Archive

Archive for Wrzesień 2009

„Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg

30/09/2009 1 komentarz

smażone zielone pomidory

„Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg przypominają trochę amerykański serial obyczajowy. Nie taki nowoczesny, z gatunku tych, które opowiadają o sukcesach młodych prawników w wielkich miastach, ale taki o trochę sennym miasteczku gdzieś na amerykańskim końcu świata, gdzie wszyscy się znają, przeżywają swoje małe radości i dramaty, a każdy odcinek poza historią głównych bohaterów opowiada też o jakimś incydencie z życia ich rodziny, przyjaciół bądź wrogów. Może taki opis nie brzmi zbyt obiecująco, jednak choć nie zachwyciłam się książką Fannie Flagg (a trochę miałam nadzieję, że spodoba mi się naprawdę mocno po tym, co o niej słyszałam), to jednak chwile spędzone na lekturze mijały mi szybko i bardzo przyjemnie.

Początek nie jest zbyt obiecujący: w latach 80. zakompleksiona czterdziestolatka razem z mężem, z którym zupełnie nie potrafi znaleźć wspólnego języka, odwiedza jego matkę, która nigdy nie jest z niej zadowolona, w domu spokojnej starości. Nie mając ochoty na wspólne oglądanie telewizji, ucieka do pokoju odwiedzin, by tam oddawać się swojej depresji i pochłanianiu słodyczy. Spotyka tam staruszkę, Ninny Threadgoode, z którą nawiązuje znajomość i rozmowę. A raczej to Ninny zaczyna prowadzić swoisty monolog, chwilami przypominający nieskrępowany strumień świadomości: opowiada o latach swojej młodości, a przede wszystkim o rodzinie Threadgoode’ów, miasteczku Whistle Stop i znajdującej się w nim kawiarni, prowadzonej przez dwie kobiety. Losy rodziny i przyjaciół Ninny zaczynają fascynować Evelyn, a dzięki rozmowom ze staruszką, zaczyna ona powoli zmieniać swoje życie, przechodząc wzloty i upadki, małe rewolucje, aby na końcu odnaleźć zgodę z samą sobą.

„Smażone zielone pomidory” są zlepkiem kilku narracji: część opowiada o wizytach Evelyn w domu starców oraz jej przemyśleniach i zmaganiach z codziennym życiem, pozostałe to historie z lat 30. oraz wycinki z gazet traktujące o opisywanych wydarzeniach. Nie utrudnia to lektury, wręcz przeciwnie, dodaje książce uroku, zwłaszcza poprzez kreowanie nastroju amerykańskiego miasteczka z początku ubiegłego stulecia. Fannie Flagg napisała przyjemną i lekką powieść obyczajową, dodając sporo przemyśleń na temat rasizmu i segregacji, która miała wtedy miejsce w Stanach, feminizmu, roli płci, religii i rodziny w życiu człowieka. Chwilami wydawało mi się to trochę naiwne, jakby przesadzone, a nie na tyle zabawne, żebym uznała to za zamierzony dowcip, choć miejscami książka potrafiła rozśmieszyć, więc może w tych mniej zabawnych a dziwnych momentach zawiodło moje poczucie humoru. „Smażone zielone pomidory” to dobra powieść obyczajowa, która ma naprawdę świetne momenty: kilka spostrzeżeń, kilka naprawdę wzruszających scen, kilka pięknych obrazów. I choć nie zaliczam się po tej lekturze do miłośniczek tej książki i raczej nie sięgnę po pozostałe książki autorki, to polecam ją każdemu, kto ma ochotę na ciepłą i podnoszącą na duchu historię. Sama natomiast ciekawa jestem tytułowej potrawy – nie dość, że pomidory, to do tego jeszcze zielone! Brzmi jak coś zaprojektowanego specjalnie dla mnie :)

Fannie Flagg, „Smażone zielone pomidory” (Prószyński i S-ka, 2008)

„Czas Czerwonych Gór”, Petra Hůlová

Czas Czerwonych Gór

„Czas Czerwonych Gór” znalazł się na mojej liście książek do przeczytania od razu po tym, jak dowiedziałam się o jej istnieniu. Od dawna pociągała mnie Mongolia, wciąż dzika i niedostępna, a przy tym tak mało znana. Bardzo chciałam dowiedzieć się więcej o mongolskiej kulturze i zwyczajach, a dodatkową zachętę stanowił fakt, że „Czas Czerwonych Gór” to powieść obyczajowa, pokazująca zwykłe życie mieszkańców Mongolii i probująca wniknąć w ich mentalność. Ideałem byłaby tu książka napisana przez rodowitego Mongoła lub Mongołkę, ale debiutująca tą powieścią Petra Hůlová studiowała mongolistykę i dużo czasu spędziła w tym kraju, więc myślę, że można jej zaufać, kiedy pisze o realiach współczesnego stepu i Miasta Ułan Bator.

Mongolia w „Czasie Czerwonych Gór” to kraj nieprzystępny, porywający pięknem surowego krajobrazu, ale i przygniatający surowymi zwyczajami, brakiem poszanowania ludzkiej godności i ciężkimi realiami życia codziennego. Hůlová opowiada historię rodziny mieszkającej na stepie, a jej narratorkami są kobiety: trzy siostry oraz ich matka i córka jednej z nich. Ważnymi bohaterkami, pozostającymi jednak bez głosu w książce są babcia Dolgorma, uważana zwłaszcza po śmierci za wielką szamankę oraz czwarta siostra dziewcząt, zmarła we wczesnej młodości Magi. Dzaja, Nara i Ojuna, ich matka Alta, a także córka Dzai, Dolgorma, usiłują ułożyć sobie życie w nieprzychylnej Mongolii, przeżywają swoje małe radości, wielkie dramaty, są wykorzystywane, upokarzane, ale przede wszystkim usiłują zgłębić skomplikowane wzajemne relacje. To właśnie trudne związki rodzinne stanowią główny temat powieści i są jej najmocniejszym punktem, dzięki nim książka staje się uniwersalna i nie ogranicza się do fabularyzowanego zbioru opowiadań o mongolskiej kulturze. Bohaterki cenią sobie więzy rodzinne, z drugiej strony nie potrafią się dogadać, pełne są wzajemnych żalów, niespełnionych oczekiwań i niezrozumienia dla drugiej. Świat mężczyzn pozostaje dla nich w większej części zagadką, której zdają się nie potrzebować zgłębiać. Dzaja i Nara szukają szczęścia w Mieście, ale nie są w stanie wykorzystać danej im szansy. A może szansa dawana przez los jest tylko pozorna, a dziewczęta przybyłe ze stepu do Ułan Bator czeka tylko jeden los, jeśli w porę nie znajdą kogoś, kto o nie uczciwie zadba? Dzaja wydaje się marnować okazje, które życie przed nią tworzy, ale może taki jest los erlica, nieślubnego dziecka, którego od małego spotykało się z pogardą i złym traktowaniem. Nara, kolejny erlic Alty, z natury bardziej niezależna od reszty sióstr, próbuje ułożyć sobie życie po swojemu, ale nad wszystkim co robi kładzie się cień jej nieudanego romansu, po którym nawet najbliższa jej Dzaja uznała, że siostra zamieniła się w odmieńca. Ojuna wydaje się mieć poukładane życie z mężem i dziećmi, ale postronni obserwatorzy widzą je bardziej jako klęskę, niż dobrą sytuację rodzinną, a sama Ojuna jest tak przepełniona goryczą i wyższością biorącą się dawnych uraz, że ciężko uwierzyć, by mogła być szczęśliwa.

Smutny to portret kobiet w Mongolii, a jednak „Czas Czerwonych Gór” czyta się dobrze, autorka nie zanudza, ani nie potęguje patologii i przykrych scen w celu zaszokowania czytelnika. Jej kobiety są prawdziwe, można im współczuć, choć nie tak łatwo je polubić. To książka także o niezrozumieniu, o braku dobrej woli do naprawiania wzajemnych relacji, o przyjmowaniu życia takim, jakim jest, pogodzeniu się z samotnością i bólem. Hůlová opowiedziała swoją historię kolokwialnym językiem, pełnym mongolskich zwrotów, co jednak nie przeszkadza w jej odbiorze, a zdaje się dobrze odzwierciedlać charaktery poszczególnych bohaterek i ich proste pochodzenie. Potoczne słownictwo miesza się z poetyckimi sformułowaniami, dając w rezultacie bardzo przyjemną mieszankę. Nie jest to może lektura obowiązkowa, ale polecam ją każdemu, kogo fascynuje ten niezwykły kraj oraz lubi poplątane historie rodzinne. Jestem ciekawa innych książek Hůlovej, zwłaszcza wydanej w 2008 roku powieści „Przystanek tajga”.

Petra Hůlová, „Czas Czerwonych Gór” (WAB, 2007)

Mój Londyn

IMG_0129

Tygodniowy wyjazd do Londynu był dla mnie jak zaczerpnięcie świeżego powietrza, nawet nie wiedziałam, jak bardzo mi to było potrzebne. A wycieczka ta została zaplanowana trochę w ostatniej chwili. Planowałyśmy z przyjaciółką wybrać się do Anglii już od dawna, bo nigdy tam nie byłyśmy, a pomijając ciekawość i pragnienie zobaczenia, studia i wykonywany zawód trochę nas do tego zobowiązują… Tak więc zebrałyśmy się w sobie i zaplanowałyśmy tygodniowy wyjazd, potykając się co chwila i zdobywając informacje na bieżąco, ale – UDAŁO SIĘ!

IMG_0132

St. Paul's Cathedral

Londyn przywitał nas piękną pogodą, która niestety trochę się później popsuła i miałyśmy okazję zobaczyć stolicę Anglii taką, jaką często widziałam w swoich wyobrażeniach – deszczową i wietrzną. Mieszkańcy wydają się być jednak przyzwyczajeni, bo kiedy my obwijałyśmy się ciaśniej chustką i stawiałyśmy kołnierz kurtki, oni biegali w koszulkach z krótkim rękawkiem lub krótkich spódniczkach. Myślę, że sama też mogłabym się szybko przyzwyczaić do takiego klimatu, bo lubię deszcz i wiatr. Jednak zgodnie z logistyką pakowania pt. „wziąć jak najmniej ubrań, żeby było miejsce na książki” (miałyśmy wykupiony tylko bagaż podręczny w samolocie) nie wzięłyśmy zbyt wielu ciepłych ubrań (bo za ciężkie i za dużo miejsca zajmują), więc kiedy deszcz przemoczył nasze cieplejsze odzienie, musiałyśmy trochę kombinować, ale ani na chwilę nie zepsuło nam to humorów i od rana do wieczora chodziłyśmy po mieście.

IMG_0251

Poza typowymi atrakcjami turystycznymi chciałyśmy też zobaczyć trochę „zwyczajnego” Londynu, miejsc mniej znanych, a wartych zwiedzenia. W ułożeniu planu wycieczki pomogła nam Chihiro i dzięki niej trafiłyśmy w zakątki pomijane w naszym małym przewodniku, jak na przykład kolorowy rynek Spitalfields, gdzie rozmaite ładne rzeczy, ubrania, chustki, szkatułki, biżuteria, książki, a wreszcie i jedzenie przyciągały uwagę i można by tam spędzać długie godziny. Wreszcie też na własne oczy przekonałam się, że sklepy vintage naprawdę różnią się od zwykłych lumpeksów (a patrząc na witryny niektórych sklepów w Łodzi można zwątpić w jakiekolwiek różnice między nimi). W Londynie znaleźć można mnóstwo uroczych sklepików, nie tych typowo pamiątkarskich, ale z rękodziełem, antykami, ciekawymi ubraniami i oczywiście – z książkami. Antykwariaty kuszą wieloma interesującymi tytułami i niskimi cenami (książki prawie nowe są tańsze niż polskie tłumaczenia w naszych antykwariatach), więc gdyby nie ograniczenia bagażowe, wróciłabym z górą książek, a tak to ograniczyłam się do pięciu (oraz kupiłam kilka książkowych prezentów…). Bardzo dobrym rozwiązaniem są wszelkiego rodzaju ‚charity shops’, w których kupić można przysłowiowe mydło i powidło (z naciskiem na ubrania, płyty, filmy i książki), a pieniądze zapłacone za towar przekazywane są na cele dobroczynne. Najpopularniejszą siecią takich sklepików jest chyba Oxfam, w Londynie można znaleźć kilka punktów. Zachwycają kolorowe stoiska na Brick Lane, które w połączeniu z multikulturowością (istnieje takie słowo…?) tej dzielnicy sprawia, że chwilami ciężko się połapać, w jakim regionie świata człowiek tak naprawdę się znajduje. Widziałyśmy także uliczkę, na której w soboty mieści się Portobello Market, ale trafiłyśmy tam innego dnia, więc musiałyśmy zadowolić się różnorodnymi sklepikami mieszczącymi się przy tej ulicy, co i tak było ciekawe. Jednak jeśli o zakupy i stoiska chodzi, to najbardziej spodobały mi się stragany rozstawione wzdłuż rzeki, kolorowe i pełne wszystkiego. Wystawiono je z okazji jakiegoś festiwalu na deptaku wzdłuż Tamizy, gdzie nam się bardzo przyjemnie spacerowało i podziwiało widok drugiego brzegu.

Pod względem architektonicznym Londyn jest bardzo ciekawym miastem, gdzie stare miesza się z nowym, a i nowe tworzone jest na różne sposoby. Zdecydowanie bardziej do gustu przypadły mi stare domki i kamieniczki, jak gdyby niezmienione od stu lat. Patrząc ponad samochodami i współcześnie ubranymi ludźmi na wyższe piętra i dachy można przenieść się na chwilę w czasie. Dlatego najpiękniejszą dzielnicą w Londynie wydało mi się Bloomsbury, po którym oprowadziła nad nieoceniona Chihiro. Wspaniale szło się wąskimi uliczkami pełnymi pięknych budynków, co jakiś czas pokazywał się ukryty między domami skwer, a po drodze mijałyśmy antykwariaty i księgarnie, do których grzechem byłoby nie wejść. Znalazłam sobie także miejsce (jedno z wielu w Londynie…), gdzie mogłabym zamieszkać – niestety nie pamiętam nazwy tej cudownej księgarni, ale wyróżniało ją to, że książki posegregowane były krajami, których dotyczyła ich treść. I tak w dziale Japonia można było znaleźć nie tylko przewodniki, reportaże i mapy dotyczące danego kraju, ale także powieści Japończyków i innych autorów o Japonii. W sam raz na peryferyjne wyzwanie czytelnicze!

IMG_0141

Nowoczesne budownictwo londyńskie jest moim zdaniem dość kontrowersyjne. Przede wszystkim: jest brzydkie. Ale o ile taki Gherkin może się podobać lub nie, ale wygląda jak coś rzeczywiście nowoczesnego i niemalże kosmicznego, to część budynków przypomina łódzki Hotel Centrum, będący najbrzydszym budynkiem w moim mieście i stanowiący niechlubną pamiątkę po PRLu. Pomyśleć, że londyńczycy robią to sobie dobrowolnie… Patrząc na budowle dopiero co powstające, można pomyśleć, że architekci nie potrafią utrafić w proporcje betonu i szkła, a nieregularne kształty nie zawsze oznaczają tworzenie miasta przyszłości. Pewnie zobaczyłam za mało, żeby oceniać całe miasto, ale to, co buduje się nad Tamizą jest w większości naprawdę dość koszmarne.

IMG_0118

Gherkin

Oczywiście udałyśmy się do królowej, ale widząc długą kolejkę i nie chcąc wydać zbyt wiele pieniędzy zdecydowałyśmy się pooglądać Buckigham Palace przez płot. Nie zachwycił mnie ani nie poruszył, w odróżnieniu od Westminster Abbey, które jest jednym z najpiękniejszych budynków w Londynie.

IMG_0167

Westminster Abbey

Samą przyjemnością było także spacerowanie po Soho, Oxford Street i siedzenie sobie na Trafalgar Square. Notting Hill olśniewa willami, a dzielnica South Kensington eleganckimi budynkami, na swój sposób bogatszymi niż te z Notting Hill. Oczywiście wybrałyśmy się także do muzeów. W Tate Britain podziwiałam kolekcję Turnera, dowiedziałam się, że jestem wielbicielką Millais’a i zawiodły mnie przedstawione tam obrazy Blake’a, którym bliżej było do czarnej plamy na czarnym tle niż do tego, co spodziewałam się zobaczyć. National Gallery mieści się w pięknym budynku i można tam znaleźć wiele sławnych obrazów, choć nie widziałam tam żadnych swoich ulubionych dzieł. Bardziej spodobało mi się mniejsze Victoria & Albert Museum, w którym organizowane są interesujące i nietypowe wystawy, jak np. ta dotycząca bajkowego designu opisywana przez Chihiro, jak gdyby wyciągnięta z jednej z opowieści Poe’a. Najbardziej upiorne były kapcie zrobione z małych kretów, w których na pewno możnaby bezszelestnie poruszać się wielkim, opuszczonym domostwie o kamiennych posadzkach… Podobało mi się także British Museum, choć chodząc po nim nie mogłam nie myśleć o tym, że większość znajdujących się tam rzeczy nie powinna znajdować się w Wielkiej Brytanii, a w krajach, z których pochodzi. Czy to w porządku, że np. Grecy muszą przyjechać do Londynu by podziwiać swoją spuściznę? Czy są to dobra ogólnoludzkie, więc mogą być akurat tam, gdzie ktoś je przywiózł (np. z wojny…), czy też stanowią dziedzictwo kulturowe danego regionu i tam powinny pozostać. Ja skłaniam się do tej drugiej opcji. Jak się nad tym zastanowić – dlaczego oryginał Bramy Isztar stoi sobie w Muzeum Pergamonu w Berlinie, a w Babilonie, czyli na terenie dzisiejszego Iraku, stoi jej nędzna kopia? Wydaje mi się to mocno nie fair… Mimo to – zbiory British Museum zachwycają i można tam spędzić długie godziny. Pewnym zawodem okazało się dla mnie zachwalane Natural History Museum, które choć ciekawe i niezwykle interaktywne, to jednak nie zaciekawiło mnie na tyle, żeby spędzić tam pół dnia. Ciekawiej było patrzeć na dzieciaki, które przyszły do muzeum na szkolną wycieczkę i wykonywały różne projekty. Ich reakcje na niektóre z atrakcji były bezcenne. Z samego muzeum najbardziej spodobał mi się budynek, w którym się mieściło, przepiękny.

millais

W moim prywatnym rankingu najpiękniejszy obraz Millais'a z Tate.

IMG_0202

Trafalgar Squere

 

Londyn jest zachwycającym miastem, ale to nie budynki i muzea podobały mi się najbardziej, a jego różnorodność, prawdziwa mieszanka kultur, przekonań, wierzeń i poglądów, którą widać niemal na każdym kroku. Kolorowe twarze, barwne stroje, rozmaite języki oraz kuchnie z najróżniejszych zakątków świata to coś, co sprawiało, że czasem miałam ochotę po prostu usiąść i patrzeć na ten niezwykły tłum, dlatego właśnie tak dobrze poczułam się w Londynie i myślę, że mogłabym tam zamieszkać, przynajmniej na jakiś czas. Będąc tam miałam wrażenie, że tak to właśnie powinno być, że różne kultury mogą koegzystować i każdy znajdzie miejsce dla siebie. Nie idealizuję Londynu, wiem, że nie zawsze bywa tam wesoło, a życie emigranta nie jest zazwyczaj związane z natychmiastową asymilacją, ale i tak wydaje mi się, że Wielka Brytania jako ogół potrafi radzić sobie z problemem emigracji dzięki szacunkowi i pozwoleniu na życie po swojemu. Nie chodzi tylko o rasy i narodowości – takiej rewii mody, gdzie wszystko wydaje się być dozwolone nie widziałam od dawna, o ile w ogóle kiedyś… Emigranci ubogacili także raczej mało zachęcająco kuchnię brytyjską, a my z radością stołowałyśmy się to w tajskim, to indyjskim, a raz nawet etiopskim barze, gdzie jedzenie wprawdzie przepaliło mi trochę przełyk, ale i tak było przepyszne.

IMG_0193

Londyn jest bardzo bogaty kulturalnie i to także można odczuć na każdym kroku, a ja czułam się tam swobodnie i tak lekko, jakby nagle wokół mnie zrobiło się więcej przestrzeni. Wróciłam naładowana pozytywną energią, chęcią działania i potrzebą zmian w moim życiu. Zobaczyłam, że naprawdę może być inaczej, że ludzie mogą się do siebie odnosić przyjaźnie i grzecznie na każdym kroku – zawsze próbowałam tak postępować, ale czasem stykając się z murem niechęci człowiekowi zwyczajnie odechciewa się dalszych prób. Wyjazd podziałał na mnie orzeźwiająco, ukulturalniająco, inspirująco i ożywczo. Oby mi się ten stan jak najdłużej utrzymał :)

IMG_0182

P.S. A oto zakupione przeze mnie książki, poza dwiema na dole, „Reading Lolita in Tehran” oraz „Life and Death in Shanghai”, które dostałam od Chihiro (jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję!):

IMG_0373

„Sto odcieni bieli” Preethi Nair

Kolorowe wyzwanie nęci tak wieloma barwami, że ciężko mi było zdecydować się na krótką listę składającą się z trzech pozycji. A kiedy się już zdecydowałam, okazało się, że nie jestem typem, któremu łatwo się czyta według ustalonego planu, choćby ten plan był ułożony przez mnie samą. Prawdopodobnie więc nie przeczytam w terminie więcej kolorowych książek niż zalecane trzy, ale i tak bawię się doskonale. A ponieważ czas trwania wyzwania coraz bardziej się kurczy, zebrałam się do napisania o pierwszej z przeczytanych w jego ramach książek.

Sto odcieni bieli

„Sto odcieni bieli” Preethi Nair to ładna, indyjsko-angielska bajka, nad którą unosi się mocny aromat indyjskich przypraw i potraw. Bohaterkami są dwie kobiety, matka i córka, które los przenosi z ukochanych Indii do chłodnego Londynu. Nalini wychodzi za mąż za człowieka należącego do wyższej warstwy społecznej i początkowo żyje na południu Indii jak królowa. Powoli jednak zaczyna odczuwać, że zostaje w swojej miłości sama i kiedy mąż prosi, żeby razem z małymi dziećmi, Mają i Saćinem, przeprowadziła się za nim do Londynu, postanawia spełnić jego prośbę. Zostawia swoją matkę, znajomych oraz ukochaną ojczyznę i przeprowadza się do nieznanego kraju. Niestety, jej oczekiwania i nadzieje szybko okazują się płonne i Nalini zostaje sama w Londynie, w którym nie potrafi się odnaleźć. Jej dzieci natomiast dość szybko przystosowują się do nowych warunków i, co typowe dla drugiej generacji emigrantów, nie zależy im na umacnianiu więzi z ojczystymi Indiami. Zwłaszcza Maja, dziewczynka uparta i dość krnąbrna, czująca zawsze głęboką więź z nieobecnym teraz ojcem, odsuwa się coraz dalej od matki i wszystkiego, co kojarzy się z Indiami. Nalini powoli odzyskuje równowagę, w czym pomagają jej indyjskie potrawy – większość czasu spędza na gotowaniu, zaczyna zarabiać dzięki niemu na życie i odnajduje samą siebie w nowym otoczeniu. A także pomaga wszystkim wokół, wyczuwając ludzkie problemy i znajdując na nie lekarstwo w indyjskich przyprawach. Tylko Maja nie potrafi znaleźć dla siebie ratunku w indyjskim jedzeniu, bo to ono w pewnym stopniu stanowi jej problem – to jedzenie, jej matka i indyjskie pochodzenie. Jej droga do odnalezienia samej siebie będzie bardziej skomplikowana i dużo dalsza…

Zastanawiam się, czy Preethi Nair ukazała w postaci Mai samą siebie z lat dziecięcych. Autorka również przeprowadziła się do Anglii jako małe dziecko i pewnie dobrze poznała trudności związane z taką sytuacją. Może pisanie o tym było dla niej balansowaniem na granicy pomiędzy fikcją a bardzo osobistymi przeżyciami i dlatego w rezultacie otrzymujemy książkę powierzchowną. Żaden z dotykanych przez nią problemów nie został zgłębiony, charaktery bohaterów to dość typowe szablony postaci i choć można je polubić, to na nawiązanie więzi i kibicowanie im raczej czytelnik nie może liczyć. „Sto odcieni bieli” to całkiem miłe czytadło, które czyta się szybko i przyjemnie, ale lektura nie porusza i szybko można o książce zapomnieć tuż po zakończonym czytaniu. Ma kilka dobrych momentów, ale i kilka wciśniętych, zdawałoby się, na siłę (np. wątek narzeczonego Mai i jego rodziny). Nie jest to lektura obowiązkowa, ale też i nie zupełnie stracony czas.

Zastanawiam się nad drugą książką Nair, „Kolorami miłości”. Czy jest podobna do „Stu odcieni bieli”? Lepsza, gorsza? Warto po nią sięgać, jeśli wyżej opisywana pozycja nie zrobiła na mnie wrażenia?

Preethi Nair, „Sto odcieni bieli” (MUZA, 2004)

 

 

Dziś uczniowie po raz kolejny wzięli plecaki i poszli do szkoły zaczynając nowy rok szkolny. A w tym samym czasie 70 lat temu wybuchła wojna. Chciałam coś o tym napisać, ale blogowe koleżanki już poruszyły te tematy, a ja poczułam, że niewiele zostaje mi do dodania.