Strona główna > film > O czekaniu i wojnie secesyjnej

O czekaniu i wojnie secesyjnej

Obejrzałam nie tak dawno temu „Wzgórze nadziei” (ang. Cold Mountain) w reżyserii Anthony’ego Minghella’i. Zabierając się za oglądanie tego filmu miałam mniej więcej pojęcie, czego się spodziewać. Wiedziałam, że jest to romans oraz dramat wojenny. Słyszałam, że jest ładnie nakręcony, w pięknych plenerach, a opowiedziana historia może wzruszyć. Miałam ochotę na taki właśnie film. Muszę przyznać, że ogólnie rzecz biorąc, nie zawiodłam się.

Ekranizacja powieści Charlesa Fraziera pod tym samym tytułem opowiada o parze młodych ludzi z niewielkiego miasteczka w Północnej Karolinie. Ada Monroe (Nicole Kidman) i Inman (Jude Law) zakochują się w sobie tuż po pierwszym spotkaniu, ale wybuch wojny secesyjnej nie pozwala im się uczuciem zbyt długo cieszyć. Inman wyrusza na wojnę, a Ada zostaje w domu i obiecuje na niego czekać. Po przyjrzeniu się z bliska wojennego okrucieństwu i po stracie przyjaciół, Inman postanawia zdezerterować i wrócić do ukochanej. Jego droga powrotna pełna jest niebezpieczeństw, różnorodnych postaci spotykanych na każdym kroku i oczywiście obrazków przedstawiających zniszczenia spowodowane wojną. W tym czasie Ada musi przeistoczyć się z panienki z wyższych sfer w kobietę, która potrafi sama o siebie zadbać, a pomaga jej w tym charyzmatyczna i energiczna dziewczyna, Ruby (Renée Zellweger). Pozostaje jej tylko czekać, czekać, czekać… Brzmi banalnie? A jednak film się broni.

Historia może być typowym romansem wojennym, ale została opowiedziana w sposób naprawdę porywający. Może to zasługa tła historycznego i plenerowego, a może po prostu fakt, że lubię dobre historie o miłości i nie cierpnie mi skóra na dźwięk słowa „romans”. I tak myślę, że liczba uduchowionych kwestii była do przyjęcia, a film nie popadał w banał pozostawiający niesmak. Wojna została pokazana tak, jak można się było tego spodziewać – okrutna i krwawa, ale też i stanowiąca romantyczne tło (nie wiem, czy o jakiejkolwiek wojnie zostało napisane tyle historii miłosnych, co o wojnie secesyjnej), choć nie traciła przez to wiele z realizmu (nie wiele już pamiętam z prawdziwej historii wojny, ale z tego, co czytałam w recenzjach, reżyser nie dramatyzował zanadto wydarzeń odbierając im realność). Muzyka mnie wprawdzie nie porwała (a zawsze zwracam na nią uwagę przy oglądaniu), ale też nie przeszkadzała, kilka motywów było całkiem przyjemnych. Gry aktorskiej także nie będę krytykować. Nie lubię ani Kidman , ani Law, ale w tym filmie mi się podobali. Zwłaszcza Jude Law, który wreszcie nie wyglądał jak gej-narkoman lub romantyczny chłopaczek, co stanowiło naprawdę miłą odmianę. Zellweger dostała za swoją grę Oscara, grała przekonywująco.

Po wstępie, w którym wymieniam same plusy, ciężko nie spodziewać się jakiegoś ALE. Oczywiście, nie jest to film specjalnie oryginalny, ani ambitny jeśli chodzi o treść. To po prostu dobry film obyczajowy, dobry melodramat z wojną w tle. Jednak posiada jedno duże „ale”, które tyczy się nie tylko tej produkcji, ale ponieważ przy oglądaniu „Wzgórza nadziei” straciłam już do tego motywu cierpliwość, to pomarudzę sobie przy tej okazji.. Chodzi mi mianowicie o końcówkę. Ponieważ nie chcę nikomu psuć przyjemności oglądania, jeśli ktoś jeszcze „Wzgórza nadziei” nie widział, to polecam. Informacje psujące przyjemność, bo traktujące o zakończeniu, schowane:

Już w momencie, kiedy Ada mówi Ruby, że w swojej wizji widziała upadającego Inmana, widz wie, co się wkrótce wydarzy. I to zdenerwowało mnie do tego stopnia, że dalsze oglądanie filmu miałam już trochę zepsute. Ja naprawdę rozumiem, że happy end kojarzy się większości widzów z tandetnymi produkcjami Hollywoodu, ale aktualnie w kinematografii zaczyna być coraz bardziej widoczny inny trend, który chyba niedługo zostanie określany jako sad end. Otóż jeżeli film (zresztą w książkach też to zauważyłam) chce pretendować do miana ambitnego lub chociaż nie-tandetnego, to trzeba go zakończyć smutno, najlepiej śmiercią jednego z głównych bohaterów. Oczywiście, w części utworów takie rozwiązanie jest jak najbardziej na miejscu, pasuje i może mi się podobać (sama lubię wiele smutnych zakończeń historii, o ile mają sens i końcówka wpasowuje się w treść całości). Ale w wielu produkcjach, a także we „Wzgórzu nadziei”, jest to po prostu sposobem na wyciśnięcie łez z widza. Jest po prostu na siłę. Dodatkowo nie ma już w takim wątku niczego zaskakującego. Gdyby Ada tak, jak się tego obawiała, nie potrafiła kochać Inmana albo potrzebowała czasu, by się do niego przekonać i na nowo ożywić uczucia – to by mogła być końcówka gorzka, prawdopodobna i dość oryginalna. Ale ta śmierć (oczywiście już po przespaniu się ze sobą, bo raz, że bohaterka nie może pozostać dziewicą do końca życia, a dwa, że przecież musi zostać poczęte dziecko i nazwane w jakiś sposób po ojcu) była bezsensowna, ani nic nie wniosła do fabuły, ani nawet nie miało to wydźwięku w jakiś sposób ironicznego – tak wiele przeszedł i umarł pod domem (swoją drogą, to też nie byłoby jakieś szalenie oryginalne). Co by komu szkodziło, gdyby w końcowej scenie przy stole siedzieli wszyscy, a końcowa „przemowa” mówiła o wojnie i wszystkich jej ofiarach? To nie chociażby „Malowany welon”, gdzie śmierć była wkomponowana w fabułę, miała swoje uzasadnienie i cel. Niedługo happy end będzie czymś oryginalnym w dobrym filmie…

A może po prostu miałam ochotę na coś ładnego, co by się i ładnie skończyło?

Pomijając jednak to rozczarowanie końcówką, „Wzgórze nadziei” (ciekawe, czy tłumacz uznał, że „Zimna Góra” brzmi za mało zachęcająco…) jest naprawdę dobrym filmem kostiumowym, na który warto poświęcić czas. Ma u mnie mocną czwórkę, może nawet z plusem (za widoki).

4,5/6
„Wzgórze nadziei” (Cold Mountain) reż. Anthony Minghella, 2003

Reklamy
  1. 08/12/2010 o 4:00 pm

    Zapamiętałem ten film – mnie również się spodobał. Dlaczego? Wiele z powodów znaleźć można w Twojej recenzji… nasze wrażenia się pokrywają :)
    Z małym wyjątkiem: uważam, że soundtrack do tego filmu jest znakomity. Ponadto, ja lubię Nicole Kidman, zwłaszcza jako aktorkę :)
    (Natomiast Jude Law jest mi już bardziej obojętny ;) )

    PS. Widzę, że recenzujesz filmy, które zwróciły także moją uwagę. Jeśli istnieje jakiś klucz, według którego je dobierasz, to mi się on podoba :)
    Pozdrawiam

    • 08/12/2010 o 4:06 pm

      Minęło trochę czasu, odkąd oglądałam ten film, a jednak wciąż pamiętam pozytywne wrażenia z nim związane. Co ciekawe, dobrze pamiętam główny (tak mi się wydaje) motyw muzyczny z filmu, reszta natomiast zupełnie rozmyła mi się w pamięci, nie potrafię więc już ocenić soundtracka. Do Nicole Kidman zaczynam się przekonywać, wolę jej „poważniejsze” role.

      Nie, nie ma klucza do recenzji filmów :) Chociaż… może te zrobiły na mnie wrażenie, którym się chciałam podzielić, inne natomiast przeżyłam bardziej w sobie… Planuję serię notek filmowych na grudzień, ale czy się uda – tego nie wiem ;) Zbieram się do tego i zbieram.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s