się latami… Te kilka dni wpłynęły nie tylko na życie pilota i jego ukochanej, ale także małego chłopca z rosyjskiego domu dziecka, który po latach słyszy tę opowieść z ust Aleksandry. Uczy się ją rozumieć, tak samo jak francuskie słowa, których uczy go stara już kobieta. Francja opanowuje jego wyobraźnię, a historia pilota musi zostać przez niego zrozumiana i opowiedziana do końca. Dlatego będąc już dorosłym człowiekiem, chłopiec wyrusza w podróż śladami Dorme’a.

Makine po raz kolejny z wyczuciem przeplata ludzkie losy, trafnie określając emocje i ubierając w słowa przemyślenia swoich bohaterów. Poza poruszającymi historiami i tematem tożsamości obecnym w każdym dziele pisarza, które miałam okazję poznać do tej pory, Makine sporo miejsca poświęca także rosyjskiej obyczajowości, skupiając się na absurdach – niekiedy dramatycznych, przyrównując Rosję z czasów wojny do kraju okupowanego, w dodatku od środka, a więc w prawdopodobnie najgorszy z możliwych sposobów, czasem natomiast zabawnych, w słodko-gorzki sposób: na przykład kiedy dzieci z domu dziecka zwożone są na miejsca spotkań i wieców, by tworzyć rozentuzjazmowany tłum, nie mając nawet pojęcia, kim jest przemawiający osobnik. Mimo krytyki, przez prozę Makine przebija się głębokie uczucie, jakie pisarz żywi do miejsca swojego urodzenia, czułość do pełnej sprzeczności Rosji, do jej mieszkańców i zadziwiających niekiedy obyczajów. Po raz kolejny autor trafia w moją wrażliwość, pisząc w niezwykły sposób o najzwyklejszych sprawach, o ludzkiej samotności i poszukiwaniu odpowiedzi, które tak często leżą poza naszym zasięgiem.

Warto wspomnieć także, że jest to ponoć ostatnia część trylogii rozpoczętej genialnym „Francuskim testamentem”, a postać Aleksandry ma być tą samą Aleksandrą, o której mowa w nagradzanej powieści. Nie pamiętam już dokładnie „Francuskiego testamentu” i nie do końca potrafię chronologicznie umiejscowić wydarzenia z „Między ziemią i niebem” w tamtej historii, ciężko mi się więc do tego szerzej odnieść. Wciąż jeszcze nie czytałam drugiej części trylogii i nie mogę znaleźć informacji, który to tytuł. Chronologia nie jest tu jednak ważna, bo i bez znajomości „Francuskiego testamentu” można się zachwycić „Między ziemią i niebem”, jest to bowiem powieść zapadająca w pamięć, bogata w treści i niebagatelna.

Tytuł: Między Ziemią i Niebem
Tytuł oryginału: La Terre et le ciel de Jacques Dorme
Autor: Andreï Makine
Tłumaczenie: Małgorzata Hołyńska
Wydawnictwo: Czytelnik, 2004
Ilość stron: 172
Moja ocena: 5/6

Lahiri – tłumaczka utalentowana

„Tłumacz chorób” to debiut Jhumpy Lahiri (nagrodzony Pulitzerem), a także pierwsza książka jej autorstwa, którą miałam okazję przeczytać. Do tej pory moja wiedza o tej autorce indyjskiego pochodzenia (urodziła się wprawdzie w Londynie, jej rodzice pochodzą z Bengalu, a ona sama uważa się za pół-Amerykankę) ograniczała się do notki biograficznej oraz przeświadczenia, że jest to chyba najpiękniejsza znana mi pisarka. Po przeczytaniu „Tłumacza chorób” przekonałam się także, że ma ona niebanalny talent i z wielkim wdziękiem potrafi pisać o rzeczach pozornie prostych, niekiedy nawet banalnych, które jednak poruszają czytelnika, zwłaszcza, jeśli interesują go tematy tożsamościowe i imigranckie. Jednakże proza Lahiri nie ogranicza się do wspomnianej tematyki i pełna jest motywów uniwersalnych, które sprawiają, że ten zbiór opowiadań treściowo jest w moim odczuciu bliski ideału.

Na książkę składa się dziewięć opowiadań, większość historii ma miejsce w środowisku indyjskich imigrantów w USA, kilka dzieje się w samych Indiach. Każda miniatura pokazuje fragment zwykłego życia bohaterów – narastający kryzys w małżeństwie, wycieczka do kraju przodków, wynajmowanie mieszkania u bogatej i ekscentrycznej Amerykanki, czy przyjaźń pary Hindusów i ich małej córeczki z mężczyzną bengalskiego pochodzenia, którzy z napięciem śledzą transmisje z ogarniętej zamieszkami ojczyzny. Za każdym razem Lahiri w subtelny sposób używa opowiadanej historii jako punktu wyjścia do przedstawiania zderzenia lub przenikania się kultur i życia w obcym kraju. Zagadnienie tożsamości i zrozumienia nie jest pokazane w nachalny sposób, a autorka nie stara się oceniać i wartościować. Zarysowuje spostrzeżenia i konflikty pozwalając, by czytelnik sam się z nimi zmierzył i doszedł do własnych wniosków. Bohaterowie w większości wzbudzają sympatię, a same opowiadania emanują ciepłem, nawet jeśli traktują o sprawach przykrych i niełatwych. Są bardzo ludzkie, kameralne i chyba przez to mają w sobie taką siłę – nietrudno poczuć empatię i zbliżyć się do opowiadanych historii. Ciężko mi nawet wybrać takie, które uznałabym za najlepsze – uwiodło mnie już pierwsze, w którym oddalone od siebie małżeństwo zaczyna prowadzić grę – przy wyłączonym z powodu awarii świetle mówią sobie o rzeczach, o których do tej pory nigdy nie rozmawiali. Do samego końca ciężko ocenić, czy powtarzające się codziennie przez tydzień zwierzenia prowadzą do odrodzenia się uczuć, czy całkowitej katastrofy. Nerwowo przerzucałam strony, żeby dowiedzieć się, co stanie się z rodziną Bengalczyka z kolejnego opowiadania, z czułością i smutkiem czytałam o dziewczynie nawiązującej romans z żonatym mężczyzną i małym chłopcu z rozbitego małżeństwa… Za każdym razem bez przeszkód wślizgiwałam się w świat opisany w danej historii, doznawałam wzruszeń i rozmyślałam o tym, co się bohaterom przydarzyło i co z nimi będzie dalej. Ostatni tekst, „Trzeci i ostatni kontynent” jest po prostu piękny i wspaniale spina wszystkie dziewięć historii, choć żadna z nich nie ma ze sobą fabularnie nic wspólnego.

Jest jeszcze jeden motyw, który łączy wszystkich bohaterów, a jest nim głęboka samotność, niekiedy nawet poczucie wyobcowania. Głównie jednak jest to osamotnienie, niekoniecznie spowodowane nieprzyjaznymi warunkami lub brakiem serdeczności od ludzi otaczających postaci. To uczucie noszone głęboko, które w pewnym momencie staje się cechą charakteru. Z jednej strony niekiedy rozdzierająco przykre, jest także na swój sposób naturalne, przypisane jak gdyby człowiekowi i ujawniające się w warunkach takich, jak na przykład emigracja, ale nie tylko. Lahiri pisze o tym z prostotą daleką od banału.

Podobno Polacy statystycznie nie lubią opowiadań, ja natomiast uwielbiam krótkie formy, mam jednak co do nich spore wymagania. Jhumpa Lahiri swoim zbiorem spełnia moje oczekiwania – teksty są wyważone, nie ma w nich niepotrzebnych fragmentów, myśl przewodnia jest subtelnie, lecz mocno zarysowana, problematyka ważna i fascynująca. Niczym tytułowy tłumacz chorób, które zadaniem jest pośrednictwo między lekarzem a cierpiącym pacjentem, autorka wydaje się przyjmować rolę tłumaczki, przekładając uczucia imigrantów i mieszkańców Półwyspu Indyjskiego na język, którym włada ogólnie ujęty członek kultury zachodniej. Robi to z wielkim wyczuciem i wzruszająco, pozostaje więc się tylko cieszyć, że wszystkie jak do tej pory książki wydane przez Lahiri są dostępne w języku polskim.

Tytuł: Tłumacz chorób
Tytuł oryginału: Interpreter of Maladies
Autor: Jhumpa Lahiri
Tłumaczenie: Maria Jaszczurowska
Wydawnictwo: Znak, 2002
Ilość stron: 208
Moja ocena: 5+/6

Powrót do Wilżyńskiej Doliny

Chwila! Jeśli okładka zamieszczona obok wywołała w Was odruch ucieczki, proszę, weźcie głęboki wdech i starając się na nią nie patrzeć dajcie książce szansę. „Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny” jest bowiem książką przecudnej urody, pełną czaru, inteligentnego humoru i linijek chwytających za serce. Zresztą, może i przesadzam z okładką, dla mnie niestety jest dość szkaradna i zupełnie nie pasująca do charakteru tego zbioru opowiadań. Zawsze ceniłam sobie książki wydawane przez Runę – estetyczne grzbiety, na wielu okładkach wysmakowane i nieźle dobrane ilustracje. Teraz jednak podobają mi się coraz mniej, a każde wznowienie jakiejś książki ma w moim odczuciu okładkę gorszą niż poprzednie. Oczywiście, to już kwestia gustu, a pomijając niezbyt szczęśliwą szatę graficzną, Runa nadal wydaje fantastykę interesującą i promuje polskich autorów.

Anny Brzezińskiej promować oczywiście nie trzeba. Ja znam jej twórczość dzięki absolutnie wspaniałym „Wodom głębokim jak niebo” oraz pierwszej części historii o Babuni Jagódce, „Opowieściom z Wilżyńskiej Doliny”. Jeśli ktoś czytał tę drugą książkę, mam nadzieję, że wystarczającą zachętą będzie stwierdzenie, że kontynuacja nie tylko utrzymuje poziom części pierwszej, ale wciąż jest pełna świeżości i uroku, a autorka z gracją przeskakuje od przezabawnych fragmentów, pełnych ironii i czarnego humoru do kawałków refleksyjnych, aż zaskakujących swoją nagłą trafnością i poruszającą puentą. Ja po raz drugi zostałam oczarowana i dość powiedzieć, że książkę kupiłam i przeczytałam natychmiast, co mi się prawie nie zdarza – zazwyczaj książka musi odstać na półce swoje. Czary jakieś?

Na książkę składają się opowiadania o Babuni Jagódce, wiedźmie rezydującej w pobliżu wioski w Wilżyńskiej Dolinie. Babunia to złośliwa starowina, której lepiej nie podpadać, włada potężną magią, a po użyciu zaklęcia „piękna i młoda” jest w stanie uwieść każdego, z czego skwapliwie korzysta. O swoją wiejską trzódkę dba, jeśli tylko okazują jej należyty szacunek i gotowi są przyjść prosić o radę. A że wieś jest zbiorowiskiem najróżniejszych indywiduów i przyciąga kolejne dziwolągi, pracy jest zawsze co niemiara. Na przykład po okolicy kręci się smok i do wioski napływa rycerstwo i całe jarmarki, typowe dla polowań na te przerośnięte gady, co zakłóca spokój Babuni. Innym razem zjawiają się dwa wielcy panowie, proszący o pozbycie się kochanka ich siostry. Jedna kobieta chce pozbyć się męża, inna chce mieć ich dwóch, a syn najbogatszego kmiecia we wsi zakochuje się w rusałce i stwierdza, że albo ona zostanie jego żoną, albo żadna inna. Dzieje się dużo, magia i humor skrzą się po kątach, a kiedy gdzieś błyśnie prawdziwa miłość, okazuje się ona silniejsza od wszystkich czarów…

Brzmi zbyt bajkowo? Odrobinę banalnie? Jeśli tak – są to moje niedostatki. Świat wykreowany przez Brzezińską to alternatywne średniowiecze, jeśli nawet nie jest się entuzjastą bądź entuzjastką fantastyki, wystarczy odrobina wyobraźni, by się w tym świecie odnaleźć i dobrze się bawić. Język pełen jest archaizmów, jednak są one bardzo umiejętnie wprowadzone i nie utrudniają czytania. Stylizacja językowa jest zabiegiem dość ryzykownym, zwłaszcza w wersji konsekwentnej, nie tylko w dialogach. Tu jednak udała się znakomicie, autorka nie na darmo jest mediewistką i świetnie radzi sobie z oddaniem atmosfery swojego uniwersum. Dodatkowo, we wszystkich niemal opowiadaniach o Wilżyńskiej Dolinie (z obu tomów) znaleźć można najróżniejsze re-tellingi znanych baśni i legend, co ja osobiście uwielbiam i zawsze z przyjemnością wyszukuję znane mi motywy. Polecam więc gorąco, oczywiście jeśli to Wasze pierwsze odwiedziny w Dolinie – zacznijcie od „Opowieści z Wilżyńskiej Doliny”, obie książki są rewelacyjne. Ja z niecierpliwością czekam na tom trzeci, choć nigdzie niestety nie znalazłam informacji, że takowy miałby powstać. A jeśli chodzi o okładkę – prawdziwe znów okazuje się przysłowie, by nie oceniać po pozorach, a zawsze jeszcze pozostaje obłożenie czytanej pozycji w ładny papier…

Tytuł: Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny
Autor: Anna Brzezińska
Wydawnictwo: Runa, 2011
Ilość stron: 448
Moja ocena: 6/6