Archive

Archive for Luty 2011

Gościnnie w Mieście Książek

Jest mi szalenie miło zaprosić Was w odwiedziny do Miasta Książek, gdzie zostałam zaproszona do cyklu wpisów pt. „Poniedziałkowy gość”, gdzie opowiadam o ważnych dla mnie książkach. Bardzo, bardzo się cieszę z tego wyróżnienia!

A dodatkowo, film o tańczących książkach, z podziękowaniem dla kolegi Piotrka, który mi go pokazał :)

Rozdarta Turcja

Turcja ma niezwykłą zdolność niepostrzeżonego zakradania się do wyobraźni i serca osób, które zetknęły się z tym krajem. Nie jestem jedynym znanym mi przypadkiem osoby, która po spędzeniu tam tygodnia tęskni do niej i często wraca we wspomnieniach do upalnego Stambułu i innych miejsc, które odwiedziłam. I choć te pozostałe miasta i wsie równie mocno podziałały na moją wyobraźnię, to jednak Stambuł, moloch na styku Europy i Azji wydaje się być idealną wizytówką Turcji, co wielokrotnie potwierdza Witold Szabłowski w swojej książce „Zabojca z miasta moreli”. Jak w serii reportaży zawrzeć charakter kraju tak różnorodnego, pełnego sprzeczności, gdzie wszystko wydaje się mieszać i istnieć obok siebie, nie zawsze się przenikając? Z ciekawością i pewną obawą podeszłam do lektury tego zbioru, jednak już pierwszy rozdział rozwiał moje wątpliwości, a ja skończyłam książkę jeszcze tego samego wieczoru (który niepostrzeżenie przerodził się w głęboką noc, zupełnie nie wiem, kiedy…). Szabłowski spisał się znakomicie.

Azja i Europa. Konserwatyzm i pogoń za nowoczesnością. Islam i odrzucenie religii. Niesamowita gościnność i przemoc domowa. Zachwyt i nienawiść do własnego kraju. Wielowiekowa historia i zmiany zachodzące w błyskawicznym tempie. Jak zawrzeć to wszystko w jednej książce, na ograniczonej liczbie stron? Szabłowski wybrał sposób najlepszy z możliwych, dzięki czemu jego reportaż czyta się z zapartym tchem, niczym porywającą powieść. Oddał głos mieszkańcom Turcji, sam natomiast z wyczuciem usunął się w cień, raz chyba tylko wyrażając swoje zdania w stosunku do zastanej rzeczywistości. W ten sposób to Turcy mówią o Turcji i przedstawiają swoją rzeczywistość, często tak sprzeczną, nawet w ich własnych słowach, a mimo to jednak budującą klarowany i konsekwentny obraz kraju „stojącego w rozkroku między Azją i Europą”. Opisane historie dotyczą tematów ważnych, choć brak tu pogoni za sensacją. Szabłowski porusza tematy polityczne, podejmuje zagadnienia honorowych zabójstw, prostytucji, seksu i nielegalnych imigrantów, wszystko to jednak w atmosferze szacunku dla tureckiego społeczeństwa, bez próby oceniania go jako całości i z głębokim zrozumieniem różnic i problemów, z jakimi borykają się Turcy. Wbrew pierwszemu wrażeniu, jakie może powstać po przeczytaniu listy wątków poruszonych w książce (dodajmy tu jeszcze poetę rozkochanego w komunizmie, niedoszłego zabójcę papieża i historię buta rzuconego w prezydenta Stanów Zjednoczonych), nie jest to obraz ani negatywny, ani krzywdzący. Myślę, że Szabłowskiemu udało się zawrzeć w swoich reportażach fragment tego bajecznego, wielobarwnego i niezwykle złożonego zjawiska, jakim jest Turcja.

Jedyna rzecz, jaka mi się w „Zabójcy z miasta moreli” nie podobała, to wyjątkowo nieciekawe i, zaryzykuję stwierdzenie, po prostu brzydkie zdjęcia. Być może brak mi wysmakowanej wrażliwości, lubię jednak zdjęcia, na których „coś” widać, a jestem pewna, że znalazłoby się wiele fantastycznych sposobów artystycznego zilustrowania zajmujących reportaży. Lepszych, niż czarno-białe rozmyte zdjęcia, na których pierwszym planie znajduje się kabel bądź słup, a w tle zarys postaci na ulicy lub przy wejściu do domu. Szkoda, bo poza tym defektem książka wydana jest bardzo estetycznie.

Pozostaje mi teraz czekać na kolejny reportaż Szabłowskiego, a mam nadzieję, że takowego wkrótce się doczekamy. Tymczasem polecam gorąco „Zabójcę z miasta moreli” wszystkim wielbicielom Turcji i osobom, które chciałyby poznać ten kraj nieco bliżej. Ja tęsknię i planuję powrót…

Tytuł: Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji
Autor: Witold Szabłowski
Wydawnictwo: Czarne, 2010
Ilość stron: 208
Moja ocena: 5+/6

Po trzęsieniu ziemi w Kobe

Haruki Murakami to pisarz niezwykle interesujący. Każdy choć trochę interesujący się literaturą kojarzy to japońskie nazwisko, zdania na temat jego twórczości są natomiast podzielone niekiedy wręcz skrajnie. Jedni go uwielbiają, inni uważają książki jego autorstwa za przejaw grafomaństwa. Patrząc na dość pokaźną liczbę jego powieści i opowiadań można dzielić dalej – niektórzy lubią jego pełne realizmu magicznego książki w rodzaju „Przygody z owcą”, dla innych jest to bełkot, wybierają więc „Norwegian Wood” lub „Po zmierzchu”. Zawsze z zainteresowaniem czytałam dyskusje i recenzje książek Murakamiego. O tym, że muszę bliżej zapoznać się z jego twórczością postanowiłam już dawno, do tej pory jednak mam na koncie tylko „Na południe od granicy, na zachód od słońca”, które podobało mi się zdecydowanie, choć bez zachwytu. Ot, dobra powieść. Ostatnio postanowiłam znów spędzić trochę czasu z japońskim pisarzem i przeczytałam tom opowiadań, wydanych w Polsce po tytułem „Wszystkie boże dzieci tańczą”. Spotkałam się z wieloma opiniami, że Murakami nie radzi sobie z krótkimi formami, jego opowiadania są słabe i szkoda na nie czasu. Całkowicie się z tym nie zgadzam, co znów dowodzi różnorodności dzieł pisarza i faktu, że poza jego zdeklarowanymi przeciwnikami, każdy może w jego twórczości znaleźć coś dla siebie.

Opowiadania nie są ze sobą powiązane fabularnie, łączy je natomiast dramatyczne wydarzenie – trzęsienie ziemi w Kobe. Na wszystkich bohaterów i ich historie wpływa ta klęska żywiołowa, częściej jednak pośrednio. Nie znajdziemy więc opisów tragedii ludzi zamieszkujących Kobe, książka Murakamiego nie stanowi bowiem w żadnym wypadku rozrachunku z tym wydarzeniem, ani nie prezentuje sobą poważnego dzieła na temat odbioru owych szokujących wiadomości przez resztą japońskiego społeczeństwa. Trzęsienie ziemi to punkt wyjścia do niezależnych opowieści, pełnych melancholii i poczucia odosobnienia, ale i nie pozbawionych humoru bądź ironii. Wszystkie też skrzą się magiczną atmosferą, która może przejawiać się dosłownie w postaci tajemniczego pana Żaby, który chce uratować Japonię przed kolejnym trzęsieniem; lub też jest subtelna i delikatna – wystarczy wyobrazić sobie jednak ogniska płonące na plaży w drugim opowiadaniu, by móc ją poczuć i dać się uwieść. Najchętniej określiłabym to jako szeroko rozumiany „klimat” – opowiadania Murakamiego są niezwykle klimatyczne, w sposób jak najbardziej mi pasujący. Chwilami można poczuć na plecach dreszcz, poczucie niepewności, bycia obserwowanym bądź wplątanym w niezrozumiałą grę niepokoi, jak w przypadku „UFO ląduje w Kushiro”. Innym razem sedno opowieści ubrane jest w metaforę uroczej bajki dla dzieci, opowiadanej przez bohatera dziewczynce nękanej przez senne koszmary („Ciastka z miodem”). Każde z opowiadań ujęło mnie czymś innym.

Po skończeniu pierwszego opowiadania pomyślałam sobie, że szalenie podoba mi się sposób, w jaki Murakami pisze. Treść jego książki również bardzo przypadła mi do gustu, ale nie wykluczam, że nawet dużo słabsze rozwiązania fabularne przełknęłabym bez marudzenia i protestów, gdyż niezwykle smacznie czytało mi się po prostu zdania, które wyszły spod jego pióra. W tych krótkich formach pisarz zawarł odpowiednią ilość subtelnej melancholii, samotności i desperackiego niemal pragnienia ogrzania się w cieple czyich uczuć, z dawką lekkiego humoru, zabawnych porównań lub stwarzających poczucie zagrożenia tajemnic.

Choć może wciąż za wcześnie na konkluzję, pisarstwo Murakamiego wydaje się być zdecydowanie dla mnie i mam zamiar pogłębiać moją znajomość z japońskim autorem. Tymczasem polecam Wam zbiór opowiadań „Wszystkie boże dzieci tańczą”. Teraz jest mi tym bardziej smutno, że zostałam oszukana przez portal Dziennik.pl i choć wygrałam u nich w konkursie pierwszą część „1Q84” nie uznali za stosowne wysłać mi mojej nagrody, pomimo wielu maili z mojej strony. Cóż, jeśli po kolejnych lekturach nadal będzie mi z Murakamim na tyle po drodze, nie omieszkam kupić sobie i tej powieści.

Tytuł: Wszystkie boże dzieci tańczą
Tytuł oryginału: Kami-no kodomotachi-wa mina odoru
Autor: Haruki Murakami
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: Muza, 2007
Ilość stron: 184
Moja ocena: 5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwań literackich:

Ekologia was wyzwoli

Podoba mi się większość okładek z serii Proza wydawnictwa Znak, jednak „Rok Potopu” mnie okładką całkowicie zauroczył. Pasuje do treści, jest urocza i delikatnie przewrotna. No i ma motyle. Kiedy dowiedziałam się o tej zapowiedzi, powinno mnie teoretycznie zelektryzować nazwisko Atwood, tak się jednak nie stało. Do tej pory czytałam tylko jedną książkę tej autorki i choć mi się podobała, to nie pozostawiła po sobie zachwytu. Po lekturze „Roku Potopu” myślę jednak znacznie cieplej o Margaret Atwood i chciałabym przeczytać jej najbardziej znane powieści, uważane za te najważniejsze. Tymczasem jednak będę musiała zrobić sobie przerwę od pisarstwa Atwood, bo „Rok Potopu” to książka przysparzająca mocnych wrażeń, nad którymi nie sposób przejść ze wzruszeniem ramion.

W swojej powieści Atwood kreuje świat bliżej nieokreślonej przyszłości, w której przemysł zdominował świat, korporacje rządzą ludźmi, wytworzyły się nowe kasty społeczne, a przejście z jednej do drugiej wydaje się wręcz niemożliwe. Wiele znanych nam z dzisiejszych czasów gatunków zwierząt należy już do wymarłych okazów, ludzie komponują natomiast nowe rasy, całkowicie nie stosując się do jakichkolwiek ograniczeń. Jednym z przykładów są choćby jagniory, połączenie owiec z lwami. Miejsce zwierząt powoli zajmują ludzie z niższych warstw społeczeństwa – na ulicach powszechne są napaści, w których ofiara traci nerki lub inne cenne organy, a reszta jej cielesnej powłoki ląduje w ropośmieciach lub jako nadzienie do SekretBurgerów.

W takiej rzeczywistości dorastają dwie bohaterki „Roku Potopu” – Toby i Ren. Wywodzą się z innych środowisk, los prowadzi je obie do sekty Bożych Ogrodników, gdzie ludzie starają się żyć jak najbliżej wyniszczonej przyrody, w zgodzie z innymi ludźmi (choć bez zbytniego spoufalania się, każdy, kto nie jest z tobą jest prawdopodobnie przeciwko…). Ogrodnicy poza miłością do świata przyrody uczą technik przetrwania w betonowej dżungli i oczekują bezwodnego Potopu, który ma przetoczyć się nad światem i zniszczyć rodzaj ludzki. Członkowie bractwa mają nadzieję, że żyjąc zgodnie ze swoimi zasadami będą w stanie uniknąć zagłady. Mijają lata i pewnego dnia na świecie pojawia się dziwna zaraza, na którą nikt nie potrafi znaleźć lekarstwa… Jakiś czas później Ren i Toby, każda w miejscu swojego zamieszkania, dochodzą do wniosku, że oto chyba zostały ostatnimi ludźmi na świecie. Gorączkowo starają się przetrwać i znaleźć innych przedstawicieli swojego rodzaju, wspominając przeszłość i wybory, które zaprowadziły je do obecnego miejsca.

Atwood stworzyła wielowątkową, symboliczną opowieść. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście antyutopijna wizja świata jako genetycznie zmodyfikowanego, korporacyjnego tworu, przedstawiona w sposób nie pozbawiony czarnego humoru i wielorakich gier słownych. Przeciwstawieniem są Boży Ogrodnicy, za pomocą których autorka przedstawia dość radykalną alternatywę dla bezmyślnego wykańczania wszelkich przejawów natury i, wydawałoby się, człowieczeństwa. Ren i Toby to mocno różniące się od siebie narratorki, ich doświadczenia są inne, różnią się także ich drogi obrane tuż przed Potopem. Zabieg podzielenia narracji tym samym pozwala na pokazanie świata z różnych perspektyw, czytelnikowi zostają przybliżone najróżniejsze aspekty „świata złowszechnego”. Tym samym książkę czyta się szybko, wciąga i daje do myślenia. Mimo to jednak sama fabuła nie jest specjalnie zachwycająca – jak na dłoni widać, że chodzi głównie o pokazanie apokaliptycznej rzeczywistości, nie zaś o losy samych bohaterek, które choć interesujące, nie porywają.

Nie zgodzę się z recenzentem „The New Yorkera”, według którego Atwood przewyższyła talentem Orwella. „Rok Potopu” to bardzo dobra powieść o antyutopii i choć w moim prywatnym rankingu nie przebije „Roku 1984” (w kwestii przedstawienia mrocznej przyszłości naszego świata nic chyba nie jest w stanie przebić tej książki), na pewno nie zapomnę o niej tuż po odłożeniu.

Tytuł: Rok Potopu
Tytuł oryginału: The Year of the Flood
Autor: Margaret Atwood
Tłumaczenie: Marcin Michalski
Wydawnictwo: Znak, 2010
Ilość stron: 392
Moja ocena: 4+/6

Dziękuję wydawnictwu Znak za udostępnienie mi książki do recenzji.

Historia pewnego diabła

Rzadko zdarza się, by książka zaskakiwała mnie pozytywnie. Ma to dość prostą przyczynę: raczej nie sięgam po pozycje, co do których mam podejrzenia, że mogą mi się nie spodobać. Oczywiście, od reguł zazwyczaj zdarzają się wyjątki i tak właśnie było z książką „Diabeł. Autobiografia”, którą otrzymałam od wydawnictwa Initium do recenzji. Nie zgłaszałam się po nią, była więc dla mnie zaskoczeniem. Przeczytałam opis i udostępniony wcześniej fragment… i odłożyłam ją na dłuższy czas na półkę. Miałam wrażenie, że to kryminał bądź thriller z wplecionym w całość wątkiem diabelsko-anielskim, a na coś takiego zdecydowanie nie miałam ochoty. Czytałam już trochę powieści o diabłach i aniołach, mniej lub bardziej fantastycznych (niestety, piszę tu o gatunku literackim, nie walorach artystycznych…) i niestety w tej chwili nie jestem w stanie przywołać żadnego tytułu, który wywarłby na mnie zdecydowanie pozytywne wrażenie. Po pewnym czasie jednak poczucie obowiązku doszło do głosu i stwierdziłam, że dam „Diabłu” szansę, a jeśli mi się nie spodoba, przerwę czytanie i już do książki nie wrócę. I właśnie tu miało miejsce rzadkie pozytywne zaskoczenie.

Tosca Lee napisała powieść specyficzną, którą ciężko jest przyporządkować jednoznacznie do jakiegoś gatunku (czego generalnie nie jestem entuzjastką). Czytelnik zbiera tropy, po których ma nadzieję wreszcie odgadnąć, dokąd prowadzi go opowiadana historia, sama końcówka jest natomiast dość zaskakująca, choć docierając do niej wydaje się być jedynym oczywistym rozwiązaniem od samego początku. Na początku bowiem poznajemy głównego bohatera imieniem Clay, redaktora z nieźle prosperującego wydawnictwa w Bostonie. Mężczyzna niedawno rozwiódł się z ukochaną żoną, balansował na krawędzi uzależnienia się od alkoholu, odciął się od większości znajomych i mocno nadwątlił kontakty z rodziną. Pewnego dnia po pracy idzie do swojej ulubionej bośniackiej knajpki, gdzie gestem przyzywa go nieznany mu człowiek. Lucian, jak przedstawia się nieznajomy, prostolinijnie przedstawia swój plan: on opowie Clayowi swoją historię, a ten ją opublikuje. Mimo początkowej złości i niedowierzania, Clay stosunkowo szybko pojmuje, że wiedzący o nim wszystko mężczyzna jest tak naprawdę diabłem, a więc upadłym aniołem pamiętającym czasy sprzed stworzenia świata. I właśnie od tego punktu Lucian rozpoczyna swoją historię, a Clay wbrew własnej woli stwierdza, że staje się ona istotną treścią jego życia, z niecierpliwością czeka na kolejne fragmenty, nie potrafiąc poukładać sobie własnego życia. Nie wiedząc, dokąd zmierza, podąża ścieżką wyznaczoną przez diabła.

Początek powieści nie jest obiecujący, język pisarki jest poprawny, ale nie zachwyca. Szybko jednak czytelnik, tak samo jak bohater, ma okazję dać się uwieść słowom diabła i z niecierpliwością czekać na kolejne części jego opowieści. Clay to dość irytująca postać, tło obyczajowe również nie poraża głębią, choć jest przemyślane i zgrabnie wpasowane w całą historię. Książkę czyta się głównie dla magnetyzującej opowieści Luciana, która szybko okazuje się nie mieć wiele wspólnego z diabelsko-anielskimi historiami dla mrocznych nastolatków. To opowieść o… miłości Boga do ludzi. Nie przedstawia ona żadnych wymyślonych przez Lee faktów. To historia znana z Biblii, w każdym niemal szczególe, opowiedziana jednak z nowej perspektywy, która dobitnie podkreśla pewne kwestie i w tym jasnym, prostym przekazie działa niezwykle poruszająco. To nie moralitet, ani książka filozoficzna. Nie jest to także przypowieść… Tak jak sugeruje tytuł, poznajemy w niej życiorys pewnego stworzenia, który naświetla pewne znane od wieków wydarzenia nadając im znaczenie, które mimo swojej oczywistości może się łatwo wymknąć. Zakończenie pozostaje otwarte, a słowa Luciana wydają się być kierowane do czytelnika na równi z Clayem: masz wiedzę, drogi czytelniku, co z nią zrobisz, to Twoja sprawa.

Cieszę się, że sięgnęłam po tę książkę i ją przeczytałam. Naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyła i mogę ją polecić z czystym sumieniem, o ile oczywiście nie macie nic przeciwko książkom mocno osadzonym w religii chrześcijańskiej, bo „Diabeł. Autobiografia” jest od początku do końca przesiąknięta chrześcijaństwem, co w tym wypadku jest istotne. Mnie naprawdę wciągnęła i wzruszyła.

Tytuł: Diabeł. Autobiografia
Tytuł oryginału: Demon. A memoir
Autor: Tosca Lee
Tłumaczenie: Monika Wyrwas-Wiśniewska
Wydawnictwo: INITIUM, 2010
Ilość stron: 280
Moja ocena: 4+/6

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa INITIUM, za co dziękuję.

Pytanie dotyczące zapowiedzi

Jak w temacie – ciekawa jestem bardzo, w jaki sposób śledzicie książkowe zapowiedzi? Czy zdajecie się na przychodzące do Was ze stron wydawnictw newslettery, czy może sprawdzacie bezpośrednio strony interesujących Was wydawnictw? A może znacie jakieś strony, gdzie byłoby to wszystko zgromadzone? Które wydawnictwa uważacie za te najbardziej warte obserwacji?

Kategorie:meta Tagi: