Strona główna > książki > Na dalekiej rosyjskiej północy…

Na dalekiej rosyjskiej północy…

Nie wiem, czy to jakieś zimowe przesilenie, zmęczenie materiału, czy natłok obowiązków – grunt, że w ogóle nie miałam siły na pisanie recenzji książek, nie wspominając o czasie. Trochę zdążyło się ich w tym czasie nazbierać, a moje postanowienie pisania o wszystkim, co przeczytam bądź obejrzę, tylko pogłębiało moje zniechęcenie. Dodatkowo mój komputer postanowił oszaleć raz jeszcze, nie wspominając już o połączeniu internetowym… Ostatnio jednak nastąpił przełom, który mogę przypisać skończeniu drugiego rozdziału mojej nieszczęsnej pracy, tygodniowi odpoczynku oraz wszystkim kochanym życzeniom otrzymanym na urodziny. Dodatkowo w wietrze czuć już tę zapowiedź wiosny, która nieodmiennie wprawia mnie w nastrój radosnego podekscytowania i napawa niepohamowanym optymizmem… Mam nadzieję, że i u Was słońce świeci jakoś jaśniej i cieplej.

Recenzja książki Mariusza Wilka jest moim mrugnięciem w stronę zimy i pożegnaniem, mam nadzieję, do przyszłego roku. Choć autor opisuje Wyspy Sołowieckie w różnych porach roku, dla mnie zawsze będą się już kojarzyć z zimą… Wyspy Sołowieckie znajdują się na północy Rosji, na Morzu Białym. Tam właśnie od kilkunastu lat mieszka Mariusz Wilk i o tym regionie pisze swoje książki. Przeczytana przeze mnie „Wołoka” to kontynuacja „Wilczego notesu”, na którą składają się notki, artykuły i eseje zamieszczane w paryskiej „Kulturze”, a potem „Plusie Minusie”. Autor przedstawia Północ Rosji z wielu perspektyw, dzięki czemu jego książka pozostaje trudna do skwalifikowania. Można znaleźć tu zarówno dziennik podróży dokumentujący przeprawę przez Kanał Białomorski oraz przemyślenia dotyczące dzisiejszej Rosji i jej mieszkańców, jak i analizę tekstów staroruskich jak i nowych (wspominani są przede wszystkim Gustaw Herling-Grudziński, Warłam Szałamow, Aleksander Sołżenicyn i Jerzy Giedroyc), poetyckie opisy przyrody, polemikę z innymi autorami piszącymi o tym kawałku świata, aż wreszcie refleksje dotyczące języka i pisania w ogóle. Dzięki temu czytelnik może zapoznać się z historią Wysp Sołowieckich, kulturą jej mieszkańców i literaturą na jej temat.

Czytając „Wołokę” nie można obojętnie podejść do języka używanego przez autora. Wilk pisze używając niezwykle bogatego słownictwa, dodając wiele zwrotów uważanych już za archaiczne oraz rusycyzmów. Motywuje to, nie bezpodstawnie, ogólną tendencją do zapożyczania i zmieniania języka, obecną przecież od najdawniejszych czasów. A skoro zapożyczać – czemu nie z języka bliższego polskiemu, bo słowiańskiego? Chwilami styl ten może irytować i sprawiać wrażenie aż nadto kolokwialnego, ale z drugiej strony używany jest niezwykle spójnie i celowo, czego nie sposób nie docenić. Ciekawe są również wyjaśnienia samego autora, czemu decyduje się właśnie na taki język i styl:

Wracając do moich rusycyzmów, chcę wyjaśnić, że nie są to – bynajmniej! – przejęzyczenia wynikające z długiego pobytu w strefie języka rosyjskiego, ani – tym bardziej! – wybraki mojej polszczyzny. Przeciwnie, wprowadzam je świadomie i konsekwentnie wszędzie tam, gdzie z różnych przyczyn wydają mi się niezbędne. Ideałem moim jest bowiem taki język, którego można by nie tłumaczyć z polskiego na rosyjski. I odwrotnie. (s.178)

Rosja mnie fascynuje, północ przyciąga. A jednak miałam mieszane uczucia w stosunku do „Wołoki”, zwłaszcza czytając fragment pt. „Karelska tropa (1999-2000)”, czyli wspomniany wcześniej dziennik podróży, wzbogacony oczywiście o bardziej ogólne opisy Sołówek i okolic. Paradoksalnie jakoś za mało było dla mnie rosyjskiej północy w książce, która tylko o niej traktuje! Może wpływ na to miał właśnie język, chwilami nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to zapiski dla wybrańców, że wiem za mało i zbyt pobieżnie, by dowiedzieć się czegoś więcej, by zrozumieć i zadowolić się przedstawionymi opisami. Chciałam zobaczyć Wyspy Sołowieckie pod trochę innym kątem, zagłębić się w podanych informacjach, pójść na spacer krótszy w sensie dystansu, ale bardziej… dogłębny? Ostatnia część, „Dziennik Północny (2001-2002)”, najbardziej przypadła mi do gustu i najbliższa była temu, czego od „Wołoki” oczekiwałam.

Przedstawione przeze mnie minusy są jednak całkowicie subiektywne, więc jeśli kogoś interesuje ten region, powinien książkę przeczytać. Jest naprawdę dobrze napisana i w swojej formie dość nietypowa. Przede wszystkim jednak plącze się po niej duch Północy i posmak nieznanego. Warto poświęcić czas na lekturę.

Moja ocena: 4,5/6
Mariusz Wilk, „Wołoka” (Wydawnictwo Literackie, 2008)

Advertisements
  1. 01/03/2010 o 12:26 pm

    „Wilczy notes” za mną. Ale jakoś mnie nie ciągnie do ciągu dalszego, sama nie wiem, za zimno, za smutno, za szaro? Bo takie wrażenie miałam po lekturze książki Wilka.

  2. mandżuria
    03/03/2010 o 11:55 pm

    Agnes, ja także chyba daruję sobie kontynuację… Czy właściwie pierwszą część, bo „Wilczy notes” został napisany przed „Wołoką”. Mnie szarość i zimno właściwie nie odstrasza, Wilk mimo wszystko potrafił mnie zafascynować, ale… chyba wolałabym teraz spojrzeć na rosyjską Północ oczyma kogoś innego. Zobaczyć ją pod trochę innym kątem.

  1. 06/03/2010 o 11:29 pm

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s