Archive

Archive for Czerwiec 2010

Przez pustynię

Dość długo zastanawiałam się, jak ułożyć notkę o naszej podróży do Izraela i Jordanii: czy ująć wszystko w jednym wpisie, czy też wzorem koleżanek rozbić treść na kilka mniejszych tekstów, a może darować Wam i nie pisać wcale? Chciałam jednak choć część wrażeń mieć zachowanych w formie pisemnej (nie licząc moich notatek w zeszycie, który miałam ze sobą na wyjeździe, choć po raz któryś się przekonałam, że nie potrafię spisywać wrażeń tak na bieżąco – wolę chłonąć to, co widzę i słyszę, a spisywać dopiero potem. Ma to swoje wady, ale jak dla mnie zalety przeważają). A że zobaczyliśmy tak wiele i cała podróż była niezwykłym przeżyciem, to zdecydowałam się na kilka wpisów, które z czasem będą się pojawiać na Herbatnikach. W ogóle, jeśli wszystko pójdzie z planem, blog przeżyje mały renesans i notki pojawiać się będą znacznie częściej – przynajmniej taki jest plan.

Pustynię widziałam po raz pierwszy w życiu i to od razu na dzień dobry – widać ją było już z lądującego samolotu. Wyszliśmy z lotniska i natychmiast owionął nad gorący, pustynny wiatr. Już trzeci raz zdarzyło mi się wysiąść ze środka lokomocji w innym klimacie w porównaniu z tym, w którym wsiadałam i choć jest to nieco dziwne uczucie, zdążyłam je polubić. W pierwszej chwili wydaje się, że niemożliwym będzie normalnie oddychać, nie mówiąc już o poruszaniu się w takim gorącu, po chwili jednak okazuje się, że i owszem. Aż wreszcie człowiek przyzwyczaja się do upałów i poza tymi najgorętszymi godzinami, właściwie przestaje się nań zwracać uwagę.

Jako pierwszą w życiu zobaczyłam zatem wyżynną pustynię Negew, która zajmuje około 40% (tak podaje polskie źródło, angielska Wikipedia mówi o 55%) powierzchni całego Izraela. Choć przecież wcześniej zdarzyło mi się oglądać rozmaite pustynie na filmach bądź zdjęciach, naiwnie wyobrażałam sobie taki obszar jako olbrzymią, piaszczystą plażę. Tymczasem Negew jest kamienista, a jej krajobraz przypomina chwilami dość niskie góry. Mogliśmy zaobserwować koryta rzek okresowych – chciałabym je zobaczyć, bo aż ciężko uwierzyć, że wśród tych bezkresnych kamieni i piachów może nagle popłynąć woda. Stanęłam także na krawędzi największego na świecie krateru krasowego, Ramonu. Jego długość wynosi 40km, wygląda więc jak otoczona górami i pagórkami piaszczysta dolina, dopiero z jakiegoś wyższego punktu widokowego można objąć wzrokiem jego rozmiar i zobaczyć w nim krater. To przesądziło już o moim postrzeganiu pustyni – jest to krajobraz absolutnie niezwykły, księżycowy i dodatkowo szalenie inspirujący.


Izraelskie pustynie pełne są tajemnic, wydawać by się mogło jednak, że są to tajemnice już wyłącznie ludzkie. Co chwila zobaczyć można małe bazy wojskowe (zwłaszcza na Negewie), mieści się tam także Beer Szewa, słynne złą sławą więzienie izraelskie. Mówi się także, że jeśli Izrael posiada broń atomową, a pewnie tak jest, to przechowują ją właśnie na pustyni. Jednak pustynia to nie tylko wojsko. Co jakiś czas zaobserwować można było osady Beduinów, którzy wciąż zamieszkują pustynne tereny. Ludzie starają się użyźnić tę trudną do zagospodarowania glebę i zwłaszcza w pobliżu miast można znaleźć uprawy (winogrona, oliwki, palmy daktylowe). Mieszkańcy upiększają po swojemu pustynię, układając duże napisy z kamieni lub ustawiając wycięte z blachy sylwetki wielbłądów w karawanie – z daleka można się dać nabrać.

Jeden z pustynnych 'upiększaczy'


Zwierzyna pustynna :)

W Jordanii natomiast to pustynia podporządkowuje sobie człowieka. Olbrzymie tereny, w niewielkim tylko stopniu zamieszkane, obfitujące w zagadki i tajemnice, wciąż być może znane tylko wytrawnym podróżnikom, którzy odważyli się w nie zapuścić i odkrywać. Jordańskie pustynie są piękne pięknem nieskrępowanej przyrody. Nie trudno wyobrazić sobie, że tak wyglądały przed wiekami i od tamtych lat niewiele się zmieniły. Niestety, w większości obserwowaliśmy je jedynie przez szybę autobusu. Podobno organizowane są specjalne wycieczki z noclegiem wśród piasków na pustyni Wadi Rum, uznawanej za jedną z najpiękniejszych, jeśli nie najpiękniejszą pustynię na świecie. Oczywiście ludzie podróżują też własnymi szlakami, bez pomocy i udziału biur turystycznych. Przechodzą szlakami dawnych nomadów, niosąc swój podróżniczy dobytek na plecach i śpiąc pod gołym niebem. Nie miałabym nic przeciwko, żeby kiedyś wybrać się na taką wyprawę, stanąć w obliczu pięknej choć jednak groźnej przyrody. Póki co jednak nie ma o czym mówić, pomijając wszystko inne podróże po pustyni wymagają nie lada kondycji, a tego trochę mi ostatnio brakuje ;)


„Serce Kaeleer” Anne Bishop

Zbieram się do napisania notki o podróży, tymczasem jednak postanowiłam zabrać się za zaległe recenzje. Wciąż mam nadzieję dotrzymać przyrzeczenia danego sobie z okazji Nowego Roku – napisać recenzję o każdej przeczytanej książce, a najlepiej także o obejrzanym filmie. Zaległości mam spore, ale mam nadzieję, że to kwestia czasu.

Po mojej wcześniejszej recenzji trylogii autorstwa Anne Bishop dziwić może, że zabrałam się za IV część cyklu Czarne Kamienie. Cóż, na tym polega chyba fenomen tej książki. Z jednej strony irytują błędy w stylu, marnowanie potencjału i przedziwne chwilami rozwiązania fabularne. Z drugiej jednak czytelnik nie wiadomo kiedy przywiązuje się do opisywanego świata oraz bohaterów i chce wiedzieć więcej – jak to się dalej potoczyło, co stało się z ulubionymi postaciami… Ja sama odkąd odkryłam, że istnieje kolejna część cyklu, nie mogłam przestać się zastanawiać, co też tam zostało napisane. Ucieszyłam się więc, kiedy dostałam „Serce Kaeleer” w swoje ręce. Usiadłam do niej wieczorem, z zamiarem przeczytania pierwszego, króciutkiego opowiadania i skończyłam mniej więcej o 4 rano, kiedy doczytałam ostatnie zdanie całej książki. Tak, wciąga.

Był jeszcze jeden marzyciel. (s. 382)

W książce „Serce Kaeleer” mamy do czynienia z czterema opowiadaniami, z których każde ma innego głównego bohatera, inny nastrój i dzieje się w innym okresie życia bohaterów (co wziąwszy pod uwagę długowieczności postaci w cyklu jest dosyć znaczące). Pierwsze, „Prządka marzeń”, jest właściwie mitem powieściowego świata, wyjaśnieniem, skąd wzięły się Kamienie i Krwawi. Bishop w naprawdę ciekawy sposób obmyśliła genezę powstania magii w jej świecie, niestety styl użyty w opowiadanku powoduje zgrzytanie zębami, o czym za chwilę napiszę więcej. Następnie poznajemy historię miłości Lucivara do prostej dziewczyny, która w wyniku splotu okoliczności zostaje jego pomocą domową. „Książę Ebon Rih” jest przewidywalny do bólu i czerpie z mocno utartych już schematów, co nie zmienia faktu, że opowiadanie wciąga i jest naprawdę sympatyczne, pełne uczuć, pogmatwanych emocji i zabawnych sytuacji. Kiedy czytałam, co i rusz przypominałam sobie nieszczęsną Sagę o Ludziach Lodu, której swego czasu przeczytałam wszystkie 47 tomów i choć mam świadomość, że nie jest to literatura najwyższych lotów (tak, w kioskach stoi na półeczce z harlequinami), to jednak wciąż twierdzę, że niektóre tomy to bardzo fajne czytadła na jeden wieczór, romanse z ciekawym, magicznym tłem i ładnie zarysowanym wątkiem uczuciowym. Taką historią jest właśnie „Książę Ebon Rih”. Nawet sposób przedstawienia postaci (mroczny i dość brutalny mężczyzna pełen honoru i skrywanych uczuć oraz ona – trochę sponiewierana przez los, pełna temperamentu i kochająca z pasją) oraz główne miejsce wydarzeń (odizolowana od wielkiego świata chatka, niedaleko wsi), że już nie wspomnę o pochodzeniu głównego bohatera (obdarzona wielką mocą rodzina, walcząca do końca o każdego, kogo uznają za członka swego klanu) przywodzi na myśl Sandemo. Nie jest to minusem, gdyż tak jak wspomniałam, norweska pisarka ma na swoim koncie kilka naprawdę świetnych historii tego konkretnego rodzaju. Kolejne opowiadanie, „Zuulaman”, jest mroczną historią z młodości Saetana, opowiedzianą w przekonujący sposób i z pokaźnym ładunkiem emocjonalnym. Do mnie przemówiło i podziałało na wyobraźnię, szkoda, że w samym cyklu nieraz ciężko dopatrzyć się tej dwoistości charakteru Wielkiego Lorda Piekła i zazwyczaj występuje on w roli dobrego wujaszka. Ostatnia część książki opowiada natomiast o dalszych losach Jaenelle i Daemona, o wydarzeniach, które miały miejsce po „Królowej Ciemności”. Opowiadanie tytułowe samo w sobie nie jest zbyt oryginalne, można uznać, że do pewnego stopnia powtarza kilka motywów z początku „Królowej”, jest jednak pełne ciepła, sympatyczne i dające dużo satysfakcji, jeśli chodzi o kontynuację historii. Osobiście uważam wyjaśnienie pochodzenia Świtu Zmierzchu za absolutnie świetne, poruszające i pasujące do całości Czarnych Kamieni.

Książka nie wzbudza jednak tylko pozytywnych emocji i jest na co pomarudzić. Styl pisania Bishop poprawił się w porównaniu z I tomem, poprawiła się także korekta w polskim wydaniu i nie przypominam sobie żadnego błędu. Niestety, mimo to Bishop jest pisarką mocno przeciętną. Rozpoczynając czytanie „Prządki marzeń” szybko przypomniałam sobie, co mnie w pisarstwie Bishop drażniło podczas czytania trylogii. Autorka ma problemy z zachowaniem spójnej atmosfery tekstu, nadużywa wielokropków w poetyckich fragmentach, co i rusz sięga do ogranych schematów. Chwilami jej opowiadania przywodzą na myśl fanfiction do jej głównej serii (co samo w sobie nie jest krytyką, fanfiki potrafią być rewelacyjne, jednak tu mam na myśli przeciętne dziełka z tej kategorii), momentami nieporadne i zdające się nie być do końca przemyślane.

Niemniej jednak Bishop potrafi napisać fantastyczne fragmenty, ma pomysły na rozwiązania, które wynagradzają braki w warsztacie. Przede wszystkim wciąga i nie pozwala się oderwać aż do skończenia ostatniej strony. Dla tych, którzy przeczytali trylogię pozycja obowiązkowa, na pewno nie będą zawiedzeni.

Moja ocena: 4+/6
Anne Bishop, „Serce Kaeleer. Czarne Kamienie, księga IV” (INITIUM, 2010)
_____________

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Initium, za co serdecznie dziękuję.

Troszkę osobiście

Wracam z blogowego niebytu! Moje życie wywróciło się ostatnio do góry nogami w bardzo przyjemny i planowany sposób, jednak trochę czasu zajęło mi wracanie do rzeczywistości. W międzyczasie odbyłam magiczną podróż, o której kilka słów napiszę wkrótce, a następnie proza życia wróciła i ogłuszyła mnie lekko kilkoma sprawami, z których żadna nie jest tragedią, ale i nie nastraja mnie zbyt optymistycznie do świata. A to tłumaczenie z niemożebną ilością medycznych zwrotów z datą na miesiąc temu, to znów delikatne przypomnienie, że może wypadałoby skończyć wreszcie prace magisterską i skończyć studia. To ostatnie wiąże się z ponurymi, pełnymi napięcia i stresu rozważaniami o przyszłości, wyborze drogi zawodowej i mnóstwie innych wyborów, które podjąć muszę, a do których podjęcia gotowa się nie czuję. Przybicie ogólne wpłynęło na twórczą niemoc (jeśli tylko zaczynałam pisać coś, co nie było tłumaczeniem lub też pracą, natychmiast wyrzuty sumienia niszczyły całą wenę…) i trochę bloga zaniedbałam.

Ale! Nie znaczy to jednak, że wciąż mi źle i smutno. Wczoraj nastąpił przełom, kiedy to zakończyłam wszelkie (no, poza jednymi korepetycjami, które akurat szalenie lubię) zajęcia, zrobiłam pyszną soczewicę słodko-kwaśną i koktajl truskawkowy, obejrzałam wybitne dzieło kinematografii pt. „Shaolin Soccer” i stwierdziłam, że tak naprawdę jestem przecież bardzo szczęśliwą osobą. Zrobiłam sobie dzień wolny od stresów, pisania i myślenia o poważnych sprawach i dziś od razu wszystko nabrało kolorów. Nawet wreszcie zrobiłam sobie zdjęcia do dowodu (na wyrobienie którego termin upłynął jakieś dwa tygodnie temu, kiedy byliśmy w podróży poślubnej… mam nadzieję, że w urzędzie zrozumieją to wątpliwe tłumaczenie).

Brakowało mi bloga bardzo, więc wracam i będę starała się pisać w przerwach między pisaniem Bardzo Poważnych Rzeczy. Na szczęście rzeczy te piszą się w miarę dobrze i widzę już koniec majaczący na horyzoncie. Żeby nie zapeszyć, wracam do tłumaczenia, a Wam życzę przyjemnego weekendu!

Drogi, drogi...

Drogi, drogi...

 

Kategorie:meta, o sobie