Archive

Posts Tagged ‘japonia’

Na cesarskim dworze

Ostatnio mam niewiele czasu dla siebie, dotyczy to także niestety czytania, nie mówiąc już o pisaniu na blogu. Dziś jednak mija ostatni dzień wyzwania Literatura japońska, więc (niestety na ostatnią chwilę, to moje przekleństwo) piszę notkę z ostatniego przedziału czasowego objętego przez wyzwanie, czyli literatury powstałej w czasach feudalnych (do roku 1868). Niełatwo mi było znaleźć jakąś książkę z tego okresu, w końcu organizująca zabawę Litera poratowała mnie podsyłając link do fragmentów powieści Murasaki Shikibu, zatytułowanej „Genji Monogatari. Opowieść o księciu Minamoto” (do przeczytania pod tym linkiem). W wersji pełnej powieść ma naprawdę pokaźne rozmiary, składa się bowiem z 54 ksiąg. Przetłumaczone rozdziały stanowią więc jedynie wyjątki obszernego dzieła, opatrzone są jednak bardzo ciekawym wstępem, wprowadzającym w świat powieści oraz przedstawiającym zasady i tło powstania „Opowieści o księciu Minamoto”. Do fragmentów został także dołączony spis wszystkich rozdziałów, oraz niezwykle cenny spis głównych bohaterów z krótkimi objaśnieniami, kto jest kim i dla kogo. Okazuje się on przydatny nawet podczas czytania zaledwie kilku rozdziałów, bowiem sytuacja na japońskim dworze i rozmaite koligacje nie należały do najprostszych.

Z racji przeczytania zaledwie kilku rozdziałów dzieła, nie będę się rozpisywać na temat fabuły. Istotne jest to, że historia dotyczy nie tylko tytułowego księcia Genji, ale także jego ojca, a następnie wnuka, jest to więc dość kompleksowo pokazana historia całego rodu. Co ciekawe, powieść „Genji Monogatari” została napisana najprawdopodobniej w 1008, jest ona uznawana za jedną z pierwszych (a niektóre źródła podają, że pierwszą w ogóle) powieść w literaturze światowej oraz największe dzieło starożytnej literatury japońskiej. Tymczasem czytając fragmenty przetłumaczone przez Szkołę Języka Japońskiego MATSUMI uderza wręcz forma i sposób opisu bardzo zbliżony do współczesnego. Oczywiście, na pewno nie bez znaczenia jest tu sam przekład, jednak pewne kwestie nie zależą od tłumacza i pozytywnie mnie to zaskoczyło. Wybrane fragmenty koncentrują się na przeżywaniu smutku, poczuciu straty i poszukiwaniu pociechy w pięknie i poezji, które być może nie odpędzają złych chwil, ale poprzez uczynienie ich subtelnymi i pełnymi urody, pomagają przeżyć je z godnością. Nawet opisując dramat księcia po stracie ukochanej żony, Murasaki dostrzega wokół piękno, co nie umyka też uwadze samego Minamoto. Dodatkowo proza co i rusz przeplatana jest wierszami tanka, komentującymi bądź podkreślającymi sytuacje, w jakich znajdują się bohaterowie. Wiersze komponuje nie tylko książę, ale i większość dobrze urodzonych kobiet pojawiających się w powieści, a także sam cesarz. Wszechobecna melancholia, głęboko przeżywany smutek, ale nade wszystko panująca nad treścią estetyka przywodzą na myśl stare japońskie obrazy lub drzeworyty. Styl pisania Murasaki jest jasny i przejrzysty – znów mam ochotę porównać go do czytelnej, estetycznej kaligrafii. Zapewne sporo specyfiki tekstu i jego poetyckości umknęło podczas przekładu, pozostaje on jednak naprawdę przyjemny i obrazowy w odbiorze.

Choć Murasaki opisywała swoją codzienność i nie skupiała się na wyjaśnianiu tradycji i etykiety, powieść stanowi prawdziwą kopalnię wiedzy na temat życia w feudalnej Japonii. Oczywiście przydają się liczne przypisy i czytając całość dzieła na pewno zaszłaby potrzeba posiłkowania się dodatkową bibliografią tłumaczącą zwyczaje panujące wówczas na cesarskim dworze. Myślę jednak, że każdy czytelnik interesujący się kulturą Japonii znajdzie w tej książce coś nowego. Dla mnie była to naprawdę ciekawa lektura, pomagająca się też oderwać od codzienności – odległy świat z przeszłości, gdzie piękno i estetyka stanowiły niezwykle istotne wartości wspaniale się do tego nadaje – i mogę polecić ją wszystkim chcącym poznać dawniejszą Japonię.

Ponieważ przeczytałam jedynie fragmenty, rezygnuję z tradycyjnego oceniania książki.

Koszmarna korporacja

Gdyby tak zapytać osoby średnio zainteresowanej Japonią, z czym kojarzy jej się Kraj Kwitnącej Wiśni, myślę że w pierwszej dziesiątce (oczywiście po samurajach, gejszach, sakurze i pewnie nawet czerwonych karpiach koi) znalazłyby się korporacje. Mityczne placówki, które ze swych pracowników wysysają wszelkie siły do pracy i energię do życia, aż nieszczęsny człowiek popełnia samobójstwo lub umiera z przepracowania. Gdzieś w tle majaczą hotele kapsułkowej, bo przecież nieszczęśnicy nie mają czasu na powrót do domu i generalnie, ich żywot to piekło na ziemi. Wszystko to trzeba oczywiście przesiać przez grube sito, jako że wokół pracowitych jak mrówki Japończyków narosły już niemałe mity, przyznać jednak należy, że pracujący w wielkich korporacjach ludzie muszą pracy poświęcić rzeczywiście dużo swego czasu i zaangażowania. O tym traktuje książka Amélie Nothomb, „Z pokorą i uniżeniem”. Książka powstała w oparciu o jej własne doświadczenia, a ona sama jest główną bohaterką. Nie uznałabym jej jednak za powieść biograficzną, gdyż nie znalazłam nigdzie potwierdzenia takiego stanu rzeczy, a opisane zdarzenia wydają mi się aż nazbyt „drastyczne”, by mogły przydarzyć się osobie kilka lat mieszkającej w Japonii, posiadającej tam przyjaciół i siłą rzeczy mającej pojęcie o tamtejszych realiach.

Amélie przyjmuje posadę tłumaczki w firmie Yumimoto, szybko jednak okazuje się, że nie ma dla niej konstruktywnego zajęcia i dziewczyna znajduje sobie mniej lub bardziej pozbawione sensu zadania, byle tylko móc się czymś zająć. Nie mogąc dostosować się do reguły, według której przed awansem prowadzącym do pracy na stanowisku docelowym, pracownik musi swoje odrobić jako firmowe popychadło, Amélie pakuje się sado-masochistyczny konflikt z przełożoną i mimo chwilowych wzlotów, ląduje na etacie sprzątaczki łazienek. Na szczęście do całej sytuacji podchodzi z humorem i determinacją, obiecując sobie, że przepracuje pełny rok kontraktu. Jej perypetie, chwilami przezabawne, innym razem frustrują swoją niesprawiedliwością. Czytelnik coraz bardziej wczuwa się w losy bohaterki, życząc jej, by sprawiedliwość zatriumfowała… I choć pewien triumf przychodzi, nie jest to mimo wszystko scenariusz hollywoodzkiego filmu, niegodziwi pracodawcy nie zostaną więc należycie ukarani, a samej Amélie nierzadko chce się przypomnieć, że skoro chciała pracować w japońskiej firmie, to powinna się trochę więcej dowiedzieć o specyfice takiej pracy, można więc uznać, że ma to, na co zasłużyła…

Autorka snuje niezwykle pesymistyczną wizję bycia Japonką i choć wiele w niej cieni, które rzeczywiście grożą japońskim dziewczynom, to trzeba pamiętać, że czasy współczesne różnią się od sytuacji społecznej jeszcze sprzed kilku lat, a także że mimo wszystko Nothomb przedstawia pewne fakty niemal karykaturalnie, z przymrużeniem oka i dużą dawką czarnego humoru. Znam kilka młodych Japonek i żadna z nich nigdy nie narzekała na swój status, ciesząc się raczej z należnym im wygodom. Oczywiście, jako gaijince być może nie opowiadają mi swoich wszystkich przemyśleń na temat bycia Japonką, jednak z pewnością wizja takiego życia nie jest czarna i beznadziejna. Mimo ciężkiego tematu, powieść Nothomb czyta się błyskawicznie dzięki lekkiemu stylowi i sporej dawce humoru, nierzadko dość absurdalnego.

Choć nie traktowałabym „Z pokorą i uniżeniem” jako przewodnika po japońskiej obyczajowości, wiele wspólnego można znaleźć i w strukturach polskich korporacji, na szczęście jednak tak jawne wykorzystywanie pracownika wydaje się być odstępstwem od normy, a nie jej przejawem. Moje pierwsze spotkanie z Nothomb mogę zaliczyć do całkiem udanych, choć autorka nie zachęciła mnie raczej do innych swoich powieści. A może powinnam się na coś skusić? Coś polecacie?

Tytuł: Z pokorą i uniżeniem
Tytuł oryginału: Stupeur et tremblements
Autor: Amélie Nothomb
Tłumaczenie: Barbara Grzegorzewska
Wydawnictwo: Muza, 1999
Moja ocena: 4/6

Murakami i owca

Zastanawiam się, co takiego kontrowersyjnego jest w pisarstwie Murakamiego, że przysparza mu tyluż wielbicieli, co i wrogów, a także prześmiewców. Nie jestem specjalistką od jego twórczości i do tej pory przeczytałam zaledwie cztery książki, ale wszystkie one zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Kwestia gustu? A może kwestia tego, co się w książce widzi? Szyderczo porównywany do Coelho japoński pisarz zdaniem niektórych pisze banały, dodając im pseudointelektualną otoczkę. Dowiedziałam się tego z rozmów i czytania komentarzy, ponieważ sama nigdy nie odniosłam wrażenia, że Murakami próbuje przekazać wielkie prawdy życiowe i stać się mentorem, nie mówiąc o pisaniu sentencji i wciskaniu ich w usta postaci. Oczywiście, porusza tematy ważne, krytykuje zjawiska takie jak konsumpcjonizm, ale to już tematy równie klasyczne (nie, nie napiszę „oklepane”) jak miłość, dojrzewanie, czy cierpienie. To, co mi się w Murakamim podoba, to sposób, w jaki pisze swoje książki – łączy codzienność, nierzadko wyjątkowo banalną, za to wnikliwie opisaną, z ze zjawiskami czysto fantastycznymi, często zupełnie szalonymi, a które zadziwiająco dobrze wpasowują się w fabułę. Japoński autor jest dla mnie przede wszystkim opowiadaczem historii niesamowitych przydarzających się ludziom uważanym za synonim „szarego człowieka”. I jako taki, sprawdził się w każdej przeczytanej przeze mnie książce. Tak jest też z jakiś czas temu przeczytaną przeze mnie „Przygodą z owcą”, która także mi się spodobała i nie mam z tym problemu.

„Przygoda z owcą” jest pierwszą częścią przygód bohatera, którego zdążyłam już poznać w „Tańcz, tańcz, tańcz”. Nieznajomość „Przygody…” nie wpłynęła negatywnie na czytaną przeze mnie wcześniej powieść, jak i teraz wiedza o dalszych losach bohatera w minimalnym jedynie stopniu pozbawiała mnie przyjemności z odkrywania przyszłości bohatera – obie książki są bowiem powiązane dość luźno, mimo że główny bohater oraz kilku pobocznych pozostaje niezmiennych, a i sama historia się zazębia. Bezimienny bohater jest tuż po rozwodzie z żoną, w wyniku zmian na rynku rozmyśla nad porzuceniem firmy, którą założył wspólnie z przyjacielem, czuje się osamotniony i wyobcowany, choć nie narzeka na swój los. Wtedy mają miejsce dwie rzeczy – poznaje dziewczynę o najpiękniejszych uszach, jakie widział (dodatkowo dających swojej właścicielce dość nadzwyczajne zdolności), a wkrótce potem kontaktuje się z nim wielka firma przypominająca nieco mafię, która żąda od niego odnalezienia pewnej owcy. Owcy, która według ich słów od pewnego czasu miała władzę nad ekonomią Japonii, a jej zniknięcie może spowodować upadek misternego systemu. Mężczyzna dostaje propozycję nie do odrzucenia, a czytelnik przez kolejne strony pławić się będzie w tej mieszance realizmu i szalonego snu.

Prawdopodobnie dlatego, że „Tańcz…” czytałam jako pierwsze, zrobiło ono na mnie nieco większe wrażenie i w moim czteropozycyjnym rankingu książek Murakamiego zajmuje wyższą pozycję. Niemniej jednak „Przygoda z owcą” zdecydowanie przypadła mi do gustu i znalazłam tam to, czego w powieściach Japończyka szukam. Język jest naprawdę ładny, opisowy i pełen uroczych dygresji o sprawach pozbawionych znaczenia i błahych, którym te krótkie wtrącenia nadają jednak wartość. Oczywiście dodatkowy plus książka dostaje ode mnie za niezwiązany pozornie z główną historią wątek o bezimiennym kocie i rozmowie o nadawaniu imion w ogóle. Temat ten zainteresował mnie dzięki pewnemu wykładowi z językoznawstwa na pierwszym roku studiów, a cykl o Ziemiomorzu sprawił, że go pokochałam. W „Przygodzie z owcą” motyw ten nabiera dodatkowego znaczenia, biorąc pod uwagę upartą anonimowość głównego bohatera, który do końca dla czytelnika pozostaje bezimienny. Lubię też delikatną japońskość w książkach Murakamiego – pisarz ponoć uznawany jest za bardzo „nie-japońskiego” i rzeczywiście, w porównaniu ze znanymi mi innymi autorami z Kraju Kwitnącej Wiśni, jego styl jest bardzo „zachodni”. Tym bardziej lubię tę japońskość codzienną, wynikającą z normalnego życia, która przewija się w tle. Jest jej mało, ale stanowi dla mnie dodatkową atrakcję.

Jeśli ktoś lubi książki Murakamiego, ta także powinna mu się spodobać, bo jest bardzo „w stylu” pisarza, na tyle, na ile mogę to ocenić po w sumie niewielkiej liczbie przeczytanych pozycji. Natomiast przeciwnicy niech lepiej nie marnują czasu bo prawdopodobnie znajdą tu wszystko, co ich w prozie Japończyka denerwuje. Ja natomiast już planuję lekturę kolejnych jego powieści.

Tytuł: Przygoda z owcą
Tytuł oryginału: Hitsuji-o meguru bōken
Autor: Haruki Murakami
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: Muza, 2007
Ilość stron: 420
Moja ocena: 4+/6

Mandżuriowy Przegląd Filmowy: na Dalekim Wschodzie

Do pisania o filmach trudno mi się zabrać. Książki stanowią temat bezpieczniejszy, przy filmach natomiast mam jeszcze silniejsze poczucie nieznajomości klasyki, przegapianie różnych znaczeń zawartych między obrazami. Oraz mam świadomość faktu, że nierzadko dobrze się bawię na filmach, które sama uważam za produkcje niskich lotów (co jakiś czas lubię sobie obejrzeć film sensacyjny, na przykład z Bruce’m Willisem, choć wszystkie są niemal bliźniaczo do siebie podobne). Choć aktualnie z braku czasu staram się dobierać sobie tylko takie, które mają dużą szansę mi się spodobać. W dodatku nie mamy w domu telewizora, więc odpadają filmy oglądane do kolacji z rodziną – właśnie w ten sposób oglądaliśmy zazwyczaj lżejsze filmy sensacyjne, w sam raz do kanapki. Z drugiej strony staram się zaznajamiać z filmami uznawanymi za klasykę, wyrabiać sobie gust i zacząć bardziej kojarzyć reżyserów, bo na ten moment znam może kilkanaście nazwisk na tyle, żeby połączyć je z filmami i jeszcze te produkcje znać. Szalenie lubię czytać recenzje filmowe, sama postanowiłam też wreszcie zebrać się w sobie i spróbować pisania. Zwłaszcza, że prowadzenie własnego bloga a zwłaszcza czytanie innych bardzo moim zdaniem pomaga w wyrażaniu własnych myśli i ćwiczeniu towarzyszącej temu pewności siebie. W moim środowisku opinie dotyczące kina są dość jednoznaczne i nieznoszące sprzeciwu. Blogi natomiast dają ten komfort, że znaleźć tu można ludzi w przyciągający sposób wyrażający nierzadko skrajne opinie na temat tego samego dzieła, czy to książkowego czy filmowego, co daje komfort psychiczny – nawet jeśli nie spodobał mi się jakiś film uznawany przez większość za dzieło, nie musi to znaczyć, że go nie zrozumiałam. Nawet jeśli spodobało mi się coś, co większość uważa za gniot – niekoniecznie musi być ze mną coś nie tak. Och, no i teraz przyznałam się do problemów rodem z podstawówki :) Na swoje usprawiedliwienie powiedzieć mogę, że od czasu założenia bloga ta niepewność skurczyła się do niewielkich rozmiarów, a pisanie o filmach ma się rozprawić z nią całkowicie.

Żeby więc nie być gołosłowną nareszcie to powiem: nie jestem wielbicielką Quentina Tarantino! Po prostu nie i już. Owszem, „Pulp Fiction” mi się podobało, nawet bardzo, ale nie dzielę kinematografii na filmy przed i po „Pulp Fiction”, a choć kiedyś zaczęłam oglądać jakieś dwa inne dzieła tego reżysera, przerwałam w połowie. Może powinnam spróbować jeszcze raz, ale nie mam w sobie żadnej motywacji, by to zrobić. Straszne rzeczy, prawda?

Dramatycznych wyznań będzie pewnie z czasem więcej, a teraz zapraszam na Mandżuriowy Przegląd Filmowy, mam nadzieję cykliczny.

Mimo że dość regularnie (choć nie tak często, jakbym chciała) oglądam filmy z Dalekiego Wschodu, kino azjatyckie jest dla mnie nierzadko dość skomplikowane. Odpowiada mi jednak jego nastrojowość, a także refleksyjność – po seansie długo jeszcze myślę o tym, co widziałam (czasem próbując zrozumieć zamysł filmu, innym znowu rozmyślam nad znaczeniami, które w moim odczuciu pojmuję doskonale). Oczywiście trochę inaczej jest z azjatyckim kinem typowo popularnym, które też zdarza mi się oglądać – tu nie mam problemów zwłaszcza w przypadku produkcji japońskich, w przeszłości oglądałam ich dużo, a i lata oglądania anime zrobiły swoje. Moja lista filmów do obejrzenia z tego kawałka świata jest dość długa, na szczęście robią się one coraz bardziej dostępne. Dziś więc kilka słów o dwóch obejrzanych (już dość dawno temu) filmach z Azji rodem.

„Nie bój się, Bi” (Bi, dung so!) reż. Dang Di Phan, 2010


Wietnam. Mały Bi mieszka z rodzicami i ciotką na obrzeżach miasta. Stałym gościem w ich domu jest także stara niańka ojca, opiekująca się domem. Chłopiec całe dnie spędza biegając po polach i bawiąc się nad rzeką lub w pobliskiej fabryce lodu. Jego rodzina wygląda na szczęśliwą, to jednak tylko pozory, każdy z jej członków bowiem tęskni za czymś, czego nie może lub nie potrafi zdobyć. Wszyscy jednak trzymają się swoich ról. Matka pragnie być potrzebna, chce od męża czułości i okazania uczucia, choćby w łóżku. Pojawienie się schorowanego, dawno niewidzianego teścia daje jej namiastkę spełnienia się w roli kogoś, kto jest chciany i potrzebny. Kobieta nie skarży się jednak i niczego nie wymaga od męża, uwodzi go i spełnia jego niewypowiedziane zachcianki. Ten z kolei zdaje się być człowiekiem pustym w środku, niezdolnym do okazywania uczuć. Po pracy chodzi z kolegami do barów, gdzie upija się niemal do nieprzytomności. Unika spotkania z ojcem, który z niewypowiedzianą naganą patrzy na jego ucieczki od odpowiedzialności. Wiele między nimi milczących pretensji, zadawnionego bólu, o których widz niewiele się dowie. Mężczyzna nie odnajduje się w roli męża i ojca, jedyne chwile szczęścia przeżywa w salonie fryzjerskim, gdzie pracuje młoda dziewczyna, niezainteresowana jednak jego natarczywymi awansami. Ciotka Bi to młoda kobieta, uginająca się pod presją rodziny, by wreszcie znalazła sobie męża. Posłusznie chodzi na randki z umawianymi jej znajomymi. Kolejny z nich wydaje się być poważnie zainteresowany kobietą, ona jednak przyjmuje jego zainteresowanie bez entuzjazmu. Jej myśli krążą wokół nastoletniego chłopaka uczęszczającego do szkoły, w której jest nauczycielką. Nastolatek wyraźnie odwzajemnia jej fascynację, spełnienie jest więc na wyciągnięcie ręki… Dziadek natomiast powrócił do rodzinnego domu, by leczyć się z choroby. Ciężko stwierdzić, czy wierzy w powrót do zdrowia, czy też powrócił, by spokojnie umrzeć wśród wspomnień. Męczy go ból i poczucie ciężaru, jaki sprawia rodzinie, wydaje się być pogodzony z przyszłością, ale poza chwilami spędzonymi z Bi, zastana rzeczywistość nie przynosi ukojenia.

Mimo tego wszystkiego dzieciństwo Bi jest beztroskie. Nie dotyczą go problemy świata dorosłych, jeśli czegoś pragnie, zdobywa to. Kiedy dziadek proponuje mu egzotyczny liść w zamian za jakiś inny skarb, Bi początkowo jest zmartwiony, bo przecież nie ma nic, co mógłby dać staruszkowi. Zaraz jednak rozpromienia się i wybiega na dwór – przecież cała okolica to jego wielki plac zabaw i wszystko co tam jest, jest w pewien sposób jego. Własna lodówka w równie dobrym stopniu może służyć do zabawy jak i wielkie pojemniki w fabryce lodu. Bi ma pozytywne relacje ze wszystkimi członkami rodziny i nawiązuje przyjaźnie wszędzie, gdzie się pojawia, czy to z innymi dzieciakami nad wodą, czy z pracownikami fabryki. Wracając do lodu – tylko ta substancja przynosi dorosłym ukojenie, a z racji swej natury jest to ulga chwilowa, roztapiająca się szybko w parnym upale unoszącym się nad miastem. Jednak nawet fabryka lodu produkująca to nietrwałe ukojenie jest pełna bólu i znoju, czai się tam strach i cierpienie.

Czego więc może bać się Bi? Nie boi się śmierci stojącej przy łóżku dziadka – podchodzi do niej równie naturalnie jak do życia. Przed innymi ludźmi zawsze może uciec, świat otwiera się przed nim. Patrząc na spętanych normami dorosłych, którzy wbrew sobie z pokorą wypełniają obowiązki, by nie stać się wyrzutkami, nasuwa się niewesoła refleksja. To dorosłość może napawać lękiem kochające swobodę dzieciaki, zmienia i zabrania spełniania pragnień. Czy tego boi się Bi? Nie zdziwiłabym się. Zastanawiam się, na ile jest to refleksja nad wietnamskim społeczeństwem, a na ile uniwersalna obserwacja o pętach dorosłości i norm społecznych. Film długo pozostał we mnie po obejrzeniu, choć wychodząc z kina nie byłam pewna, czy mi się do końca spodobał. Uczucie niedosytu szybko jednak zastąpiły rozmyślania na tematy pokazane w filmie, a kilka obrazów (zatopiony w lodzie liść, kobieta podglądająca chłopców grających w piłkę w strugach deszczu, czy choćby scena w autobusie, gdzie ciotka Bi po raz pierwszy zwraca uwagę na swojego ucznia) wciąż mam przed oczami. „Nie bój się, Bi” to chyba moje pierwsze spotkanie z kinem wietnamskim i uważam je za zdecydowanie udane.

„Cesarzowa i wojownicy” (Kwong saan mei yan) reż. Siu-Tung Ching, 2003


Zawsze bardzo lubiłam wszelkiego rodzaju baśnie i legendy, także w wersji filmowej. Mam świadomość, że nie wszystkie z nich przedstawiają treści warte głębszej uwagi, nie przeszkadza mi to jednak oglądać je od czasu do czasu, ciesząc się z perełek i pomstując nad gniotami. „Cesarzowa i wojownicy” to właśnie taka baśń o dzielnej królewskiej córce i miłości – dalekowschodnia, pięknie opowiedziana głównie pod względem wizualnym i obsypana bogactwem kolorów i widoków. Trzeba się na to nastawić z góry i zaakceptować elementy konwencji (a także brak większej głębi), inaczej mogą widza rozboleć zęby od romantyzmu i słodkości wypełniającej szczęśliwe chwile – mój mąż wzdychał chwilami ciężko sygnalizując, że na ekranie już przesadzają, ja natomiast z uśmiechem odprężałam się dzięki wizualnej estetyce, nie przejmując się całą słodyczą i chwilami mocno przesadną bajkowością historii. To kino rozrywkowe, pozbawione zbytniej głębi i jeśli ma się ochotę na film tego rodzaju, można po niego sięgnąć.

Starożytne Chiny, podzielone na królestwa państwo nękane jest wojnami. Podczas jednej z nich umiera władca Yan, na swego następcę mianując wyszkolonego generała imieniem Muyong Xuehu, człowieka z nizin, który na szczyt wybił się ciężką pracą i wojskowym geniuszem. Jednak wasale buntują się przeciwko temu testamentowi, nie chcą służyć komuś takiemu jak Muyong. Młody człowiek ucieka się więc do fortelu, dzięki któremu następcą zostaje ogłoszona jedyna córka cesarza – piękna Feier. Mimo początkowego przerażenia i braku wiary we własne siły dziewczyna jest córką swego ojca, przyjmuje więc wyzwanie i brzemię z podniesionym czołem, dając z siebie wszystko. Zjednuje sobie większość poddanych, a pomocą służy jej oddany Muyong, towarzysz jeszcze z czasów jej dzieciństwa, który chętnie zobaczyłby się w innej roli niż tylko starszy brat młodej cesarzowej. W czasie jednej z potyczek władczyni zostaje ranna zatrutą strzałą, koń ponosi ją w leśne ostępy i tam znajduje ją tajemniczy Duan Lan-quan, żyjący na odludziu mnich. Opiekując się Feier uczy ją wielu pożytecznych umiejętności, a przy okazji przypomina, czym jest zwyczajna radość płynąca z życia, swobody, a wreszcie uczuć. Feier to w końcu przede wszystkim młoda dziewczyna obciążona odpowiedzialnością i obowiązkami nierzadko ponad jej siły. Każdy ma prawo do miłości, często jednak ta zasada okazuje się obowiązywać w teorii. Rzeczywistość i jej prawa upomną się o Feier, a biorąc pod uwagę, że jest to baśń niczym z danych czasów, dodatkowo z Dalekiego Wschodu – nie ma co liczyć na słodkie zakończenie i radosnych bohaterów trzymających się za ręce. W takich opowieściach rozwiązanie w najlepszym razie jest słodko-gorzkie, z nutką melancholii.

„Cesarzowa i wojownicy” to uroczy film, na który jednak trzeba mieć nastrój, nie jest to bowiem nic odkrywczego bądź ambitnego. Stanowi jednak radość dla oczu, odpręża i choć słodycz chwilami leje się z ekranu, historia miłosna ma ten posmak dziewczęcych marzeń, które czasem miło sobie przypomnieć. Tylko tyle lub aż tyle, w zależności od Waszego nastroju. Ja obejrzałam w odpowiednim czasie i wspominam go dość ciepło.

„Zatochi” (Zatôichi) reż. Takeshi Kitano, 2003


„Zatoichi” w reżyserii Takeshiego Kitano był pierwszym filmem, jaki zobaczyłam w tym roku kalendarzowym, wieczorem pierwszego stycznia, rozleniwiona i lekko śpiąca po kilku tylko godzinach snu (nieplanowana impreza sylwestrowa rozkręciła się nie wiadomo jak i kiedy, było przezabawnie). To kino z jednej strony rozrywkowe, opowieść o niewidomym masażyście wymierzającym sprawiedliwość dręczycielom różnej maści, którzy lekceważą go jako przeciwnika nie jest nowa jeśli chodzi o sam pomysł, a i realizacja nie wnosi wiele do tematu. Nie brak jednak filmowi jakiegoś rysu szlachetności, czegoś, dzięki czemu „Zatoichi” nie jest jedynie kolejnym japońskim filmem walki. Ciężko mi dokładnie sprecyzować, na czym polega ta różnica – być może sprawia to klimat feudalnej Japonii i odpowiednie tempo, charakterystyczne dla filmów z tamtego kawałka świata? Podobało mi się to, że sekwencje walki wbrew głównemu tematowi historii nie trwały zbyt długo, a najdłuższą chyba sceną jest tradycyjny japoński taniec ćwiczony przez jednego z bohaterów. Film nasiąknięty jest japońską obyczajowością tamtych lat, dodając smaku tej klasycznej opowieści. Wszystko jest estetyczne, interesujące głównie pod względem kulturowym, ale i sama historia zaciekawia, zwłaszcza jeśli lubi się filmy spod znaku Zorra i innych niepozornych bohaterów upominających się o prawa ubogich i słabych. Na koniec otrzymujemy scenę rodem z Bollywoodu, zaskakującą w tych dekoracjach, ale zadziwiająco pasującą do całości.

Oglądanie było dla mnie przyjemnością w tamten leniwy wieczór, „Zatoichi” nie jest jednak filmem, który szczególnie polecam. To raczej kino dla wielbicieli gatunku, naprawdę przyjemne i estetyczne, ale nic poza tym. Może za dużo już widziałam opowieści o uczciwych samurajach sprzeciwiających się korupcji (głównie w wersji animowanej), żeby „Zatoichi” zrobił na mnie większe wrażenie. Nie mam mu jednak wiele do zarzucenia, to film naprawdę dobry w swojej klasie.

Tanecznym krokiem przez magiczny realizm

Moje trzecie spotkanie z Harukim Murakamim okazało się równie przyjemne, jak pierwsze dwa. Może trochę mniej niż przy okazji „Wszystkie boże dzieci tańczą”, za to bardziej niż w przypadku „Na południe od granicy, na zachód od słońca”. „Tańcz, tańcz, tańcz” upewniło mnie w przekonaniu, że rozumiemy się z tym japońskim (uważanym ponoć za bardzo mało japońskiego we własnym kraju) pisarzem i mamy mocno zbliżone poczucie estetyki, dzięki czemu lektura była niezwykle przyjemna i zachęciła mnie do dalszego zapoznawania się z twórczością Murakamiego. Nie jest to raczej płomienne uczucie, które kazałoby mi kolekcjonować jego książki tuż po ich ukazaniu się, ale znajomość będziemy na pewno sukcesywnie pogłębiać.

O czym jest „Tańcz, tańcz, tańcz”? Opisanie fabuły nie jest najprostszym zadaniem. Czytałam, że jest to luźna kontynuacja wcześniejszej „Przygody z owcą”, ale tej powieści jeszcze nie miałam okazji przeczytać. „Tańcz…” zaczyna się niejako w środku opowieści o bezimiennym bohaterze, człowieku wyobcowanym w japońskim społeczeństwie, któremu nietrudno jest natychmiast przyczepić łatkę osoby niedojrzałej, nieprzystosowanej i po prostu dziwacznej. On natomiast doskonale zdaje sobie sprawę z prawideł i zasad rządzących społeczeństwem, jako czujny obserwator jest na nie wyczulony być może mocniej niż większość osób wchłoniętych przez ów konsumpcyjny w dużej mierze twór. Fakt, że nie chce się im podporządkowywać jest już sprawą drugorzędną, która nie wynika z braku świadomości. Bohater żyje według scenariusza, który sam sobie ustanowił, co wcale nie znaczy, że jest dzięki temu spełniony i zadowolony. Powiedziałabym raczej, że boleśnie odczuwa pustkę i bezsens egzystencji, która mimo pewnych sukcesów i generalnego nie żałowania sobie przyjemności chwilami przypomina jedynie wegetację. Punktem zwrotnym wydaje się być więc powtarzający się sen, w którym ktoś płacze nad bohaterem w hotelu Delfin. Mężczyzna odwiedził kiedyś ten podupadły pensjonat wraz z prostytutką, z która łączył go związek prywatny. Tam spotkał tajemniczego Człowieka Owcę. Postanawia wrócić do hotelu i dowiedzieć się, co może znaczyć scena ze snu. Na miejscu odnajduje jednak niezwykle nowoczesny budynek o tej samej nazwie. Prócz imienia nic nie wydaje się łączyć starego hotelu z nowym. Szukając informacji o poprzednim właścicielu, bohater nawiązuje znajomość z nerwową acz uroczą recepcjonistką, która w jego wyobrażeniu uosabia duszę hotelu. Dziewczyna zwierza mu się, że przypadkowo odkryła kiedyś piętro, które musiało należeć do jakiegoś innego wymiaru, a na nim dziwną istotę, która nie mogła być człowiekiem… Przerażona uciekła z miejsca wydarzeń, bohater natomiast, mimo lęku, poszukuje możliwości, by znaleźć się w tym samym miejscu, co ona.

To jednak właściwie jedynie wprowadzenie do wielowątkowej fabuły, gdzie rzeczywistość miesza się ze snem i magią, nie przestając być realna. Napotkani przez bohatera ludzie to galeria oryginałów, którzy pomimo wielu elementów komicznych lub wspaniale obyczajowych, w większości uosabiają problemy, z jakimi przyszło się mierzyć społeczeństwu. Mamy więc nad wiek dojrzałą nastolatkę, której nikt nie wysila się wychować, nie mówiąc o zrozumieniu. Jest artystka żyjąca poza społeczeństwem i go nie dostrzegająca, jest i aktor, któremu praca narzuca nie tylko role filmowe, ale i postępowanie według ich zasad także w życiu prywatnym, przez co staje się ono kolejną maską zakładaną do odegrania jeszcze jednej postaci, czy wreszcie choćby policjanci przywodzący mi natychmiast na myśl jedną ze sztuk Pintera. To tylko krótki wycinek bogatego zbioru oryginałów o jakże typowych problemach. W żadnym wypadku nie przekłada się to jednak na schematyczność lub banalność. Problem konsumpcjonizmu i jego bezdusznego rządzenia rzeczywistością rysuje się wyraźnie, ale pozostaje w tle i poza kilkoma dłuższymi wywodami nie jest czytelnikowi narzucany zbyt nachalnie. Pojawiają się też tajemnice, z których tylko nieliczne zostaną odkryte. Biorąc jednak pod uwagę atmosferę i styl książki, w niczym to nie przeszkadza, a nawet działa na plus. Losy bohatera rzeczywiście mnie obchodziły, tak samo w przypadku Yuki.

Najbardziej jednak podoba mi się u Murakamiego styl. Książka napisana jest w sposób wyważony, przemyślany i dopracowany, nie ma w niej jednak ciężkości obecnej często w powieściach pisanych z podobnym przywiązaniem do detali. Mimo wielu trudnych i przygnębiających wątków, „Tańcz, tańcz, tańcz” pozostaje lekkie w odbiorze, mimo naprawdę trafnych spostrzeżeń i nierzadko pesymistycznych refleksji. Mam na myśli to, że mimo treści oscylującej wokół smutnych i ciężkich tematów, efekt końcowy nie przygnębia, a raczej przynosi wyciszenie i refleksyjną ciszę. I tak jak już wspomniałam, szalenie podoba mi się estetyka Murakamiego, jego dystans równoległy z sympatią do opisywanych postaci, opisy codziennych czynności i magię unoszącą się nad tym zwyczajnym życiem. Lubię, kiedy pisarz opisując erotykę lub nawet czynności fizjologiczne robi to właśnie z dużą dawką naturalności i estetyki, nie uciekając w wulgarność lub (czego po prostu nie znoszę) w czułostkowość (zwłaszcza w kontekście wspomnianych czynności fizjologicznych). Murakami zachowuje równowagę, co do mnie przemawia. „Tańcz…” być może nie zapewnia wielkich wzruszeń i rozdygotanych emocji, pozostaje jednak niezwykle przyjemnym przeżyciem estetycznym właśnie, smakowitą lekturą, przy której umysł wypoczywa dzięki obcowaniu z harmonią.

Wciąż jeszcze nie doszłam do powieści uważanych za najlepsze w dorobku japońskiego pisarza („Norwegian Wood” w pewnych kręgach, „Kafka nad morzem” w innych) i jestem bardzo ciekawa, jakie będą moje wrażenia na ich temat. Na ten moment jestem zdecydowana, że za jakiś czas znów wrócę do Murakamiego i z pewnością będę dalej zapoznawać się z jego twórczością. Podoba mi się i po jego dalszych książkach obiecuję sobie kolejne pozytywne przeżycia czytelnicze.

Tytuł: Tańcz, tańcz, tańcz
Tytuł oryginału: Dansu, dansu, dansu
Autor: Haruki Murakami
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: Muza, 2008
Ilość stron: 536
Moja ocena: 5/6

Japonia to nie wszystko

Patrząc na okładkę książki „Córki Nipponu nie płaczą” Consilii Marii Lakotty moim pierwszym odruchem była ucieczka z krzykiem. Po chwili jednak wróciłam do bibliotecznej półki i nieufnie zaczęłam się książce przypatrywać. Już nie raz książka z paskudną okładką okazała się nadrabiać świetną treścią z nawiązką. Estetyczna okładka bardzo zachęca, ale nie można oceniać po niej zawartości, jak mówi przysłowie. I jednak tutaj mamy Japonię, zderzenie kultur i obyczajowości, a także miłość na tymże styku kultur, co może jest już tematem wyświechtanym i dość banalnym, dla mnie jednak pozostaje wielką słabością (a niekiedy wręcz guilty pleasure, przyznaję)… Gdzieś czytałam pozytywną recenzję. Więc może jednak dać jej szansę? Ostatecznie to tylko wypożyczenie, jak mi się nie spodoba, po prostu ją oddam… Nie miałam czasu na kartkowanie, więc wrzuciłam do torby razem z „Półbratem” Christensena i pobiegłam do domu.

Domyślacie się już zapewne, jakie jest moje zdanie na temat „Córek Nipponu…”. Jeśli chodzi o książki, nie mam jakoś wybitnie wykształconej intuicji, ale jak się okazało po niespełna pięćdziesięciu stronach, tym razem pierwszy odruch był jak najbardziej prawidłowy. Przeczytałam kilkadziesiąt stron (dalej trochę kartkowałam), bo trzeba przyznać, czyta się bardzo szybko (może w poszukiwaniu jakiegoś głębszego sensu?), ale później stwierdziłam, że szkoda mojego czasu i chwilami nerwów, a powieść nie wykazywała żadnych sygnałów, że później mogłoby być lepiej. Sama historia jest klasyczna (oczywiście można też powiedzieć schematyczna, ale to na to akurat byłam przygotowana) – młody Amerykanin przyjeżdża do Japonii, by zająć się współzarządzaniem firmą samochodową. Na miejscu poznaje Yuriko, studentkę pedagogiki o komunistycznych sympatiach. Poznając się nawzajem, przyswajają też obce dla siebie kultury, konfrontując je, porównując, szukając wspólnych cech i błądząc pomiędzy różnicami. Mogłaby wyjść z tego naprawdę sympatyczna opowieść, z odpowiednią nutką dramatyzmu. Autorka solidnie przygotowała się do pisania powieści osadzonej w Japonii, co i rusz znajdziemy w niej więc nawiązania do kultury, wyjaśnienia zwyczajów i wszelkie odwołania do japońskiej obyczajowości lat powojennych. Niestety, tutaj plusy się kończą. Donald jest niezwykle irytujący, zapatrzony w siebie i własną kulturę. Teoretycznie wykazuje chęć uczenia się czegoś o Japonii, ale jest to pragnienie czysto praktyczne, nie zależy mu na rozumieniu tego, co obserwuje. Oczywiście nie wymagam od bohatera fascynacji krajem, w którym się znajduje, jednak jego postawa bardzo spłyca cały wątek kulturowy. Dodatkowo autorka postanowiła zbudować powieść na zasadzie przeciwstawiania sobie dwóch światów, przesadnie uwypuklając wszelkie możliwe różnice, aż do przesady i zniecierpliwienia. Niezwykle drażniące jest też, mimo szacunku dla japońskiej kultury, podkreślenie jedynych słusznych racji po stronie Amerykanina, prawomyślnego chrześcijanina. Ojciec Yuriko, nauczyciel-komunista to diabeł wcielony, który nie ma w sobie pozytywnych cech – swoją działalnością nie chce nikomu pomóc, a jedynie umocnić władzę partii (nie do końca wiadomo nawet, czemu mu na tym zależy). Dla Donalda oczywiste jest, że Yuriko musi przejść na chrześcijaństwo i choć daje jej czas do namysłu, jeśli dziewczyna chce być jego żoną, musi podporządkować się jego decyzjom i temu, co on uważa dla niej za najlepsze. Wiele w tym hipokryzji. Treść jest więc banalna, przesadzona i męcząca. Prawdziwym jednak problemem jest język – nie wiem, czy to kwestia tłumaczenia, czy fatalnego oryginału – podejrzewam jedno i drugie. Chwilami ciężko zrozumieć wręcz, o co chodzi. Już na tych kilkudziesięciu przeczytanych przeze mnie stronach roiło się od błędów, kolokwializmów i pretensjonalnych zwrotów, dialogi były sztuczne, a narracja nie poprawiała sytuacji.

Mówiąc krótko: zdecydowanie odradzam. Może dalej robi się ciekawiej, bardziej interesująco lub chociaż poprawia się język. Nie wiem i nie będę się przekonywać. To mogła być naprawdę ciekawa historia, o miłości na styku różnych kultur, dodatkowo pomiędzy niekoniecznie przychylnie do siebie nastawionymi narodowościami, a nawet intrygująca historia Japonki odnajdującej siebie (bądź nie) w chrześcijaństwie, które przecież nie jest zbyt kompatybilne z japońską kulturą. Niestety, jakikolwiek potencjał okazał się zmarnowany. Książka na drugi dzień wróciła do biblioteki, a mnie w autobusie towarzyszy „Półbrat”. Japonia to nie wszystko – sam temat nie wystarczy, żeby mi się powieść spodobała…

Tytuł: Córki Nipponu nie płaczą
Autor: Consilia Maria Lakotta
Tłumaczenie: Jacek Jurczyński
Wydawnictwo: M, 2009
Ilość stron: 270
Moja ocena: 1/6

Malarz słów z Japonii

Wielu jest pisarzy, którzy doskonale radzą sobie z językiem, wywołując w czytelnikach emocje, o które zapewne im chodziło, opisując miejsca i zdarzenia w sposób głęboko zapadający w pamięć. Jest jednak subtelna różnica między zdolnym pisarzem, a prawdziwym malarzem słów (z którym to sformułowaniem po raz pierwszy spotkałam się u Mizuu), który pisze tak piękne, że słowa właściwie przysłaniają treść. Takie poczucie miałam zamykając książkę Yasunariego Kawabaty pt. „Tysiąc żurawi. Śniące piękności”. Kryjące się pod tym tytułem dwie nowele japońskiego Noblisty uwodzą czytelnika delikatną i oniryczną atmosferą, poruszając przy okazji ważkie tematy.

„Tysiąc żurawi” to historia młodego mężczyzny imieniem Kikuji, której przełomowe momenty wiążą się z ceremonią picia herbaty. Kikuji trafia na ceremonię organizowaną przez Chikako, dawną przyjaciółkę swojego ojca, którą jako dziecko widział półnagą i zauważył wtedy szpecące znamię porastające jej pierś. Od tamtej pory przepełnia go pewien lęk do tej kobiety, ale i fascynacja zmieszana z odrazą. Sam nie wie, czemu daje się zaprosić na ceremonię, szybko jednak okazuje się, że Chikako zaplanowała na ten dzień wyswatanie młodego mężczyzny z dziewczyną, którą on sam zauważył podążając do herbacianego pawilonu. Dziewczyna zwróciła jego uwagę świeżą urodę oraz niebagatelnej urody kimonem we wzór tysiąca żurawi. Choć Kikuji przeciwstawia się swatce, nie może wyprzeć się zainteresowania Yukiko. Wszystko wydaje się prostą drogą prowadzić do szybkiego i szczęśliwego zakończenia, w drzwiach pawilonu pojawia się jednak pani Ota, kobieta bliska sercu zmarłego ojca Kikujiego, wraz z młodą córką. W herbaciarni zostaje więc Kikuji i cztery kobiety, z których każda będzie miała niebagatelny wpływ na jego losy.

Drugie opowiadanie błądzi na granicy realizmu magicznego i choć nietrudno wytłumaczyć je sobie racjonalnie, atmosfera niezwykłości nie opuszcza czytelnika do samego końca. Dzięki poleceniu znajomego starzec Eguchi trafia do tajemniczego domu, w którym można wynająć na noc dziewczynę. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie dwie zasady obowiązujące w tym niepokojącym miejscu: klienci muszą być starcami, a dziewczyny uśpione są tak mocno, że nic nie jest w stanie obudzić ich przez całą noc. Pierwszej nocy Eguchi rozmyśla nad upokorzeniem i niedolą starców, którzy tylko w ten sposób mogą poczuć się jeszcze przez chwilę mężczyzną lub powspominać młodość i stare czasy. Sam nie włącza siebie do ich grona. Fakt, że wciąż jest w stanie uprawiać „prawdziwy” seks stawia go w jego odczuciu ponad staruszkami, do których czuje lekką pogardę zmieszaną ze współczuciem. Choć obiecuje sobie, że nie znajdzie się więcej w domu śniących piękności, za jakiś czas, wiedziony nagłą potrzebą i impulsem trafia tam znowu, chcąc rozwikłać zagadkę domu, poznając coraz to nowe specjalności domu w postaci uśpionych kobiet. Wspomina przeszłość i melancholijnie rozmyśla nad istotą męskości i niewinności. Dziewczęta śpią i nie chcą się obudzić, a sen coraz mocniej przypominać zaczyna śmierć…

Czytając „Tysiąc żurawi. Śniące piękności” smakowałam z przyjemnością słowa płynące spod pióra Kawabaty. Zwykła codzienność, opisy miejsc i przemyśleń bohaterów ocierały się o poezję, pozostając jasne i przejrzyste, nie przytłoczone ilością metafor i podwójnych znaczeń. Sama treść jest nastrojowa i przyciągająca uwagę. Jeśli miałabym znaleźć minusy książki, to w przypadku „Śniących piękności” chwilami odczuwałam pewien przesyt słów, powtarzające się myśli staruszka i jego obserwacje nie zmieniające się znacznie z nocy na noc wpasowywały się w senny klimat opowieści, mnie jako czytelniczkę chwilami nużyły – mając do wyboru przesyt lub niedopowiedzenie, z całą świadomością wybieram to drugie. Historie opisane w obu nowelach podobały mi się, ale nie zachwyciły, zwłaszcza w porównaniu z innymi czytanymi przeze mnie w ostatnich czasach książkami. Niemniej jednak była to świetna lektura i na pewno nie ostatnia książka Kawabaty, którą mam zamiar przeczytać.

Tytuł: Tysiąc żurawi. Śpiące piękności
Tytuł oryginału: Sembazuru. Nemureru bijo
Autor: Yasunari Kawabata
Tłumaczenie: Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo: MUZA, 2002
Ilość stron: 312
Moja ocena: 4/6

Książka przeczytana w ramach wyzwań literackich: