Strona główna > książki > Walijska prowincja („Eve Green” Susan Fletcher)

Walijska prowincja („Eve Green” Susan Fletcher)

Ostatnio napisałam kilka recenzji książek, które niestety niespecjalnie mi się podobały. Kilka ich jeszcze pojawi się na blogu, bo mam mocne postanowienie nadrobienia zaległości, aby więc nie wyjść na wiecznie niezadowoloną marudę, tym razem napiszę o książce uroczej, którą czytało mi się niezwykle przyjemnie i którą mogę spokojnie i tym razem bez zbędnej ilości różnych „ale” polecić. „Eve Green” Susan Fletcher, bo o tej książce mowa, znalazła się na mojej półce jakoś w pierwszych miesiącach mojego blogowania. Musiałam o niej przeczytać u kogoś na blogu pozytywną recenzję, bo okładka raczej by mnie to zakupu nie zachęciła (poza kolorem, oczywiście), a opis z tyłu, choć przyjemny, też nie ma w sobie niczego nadzwyczajnego. Książkę znalazłam za kilka złotych w Matrasie i przeczekała sobie kilka lat na półce, aż mi się o niej przypomniało i zażyczyłam sobie przyniesienia jej do szpitala, gdzie niestety przedłużała nam się wizyta z powodu wstrętnych infekcji. I choć końcem końców przeczytałam ją już po powrocie do domu, kiedy nareszcie zrobiła się wiosna, to uważam ją za dobry pomysł na poprawę humoru. A nie jest to wcale książka specjalnie optymistyczna! Powiedziałabym raczej – ciepła, subtelna i mówiąca o pogodzeniu się z samym sobą, odnalezieniu pewnej wewnętrznej harmonii. Brak jej jednak uduchowienia częstego przy takich tematach, to powieść na wskroś naturalna, niekoniecznie wyróżniająca się wybitnie na tle innych, ale warta przeczytania.

Zarys tej powieści jest dość prosty. Dwudziestodziewięcioletnia Eve Green wspomina swoje pierwsze lato w Walii. Trafiła tam do domu swoich dziadków mając lat osiem, zaraz po przedwczesnej śmierci swojej matki. Od tamtej pory wieś Cae Tresaint stała się jej domem, jednak to pierwsze lato, a właściwie cały pierwszy rok mieszkania w nowym miejscu odcisnęły piętno na całym życiu Eve. To właśnie wtedy poznała ludzi, którzy w pewien sposób ją ukształtowali, poznała swoją duchową ojczyznę, ponieważ już nigdy nie mogła mieszkać poza Walią i nie móc oglądać jej nieba, nie być otoczona jej przyrodą. A wreszcie tamtego lata zaginęła niewiele starsza od niej dziewczynka, Rosie, a cały dramat owiany był tajemnicą. Być może Eve znała do niej klucz, choć zupełnie inny, niż spodziewali się inni mieszkańcy wsi. Dodatkowo mała Evie ze strzępków rozmów, niechętnych spojrzeń lub otwarcie wrogich komentarzy poznaje historię miłości swojej matki, którą dopiero dorosła Eve w pełni zrozumie, o ile oczywiście zrozumienie czyichś uczuć jest do końca możliwe…

Mamy więc w powieści kilka sprawdzonych motywów – rodzinne sekrety, tu poznawane zwłaszcza oczami dziecka, miłości z dawnych lat, przenosiny na prowincję, zapierająca dech w piersiach przyroda i kilkoro fascynujących mieszkańców. A jednak autorce udało się wymknąć banałowi i wszystkie te elementy się w jej powieści sprawdzają, mają sens i są opisane naprawdę ładnym językiem, który pozwala zobaczyć każdą scenę i poczuć klimat Cae Tresaint, zarówno kiedy kwitną we wsi kwiaty, jak i kiedy błoto wciska się wszędzie i krowy chorują na niebezpieczną chorobę racic. Susan Fletcher poradziła sobie z tematem doskonale, a kilka wątków mnie po prostu zauroczyło, jak choćby wątek uczuciowy głównej bohaterki, tak odmienny od typowego romansu z książek obyczajowych (choć i taki tu znajdziemy dzięki matce Eve). Wspaniale też zostali opisani dziadkowie Eve i kiedy myślę o wielu innych wątkach tej powieści, aż żałuję, że nie była dwa razy dłuższa, bo mogłabym ją czytać i czytać, poznając kolejne małe i wielkie sekrety, rodzinne dramaty, a także samą wieś i jej okolice. Nie mówiąc już o tym, że zapragnęłam pojechać do Walii, co też chyba mówi sporo o tym, jak urzekająca jest to książka.

„Eve Green” wydaje mi się idealną powieścią na lato. Jest lekka, wciągająca, pełna sekretów i uroku. Bohaterowie są psychologicznie naprawdę dobrze zarysowani i nie trudno jest wciągnąć się w ich historie, nawet jeśli to jedynie skrawki opowieści z dawnych lat, których rozwiązanie już siłą rzeczy czytelnik zna. Prawdziwa to czytelnicza przyjemność, a dodatkowym smaczkiem jest fakt, że to debiut autorki, która napisała powieść mając lat 25. Nic tylko westchnąć z zazdrością (pozytywną!) i cieszyć się na inną jej powieść czekającą na półce, czyli świetnie przyjęte „Ostrygojady”.

Tytuł: Eve Green
Autor: Susan Fletcher
Tłumaczenie: Magdalena Sommer
Wydawnictwo: Muza, 2006
Ilość stron: 264
Moja ocena: 5/6

Advertisements
  1. 02/05/2013 o 10:50 pm

    Susan Fletcher pisze niezwykle. Jesli zauroczyla Cie „Eve Green”, to sadze, ze „Ostrygojady” rowniez Ci sie spodobaja.

    • 03/05/2013 o 7:57 pm

      Taką mam właśnie nadzieję! „Ostrygojady” też kupiłam sobie już dawno temu pod wpływem recenzji u Padmy, choć dopiero później skojarzyłam, że obie książki napisała ta sama autorka. Na pewno nie będę zaczynała „Ostrygojadów” zaraz po „Eve Green”, ale już się cieszę na lekturę :)

  2. 03/05/2013 o 1:30 pm

    Czytałam i nic nie pamiętam, czytam Twoją recenzję i dalej nie pamiętam ale wtedy mi się podobała. „Ostrygojady” też mam na półce:)

    • 03/05/2013 o 7:58 pm

      Cóż, to chyba nie najlepiej jednak świadczy o książce, że tak zupełnie uciekła Ci z pamięci! Jak świadczy o recenzji – tego nie wiem ;) No to ciekawa jestem, która z nas pierwsza „Ostrygojady” przeczyta i czy będą nam się podobać… Ale podejrzewam, że tak :)

  3. 04/05/2013 o 9:43 pm

    Czytałam „Eve Green” jakiś czas i miło wspominam. „Ostrygojady” czekają na swoją kolej :)

    • 07/05/2013 o 11:27 pm

      Podobno „Ostrygojady” są jeszcze lepsze, co nastraja mnie optymistycznie, bardzo jestem ciekawa, czy też mi się spodobają. Mam nadzieję, że obie będziemy zadowolone!

  4. Pietia
    07/05/2013 o 8:34 pm

    Potrafisz zachecic do siegniecia po ksiazke nawet jesli cos niespecjalnie Ci sie w niej podoba:) Gdy chwalisz, to czlowiek az rwie sie do poszukiwania tej chwalonej lektury! Autorki ne znam, wiec trzeba bedzie sie poznac.

    • 07/05/2013 o 11:29 pm

      Dziękuję, jest mi strasznie miło! :) Od razu mam ochotę szybciej nadrabiać zaległości z wciąż nieopisanymi książkami, a niestety ostatnio jakoś nie miałam szczęścia do udanych lektur (czy może przedostatnio, bo teraz nie narzekam). Mam nadzieję, że znajdziesz tu książki, które Ci się spodobają, tak bez żadnych „ale” :)

  5. 08/05/2013 o 12:08 pm

    Asiu, jak świetnie Ci idzie nadrabianie zaległości! Jestem pod wrażeniem częstotliwości dodawania wpisów!
    A okładka według mnie nie jest tragiczna, brakuje jej niewiele – 1 czy 2 elementy – żeby wyglądała fajnie.
    Pozdrawiam :)

    • 11/05/2013 o 12:09 am

      Dzięki, no jeszcze trochę mi zostało, chciałabym częściej wrzucać notki, ale mam tyle różnych rzeczy, które chciałabym robić, a z czasem bywa różnie, zresztą co ja Ci będę mówić, prawda? :D
      Nie, zgadzam się, że okładka tragiczna nie jest, ale zwyczajnie mi się poza kolorem samym nie podoba, coś w tym pomyśle z postacią wydartą z tektury mnie drażni, nie oddaje zupełnie nastroju książki, sama nie wiem, tak zupełnie subiektywnie do mnie nie przemawia :)
      Ściskam!

  6. 08/08/2013 o 12:34 am

    Pamiętam, że czytałam Eve Green na wakacjach w Grecji i zdecydowanie zgadzam się, że sprawdza się jako niezobowiązująca, ale jednocześnie nieogłupiająca lektura na urlop.

    Niedawno przeczytałam też najnowszą książkę Fletcher – The Silver Dark Sea, która bardzo mi się spodobała (http://kinga-thebooksnob.blogspot.com/2012/12/susan-fletcher-silver-dark-sea.html), ale niestety po polsku jeszcze nie wyszła.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s