Archive

Posts Tagged ‘iran’

Iran za zasłoną snu

18/05/2012 6 uwag

„Istnieją rany psychiczne, które jątrząc się toczą powoli, jak trąd, psychikę człowieka. Chory nie może jednak wyjawić swoich cierpień, tak są one osobliwe, dziwne i niewiarygodne. Jeżeli jednak ktoś zechce je wyznać, a nawet opisać, ludzie przyjmują te niezwykłe wyznania sceptycznie lub, co gorsza, bezdusznie z nich szydzą, kpiąc i uśmiechając się ironicznie, uznają bowiem aktualnie panujące sądy za własne, a przecież nie odkryto jeszcze sposobu leczenia cierpień psychicznych, uśmierza się je tylko odurzającym snem, wywoływanym przez alkohol, opium czy też inny narkotyk.”

„Ślepą sowę”, powieść uznawaną za najważniejsze dokonanie Sadegha Hedajata, przeczytałam już dłuższy czas temu. Książka ta wraca do mnie co jakiś czas, ja natomiast wciąż czuję, że nie odkryłam tajemnic w niej zawartych, mimo przeczytania kilku tekstów, które miały mi przybliżyć ten temat. Może to brak znajomości literatury irańskiej, której odnowicielem nazywany jest Hedajat, a którą ja dopiero poznaję, stopniowo i w dużej mierze intuicyjnie. Nie zmienia to faktu, że nawet błądząc wśród powieściowych wątków jak we mgle, a może bardziej pasowałoby stwierdzenie – jak w oparach opium, które unoszą się niemalże z kart książki, nie trudno dać się choć na chwilę uwieść onirycznej atmosferze i wciągnąć w losy bohatera.

A losy te od początku są niejasne, bo choć bohater rozpoczyna swą opowieść zwróceniem się do czytelnika bądź swojego cienia twierdząc, że w tej spowiedzi wyjaśni motywy swojej zbrodni. Od tej chwili jednak nic już nie będzie oczywiste i wyjaśnione, a całość przypominać będzie sen, zmienny, emocjonalny i pełen niedomówień.

„Jeżeli więc teraz postanowiłem wszystko opisać, to po to tylko, aby poznał mnie mój cień (…)”

„Czytelnik zostaje wrzucony niemalże w środek akcji – opisanej w sposób dość statyczny, jednak wydarzenia dzieją się szybko i nierzadko trzeba przejść do porządku dziennego nad tym, że obrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie, postaci występują w coraz to nowych rolach, a główny bohater dzięki opium i prawdopodobnie narastającej chorobie psychicznej zaczyna przeżywać losy człowieka z przeszłości, zakochanego bez wzajemności w młodej i pięknej żonie. Czy jest to tylko sen, narkotyczna wizja bądź omamy spowodowane zaburzeniami? Jeśli tak – które z żyć jest prawdziwe? Choć bohater daje nam wskazówkę, że to początek, w którym przez tajemnicze okienko obserwuje dziwną scenę z dziewczyną i starcem jest tym właściwym biegiem wydarzeń, to jednak losy chorego człowieka z przeszłości opisane są dokładniej, a choć dość niesamowite, wciąż wydają się być bardziej rzeczywiste niż opowieść, w której do bohatera przychodzi piękna dziewczyna – i po chwili osuwa się martwa na ziemię. Może więc szalona jazda powozem w celu jej pochowania to tylko senna mara, wyśniona przez znużony chorobą umysł? Takie wyjaśnienie dużo bardziej do mnie przemawia, a całość staje się łatwiejsza do odczytania. Ucieczka w niezwykłe wizje, które odbijają rzeczywiste wydarzenia i postaci. A może prawda jest jeszcze inna, może czytelnik uczestniczy w dwóch wcieleniach bohatera? Może wspomnienia z poprzedniego życia wracają do niego po znalezieniu naczynia z przeszłości? Czy istnieje klucz do tej powieści, czy też czytelnik celowo ma błądzić wśród domysłów i odczuć?

Czytając wielokrotnie łapałam się na tym, że chciałabym zobaczyć ilustrację przedstawiającą konkretną scenę – mroczną, tajemniczą, z perskimi ornamentami. To właśnie takie obrazy pozostają z czytelnikiem. Fantastyczne, chwilami wręcz poetyckie, niepokojące. Poza niewątpliwymi doznaniami estetycznymi służą też jako zdecydowany przejaw buntu wobec skostniałych konstrukcji, w tym przede wszystkim tych społecznych. Tylko czy jest to bunt świadomy, czy też ucieczka od pustego, samotnego życia? „Ślepa sowa” pozostawia więcej pytań, niż odpowiedzi. Być może zrozumiem więcej po przeczytaniu większej ilości książek irańskich i o Iranie, powieść ta jednak mocno mnie zaintrygowała, a czytanie było prawdziwą przyjemnością dzięki stylowi i dobremu tłumaczeniu. Po polsku ukazały się także opowiadania Hedajata i jeśli tylko będę miała okazję, na pewno po nie sięgnę.

Tytuł: Ślepa sowa
Tytuł oryginału: Būf-i kūr
Autor: Sadegh Hedajat
Tłumaczenie: Barbara Majewska
Wydawnictwo: PIW, 1979
Ilość stron: 120
Moja ocena: 4/6

W irańskiej kuchni

16/07/2010 15 uwag

Przy panujących ostatnio upałach ciężko czasem zabrać się za poważną lekturę, która wymaga głębokiego skupienia i rozmyślania nad treścią. Wtedy nierzadko dobrze sprawdzają się lektury lżejsze w odbiorze, sympatyczne i wciągające, które trzymają jednak pewien poziom, by obyło się bez poczucia straconego czasu. Taką książką jest według mnie „Zupa z granatów” Marshy Mehran, opowiadająca o losach trzech sióstr Aminpur, które uciekają z ogarniętego rewolucją Iranu i po trwającej dłuższy czas tułaczce postanawiają osiedlić się w Ballinacroagh, niewielkim miasteczku w Irlandii. Najstarsza, Mardżan, potrafi wyczarować iście niebiańskie potrawy, siostry otwierają więc Cafe Babilon, w którym serwują egzotyczne dla mieszkańców swojego nowego domu potrawy. Początkowo nieufni mieszkańcy Ballinacroagh ulegają stopniowo magii irańskiej kuchni, która nie tylko syci, ale leczy ciała i dusze, przekonują się też do panien Aminpur. Oczywiście, nie wszyscy…

Brzmi znajomo? Domyślacie się, w którą stronę może potoczyć się ta historia? Prawdopodobnie się nie mylicie. Zwłaszcza, jeśli oglądaliście film „Czekolada” (a tym bardziej czytaliście książkę, ja niestety nie mogę się pochwalić jej znajomością, a i tak skojarzenia były natychmiastowe). Akcja toczy się podobnie, kilka scen wydało mi się być niemal identycznych. Mamy nawet Cyganów! A jednak nie świadczy to o braku wartości książki, bo jest ona naprawdę przyjemną lekturą. Widać w niej wyraźnie charakter samej autorki (nawiasem mówiąc, piękna z niej kobieta), która wraz z rodzicami uciekła z Iranu, a jak sama przyznaje, na studiach pokochała wszystko, związane z kulturą celtycką, drugą jej pasją jest natomiast gotowanie. Mehran pisze więc o tym, co kocha i to się w lekturze czuje. Bez trudu można wyobrazić sobie irlandzką prowincję i klimat małego miasteczka. Z książki aż bije aromat wschodnich potraw, ma się ochotę natychmiast spróbować jakiegoś dania z irańskiej kuchni. Autorka podpowiada nawet, jak to zrobić zamieszczając w każdym rozdziale jeden przepis na danie występujące w powieści. Smaku dodają także wspomnienia sióstr z Iranu. Choć przykre, za pomocą wartkiej narracji przybliżają wydarzenia tamtego okresu, w które zaangażowane były obie starsze siostry, Mardżan i Bahar. Moim zdaniem to najlepsze fragmenty powieści, zmieniające na chwilę jej klimat, dodając uczucia, takie jak ból i strach, dodające głębi całej reszcie.

Tytułowa potrawa, jak i inne pojawiające się w tekście, mają swoje znaczenie i stanowią metaforę leków na ludzkie lęki i słabości. „Zupa z granatów” jest taką ciepłą, poprawiającą humor pozycją, dlatego boli trochę jej niewykorzystany potencjał. Mehran mogła stworzyć coś więcej niż przyjemne czytadło. Gdyby swoim postaciom dodała tyle głębi i smaku, które potrafiła nadać opisywanym przez siebie potrawom, efekt byłby znacznie lepiej. Bo czyż nie jest to samonapędzająca się historia – trzy imigrantki o różnych charakterach próbujące odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Autorka potrafi pisać zabawnie, karykaturalnie przedstawiać negatywnych bohaterów i nie raz wywołać uśmiech na twarzy czytelnika. Jej postacie są jednak papierowe, czarno-białe i niczym nie zaskakują. Nawet moja ulubiona bohaterka, Bahar o zmiennych nastrojach i potężnym strachu w sercu, przechodzi metamorfozę, w którą trochę trudno mi uwierzyć. A można się było zagłębić w psychikę tej (i nie tylko tej) bohaterki trochę bardziej, pokazać jej więcej z czasów Iranu i jej wyborom poświęcić o te kilka stron więcej. Niestety, mam wrażenie, że Mehran dodała wspomnienia z Iranu na zasadzie gorzkiej przyprawy w słodkim ciasteczku – tylko trochę dla wyrazistego smaku, ale nie za wiele, by nie zepsuć słodyczy. Ja chętniej poczytałabym książkę, w której ta część to nie tylko przyprawa… Pomijając już ten wątek, autorka dotyka kilku naprawdę ciekawych problemów, jak choćby akceptacja najmłodszej z sióstr, cynamonowo-różanej Leyli w nowej szkole. Niestety, Mehran wydaje się ślizgać po tematach i w żaden nie zagłębia się wystarczająco, jak na mój gust.

Książka mi się podobała i choć nie mogę powiedzieć, że odłożyłam ją przepełniona zachwytem, to jednak spędziłam nad nią miło czas i z chęcią sięgnę po kontynuację. Polecam na gorące dni. Wielbiciele Bliskiego Wschodu również znajdą w niej coś dla siebie.

Moja ocena: 4/6
Marsha Mehran, „Zupa z granatów” (WAB, 2008)

„Krew Kwiatów” Anita Amirrezvani

29/04/2009 4 uwag

Przyznaję się bez bicia, do czytania tej książki nakłoniła mnie przede wszystkim okładka. Przyciągnęła moją uwagę, a po przeczytaniu notki wydawniczej byłam już mocno zafascynowana i w końcu kupiłam ją w ciemno (co robię bardzo rzadko, niestety…).

Bohaterka powieści Anity Amirrezvani, celowo bezimienna, jest stosunkowo ubogą dziewczyną z małej wsi w XVII-wiecznej Persji. Jedyne, co ją wyróżnia na tle rówieśniczek, to umiejętność i zapał do tkania dywanów. Jej rodzice planują wydać ją za mąż, co bohaterka przyjmuje ze spokojem dziewcząt swojej epoki – przyszłość wydaje się pewna i spokojna. Jednak na niebie pokazuje się kometa, zwiastun nieszczęść i wkrótce w rodzinie dziewczyny zdarza się tragedia – umiera jej ukochany ojciec, a ona sama wraz z matką musi wyruszyć do Isfahana, by szukać pomocy u jedynych krewnych – bogatego wuja i jego oschłej żony. Wuj dziewczyny, Gostaham, tka dywany dla samego szacha i dziewczyna jest gotowa zrobić wszystko, by tylko pozwolił jej sobie pomagać i uczyć się sztuki tkania. Nie mając wiele wyboru, zgadza się na tymczasowe małżeństwo z bogatym mężczyzną i odtąd musi do swoich obowiązków dodać także dogadzanie mężowi w łóżku. Jednak względna stabilizacja nie może trwać wiecznie i wkrótce bohaterkę spotykają coraz to nowe przeciwności losu.

Amirrezvani stworzyła naprawdę czarującą opowieść, w której fabuła przetykana jest arabskimi baśniami, wprowadzającymi klimat niczym z „Tysiąca i jednej nocy”. Książkę czyta się szybko i przyjemnie, miłym akcentem jest to, że autorka naprawdę przygotowała się do pisania biorąc pod uwagę tło historyczne i obyczajowe ówczesnej Persji. To właśnie spodobało mi się najbardziej – portret dziewczyny w pięknie sportretowanym Isfahanie, opisanym wyraziście i intrygująco. Bohaterka pasuje do swojej epoki, nie jest to współczesna dziewczyna przeniesiona w tamte realia i nawet jeśli przeciw czemuś się buntuje, to nie wykracza to poza tradycję. Czytałam tę książkę w dość łzawym nastroju i zrobiło mi się naprawdę przykro, a z drugiej strony dała mi do myślenia scena, w której dziewczyna zmuszana przez matkę do rzeczy wbrew jej własnym pragnieniom, jest przede wszystkim zła na siebie, że źle wypełnia obowiązki córki. Podobała mi się przemiana bohaterki z trochę roztrzepanej dziewczyny pogrążonej w marzeniach, w kobietę silną, która potrafi te marzenia spełnić. A także oczywiście wątek łaźni, jako sfery całkowicie kobiecej, w której na sprawy świata zewnętrznego można spojrzeć z dystansem i w oparach gorącej wody odnaleźć zrozumienie i przyjaźń.

Nasunęło mi się także skojarzenie z inną książką o bohaterce zafascynowanej światem sztuki – „Dziewczynie z Perłą”. Zdecydowanie bardziej do gustu przypadła mi bezimienna i omylna dziewczyna z Isfahanu, a także sposób zaprezentowania jej fascynacji. W „Krwi Kwiatów” nie ma bezustannych opisów kolorów dla podkreślenia wrażliwości bohaterki, a jednak czytelnik odczuwa jej fascynację i pogłębiającą się znajomość tkactwa. Książka napisana jest naprawdę ładnym językiem, a tłumaczenie to podkreśliło (pomijając kilka literówek, w tym w nazwisku autorki!). Anita Amirrezvani, Iranka wychowana w Ameryce, zapowiada się na ciekawą autorkę, łączącą w sobie dwie odmienne kultury. Chętnie przeczytałabym jeszcze jakąś jej książkę.

4,5/6
Anita Amirrezvani, „Krew Kwiatów” (Cyklady, 2007)

Na deser trochę irańskiej muzyki: