Archive

Archive for Maj 2011

Tanecznym krokiem przez magiczny realizm

Moje trzecie spotkanie z Harukim Murakamim okazało się równie przyjemne, jak pierwsze dwa. Może trochę mniej niż przy okazji „Wszystkie boże dzieci tańczą”, za to bardziej niż w przypadku „Na południe od granicy, na zachód od słońca”. „Tańcz, tańcz, tańcz” upewniło mnie w przekonaniu, że rozumiemy się z tym japońskim (uważanym ponoć za bardzo mało japońskiego we własnym kraju) pisarzem i mamy mocno zbliżone poczucie estetyki, dzięki czemu lektura była niezwykle przyjemna i zachęciła mnie do dalszego zapoznawania się z twórczością Murakamiego. Nie jest to raczej płomienne uczucie, które kazałoby mi kolekcjonować jego książki tuż po ich ukazaniu się, ale znajomość będziemy na pewno sukcesywnie pogłębiać.

O czym jest „Tańcz, tańcz, tańcz”? Opisanie fabuły nie jest najprostszym zadaniem. Czytałam, że jest to luźna kontynuacja wcześniejszej „Przygody z owcą”, ale tej powieści jeszcze nie miałam okazji przeczytać. „Tańcz…” zaczyna się niejako w środku opowieści o bezimiennym bohaterze, człowieku wyobcowanym w japońskim społeczeństwie, któremu nietrudno jest natychmiast przyczepić łatkę osoby niedojrzałej, nieprzystosowanej i po prostu dziwacznej. On natomiast doskonale zdaje sobie sprawę z prawideł i zasad rządzących społeczeństwem, jako czujny obserwator jest na nie wyczulony być może mocniej niż większość osób wchłoniętych przez ów konsumpcyjny w dużej mierze twór. Fakt, że nie chce się im podporządkowywać jest już sprawą drugorzędną, która nie wynika z braku świadomości. Bohater żyje według scenariusza, który sam sobie ustanowił, co wcale nie znaczy, że jest dzięki temu spełniony i zadowolony. Powiedziałabym raczej, że boleśnie odczuwa pustkę i bezsens egzystencji, która mimo pewnych sukcesów i generalnego nie żałowania sobie przyjemności chwilami przypomina jedynie wegetację. Punktem zwrotnym wydaje się być więc powtarzający się sen, w którym ktoś płacze nad bohaterem w hotelu Delfin. Mężczyzna odwiedził kiedyś ten podupadły pensjonat wraz z prostytutką, z która łączył go związek prywatny. Tam spotkał tajemniczego Człowieka Owcę. Postanawia wrócić do hotelu i dowiedzieć się, co może znaczyć scena ze snu. Na miejscu odnajduje jednak niezwykle nowoczesny budynek o tej samej nazwie. Prócz imienia nic nie wydaje się łączyć starego hotelu z nowym. Szukając informacji o poprzednim właścicielu, bohater nawiązuje znajomość z nerwową acz uroczą recepcjonistką, która w jego wyobrażeniu uosabia duszę hotelu. Dziewczyna zwierza mu się, że przypadkowo odkryła kiedyś piętro, które musiało należeć do jakiegoś innego wymiaru, a na nim dziwną istotę, która nie mogła być człowiekiem… Przerażona uciekła z miejsca wydarzeń, bohater natomiast, mimo lęku, poszukuje możliwości, by znaleźć się w tym samym miejscu, co ona.

To jednak właściwie jedynie wprowadzenie do wielowątkowej fabuły, gdzie rzeczywistość miesza się ze snem i magią, nie przestając być realna. Napotkani przez bohatera ludzie to galeria oryginałów, którzy pomimo wielu elementów komicznych lub wspaniale obyczajowych, w większości uosabiają problemy, z jakimi przyszło się mierzyć społeczeństwu. Mamy więc nad wiek dojrzałą nastolatkę, której nikt nie wysila się wychować, nie mówiąc o zrozumieniu. Jest artystka żyjąca poza społeczeństwem i go nie dostrzegająca, jest i aktor, któremu praca narzuca nie tylko role filmowe, ale i postępowanie według ich zasad także w życiu prywatnym, przez co staje się ono kolejną maską zakładaną do odegrania jeszcze jednej postaci, czy wreszcie choćby policjanci przywodzący mi natychmiast na myśl jedną ze sztuk Pintera. To tylko krótki wycinek bogatego zbioru oryginałów o jakże typowych problemach. W żadnym wypadku nie przekłada się to jednak na schematyczność lub banalność. Problem konsumpcjonizmu i jego bezdusznego rządzenia rzeczywistością rysuje się wyraźnie, ale pozostaje w tle i poza kilkoma dłuższymi wywodami nie jest czytelnikowi narzucany zbyt nachalnie. Pojawiają się też tajemnice, z których tylko nieliczne zostaną odkryte. Biorąc jednak pod uwagę atmosferę i styl książki, w niczym to nie przeszkadza, a nawet działa na plus. Losy bohatera rzeczywiście mnie obchodziły, tak samo w przypadku Yuki.

Najbardziej jednak podoba mi się u Murakamiego styl. Książka napisana jest w sposób wyważony, przemyślany i dopracowany, nie ma w niej jednak ciężkości obecnej często w powieściach pisanych z podobnym przywiązaniem do detali. Mimo wielu trudnych i przygnębiających wątków, „Tańcz, tańcz, tańcz” pozostaje lekkie w odbiorze, mimo naprawdę trafnych spostrzeżeń i nierzadko pesymistycznych refleksji. Mam na myśli to, że mimo treści oscylującej wokół smutnych i ciężkich tematów, efekt końcowy nie przygnębia, a raczej przynosi wyciszenie i refleksyjną ciszę. I tak jak już wspomniałam, szalenie podoba mi się estetyka Murakamiego, jego dystans równoległy z sympatią do opisywanych postaci, opisy codziennych czynności i magię unoszącą się nad tym zwyczajnym życiem. Lubię, kiedy pisarz opisując erotykę lub nawet czynności fizjologiczne robi to właśnie z dużą dawką naturalności i estetyki, nie uciekając w wulgarność lub (czego po prostu nie znoszę) w czułostkowość (zwłaszcza w kontekście wspomnianych czynności fizjologicznych). Murakami zachowuje równowagę, co do mnie przemawia. „Tańcz…” być może nie zapewnia wielkich wzruszeń i rozdygotanych emocji, pozostaje jednak niezwykle przyjemnym przeżyciem estetycznym właśnie, smakowitą lekturą, przy której umysł wypoczywa dzięki obcowaniu z harmonią.

Wciąż jeszcze nie doszłam do powieści uważanych za najlepsze w dorobku japońskiego pisarza („Norwegian Wood” w pewnych kręgach, „Kafka nad morzem” w innych) i jestem bardzo ciekawa, jakie będą moje wrażenia na ich temat. Na ten moment jestem zdecydowana, że za jakiś czas znów wrócę do Murakamiego i z pewnością będę dalej zapoznawać się z jego twórczością. Podoba mi się i po jego dalszych książkach obiecuję sobie kolejne pozytywne przeżycia czytelnicze.

Tytuł: Tańcz, tańcz, tańcz
Tytuł oryginału: Dansu, dansu, dansu
Autor: Haruki Murakami
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: Muza, 2008
Ilość stron: 536
Moja ocena: 5/6

Japonia to nie wszystko

Patrząc na okładkę książki „Córki Nipponu nie płaczą” Consilii Marii Lakotty moim pierwszym odruchem była ucieczka z krzykiem. Po chwili jednak wróciłam do bibliotecznej półki i nieufnie zaczęłam się książce przypatrywać. Już nie raz książka z paskudną okładką okazała się nadrabiać świetną treścią z nawiązką. Estetyczna okładka bardzo zachęca, ale nie można oceniać po niej zawartości, jak mówi przysłowie. I jednak tutaj mamy Japonię, zderzenie kultur i obyczajowości, a także miłość na tymże styku kultur, co może jest już tematem wyświechtanym i dość banalnym, dla mnie jednak pozostaje wielką słabością (a niekiedy wręcz guilty pleasure, przyznaję)… Gdzieś czytałam pozytywną recenzję. Więc może jednak dać jej szansę? Ostatecznie to tylko wypożyczenie, jak mi się nie spodoba, po prostu ją oddam… Nie miałam czasu na kartkowanie, więc wrzuciłam do torby razem z „Półbratem” Christensena i pobiegłam do domu.

Domyślacie się już zapewne, jakie jest moje zdanie na temat „Córek Nipponu…”. Jeśli chodzi o książki, nie mam jakoś wybitnie wykształconej intuicji, ale jak się okazało po niespełna pięćdziesięciu stronach, tym razem pierwszy odruch był jak najbardziej prawidłowy. Przeczytałam kilkadziesiąt stron (dalej trochę kartkowałam), bo trzeba przyznać, czyta się bardzo szybko (może w poszukiwaniu jakiegoś głębszego sensu?), ale później stwierdziłam, że szkoda mojego czasu i chwilami nerwów, a powieść nie wykazywała żadnych sygnałów, że później mogłoby być lepiej. Sama historia jest klasyczna (oczywiście można też powiedzieć schematyczna, ale to na to akurat byłam przygotowana) – młody Amerykanin przyjeżdża do Japonii, by zająć się współzarządzaniem firmą samochodową. Na miejscu poznaje Yuriko, studentkę pedagogiki o komunistycznych sympatiach. Poznając się nawzajem, przyswajają też obce dla siebie kultury, konfrontując je, porównując, szukając wspólnych cech i błądząc pomiędzy różnicami. Mogłaby wyjść z tego naprawdę sympatyczna opowieść, z odpowiednią nutką dramatyzmu. Autorka solidnie przygotowała się do pisania powieści osadzonej w Japonii, co i rusz znajdziemy w niej więc nawiązania do kultury, wyjaśnienia zwyczajów i wszelkie odwołania do japońskiej obyczajowości lat powojennych. Niestety, tutaj plusy się kończą. Donald jest niezwykle irytujący, zapatrzony w siebie i własną kulturę. Teoretycznie wykazuje chęć uczenia się czegoś o Japonii, ale jest to pragnienie czysto praktyczne, nie zależy mu na rozumieniu tego, co obserwuje. Oczywiście nie wymagam od bohatera fascynacji krajem, w którym się znajduje, jednak jego postawa bardzo spłyca cały wątek kulturowy. Dodatkowo autorka postanowiła zbudować powieść na zasadzie przeciwstawiania sobie dwóch światów, przesadnie uwypuklając wszelkie możliwe różnice, aż do przesady i zniecierpliwienia. Niezwykle drażniące jest też, mimo szacunku dla japońskiej kultury, podkreślenie jedynych słusznych racji po stronie Amerykanina, prawomyślnego chrześcijanina. Ojciec Yuriko, nauczyciel-komunista to diabeł wcielony, który nie ma w sobie pozytywnych cech – swoją działalnością nie chce nikomu pomóc, a jedynie umocnić władzę partii (nie do końca wiadomo nawet, czemu mu na tym zależy). Dla Donalda oczywiste jest, że Yuriko musi przejść na chrześcijaństwo i choć daje jej czas do namysłu, jeśli dziewczyna chce być jego żoną, musi podporządkować się jego decyzjom i temu, co on uważa dla niej za najlepsze. Wiele w tym hipokryzji. Treść jest więc banalna, przesadzona i męcząca. Prawdziwym jednak problemem jest język – nie wiem, czy to kwestia tłumaczenia, czy fatalnego oryginału – podejrzewam jedno i drugie. Chwilami ciężko zrozumieć wręcz, o co chodzi. Już na tych kilkudziesięciu przeczytanych przeze mnie stronach roiło się od błędów, kolokwializmów i pretensjonalnych zwrotów, dialogi były sztuczne, a narracja nie poprawiała sytuacji.

Mówiąc krótko: zdecydowanie odradzam. Może dalej robi się ciekawiej, bardziej interesująco lub chociaż poprawia się język. Nie wiem i nie będę się przekonywać. To mogła być naprawdę ciekawa historia, o miłości na styku różnych kultur, dodatkowo pomiędzy niekoniecznie przychylnie do siebie nastawionymi narodowościami, a nawet intrygująca historia Japonki odnajdującej siebie (bądź nie) w chrześcijaństwie, które przecież nie jest zbyt kompatybilne z japońską kulturą. Niestety, jakikolwiek potencjał okazał się zmarnowany. Książka na drugi dzień wróciła do biblioteki, a mnie w autobusie towarzyszy „Półbrat”. Japonia to nie wszystko – sam temat nie wystarczy, żeby mi się powieść spodobała…

Tytuł: Córki Nipponu nie płaczą
Autor: Consilia Maria Lakotta
Tłumaczenie: Jacek Jurczyński
Wydawnictwo: M, 2009
Ilość stron: 270
Moja ocena: 1/6

Mały podróżnik na fiordach

Jak już kilkakrotnie wspominałam na blogu, ze wszystkich krajów skandynawskich od dłuższego czasu to Norwegia jest na pierwszym miejscu mojego prywatnego rankingu (wyprzedziła znajdującą się tam swego czasu Finlandię). Nie miałam okazji się tam znaleźć i pewnie w najbliższej przyszłości nie będę miała takiej możliwości (nie planuję, ale kto wie?). Mocno mnie tam jednak ciągnie i książki norweskie bądź o Norwegii automatycznie przesuwają się górę mojej niekończącej się listy książek do czytania. Aldona Urbankiewicz spisała swoje wspomnienia z podróży o Norwegii łącząc je z dziennikiem kolejnej wyprawy do tego pięknego kraju. Ta druga podróż jest niezwykła o tyle, że Aldonie i jej partnerowi towarzyszy ich malutki synek, Mikołaj.

Misiek ma czternaście miesięcy i wszelkie przypadłości dziecka w tym wieku. Jego rodzice postanowili jednak, że zamiast potraktować dziecko jako problem, który na zawsze przeszkodzi im w spełnianiu marzeń, mogą te marzenia spełniać razem. Nie było łatwo, postanowili się jednak nie poddawać, za motto obierając słowa Monteskiusza, że „rodzice zaszczepiają dzieciom nie swoją inteligencję, lecz przede wszystkim swoje namiętności”, a także mądrość, że na drodze do realizacji snów nierzadko największą przeszkodą są własne ograniczenia marzącego i przeszkody, które sam sobie stawia. Wynajęli więc campera, spakowali do niego połowię mieszkania i wyruszyli z Mikołajem do ukochanej Norwegii. Odtąd relacja z podróży i opisy tego skandynawskiego kraju przeplatają się z refleksjami na temat podróżowania z tak małym dzieckiem oraz macierzyństwa w ogóle.

Idea podróżowania z dziećmi jest mi bliska, choć póki co raczej w teorii. Sama nie chciałabym kiedyś rezygnować ze swoich pasji, a raczej włączyć w nie nowego członka rodziny. Odkąd kiedyś natrafiłam na portal Mały podróżnik jestem głęboko przekonana, że jest to możliwe i choć niełatwe, ryzyko niewielkie w porównaniu z możliwymi plusami takiej decyzji. Wydanie książki Urbankiewicz ogromnie mnie ucieszyło, jest to dowód na to, że coraz więcej osób myśli podobnie, a wydaje mi się to cenną perspektywą, zwłaszcza w odniesieniu do dzieci, które z pozycji ciężaru niszczącego młodość rodziców mogą „awansować” do towarzysza, który podróżowanie ubogaca, a na pewno urozmaica. Tak jest i w przypadku małego Miśka, o czym zabawnie i obrazowo pisze jego mama. Opisy samej Norwegii są na tyle sugestywne, że ma się ochotę od razu wskoczyć w samochód czy inny środek transportu i tam jechać. Do opisów jednak nie pasuje drugi człon tytułu książki – wygląda na to, że tanie podróżowanie w Norwegii nie jest specjalnie możliwe. Generalnie książka w moim odczuciu ma niewiele wspólnego z typowym poradnikiem, choć oczywiście z podróżniczej relacji można zebrać wiele cennych wskazówek lub pomysłów do wprowadzenia we własnym podróżowaniu z maluchem, a nawet we dwójkę bądź samotnie.

Wszystko to brzmi niemal idealnie, jednak z żalem przyznaję, że zachwyciła mnie głównie sama idea podróży, w jaką udała się Aldona Urbankiewicz z rodziną. Owszem, książeczka wydana jest uroczo, zdjęcia są naprawdę bardzo ładne, Norwegia olśniewa, a jednak… Gdybym przeczytała treść zawartą w „Z Miśkiem w Norwegii” na blogu autorki, nie miałabym zastrzeżeń. Kiedy jednak dostaję coś w formie książkowej, moje wymagania natychmiast rosną. Poprawność stylu to trochę za mało, a szczerość i bezpośredniość niekoniecznie muszą nadrabiać braki. Biorąc pod uwagę entuzjazm, z jakim się za tę niewielką objętościowo książeczkę zabrałam, moją sympatię dla Norwegii i uznanie dla podróżowania z małym dzieckiem – powinnam mieć trudności w oderwaniu się od lektury aż do jej skończenia. Mimo że czytałam ją w dość długiej autobusowej podróży, robiłam sobie przerwy, bo książka zwyczajnie mnie chwilami nużyła. By napisać książkę o podróży nie wystarczy jej w moim odczuciu odbyć – trzeba jeszcze umieć o niej opowiedzieć. Tu niestety zabrakło mi tej swady, zdolności gawędziarskich lub zapadającego w pamięć opisywania widzianej rzeczywistości. Być może kolejne książki (w przygotowaniu jest już druga część, „Z Miśkiem w Portugalii”) będą pod tym względem lepsze.

Średnia plusów i minusów wskazuje książkę niezłą, która mogła być naprawdę fascynująca, ale niestety zabrakło jej tej „iskry”. Nie zmienia to faktu, że Aldona Urbankiewicz wydała mi się osobą sympatyczną i życzę jej jak najwięcej spełnionych marzeń i wspaniałych podróży z coraz starszym Miśkiem. Jednak po kolejną książkę jej autorstwa nie sięgnę. Chyba że kiedyś z własnym maluszkiem postanowię wybrać się do Portugalii…

Tytuł: Z Miśkiem w Norwegii
Autor: Aldona Urbankiewicz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 268
Moja ocena: 4-/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Z miłości do literatury, o miłości i literaturze

Ostatnio moje książkowe wybory są w większości udane. Choć wciąż mam problemy z utrzymaniem chronologii na blogu, to poza drobnymi wyjątkami naprawdę nie mogę narzekać. Tak stało się też w przypadku „Opętania” A.S. Byatt, które bez przesady mogę nazwać literacką ucztą i to w podwójnym sensie. Książkę postanowiłam przeczytać po tym, jak dostała ona nagrodę Bookera i przeczytałam same jej pozytywne recenzje. Już widzę, że z chęcią nie poprzestanę na tylko jednej książce autorstwa pani Byatt, zostałam bowiem całkowicie oczarowana.

O ile opisywane przeze mnie niedawno „Odkrycie nieba” Mulischa zachwycało mnogością wątków i treści, w „Opętaniu” dużo łatwiej wskazać główne tematy – miłość i literatura. A także wszelkie kombinacje: miłość do literatury, miłość literacka, literatura miłosna… Badacz literatury, a dokładniej twórczości (fikcyjnego) poety Randolpha Henry’ego Asha, Roland Michell znalazł się w takim momencie życia, kiedy albo powinien coś zmienić albo poddać się rutynie i nie oczekiwać wiele więcej. W pracy uchodzi za sumiennego nudziarza bez perspektyw na naukową karierę, prywatnie tkwi w wieloletnim związku z Val, relacja ta jednak bardziej rani ich oboje niż przynosi szczęście i satysfakcję. Finansowo Roland jest właściwie zależny od swojej partnerki, ona natomiast czuje się niedoceniana, a nawet wykorzystywana. Będąc w tak niewesoło się przedstawiającej sytuacji Roland dokonuje niezwykłego odkrycia, które zmieni losy wielu osób pozornie ze sobą niezwiązanych. Przeglądając w bibliotece starą księgę znajduje szkic listu napisanego własnoręcznie przez studiowanego przez niego wiktoriańskiego poetę. Jest to list do kobiety niebędącej żoną Asha i w ten sposób Roland trafia na ślad tajemniczej relacji poety z Christabel LaMotte, poetką uznawaną zwłaszcza przez współczesne feministki za postać wybitną. By dowiedzieć się więcej o tej dość ekscentrycznej na swoje czasy kobiecie, Roland kontaktuje się z badaczką jej twórczości – Maud Bailey, która sama wywodzi się z rodziny LaMotte. Na pierwszy rzut oka to zupełnie niedobrana para zaczyna śledzić losy Asha i LaMotte, a ich odkrycie z czasem przestaje być jedynie naukową ciekawostką mogącą zmienić ich kariery, a staje się czymś osobistym, czego gotowi będą bronić przed innymi badaczami. Nie oni jedyni są jednak ogarnięci obsesją poznania prawdy, nawet jeśli inni naukowcy kierują się pobudkami innego rodzaju.

Nawet jeśli treść wydaje się być dość prosta i przewidywalna (choć ja bym ją za taką nie uznała – na usta ciśnie mi się raczej słowo „klasyczna”, choć znane nam doskonale rozwiązania nabierają świeżości i stają się chwilami zaskakujące w tych nowych połączeniach, opisanych przez Byatt), to w wypadku „Opętania” forma wysuwa się na pierwszy plan. Czegóż tu nie ma! Romans, listy, wiersze, autobiografia i biografia, naukowe opracowania, powieść gotycka, rozważania na temat teorii literatury, pisania, badania życia pisarzy… A to i tak niecała lista. Byatt niezwykle umiejętnie zmieszała te style, tworząc powieść spójną i bogatą, od której z jednej strony ciężko się oderwać, z drugiej strony miałam raczej chęć delektować się nią powoli niż przeczytać w jedną noc, by jak najszybciej się dowiedzieć, co się dalej działo i jak ta cała historia się skończyła. Nie wszystkie fragmenty uważam za równie ciekawe (zwłaszcza fragmenty poematów nie zawsze mnie zachwycały), całość jednak wydaje mi się niezwykle fascynująca i stanowiąca udany przykład książki, w której „każdy znajdzie coś dla siebie”.

Na początku zupełnie nie mogłam polubić głównych bohaterów, ani tych z czasów współczesnych ani z wiktoriańskich. Z czasem jednak niechęć ustąpiła miejsca sympatii, nawet jeśli wewnętrznie nie zgadzałam się z ich postępowaniem. Ciekawi są także bohaterowie drugoplanowi z obu czasoprzestrzeni, poza może nieszczęsnym Cropperem – amerykańskim badaczem gotowym dosłownie na wszystko, by zdobyć kolejny okaz do swojej kolekcji, a jego głównym narzędziem są pieniądze – trochę to zbyt stereotypowe. Inne postaci także chwilami muszą zmagać się ze zbyt typowymi osobowościami, ale na szczęście posiadają więcej cech ratujących ich od przesady. Od razu polubiłam natomiast Val, co samą mnie zadziwiło, jako że jest jej stosunkowo mało i wiele w niej zgorzknienia i smutku. Mimo tych cech przebija przez nią stłamszona radość życia i widać, że odrobina miłości i zainteresowania jest w stanie jej tę radość przywrócić. Z miejsca polubiłam też inną drugoplanową bohaterkę, bretońską kuzynkę Christabel, której odnaleziony przez kolejną badaczkę dziennik pomaga rozwikłać zagadkę tajemniczego zniknięcia poetki z Anglii na okres kilku miesięcy.

Wspaniała to powieść, w której autorka poukrywała dla czytelników wiele smaczków, które z przyjemnością będę wyszukiwać przy kolejnej lekturze. Nie wszystkie zagadki zostaną rozwiązane, części nie poznają bohaterowie, rozwiązania innych będzie się musiał domyślać już sam czytelnik. Odrobinę przewrotne zakończenie ujęło mnie i usatysfakcjonowało, jak i cała lektura. Warto poświęcić jej czas i przenieść się do tego literackiego świata pełnego poezji, miłości i cierpienia. Jak się okazuje, pewne wątki mogą czekać wiele lat na zamknięcie.

Tytuł: Opętanie
Tytuł oryginału: Possession
Autor: A.S. Byatt
Tłumaczenie: Barbara Kopeć
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2010
Ilość stron: 536
Moja ocena: 6/6

Za książkę serdecznie dziękuje wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Między niebem a ziemią

„Odkrycie nieba” Harry’ego Mulischa to książka niezwykła, powieść, chciałoby się powiedzieć, totalna. Zawieszam dłonie nad klawiaturą i zastanawiam się, co i jak o niej napisać, żeby nie brzmiało to banalnie, nie popadając przy okazji w przesadę. Na tytuł natrafiłam dzięki Chihiro, która podała tę książkę jako swoją ulubioną w Poniedziałkowym Gościu Padmy i jeszcze wcześniej, chyba u siebie na blogu, w którymś z czytelniczych łańcuszków. W każdym razie książka trafiła na moją listę, a będąc w bibliotece postanowiłam się za nią rozejrzeć. Miałam szczęście, książka była dostępna, wypożyczyłam ją i przeczytałam niemal jednym tchem. Odczekałam trochę z pisaniem tej recenzji, by lepiej ułożyć swoje myśli i odczucia, te kilka tygodni jednak nie pomogło. Mam ochotę napisać jedynie: „Przeczytajcie sami i się przekonajcie”, ale spróbuję sklecić kilka słów więcej.

Powieść Harry’ego Mulischa jest wielowątkowa i wielopłaszczyznowa, można jednak stwierdzić, że punktem wyjścia dla głównego obyczajowego wątku jest spotkanie dwóch młodych mężczyzn, prawdziwych indywidualistów. Pewna zimowa noc w Holandii roku 1967. Maks Delius, utalentowany astronom i zapalony kobieciarz, wracał od kobiety, z którą spędził część tej nocy, kiedy zobaczył wielką sylwetkę autostopowicza. Był nim Onno Quist, genialny filolog, który na swoim koncie miał odczytanie starożytnego i nieznanego do tej pory nikomu pisma, a tej nocy wracał z urodzin swojego ojca, twardego patriarchy rodu. Już po wymianie kilku pierwszych zdań odkryli, że połączyła ich niezwykła, jedyna w swoim rodzaju więź. Stali się nierozłączni, dyskutując, wymieniając poglądy i myśli nagromadzone od lat, które teraz dopiero zyskały godnego słuchacza i odbiorcę. Po pewnym czasie obaj poznają wiolonczelistkę Adę, dziewczynę zamkniętą w sobie lecz emanującą subtelnym magnetyzmem. Szybko staje się ona częścią relacji obu mężczyzn (między którymi, warto uściślić, nie pojawiła się ani jedna iskra romantyzmu czy erotyzmu), z obydwoma zwiąże ją inna, choć wiele znacząca relacja. Więcej zdradzać nie będę. Dodam jednak, że każda strona książki wypełniona jest treścią przykuwającą uwagę, wiele znaleźć można niezwykle trafnych obserwacji, a w całość zamieszane są pozaziemskie istoty, tytuł bowiem okazuje się być dużo bardziej dosłowny, niż początkowo może się wydawać…

Mulisch napisał swoją powieść w sposób niesamowity dlatego, że z jednej strony w całej historii wcale głównie nie chodzi o fabułę i „Odkrycie nieba” można nazwać wręcz traktatem filozoficznym, z drugiej jednak czytelnik może głęboko wczuć się w fabułę i przeżywać losy bohaterów. Ja wczułam się do tego stopnia, że całkowicie przejmowałam nastroje bohaterów, od radosnego podniecenia i pełnego nadziei spojrzenia w przyszłość, przez rozpacz i na melancholijnym pogodzeniu się z losem (coś, co mnie niesamowicie na tym etapie życia zasmuca, do tego stopnia, że musiałam na trochę przerwać czytanie, aż brakowało mi powietrza z przygnębienia) skończywszy – by zacząć cykl może nie od początku, ale z innej strony, z innym bohaterem w jego centrum. Idee przedstawianie przez Mulischa są przewrotne i pozwalające odnaleźć się w nich każdemu – bohaterowie spokojnie postulują śmierć Boga, z drugiej strony jednak ich życie to część boskiego planu. Muslich przedstawia za każdym razem, czasem w bardzo delikatny sposób, różny sposób patrzenia na omawiane przez siebie zagadnienia, nie podając żadnych podsumowań czy rozwiązań. To tylko jedne z wielu perspektyw, które przyjmują jego bohaterowie, nie są jedyne i niekoniecznie są tymi wartymi naśladowania. Bo czy takie w ogóle istnieją?

Książka zachwyca. Bogactwem treści, stylem i fabułą, odkładając ją miałam w myślach jedynie wielkie „och”. I nie mogłam przestać myśleć o zakończeniu. I wierzę, że dalszy ciąg tej historii przybrał bardziej optymistyczny obrót. Przeczytajcie, jest nad czym pomyśleć i czym się zachwycić.
Tytuł: Odkrycie nieba
Tytuł oryginału: De ontdekking van de hemel
Autor: Harry Mulisch
Tłumaczenie: Ryszard Turczyn
Wydawnictwo: W.A.B, 2006
Ilość stron: 782
Moja ocena: 6/6