Archiwum

Posts Tagged ‘łańcuszek’

A to, co lubię…

Kolejny łańcuszek pojawił się na zaprzyjaźnionych blogach, tym razem z pytaniem o ulubione czynności, przedmioty, zjawiska… Wszystko to, co się lubi, jest więc z czego wybierać, a samo myślenia o tych wszystkich przyjemnościach natychmiastowo poprawia nastrój. Do zabawy zaprosiły mnie Abiela, Lilithin oraz Chihiro. I choć jak zwykle przy wszelkiego rodzaju wymienianiu momentalnie z głowy ucieka mi większość pomysłów, postanowiłam spisać po prostu te, które jako pierwsze przyszły mi na myśl. Co więc lubi mandżuria? Przypadkowa dziesiątka bardzo ulubionych rzeczy:

  1. Woda. W niemal każdej postaci, począwszy od szumiącego morza, w które mogę wpatrywać się godzinami, do gorącego prysznica. Nic mnie tak nie uspokaja i nie odpręża. No, może tylko…

  2. …oczywiście książki. Czytanie, przeglądanie, oglądanie na półce, przebywanie w miejscu, gdzie jest ich pełno, porządkowanie, oglądanie u kogoś… I tak dalej, i tak dalej.

  3. Sny. Fascynują mnie od dawna, nawet maturę ustną przygotowywałam na ten temat (tak, jestem pierwszym rocznikiem pokrzywdzonym nieszczęsną nową maturą). Niektóre pomagają mi zrozumieć własne nastroje i obawy, inne pozwalają przeżyć alternatywne ścieżki mojego życia, są wreszcie i takie, które stanowią filmową wręcz rozrywkę – z fabułą pełną przygód w klimacie fantasy, wieloma bohaterami, krajobrazami a nawet muzyką! Niestety, kiedy się budzę zazwyczaj nie potrafię zanucić motywu przewodniego, który towarzyszył mi w trakcie snu. W ogóle lubię spać, zwłaszcza, kiedy nie muszę się nigdzie rano spieszyć, a za oknem pada deszcz…

  4. Podróże. Im więcej jestem w stanie zobaczyć, tym bardziej pragnę podróżować więcej. Odkrywać świat dla siebie, poszerzać horyzonty poznając nowe kultury, a przede wszystkim ludzi. Kiedy nie mogę podróżować, lubię czytać o podróżach innych, zawsze to jakaś namiastka. Lubię to uczucie, kiedy po powrocie do domu czuję się w jakiś sposób wzbogacona nowymi doświadczeniami.

  5. Muzyka, która potrafi mnie poruszyć, obojętnie czy to melodią, tekstem, czy jeszcze czymś innym (np. teledyskiem, ale z reguły nie znam teledysków do piosenek, których slucham). Mam swoje ukochane piosenki, które nieustannie mnie inspirują, mam takie, które dają mi energię do działania w nawet najgorszy dzień, podnoszą na duchu, wprowadzają w stan pogodnej melancholii… Muzyka towarzyszy mi prawie nieustannie, choć ostatnio musiałam ograniczyć słuchanie jej poza domem, gdyż jestem wtedy za bardzo rozkojarzona i już dwa razy zapomniałam skasować bilet, który miałam w kieszeni przygotowany w tym celu. Raz skończyło się mandatem i jeśli nie mam „migawki”, to na słuchanie sobie raczej nie pozwalam…

  6. Jedzenie, a jeśli mam czas, to także przygotowywanie jedzenia. Lubię smaczne i ładnie wyglądające potrawy, chętnie próbuję nowych smaków, chyba że wygląd lub zapach mnie od potrawy odrzuca (pleśniowym serom mówię nie). Oczywiście plusem jest egzotyka potrawy, choć zazwyczaj dopiero w podróży mam szansę spróbować czegoś naprawdę oryginalnego, w moim mieście jest sporo chińskich knajpek wątpliwej jakości, ostatnio otworzyły się trzy tureckie, a tak to włoskich mamy sporo i od pewnego czasu coraz więcej sushi. Znajdą się oczywiście takie sieciowe Mexicany oraz kilka indyjskich. Ostatnio zostałam zaproszona do restauracji Ganesh, którą osoby będące w Indiach polecają jako prawdziwie indyjską, tyle że ciut łagodniejszą. Ja poprosiłam o bardzo łagodną wersję potrawy i dostałam idealnie jak na swój gust przyprawioną. Była swego czasu knajpka ujgurska, ale poza typowym dla tej kuchni deserem, zjeść tam można było głównie kotlety… Była i węgierska z olbrzymią przewagą dań mięsnych, ale znikła.

  7. Otaczanie się ładnymi rzeczami. Nie chodzi tu o ilość, już dawno nauczyłam się nie przywiązywać do przedmiotów i nie przechowywać ich latami (choć zdarzają się wyjątki), a o przyjemność obcowania z rzeczami miłymi dla oka i innych zmysłów. Lubię także mieć dużo zdjęć i obrazków porozwieszanych i porozkładanych wokół miejsca pracy (w domu oczywiście).

  8. Planowanie. Przyjemność sprawia mi układanie list zadań do zrobienia (a jeszcze bardziej ich późniejsze wykreślanie), wpisywanie wydarzeń w kalendarzu, robienie planów na najbliższy tydzień, miesiąc, nieokreśloną przyszłość. Z realizacją bywa już różnie, ale chodzi o sam akt tworzenia planów.

  9. Rozmowy, niekończące się rozmowy na wszelkie tematy. Z ukochanym, siostrą, przyjaciółmi. Pewnie dlatego mój ulubiony typ zajęć do prowadzenia to konwersacje, przychodzą mi naturalnie, podczas kiedy podręcznik potrafi zanudzić… Zwłaszcza, jeśli któryś raz z kolei muszę go robić z inną grupą.

  10. Jedną z moich ukochanych czynności jest zaglądanie do skrzynki. Uwielbiam dostawać listy, kartki, przesyłki… Gorzej z rachunkami. Ale zawsze, kiedy widzę przez dziurki skrzynki, że coś tam jest w środku, przechodzi mnie przyjemny dreszcz. I to rozczarowanie, kiedy poczta nie jest do mnie… Oczywiście, lubię także sama pisać listy, maile też, ale ciężej mi idzie z odpisywaniem. Ach, wiadomości w skrzynce mailowej też uwielbiam.

Jeśli ktoś ma ochotę wziąć udział w zabawie, serdecznie zapraszam!

Reklamy
Kategorie:o sobie, zabawa Tagi: ,

Podróż na Kubę

Nie jest tajemnicą, że uwielbiam czytać książki z akcją toczącą się w miejscach, które chciałabym zobaczyć. Ciągnie mnie przede wszystkim do wszystkiego, co leży na wschód od mojego kraju (choć nie tylko, oczywiście). Czasem jednak lubię zrobić sobie przerwę od beletrystyki i poczytać reportaż lub wspomnienia o tych fragmentach świata, które szczególnie mnie interesują. Bywa jednak, że natykam się na książki traktujące o krajach i regionach, o których wiem bardzo mało, bo nigdy nie leżały w kręgu moich największych zainteresowań. Takim miejscem jest Kuba. Oczywiście, znam jej podstawową historię, tę dawną i współczesną, dramatyczne losy wielu jej mieszkańców i zdjęcia olśniewających plaż i miasteczek rozsianych po wyspie. Szczegóły natomiast – nie bardzo. Z ciekawością więc sięgnęłam po książkę Agnieszki Budy-Rodriguez pt. „Kuba – daleka piękna wyspa”. Nie jest to wprawdzie reportaż, a bardzo subiektywne (jakżeby inaczej!) wspomnienia z pobytu autorki na Kubie. Pani Buda-Rodriguez wyjechała na wyspę za mężem, rodowitym Kubańczykiem i spędziła tam, jak sama pisze, najlepsze lata swojego życia.

Książka pisana jest z perspektywy czasu, jako że pisarka przebywa obecnie na emigracji w Kanadzie i tam powstał ów zbiór wspomnień, przekreślający na zawsze jej możliwość powrotu na Kubę. Sama autorka tak pisze o swojej książce:

Dla mnie Kuba jest wyspą magiczną i nie można jej porównać z żadnym innym miejscem na ziemi. Gdy spisywałam te wspomnienia przepełniała mnie tęsknota do Kuby, kraju, w którym zostawiłam młodość, przyjaciół, i który musiałam opuścić wbrew sobie. Moja fascynacja wyspą nie przeminęła i wciąż trwa. Starałam się pokazać Kubę taką, jaką zapamiętałam, bez retuszu. Zdania o niej są krańcowo różne: piękne, łatwe dziewczyny, muzyka i cudowne plaże, a zarazem nędza, głód i ruina dawnej, urzekającej „Perły Antyli”, „Paryża Ameryki” – każde z nich jest prawdziwe. Pragnęłam wyjść poza stereotypy, bo urzekł mnie kubański naród, który tańcem i muzyką wyraża swe niepokoje i radości, bo zachwyciła mnie wyspa, której żyzna gleba rodzi słodkie owoce, z której plonów powstaje słodki cukier, kojący smutki rum i aromatyczne cygara. Jestem jak muszla, którą dawno wyłowiono z morza, a ona wciąż szumi. Jakaś cząstka mojego ja pozostała na zawsze wśród tamtejszej sawanny, kołysanych morską bryzą gajów palmowych, zanurzona w ciepłym oceanie.

Oczywistym jest więc, że nie zobaczymy Kuby widzianej oczyma rodowitego mieszkańca, ani nawet przybysza całkowicie z zewnątrz. Sytuacja jest dość specyficzna – autorka nie jest ani do końca „swoja”, ani „obca”, co często może dotkliwie odczuć na własnej skórze. Otwiera to przed nią wiele drzwi, inne zatrzaskują się z hukiem. Agnieszka Buda-Rodriguez opisuje swoją historię, nie samą Kubę. Oczywiście, to Wyspa jest głównym tematem tych wspominków, jednak będzie oprowadzani po niej głównie (właściwie poza kilkoma krótkimi fragmentami jedynie) przez autorkę. Dowiemy się więc sporo o pracy tłumacza, a także w dyplomacji, o wystawnych bankietach, na których bawiło się towarzystwo zaproszone przez komunistyczną elitę, a autorka bywała jako tłumacz, odwiedzimy wspaniałe kurorty i mniej znane plaże, poznamy trochę miejsc kulturalnych, anegdot związanych z podróżami Budy-Rodriguez, a nawet historię kilku miejscowych kotów. Ze szczegółami dowiedzieć się można, jak autorka zdobywała samochód i na tym przykładzie dowiedzieć się sporo o funkcjonowaniu różnych urzędów na Kubie oraz sposobie radzenia sobie z problemem braków niemal wszystkiego. Książka stanowi więc kopalnię informacji i anegdot związanych z krajem w czasach rządów Fidela Castro.

A jednak… coś mi podczas czytania „Kuba – daleka piękna wyspa” zgrzytało i nie pozwalało w pełni cieszyć się lekturą, przez co trochę mi się dłużyła. Może to kwestia czasu, w jakim ją czytałam. Odniosłam jednak wrażenie, że osoba autorki zanadto przysłania mi Kubę. Nie miałam ochoty na biografię i choć dowiedziałam się o Kubie mnóstwa rzeczy, wolałabym mieć je przedstawione w trochę odmiennej formie. Najbardziej podobały mi się te fragmenty, gdzie autorka opisywała historię innych ludzi, rodowitych mieszkańców oraz starego emigranta. Wzruszałam się na nich do łez i zapamiętałam najmocniej. Wszelkie wzmianki o historii lub anegdoty dotyczące całego kraju bądź miasta (jak choćby nieszczęsny program kulinarny, gdzie prezenterka proponowała potrawy na to, co akurat było dostępne w sklepach) od razu przykuwały moją uwagę i podobały mi się dalece bardziej, niż opisy tego, gdzie pani Agnieszka bawiła się podczas przybycia danych delegatów i co jadła. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że forma pamiętnika niejako wymusza tak osobiste wtręty. Być może po prostu autorka na tyle różni się ode mnie charakterem, że nie potrafiłam się utożsamić z jej przeżyciami? Ciężko mi to stwierdzić.

Nie znaczy to jednak, że chcę mocno książkę skrytykować. „Kuba – daleka piękna wyspa” jest interesującą lekturą i przybliża ten egzotyczny kraj. Narzekać można na jakoś i ilość zdjęć, pochodzą jednak one z archiwum autorki i robione były zwykłym aparatem, co wyjaśnia ich wygląd. Trochę szkoda…

Moja ocena: 4/6
Agnieszka Buda-Rodriguez, „Kuba – daleka piękna wyspa” (Zysk i S-ka, 2006)


Zostałam zaproszona do wakacyjnego łańcuszka przez Abielę, poniżej zamieszczam więc kilka wyznań czytelniczych :) Wprawdzie zawsze mam problem z wymienieniem jednej pozycji w takich pytaniach i to nawet nie dlatego, że do głowy przychodzi mi ich tak wiele, że nie wiem, którą wybrać. Wręcz przeciwnie, nagle mam w głowie zupełną pustkę i nie potrafię przypomnieć sobie żadnego tytułu… Wszelkie zestawienia, Top-ileś-tam i rankingi, choć lubię je oglądać, były i są dla mnie ciężkim zadaniem.

1. Do jakiego kraju, miasta chciałabyś pojechać zainspirowana lekturą?

Takim krajem była i wciąż jest Anglia. Nie pamiętam już, która książka miała na mnie największy wpływ i czy w ogóle można mówić o jednej pozycji. Tak samo rzecz się ma ze Wschodem, choć nie jestem już w stanie powiedzieć, co było pierwsze – fascynacja, czy lektury. Wiem! Skandynawia, a przede wszystkim Norwegia! Zwłaszcza po ostatnio przeczytanym „Kradnąc konie” Pettersona (recenzja niebawem). Na przyszły rok już planuję tam wyprawę. Chyba, że plany potoczą się w innym kierunku i pojedziemy jednak na Ukrainę, której prawie nie znam z literackiej strony.

2. Jakie jest Twoje ulubione miejsce do czytania latem?

Najchętniej czytam na dworze, na kocu lub na leżaku. W domu – przy oknie, chyba że upał staje się nieznośny, wtedy przydaje się wiatrak.

3. Poleć mi jedną książkę do przeczytania na wakacje.

Z tych czytanych ostatnio idealne wydaje mi się „Kradnąc konie”. Większość z Was już tę książkę ma za sobą z tego co się orientuję, jednak jeśli nie, to gorąco polecam. Owszem, część książki dzieje się mroźną zimą, druga natomiast upalnym latem i właśnie w tę można wspaniale się wczuć przy ostatnich temperaturach.

Jeśli ktoś ma ochotę na udział w zabawie, zapraszam!

„The Harmony Silk Factory” Tash Aw

hsf

„Faktoria Jedwabiu” (polski tytuł) autorstwa pana o nazwisku Tash Aw jest debiutem tego autora, a przy okazji pierwszą malajską powieścią, jaką udało mi się przeczytać (choć napisana została po angielsku i wydana w Londynie…). Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, ale całkiem obiecująca nowa znajomość.

Książka opowiada historię Chińczyka, Johnny’ego Lima, kupca tekstylnego, o którym krążą różnorodne plotki i legendy, a ludzie nie mogą się zdecydować, czy jest to oszust odpowiedzialny za śmierć wielu ludzi, czy bohater, dzięki któremu miasto przeżyło pomimo napaści Japończyków. Jednak to nie Johnny jest głównym bohaterem powieści – jego losy poznajemy z perspektywy trzech bliskich mu osób: syna, żony Snow i przyjaciela, Petera Wormwooda. Każde z nich patrzyło na Johnny’ego z trochę innej perspektywy, ale wydaje się, że żadne nie poznało go do końca, o ile w ogóle można mówić o poznaniu. Mimo to otrzymujemy całą historię chińsko-malajskiej rodziny z pewnym angielskim akcentem.

Książka napisana jest naprawdę ładnym językiem, choć ostatnia część (opowiedziana przez Petera) mocno mi się dłużyła i miałam ochotę przeskakiwać całe fragmenty. Postać Johnny’ego intryguje i czytelnik chętnie kompletuje układankę zbierając informacje od trzech narratorów. Syn, Jasper, buntuje się przeciw ojcu, ze strzępków informacji, jakie zdobył o nim i o swej matce ułożył postać człowieka bezwzględnego i okrutnego. Z dalszych części wyłania się jednak zupełnie inny obraz, nie tylko Johnny’ego, ale także Snow, jej rodziców i Petera, a także innych istotnych postaci. Mnie Johnny wydał się przede wszystkim bardzo samotnym i niezrozumianym człowiekiem. Z podanych myśli i wypowiedzi ułożyłam sobie własny portret tego wpływowego Chińczyka i podejrzewam, że tak jak Snow, Jasper i Peter posiadali własną wizję Johnny’ego patrząc na niego z ograniczonej perspektywy, tak każdy czytelnik dopasowując te czasem sprzeczne wizje utworzy sobie własny obraz, decydując, które zdarzenia były prawdziwe i jakie intencje kierowały bohaterem. Właśnie ta możliwość interpretowania po swojemu spodobała mi się w powieści najbardziej. Przypomina to także o interpretowaniu historii w ogóle, o tym jak uważnym trzeba być oceniając kogoś i zawsze mieć świadomość, jak zawężony jest nasz obraz widzenia wydarzeń, w zwłaszcza ludzi. Łatwo jest kogoś źle oceniać, ranić i skazywać na samotność, nie troszcząc się o wysiłek zapoznania się z jego punktem widzenia i obiektywnym spojrzeniem na zaistniałe sytuacje. Potem nierzadko jest za późno na odwrócenie zła, które się wyrządziło.

Oczywiście ciekawie było także dowiedzieć się czegoś o Malezji, jej historii i kulturze, bo to jeden z zakątków świata, o których wciąż wiem zdecydowanie za mało. Tash Aw ma talent do opisywania swojego rodzimego kraju i ludzi w nim żyjących. Przeglądając zdjęcia z Malezji ma się wrażenie, że to świat z bajki.

malezja

Choć czytając „Faktorię Jedwabiu” nie byłam szczególnie zachwycona, to jednak mogę ją polecić jako kawałek porządnej literatury, a po inne tytuły Tasha Aw z chęcią sięgnę, jeśli wpadną mi w ręce.

4/6
Tash Aw, „The Harmony Silk Factory” (HarperPerennial, 2005)

Na zakończenie dalszy ciąg łańcuszku, pytania zadane przez Lilithin:
Czy zdarzyło Ci się zniszczyć książkę (własną lub pożyczoną)? W jakich okolicznościach i jeśli była pożyczona, to jak się wytłumaczyłaś?
Bardzo dbam o książki, więc raczej mi się nie zdarzają tego typu wpadki. Pamiętam, że raz upuściłam książkę pożyczoną od kuzyna i ubrudziła mi się ziemią – wyczyściłam ją gumką i nie było śladu. Gdyby zniszczyła się trwale, to na pewno bym odkupiła. Bardzo nie lubię, kiedy pożyczam komuś książkę, a ten ktoś zwraca mi z np. rozgniecionym robakiem pod okładką (z czego zdaje sobie ów pożyczający sprawę). Miałam taką sytuację i nie byłam zachwycona.

Czy zdarza Ci się czytać w języku obcym? Jeśli tak, to w jakim i co decyduje o tym, że sięgasz po taką książkę?
Czytuję książki po angielsku (tylko ten język poza ojczystym znam na tyle, żeby móc w nim czytać literaturę). Dlaczego? Because I can ;) Na początku, żeby się poduczać i cieszyć, że potrafię, potem, bo trzeba było czytać lekturym, a teraz też mam dużo naukowej czytaniny plus po prostu lubię czytać w oryginale, więc jak mogę, to czytam. Choć i tak najbardziej chyba lubię czytać po polsku (chyba, że przekład jest nieznośny, wtedy zrobię wszystko, żeby znaleźć oryginał).

Czy kiedykolwiek obejrzałaś film, który zachęcił Cię do przeczytania książki? Albo: czy w ogóle oglądasz filmy na podstawie książek, których jeszcze nie czytałaś?
Bardzo wiele filmów będących adaptacją oglądałam przed czytaniem książek. Nigdy nie wynikało to z jakiejś szczególnej polityki, po prostu miałam dostęp do filmu, a do książki akurat nie. Teraz jednak mam dylemat z „Lektorem” i „Drogą do szczęścia” – dostęp do filmu mam, do książki nie, ale waham się, czy warto zaczynać od filmu.

Take me to the sky

Bardzo bałam się tej mojej pierwszej podróży samolotem. Powodów było wiele – mam lęk wysokości, taki prawdziwy i fobiczny, miałam lecieć ze znajomymi, ale nie bliskimi na tyle, żeby móc podzielić się moimi uczuciami, czego akurat bardzo potrzebowałam, a także prześladowała mnie myśl, że z braku doświadczenia przydarzy mi się jakaś wpadka – zagubię się na lotnisku, gdzieś mnie zatrzymają, czegoś zapomnę, coś zrobię źle lub w końcu mój bagaż poleci nie tam, gdzie ja (co nie raz zdarzyło się mojemu promotorowi). Pisząc o tych obawach teraz trochę mnie one śmieszą, jednak wówczas, po dwóch godzinach snu i w stanie ogólnego zdenerwowania podróżą, czułam się naprawdę zagubiona. Fakt, że musiałam czekać na samolot ponad trzy godziny z powodu opóźnień, w wyniku czego nie zdążyliśmy na przesiadkę w Pradze nie poprawił mojego samopoczucia.

Oczywiście nie marudziłam, ale nadrabiając miną raźno wkroczyłam do samolotu, kiedy ten się wreszcie raczył pojawić, zapięłam pas i walczyłam z mdłościami powodowanymi strachem. Kiedy samolot przyspieszył czułam się wspaniale, uwielbiam duże prędkości, ale kiedy zaczął się wznosić, uczucie było okropne. Nie wiem, jak to jest, ale ja naprawdę czuję zmianę wysokości, czy to w windzie, czy w górach, taki ucisk z tyłu czaszki, jakbym miała tam coś bardzo ciężkiego. Serce waliło mi jak oszalałe i kiedy tylko samolot ustabilizował swój lot, natychmiast głowa opadła mi na pierś i zasnęłam, zmęczenie nerwami i strachem dało o sobie znać. Obudziłam się tuż przed lądowaniem, które też nie było zbyt przyjemne – znów nie sam moment wylądowania, ale poczucie zmieniania wysokości.

Na szczęście jednak, nie była to moja jedyna wycieczka. Łącznie leciałam w tej podróży cztery razy, w tym raz załapałam się na darmową biznes klasę (przez opóźnienie spóźniliśmy się na przesiadkę i na lotnisku zaproponowano nam inny lot, gdzie miejsca były tylko tam – nie narzekaliśmy!). Każdy kolejny lot był mniej stresujący, a coraz bardziej fascynujący i ciekawy. Podczas ostatniego odważyłam się nawet usiąść przy oknie i przez półtorej godziny leciałam przyklejona do szyby.

Chmury widziane z góry to jeden z najpiękniejszych widoków, jakie dane mi było zobaczyć. Aż trudno uwierzyć, że spadając przeleciałoby się przez nie, a nie odbiło jak od miękkiej poduszeczki. Czasem przypominały góry pokryte śniegiem, czasem wyglądały jak lodowa pustynia, przybierały niezwykłe kształty lub jedynym skojarzeniem mogła być tylko bita śmietana. Kiedy lecieliśmy trochę niżej, obserwowałam ziemię i miałam dość mieszane uczucia. Z góry naprawdę widać, jak jest ona ukształtowana przez człowieka, jak smutno wyglądają wielkie metropolie, a jak przyjemnie lasy i wody. Wzlatując nad Warszawą miałam dość przykry obraz szarości i czerni, ale generalnie Polska wygląda z góry pięknie – lasy, rzeki i jeziora, kolorowe pola i mniejsze oraz większe skupiska domków i miast. Choć wolę oglądać świat z ziemi, ze wszystkimi szczegółami, różnicami i bliskością, nie mogę odmówić niezwykłości temu samemu widzianemu z lotu ptaka.

Końcowy werdykt: lubię latać :)

A dodatkowo kolejne pytania łańcuszkowe, tym razem zadane przez Chihiro:
1. Jak wyglądałaby Twoja wymarzona, idealna biblioteczka (chodzi zarówno o dobór książek jak i pomieszczenie)?
Najchętniej trzymałabym książki w osobnym pokoiku, przytulnym i wypełnionym od sufitu do podłogi regałami, z fotelem i małym stolikiem ze stojącą na nim lampką. Lubię dość „płytkie” półki, na których książki stoją w jednym rządku – nie chce mi się potem odkładać przeczytanej książki do tyłu i zazwyczaj kładę poziomo na tych stojących z przodu. Co się tyczy wyboru książek, to najchętniej dobierałabym sobie książki różnego rodzaju, z naciskiem na obyczajowe, reportaże i fantastykę.
2. Czy masz książkę/i, do której/ych wracasz co jakiś czas? Jeśli tak, to jaką/jakie?
Bardzo wiele książek czytałam po kilka razy, natomiast w większości książek, które posiadam mam swoje ulubione fragmenty, które czytam bardzo często. Ciężko byłoby mi wymienić książkę, do której wracam najczęściej (generalnie byłaby to pewnie wspominana ostatnio „Mała Księżniczka”, ale ostatnio… naprawdę nie wiem).
3. Czy w Twojej rodzinie wszyscy sporo czytają, czy rodzina w jakikolwiek sposób wpłynęła na Twoje zwyczaje czytelnicze?
W mojej najbliższej rodzinie czytam zdecydowanie najwięcej, a to, co czytają domownicy raczej nie kształtowało moich zwyczajów czytelniczych. Jako wczesna nastolatka czytałam wszystko, co wpadło mi w ręce i powoli mój gust się kształtował jakoś sam z siebie, może dlatego swego czasu czytałam strasznie dużo literackiej miernoty dla nastolatek – czasem zazdroszczę osobom, którym ktoś polecał dobre lektury i jako dzieci czytali klasykę, którą ja dopiero poznaję.

Kategorie:podróże, zabawa Tagi: ,

Po powrocie

Witam po powrocie i dziękuję pięknie za wszystkie życzenia udanego wyjazdu – rzeczywiście się udał, o czym mam nadzieję wkrótce napisać więcej na blogu. Podczas mojej nieobecności w blogowo-czytelniczej społeczności wydarzyło się wiele ciekawych rzeczy, myślę tu zwłaszcza o dwóch nowych wyzwaniach czytelniczych, do których się palę. Przy okazji, czy ktoś może mi zdradzić, skąd można wziąć takie fajne bannery do wklejenia sobie na stronę z linkiem? Nie zdążyłam przejrzeć jeszcze wszystkich blogów z mojej listy, ale już zebrała się spora lista książek, ktore dopisałam do mojej niekończącej się listy książek-do-przeczytania.

Pojawiła się także sympatyczna zabawa łańcuszkowa, do której zostałam zaproszona. Ponieważ robi się już późno, a ja przestawiłam się na wyjeździe na tryb wczesno-kładzeniowy (wcześnie, czyli ok 24…, ale to zawsze krok na drodze ku lepszemu), moje odpowiedzi zamieszczę w odcinkach, dziś do pytań zadanych mi przez Padmę:

1. Gdybyś mógł / mogła skłonić wszystkich, których znasz, do przeczytania jednej książki, jaką byś wybrał?

Bardzo trudne pytanie. Nie wiem, czy istnieje książka, którą zasugerowałabym każdemu, prędzej potrafiłabym wymienić książki z konkretnego działu, dla jakiegoś grona czytelników (choć nawet tu byłby problem, bo kiedy trzeba wymienić np. ulubione książki to wszystkie tytuły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wylatują z mojej głowy). Naprawdę długo się zastanawiałam i doszłam do wniosku, że każdy powinien przeczytać „Rok 1984”. Pomijając fakt, że jest to świetnie napisana literatura, wizja w niej zawarta mnie przeraża głównie dlatego, że moim zdaniem jest możliwa i jeśli nawet nie w aż tak drastycznej formie, to czytelnik zostaje zmuszony do zastanowienia się nad różnymi kwestiami, w tym własnej prywatności, ingerencji państwa w swoje życie itd.

2. Czy jest autor, którego książek masz zdecydowanie najwięcej? Kto i dlaczego?

Żaden autor nie panuje w mojej biblioteczce zdecydowanie, ale mam sporo książek poszczegółnych autorów, zwłaszcza jeśli pisali dłuższe serie. Z dawniejszych czasów mam większość książek Lucy Maud Montgomerry (miałam wszystkie prócz jednej powieści i autobiografii, ale części się z czasem pozbyłam) oraz Małgorzaty Musierowicz (do Kalamburki włącznie, późniejsze zbyt mnie denerwowały, „Język Trolli” jeszcze kupiłam z sentymentu, ale się pozbyłam). Pisarze „fantastyczni” także mają skłonność do długich serii, mam więc sporo Martina, „Wiedźmina” Sapkowskiego i większość Kaya. (A gdzieś w szafce, schowana przed światem spoczywa seria Margit Sandemo o Ludziach Lodu w liczbie 47 tomów kupionych w antykwariacie za 2 zł, ale do tego przyznaję się z pewnym zakłopotaniem…)

3. Jaką książkę czytałeś/aś najwięcej razy?

Tu nie mam problemu z odpowiedzią – „Mała Księżniczka” Frances Hodgson Burnett. Czytałam ją tysiące razy jako mała dziewczynka i nadal do niej wracam – nawet nie naumyślnie, po prostu kiedy wezmę ją do ręki, żeby wytrzeć kurz chociażby to zaczynam czytać ulubione fragmenty i kończę czytając całość i zawsze się wzruszając. Uwielbiam tę historię o potędze wyobraźni i niezwykłej małej dziewczynce.

Ciąg dalszy nastąpi, a tymczasem idę odsypiać wojaże.

Kategorie:meta, zabawa Tagi: