Archive

Posts Tagged ‘afganistan’

Historia pewnego listu i Żydzi w Afganistanie

25/03/2011 12 uwag

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o książce „Chicken Street” Amandy Sthers zapragnęłam przeczytać tę powieść. Afganistan, główne choć nie jedyne miejsce wydarzeń, działa na mnie w literaturze jak magnes. Kiedy jednak już sprawiłam sobie tę cieniutką objętościowo książkę, dopadły mnie wątpliwości. Bo jak osoba, która z tego, co podają internetowe źródła, nigdy w Afganistanie nie była, odda jego atmosferę i dramat się tam rozgrywający? Czy nie powieli schematów i nie wykorzysta tragedii jako siły napędowej banalnej historii? Czy nie będzie to aby schematyczna historia dla spragnionych egzotyki mieszkańców Europy spod znaku „dwa światy, jedna miłość”? (Który to motyw, przyznaję z pewnym zawstydzeniem, jest moim „guilty pleasure”) „Chicken Street” odleżało więc swoje na półce, choć i tak był to czas dość krótki ze względu na niewielką objętość (i co za tym idzie, wagę wprost do torebki). Zaczęłam czytać i moje wątpliwości szybko się rozwiały: niepozorne „Chicken Street” ma siłę rażenia bomby, mnogością subtelnie zarysowanych wątków mogłoby obdzielić kilka nowelek zbliżonej długości, wzrusza do łez, nie popadając przy tym ani na chwilę w wymuszoną łzawość.

Chicken Street to jedna z ulic w Kabulu, na której mieszka dwóch jedynych Żydów w Afganistanie – Szymon i Alfred. Nie są ze sobą blisko zaprzyjaźnieni, choć pozostają w pewien sposób od siebie zależni, nie tylko z powodu wspólnej tradycji i wyobcowania w muzułmańskim świecie. Obu zaprowadziły do Kabulu pokrętne ścieżki historii i osobistych przeżyć, kraj nieustannie targany przez konflikty stał się dla dwóch Żydów schronieniem, choć w radykalnym świecie tak naprawdę nigdy nie mogą czuć się do końca bezpieczni. Wiodą jednak spokojne życie – Szymon jest utalentowanym szewcem, Alfred to uliczny pisarz, znający kilka języków i piszący listy w imieniu niepiśmiennej ludności. Ta umiejętność doprowadza do sytuacji, która zmienia życie obu mężczyzn, a także kilku innych osób. Do drzwi Alfreda puka Naema, młoda dziewczyna pragnąca wysłać list do Ameryki. Jej życie znajduje się w niebezpieczeństwie i to nie tylko z powodu odwiedzin u starego mężczyzny niebędącego jej krewnym w towarzystwie jedynie upośledzonego brata. Naema skrywa tajemnicę – podczas pewnego bombardowania spędziła noc z amerykańskim reporterem i teraz spodziewa się jego dziecka. Zdaje sobie sprawę z konsekwencji, jakie spotkają ją w momencie wyjścia sekretu na jaw, odpowiedź od Petera jest jej jedyną nadzieją na ratunek. List trafia do Ameryki, pierwsza jednak sięga po kopertę Jenny, żona Petera… Tymczasem w Kabulu Alfred przeżywa nieznane mu dotąd uczucia i jest gotowy zrobić wszystko, by uratować Naemę, która od życia zapragnęła jedynie odrobinę miłości…

Czy taka historia ma szansę skończyć się dobrze? W radykalnie urządzonym świecie nie ma miejsca na odstępstwa od przyjętych norm, twarde zasady nawet miłość są w stanie rozetrzeć na proch. A może właśnie miłość, czyta i prawdziwa jest w stanie zatriumfować nad brutalnym życiem? Amanda Sthers sięgnęła po uniwersalne tematy miłości, poświęcenia, zdrady, wierności, odwagi i samotności. W zwięzłej formie zawarła ogrom ich znaczeń, nie zakładając, że przedstawia całą ich treść, a jedynie wycinek. Nie brak jej słowom poezji, między nimi plączą się niedopowiedziane treści, napięcie przeplata się z łzami. Nie czułam się jednak zmuszana do przeżywania tak silnych uczuć przesadnie obrazowymi scenami, czego bardzo nie lubię. Opowiadający historię Szymon mimochodem niekiedy napomyka o największych dramatach, wracając do nich później, by zachować chronologię lub też zostawiając je wiszące w powietrzu, nie do końca opisane, wierząc w wyobraźnię czytelnika.

Ciężko pisać więcej o tej książce nie zabierając przyjemności czytania, choć nie o zaskoczenie tutaj chodzi. Raczej o olbrzymi ładunek emocjonalny, jaką historia ze sobą niesie, poruszając tematy, o których rzadko pomyślałoby się w kontekście jednej książki. A jednak Sthers dowodzi, że jest to możliwe z powodzeniem. Nie jest to książka przyjemna i odprężająca, warta natomiast każdej chwili spędzonej na czytaniu. Gorąco polecam Wam lekturę „Chicken Street”.

Tytuł: Chicken Street
Autor: Amanda Sthers
Tłumaczenie: Anna Michalska
Wydawnictwo: Noir sur Blanc, 2010
Ilość stron: 168
Moja ocena: 5+/6

Afganistan po raz kolejny

27/01/2010 4 uwag

Afganistan. Co takiego jest w tym kraju, że budzi tak wielkie zainteresowanie, zwłaszcza na zachód od swoich granic? Egzotyczne tradycje, zupełnie inna kultura. Odziani w bajecznie kolorowe stroje ludzie, zwłaszcza dzieci, obok obleczonych w burki kobiet. Surowy krajobraz nie pozbawiony poruszającego do głębi piękna. A przy tym koszmar wojny, niekończące się konflikty. Wewnętrzne i zewnętrzne, rozrywające kraj i ludzi na strzępki, jak gdyby każdy chciał mieć dla siebie cząstkę Afganistanu. W ostatnim czasie ukazało się sporo książek, polskich oraz tłumaczonych, na temat tego kraju, a ja zachłannie zaglądam do wszystkiego, co wpadnie mi w ręce. Ostatnio skończyłam „Podróż do Afganistanu” Rogera Willemsena, niewielką objętościowo książkę, którą pochłania się natychmiastowo po przeczytaniu pierwszych kilku fragmentów.

Roger Willemsen to Niemiec, ponoć osoba wybitna i znana w tamtejszych mediach. Jak podaje nota z tyłu książki, ukończył germanistykę, filozofię i historię sztuki, a zajmował się wieloma rzeczami, od bycia tłumaczem, przez przewodnika turystycznego, a na korespondencie prasowym w Londynie kończąc. Ciekawie więc było spojrzeć na Afganistan jego oczami. Willemsen pojechał tam z przyjaciółką afgańskiego pochodzenia, Nadią, która wracała do wyniszczonej wojną ojczyzny z wieloma pomysłami na poprawę i odnowę. Razem wędrowali od Kabulu do Kunduzu, obserwując życie ludzi, uczących się na nowo żyć w pokoju, choć i pokój niejednokrotnie może wydawać się tutaj pojęciem względnym. Autor rozmawiał z wieloma ludźmi z różnych warstw społecznych i choć nie miał właściwie wstępu do świata kobiet, obecność Nadii pozwoliła mu trochę z tego świata zobaczyć.

Na książkę składają się obrazki z dzisiejszego Afganistanu, niby pocztówki z podróży, składające się w jeden obraz kraju. Willemsen porusza kwestie znane komuś interesującemu się choć trochę Afganistanem, ale często patrzy na nie z zupełnie nowej strony. Stara się nie komentować zaistniałych wydarzeń, jest raczej obserwatorem, choć czasem bywa także inicjatorem – gdy razem z kilkorgiem innych Afgańczyków przygotowuje pokaz filmowy tylko dla kobiet w dawno nie odwiedzanym kinie. Niekiedy zwięzłe notatki, spostrzeżenia i widoczki z afgańskich ulic i stepów, choć opisane oszczędnie i bez emocji, poruszają wielkim ładunkiem uczuć i przemyśleń, zdradzając wrażliwość autora. A przy tym wiele w książce ciekawostek, jak choćby fragment o żeńskiej drużynie piłki nożnej. To przedziwne, jak wielkie wrażenie może wywrzeć czyjeś dążenie do normalności, walka o rzeczy pozornie nieistotne, nie zwracające na siebie uwagi w świecie takim, jak nasz.

„Podróż do Afganistanu” czyta się szybko, a lektura sprawia dużo przyjemności. Wiele spostrzeżeń skłania do refleksji, wzrusza i zasmuca. Do mnie sposób Willemsena zdecydowanie trafił, więc polecam jego książkę wszystkim zainteresowanym tą częścią świata.

Moja ocena: 5/6
Roger Willemsen, „Podróż do Afganistanu” (PIW, 2007)

Tysiąc wspaniałych słońc

04/06/2009 4 uwag

tsw

O Afganistanie nie wiedziałam wiele, poza informacjami dotyczącymi wojny. Nawet o wojnie wiedziałam same podstawowe rzeczy, bez zagłębiania się w szczegóły. Dopiero od jakiegoś czasu cały Bliski Wschód, a w tym i Afganistan, stały mi się bliższe i zaczęłam się bardziej interesować tą częścią świata. Wprawdzie nadal moja wiedza jest pełna luk, ale chętnie sięgam po książki na ten temat, zarówno reportaże jak i powieści. Pisząc o powieściach o tematyce afgańskiej nie można nie wspomnieć o Khaledzie Hosseini.

W „Chłopcu z latawcem” Khaled Hosseini opowiedział historię mężczyzn, którzy opuścili Afganistan tuż przed wojną. W „Tysiącu wspaniałych słońc” na pierwszy plan wysuwają się kobiety, które zostały w kraju i przeżyły wszystkie nieszczęścia, jakie spadły na Afganistan. Mariam i Laila to dwie bardzo różne kobiety, które spotykają się w domu mężczyzny, który staje się mężem ich obydwu. Mariam zostaje żoną Rasheeda w młodym wieku, tuż po śmierci matki. Ponieważ nie może dać swojemu mężowi syna, po latach poślubia on Lailę, która już w trakcie wojny straciła wszystkich swoich bliskich. W piekle zamieszek i przemocy kobiety powoli nawiązują wspólny język i zaczynają się wspierać, widząc w tym jedyny sposób na przetrwanie.

„Tysiąc wspaniałych słońc” jest książką napisaną ładnym, choć prostym językiem. Razi trochę nieskomplikowana budowa bohaterów – jeśli ktoś jest dobry, pozostaje taki od początku do końca; źli bohaterowie niemal od początku są odpychający i nie zmieniają się na lepsze. Mariam i Laila mają swoje przywary, ale są to drobnostki, nie rzutujące na nie negatywnie w żaden sposób, brakuje im trochę do zostania pełnokrwistymi bohaterkami. Autorowi lepiej udali się według mnie mężczyźni z „Chłopca z latawcem”, który generalnie bardziej mi się podobał. Jednak obie kobiety polubiłam, a pewne niedociągnięcia w pisarstwie Hosseini nadrabia innymi walorami, jak choćby przedstawieniem tła historyczno-obyczajowego. Wojna u Hosseiniego ma dwa wymiary; krajowy, o którym bohaterowie czytają w gazetach, jak i osobisty, który przynoszą z ulic do domu. Ten pierwszy stanowi dobre źródło informacji, ponieważ Hosseini umiejscawia ważne wydarzenia w istotnych chwilach historycznych. Drugi natomiast, bardziej obyczajowy wątek, przemawia do wyobraźni i wrażliwośi czytelnika. Rodzina Rasheeda tak jak i sam Afganistan co chwila chyli się ku upadkowi, a kobiety muszą walczyć o najdrobniejsze prawa w społeczeństwie rządzonym przez talibów. Uderzyło mnie to, jak współczesna jest historia opisywana w „Tysiącu wspaniałych słońc”. Czytając o zwyczajach i zapatrywaniu się na wiele kwestii miałam wrażenie, że książka opowiada o początkach XX wieku, a za chwilę czytam o szale, jaki zapanował po pojawieniu się na czarnym rynku filmu „Titanic”. Autor nie skupia się na opisywaniu aktów przemocy czy historycznych wydarzeń, ale stara się pokazać zwyczajne życie w niezwyczajnych czasach, pełnych brutalności, w których mimo wszystko pozostaje miejsce na trudną miłość. Sama historia mimo wszechobecnego tragizmu wojny, ma na koniec wydźwięk dość optymistyczny. Autor podkreśla znaczenie edukacji w odnowie upadłego kraju i daje nadzieję, że Afganistan ma szansę się odrodzić.

Lubię w Hosseinim sposób, w jaki opisuje Kabul. Nie trudno jest odczuć, jak duże znaczenie ma dla niego to miasto, z jakim bólem przyjął jego upadek i jak bardzo pragnie odnowy. Bez trudu można pokochać Afganistan sprzed wojny i tym bardziej smutna jest jego dalsza historia, zniszczenie i brak poszanowania nie tylko dla ludzi, ale i dziedzictwa kulturalnego, które jeśli nawet ocalało, to zostało splamione krwią. Hosseini jest bardzo zaangażowany w pomoc uchodźcom z Afganistanu i dużo czasu spędza w obozach dla nich przygotowanych. Może kolejna książka będzie właśnie na ten temat? Lubię jego twórczość, więc o czymkolwiek by nie była, kolejną powieść autorstwa tego pisarza kupię w ciemno.

5/6
Khaled Hosseini, “Tysiąc wspaniałych słońc” (Albatros, 2008)

Chłopiec z latawcem

09/05/2009 7 uwag

Dałam sobie szlaban na czytanie. Co prawda nie wiem, czy wytrwam w swoim postanowieniu, ale coś muszę zrobić, bo wciąż jakaś książka mnie rozprasza, a do końca maja muszę oddać pierwszy rozdział pracy, który niestety nie chce się sam napisać. Przerzucam się więc na książki akademickie i liczę na przypływ weny, choć ciężko mi się zmobilizować, zwłaszcza przy tak pięknej pogodzie. Wciąż mam trochę zaległych recenzji, o których chciałam tu napisać, mam nadzieję, że co jakiś czas uda mi się tu coś wrzucić.

Jedną z takich zaległych recenzji jest „Chłopiec z latawcem”, którego przeczytałam już ładny kawałek czasu temu, ale ponieważ to ważna dla mnie książka, chciałam coś o niej napisać. Fabuła opowiada historię Amira, chłopca wychowującego się w Afganistanie lat 70 wraz z dwiema najważniejszymi dla siebie osobami – ojcem i służącym Hassanem, z którym Amir się przyjaźni. Nie jest to jednak prosta przyjaźń, a skomplikowana relacja, w której przywiązanie miesza się z irracjonalną zazdrością i poczuciem wyższości z jednej strony, a całkowitym oddaniem z drugiej. Pewnego dnia, podczas zawodów w puszczaniu latawców Amir jest świadkiem dramatu Hassana. Reakcja chłopca na zawsze zmieni jego przyjaźń z służącym, a także losy samego Amira i jego rodziny, ponieważ dodatkowo historia dzieje się na tle dramatycznych wydarzeń historycznych, kiedy do Afganistanu wkraczają rosyjscy żołnierze. Amir wraz ze swoim Babą uciekają do Ameryki, w której próbują ułożyć sobie życie na nowo. Jednak wydarzenia z przeszłości nie pozwalają dać o sobie zapomnieć. Pewnego dnia dorosły Amir dostaje propozycję: „Znów można być dobrym”. Postanawia wykorzystać tę szansę, wraca do zmienionego Afganistanu, by spotkać się z jedyną osobą, która naprawdę go rozumiała, z przyjacielem swojego ojca.

Bardzo przypadł mi do gustu sposób pisania Hosseiniego. Jego dialogi są naturalne, wydarzenia i osoby widziane oczami Amira przekonują mnie. Afganistan jego dzieciństwa sprawił, że moja fascynacja Wschodem rozszerzyła się z tego Dalekiego na Bliski. Choć autor nie skupia się na opisywaniu kraju (w końcu dla chłopca, który się w nim urodził i wychował nie jest on niczym niezwykłym), to jednak otrzymujemy subtelny opis miejsca, które na zawsze już znikło z powierzchni ziemi, zmiecione przez wojnę, okupację i kolejne wojny. Podwójnie przykry jest powrót Amira do zrujnowanego Kabulu, starego miasta, pełnego gwaru, kebabiarni i biegających dzieci. Choć druga część powieści może wydawać się trochę nierealna, to jednak ją przyjmuję, bo właściwie dlaczego nie? Owszem, można powiedzieć: „takie rzeczy tylko w filmach”, ale wystarczy posłuchać opowieści naszych dziadków z czasów wojny, żeby uwierzyć w najbardziej niezwykły scenariusz (przepłakałam wiele godzin słuchając historii mojego pradziadka, którą opisał mi mój dziadek… za taką historię nie jeden reżyser oddałby fortunę. Podejrzewam, że większość rodzin ma choć jedną taką niezwykłą historię w swojej rodzinie).

Hosseini nie opisał w „Chłopcu z latawcem” losów Afganistanu. Skupił się na małym chłopcu, Amirze, opowiedział jego historię, tylko maleńki wycinek dziejów całego narodu, co zarzucają mu Afgańczycy (sądząc przynajmniej z dyskusji na międzynarodowych forach internetowych). To chyba właśnie tak do mnie przemówiło. To oraz prostota, z jaką tę historię opisał. Nie ma tu może głębokich analiz psychologicznych, ale czytelnik dostaje wystarczająco dużo informacji, żeby ułożyć z nich portrety bohaterów, a także zastanowić się nad tym, co nimi kierowało. Czy ojciec irracjonalnie winił Amira za śmierć swojej żony? Czy uważał syna za zupełnie od siebie różnego, a może nie potrafił pogodzić się z tym, że widział w nim swoje własne słabości? Myślę, że każdy zna takiego Amira, jego ojca, innych bohaterów. Znam nawet takiego Hassana, co ciekawe, ma tak samo na imię, choć pochodzi z innego „…stanu”. To także składa się na siłę i urok książki. Oraz przesłanie, że można odpokutować winy, że nawet jeśli nie naprawimy wszystkiego zła, możemy zacząć od nowa, „znów być dobrym”. Nie mówiąc już o bliskim mi, antywojennym przesłaniu, wciąż aktualnym.

„Chłopiec z latawcem” to debiut Hosseiniego, więc dostaje ode mnie 6, bo choć zdarzają się odrobinę słabsze momenty i na pewno nie jest to wyjątkowo bogato rozbudowana powieść, to trafiła do mnie idealnie i ją pokochałam. Przyczepić się można natomiast do polskiego wydania. Literówki są przerażające, pierwszy raz w życiu złapałam ołówek i zaczęłam je poprawiać, tak mnie zdenerwowały. Widziałam wydanie z inną okładką, ale nie wiem, czy jest ono też autorstwa Amberu. Pomijając ten fakt, polecam. Bardzo.

6/6
Khaled Hosseini, “Chłopiec z latawcem” (Amber, 2008)