Archiwum

Posts Tagged ‘sztuka’

Sztuka „Merylin Mongoł”

Wieki nie byłam w teatrze, więc realizując swoje noworoczne postanowienie, że będę się bardziej ukulturalniać, udało mi się wreszcie zmobilizować (z ogromną pomocą koleżanki) i wybrałam się do Teatru im. Jaracza na sztukę „Merylin Mongoł”. Nie jestem wielką entuzjastką współczesnego teatru, mam wrażenie, że nowoczesne sztuki dotykają tylko jednego tematu – szarości i beznadziei otaczającej nas rzeczywistości. Uważam, że życie nie składa się jedynie z brudu i zła tego świata, a po drugie – przedstawianie tego wciąż i wciąż w formie uświadamiania widza straciło dla mnie sens. Widz już to wie, pomijając fakt, że codziennie styka się z tą rzeczywistością, powiedziało mu o tym mnóstwo wcześniejszych sztuk… Więc to wskazywanie przypomina siedzenie z założonymi rękoma i biadolenie, jakie to wszystko niesprawiedliwe, złe, brzydkie, smutne, brudne… Może powinno się to nareszcie pokazać pod trochę innym kątem…?

I tym razem nie obyło się bez beznadziei. „Merylin Mongoł” autorstwa Nikołaja Kolady opowiada historię dwóch sióstr mieszkających w małym miasteczku w Rosji, gdzie wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. Wiedzą więc, że starsza Inna straciła męża i teraz upija się niemal codziennie. Młodsza, Olga, to lekko upośledzona dziewczyna, ma romans z żonatym sąsiadem z bloku oraz twierdzi, że odwiedza ją Pan Bóg. Obie siostry desperacko pragną wyrwać się z otaczającej je beznadziei i marazmu, ale wydają się niezdolne do zmiany swego życia. Sytuacja zmienia się, kiedy ich matka wynajmuje pokój młodemu, nowoprzybyłemu pracownikowi. Mężczyzna prezentuje sobą typ intelektualisty, pisze powieść, jest inny niż mężczyźni w miasteczku. Olga i Inna widzą w nim swoją szansę na ucieczkę od dotychczasowego życia.

Poruszył mnie tekst tego utworu. Naprawdę poczułam tę pustkę, samotność i beznadzieję, wyzierającą z każdego kąta ubogiego mieszkania. Miałam ochotę podejść do Olgi, przytulić ją i powiedzieć, że wszystko się ułoży. „Jakoś”, bo jak miałoby się ułożyć? Jeśli człowiek nie znajduje sam w sobie siły, żeby zmienić swoje życie, począwszy od zmiany sposoby myślenia, bo tylko wtedy ucieczka od pochłaniającej pustki wydaje się być możliwa, to raczej nikt z zewnątrz nie jest w stanie nic zmienić w życiu takiej osoby. Patrzyłam w wielkie oczy bohaterki (granej przez Gabrielę Muskałę) i czułam jej pragnienie bycia kimś innym gdzie indziej. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie gra aktorska, choć niestety, była też czymś, co mnie umęczyło – panuje jakaś dziwna maniera (albo to ja akurat mam takie szczęście do sztuk), według której aktorzy teatralni muszą grać niesamowicie histerycznie. Albo rzucają się po scenie jak w ataku apopleksji, albo wydzierają ile sił w płucach. Tu grali według tego drugiego schematu, połowa kwestii była wykrzyczana, zupełnie moim zdaniem niepotrzebnie, po to psuło efekt, a w dodatku rozbolała mnie głowa…

Mimo kilku niedogodności, „Merylin Mongoł” mi się podobała. Tekst był miejscami bardzo poruszający i smutny, miejscami przekomiczny, zdecydowanie spektakl się nie dłużył. Nawet przekleństwa (bez których teraz już chyba żadna nowa sztuka się nie obejdzie…) miały swój sens i pasowały do bohaterów, nie miało się odczucia, że autor dołożył je na siłę, żeby zaszokować publiczność. Gdyby ktoś miał okazję, można obejrzeć. Teatr ma jednak w sobie tę magię, do której teraz chciałabym wrócić. Pewnie wybiorę się znowu do teatru trochę szybciej niż za dwa lata…

Moja ocena: 4/6

Reklamy

„Krew Kwiatów” Anita Amirrezvani

Przyznaję się bez bicia, do czytania tej książki nakłoniła mnie przede wszystkim okładka. Przyciągnęła moją uwagę, a po przeczytaniu notki wydawniczej byłam już mocno zafascynowana i w końcu kupiłam ją w ciemno (co robię bardzo rzadko, niestety…).

Bohaterka powieści Anity Amirrezvani, celowo bezimienna, jest stosunkowo ubogą dziewczyną z małej wsi w XVII-wiecznej Persji. Jedyne, co ją wyróżnia na tle rówieśniczek, to umiejętność i zapał do tkania dywanów. Jej rodzice planują wydać ją za mąż, co bohaterka przyjmuje ze spokojem dziewcząt swojej epoki – przyszłość wydaje się pewna i spokojna. Jednak na niebie pokazuje się kometa, zwiastun nieszczęść i wkrótce w rodzinie dziewczyny zdarza się tragedia – umiera jej ukochany ojciec, a ona sama wraz z matką musi wyruszyć do Isfahana, by szukać pomocy u jedynych krewnych – bogatego wuja i jego oschłej żony. Wuj dziewczyny, Gostaham, tka dywany dla samego szacha i dziewczyna jest gotowa zrobić wszystko, by tylko pozwolił jej sobie pomagać i uczyć się sztuki tkania. Nie mając wiele wyboru, zgadza się na tymczasowe małżeństwo z bogatym mężczyzną i odtąd musi do swoich obowiązków dodać także dogadzanie mężowi w łóżku. Jednak względna stabilizacja nie może trwać wiecznie i wkrótce bohaterkę spotykają coraz to nowe przeciwności losu.

Amirrezvani stworzyła naprawdę czarującą opowieść, w której fabuła przetykana jest arabskimi baśniami, wprowadzającymi klimat niczym z „Tysiąca i jednej nocy”. Książkę czyta się szybko i przyjemnie, miłym akcentem jest to, że autorka naprawdę przygotowała się do pisania biorąc pod uwagę tło historyczne i obyczajowe ówczesnej Persji. To właśnie spodobało mi się najbardziej – portret dziewczyny w pięknie sportretowanym Isfahanie, opisanym wyraziście i intrygująco. Bohaterka pasuje do swojej epoki, nie jest to współczesna dziewczyna przeniesiona w tamte realia i nawet jeśli przeciw czemuś się buntuje, to nie wykracza to poza tradycję. Czytałam tę książkę w dość łzawym nastroju i zrobiło mi się naprawdę przykro, a z drugiej strony dała mi do myślenia scena, w której dziewczyna zmuszana przez matkę do rzeczy wbrew jej własnym pragnieniom, jest przede wszystkim zła na siebie, że źle wypełnia obowiązki córki. Podobała mi się przemiana bohaterki z trochę roztrzepanej dziewczyny pogrążonej w marzeniach, w kobietę silną, która potrafi te marzenia spełnić. A także oczywiście wątek łaźni, jako sfery całkowicie kobiecej, w której na sprawy świata zewnętrznego można spojrzeć z dystansem i w oparach gorącej wody odnaleźć zrozumienie i przyjaźń.

Nasunęło mi się także skojarzenie z inną książką o bohaterce zafascynowanej światem sztuki – „Dziewczynie z Perłą”. Zdecydowanie bardziej do gustu przypadła mi bezimienna i omylna dziewczyna z Isfahanu, a także sposób zaprezentowania jej fascynacji. W „Krwi Kwiatów” nie ma bezustannych opisów kolorów dla podkreślenia wrażliwości bohaterki, a jednak czytelnik odczuwa jej fascynację i pogłębiającą się znajomość tkactwa. Książka napisana jest naprawdę ładnym językiem, a tłumaczenie to podkreśliło (pomijając kilka literówek, w tym w nazwisku autorki!). Anita Amirrezvani, Iranka wychowana w Ameryce, zapowiada się na ciekawą autorkę, łączącą w sobie dwie odmienne kultury. Chętnie przeczytałabym jeszcze jakąś jej książkę.

4,5/6
Anita Amirrezvani, „Krew Kwiatów” (Cyklady, 2007)

Na deser trochę irańskiej muzyki:

„Dziewczyna z Perłą” Tracy Chevalier

Strona założona, książki przeczytane czekają na napisanie o nich kilku słów… a ja delektuję się wiosną! Z przyczyn oczywistych ciężko mi to robić w domu przed komputerem… A do tego straszny lista lektur niezbędnych do pisania pracy magisterskiej. Jednak zebrałam się w sobie i (korzystając z faktu, że odwołali mi zajęcia) wreszcie piszę.

„Dziewczyna z perłą” Tracy Chevalier opowiada historię o oklicznościach powstania jednego z najsłynniejszych obrazów holenderskiego malarza Vermeera. Główna bohaterka, Griet, trafia do domu państwa Vermeerów jako nowa służąca. Tam staje się uczestnikiem drobnych intryg rodzinnych, a także rozpoczyna się jej fascynacja malarstwem i swoim pracodawcą – Johannesem Vermeerem. On też zaczyna dostrzegać swoją służącą, choć trudno powiedzieć, czy w taki sposób, w jaki Griet by sobie życzyła…

Kilka lat temu obejrzałam film będący adaptacją „Dziewczyny z perłą” (w reżyserii Petera Webbera, z Scarlett Johannson w roli Griet) – oglądało się go przyjemnie, choć nie do końca potrafiłam wczuć się w kreowany w nim nastrój. Podobnie było z tą książką. Lektura przyjemna, ale spokojnie można odłożyć ją na półkę i zająć się czymś innym. Z jednej strony akcja przedstawiona jest w narracji pierwszoosobowej, więc czytelnik raczej kibicuje Griet, z drugiej strony nie do końca potrafiłam ją polubić – wydawała mi się zbyt doskonała, wiejska dziewczyna, która jako jedyna rozumie problemy malarza, jest świetna w mieszaniu kolorów, stanowi obiekt westchnień większości mężczyzn występujących w książce… Autorka sprawnie pokazała powolne odrywanie się dzieczyny od rzeczywistości i dość brutalny do niej powrót. Ponieważ jest to opowieść o malarstwie, często styl dryfuje w stronę impresjonizmu, chwilami wydaje mi się to dość naciąganym zabiegiem, tak jakby Chevalier na siłę upychała kolory w opisach. Mimo to język jest ładny (a wersja oryginalna napisana dość prosto i przystępnie), więc nie czyta się źle, a cała historia jest w sumie ciekawa. Jednak czegoś w niej zabrakło i książka pozostaje przeciętna. Dobra dla osób, które z braku czasu muszą przerywać lekturę (i niedługa).

3/6
Tracy Chevalier, „Girl with a Pearl Earring” (HarperCollins Publishers Ltd, 2006)

Dodane
Pomyślałam sobie, że może ktoś nie słyszał naprawdę pięknej muzyki ze wspomnianego wyżej filmu. Oto fragment: