Strona główna > książki > „Sto odcieni bieli” Preethi Nair

„Sto odcieni bieli” Preethi Nair

Kolorowe wyzwanie nęci tak wieloma barwami, że ciężko mi było zdecydować się na krótką listę składającą się z trzech pozycji. A kiedy się już zdecydowałam, okazało się, że nie jestem typem, któremu łatwo się czyta według ustalonego planu, choćby ten plan był ułożony przez mnie samą. Prawdopodobnie więc nie przeczytam w terminie więcej kolorowych książek niż zalecane trzy, ale i tak bawię się doskonale. A ponieważ czas trwania wyzwania coraz bardziej się kurczy, zebrałam się do napisania o pierwszej z przeczytanych w jego ramach książek.

Sto odcieni bieli

„Sto odcieni bieli” Preethi Nair to ładna, indyjsko-angielska bajka, nad którą unosi się mocny aromat indyjskich przypraw i potraw. Bohaterkami są dwie kobiety, matka i córka, które los przenosi z ukochanych Indii do chłodnego Londynu. Nalini wychodzi za mąż za człowieka należącego do wyższej warstwy społecznej i początkowo żyje na południu Indii jak królowa. Powoli jednak zaczyna odczuwać, że zostaje w swojej miłości sama i kiedy mąż prosi, żeby razem z małymi dziećmi, Mają i Saćinem, przeprowadziła się za nim do Londynu, postanawia spełnić jego prośbę. Zostawia swoją matkę, znajomych oraz ukochaną ojczyznę i przeprowadza się do nieznanego kraju. Niestety, jej oczekiwania i nadzieje szybko okazują się płonne i Nalini zostaje sama w Londynie, w którym nie potrafi się odnaleźć. Jej dzieci natomiast dość szybko przystosowują się do nowych warunków i, co typowe dla drugiej generacji emigrantów, nie zależy im na umacnianiu więzi z ojczystymi Indiami. Zwłaszcza Maja, dziewczynka uparta i dość krnąbrna, czująca zawsze głęboką więź z nieobecnym teraz ojcem, odsuwa się coraz dalej od matki i wszystkiego, co kojarzy się z Indiami. Nalini powoli odzyskuje równowagę, w czym pomagają jej indyjskie potrawy – większość czasu spędza na gotowaniu, zaczyna zarabiać dzięki niemu na życie i odnajduje samą siebie w nowym otoczeniu. A także pomaga wszystkim wokół, wyczuwając ludzkie problemy i znajdując na nie lekarstwo w indyjskich przyprawach. Tylko Maja nie potrafi znaleźć dla siebie ratunku w indyjskim jedzeniu, bo to ono w pewnym stopniu stanowi jej problem – to jedzenie, jej matka i indyjskie pochodzenie. Jej droga do odnalezienia samej siebie będzie bardziej skomplikowana i dużo dalsza…

Zastanawiam się, czy Preethi Nair ukazała w postaci Mai samą siebie z lat dziecięcych. Autorka również przeprowadziła się do Anglii jako małe dziecko i pewnie dobrze poznała trudności związane z taką sytuacją. Może pisanie o tym było dla niej balansowaniem na granicy pomiędzy fikcją a bardzo osobistymi przeżyciami i dlatego w rezultacie otrzymujemy książkę powierzchowną. Żaden z dotykanych przez nią problemów nie został zgłębiony, charaktery bohaterów to dość typowe szablony postaci i choć można je polubić, to na nawiązanie więzi i kibicowanie im raczej czytelnik nie może liczyć. „Sto odcieni bieli” to całkiem miłe czytadło, które czyta się szybko i przyjemnie, ale lektura nie porusza i szybko można o książce zapomnieć tuż po zakończonym czytaniu. Ma kilka dobrych momentów, ale i kilka wciśniętych, zdawałoby się, na siłę (np. wątek narzeczonego Mai i jego rodziny). Nie jest to lektura obowiązkowa, ale też i nie zupełnie stracony czas.

Zastanawiam się nad drugą książką Nair, „Kolorami miłości”. Czy jest podobna do „Stu odcieni bieli”? Lepsza, gorsza? Warto po nią sięgać, jeśli wyżej opisywana pozycja nie zrobiła na mnie wrażenia?

Preethi Nair, „Sto odcieni bieli” (MUZA, 2004)

 

 

Dziś uczniowie po raz kolejny wzięli plecaki i poszli do szkoły zaczynając nowy rok szkolny. A w tym samym czasie 70 lat temu wybuchła wojna. Chciałam coś o tym napisać, ale blogowe koleżanki już poruszyły te tematy, a ja poczułam, że niewiele zostaje mi do dodania.

Advertisements
  1. 01/09/2009 o 10:57 pm

    Wlasnie nie siegnelam nigdy po zadna z powiesci Nair, bo przeczuwalam, ze to takie czytadla z szablonowymi postaciami i wlasciwie nie wnoszace nic poza tym, o czym juz czytalam. Z tej perspektywy osob calkiem niedawno osiadlych w Londynie podobaly mi sie „Biale zeby”, ale jeszcze bardziej „Brick Lane” – tylko filmu jeszcze nie widzialam (sama nie wiem czemu, jakos nie mialam okazji, ale bardzo chce go zobaczyc).

  2. mandżuria
    01/09/2009 o 11:20 pm

    Oo, cieszę się bardzo, że chwalisz „Brock Lane”, bo mam na tę książkę wielką ochotę i potrzebowałam zachęty :) „Białe zęby” czytałam i również mi się podobały, choć chwilami troszkę mnie ta lektura nużyła.

  3. 02/09/2009 o 2:49 pm

    To obok „Fioletowaego hibiskusa” przebój wyzwania. W trakcie poszukiwań okazało się,że jest całkiem sporo książek z kolorami w tytułach.

  4. 02/09/2009 o 2:54 pm

    a mi się bardzo podobała, wprost idealna na wakacje, nie całkowicie płytka i denna ale ciekawa i przyjemna :)
    mnie tez wątek o narzeczonym i jego rodzinie wydawal sie zbedny

  5. 02/09/2009 o 9:58 pm

    Mnie ta książeczka bardzo przypadła do gustu, pisałam o niej na początku mojej blogowej przygody ;)
    A słyszałam, że „Kolory miłości” podobno są jeszcze lepsze. Kiedyś sprawdzę, bo czekają na półce :)

  6. 08/09/2009 o 4:30 pm

    No właśnie, zawsze gdy mam w ręku książkę Nair, odkładam ją z myślą, że to po prostu kolejne czytadło, podczas gdy ja chcę czegoś więcej, jakiegoś nowego spojrzenia, niż tylko lekkiej lektury umilającej chwilę czasu.

  7. 17/09/2009 o 5:12 pm

    O, Mandziuro, ciesze sie, ze u Ciebie przeczytalam recenzje. Widzialam juz wczesniejsza, ktora byla pochelbna i nawet przymierzalam sie do przeczytania tej powiesci ale na zadne szablony (choc etnicznie pomieszane w Londynie), nie mam ochoty, wiec sobie odpuszcze… Nie przebrnelabym przez jeszcze jedna ksiazke, ktora jest po prostu srednia (a taki byl wlasnie „Bialy tygrys” i wczesniej czytany przeze mnie „Isolarion” o kolorowej dzielncy Oksfordu).

  8. mandżuria
    21/09/2009 o 2:17 am

    Nutto, nawet nie podejrzewałam, że jest książek z kolorami w tytułach aż tyle! Przeczytałam kolejną i teraz biorę się za trzecią. Chciałam przeczytać więcej niż te minimalne trzy, ale jakoś nie wyszło…

    Papierowa Latarnia, rzeczywiście, to jest taka książka na wakacje, ale jak dla mnie zbyt banalna. Miała spory potencjał i boli brak jego wykorzystania.

    Net.a.a, ja właśnie nie wiem, czy brać się za „Kolory miłości” skoro ta pozycja nie bardzo przypadła mi do gustu… Ale nie wykluczam tego, więc chętnie kiedyś przeczytam Twoją recenzję i może ona pomoże mi podjąć decyzję :)

    E.milia, zgadzam się z Tobą całkowicie! Wiadomo, że czasem trafi się na książkę przeciętną, a czasem po prostu nachodzi ochota na zwykłe czytadło, ale i czytadła bywają różne, po co więc marnować czas na coś, co będzie tylko przeciętne?

    Magamara, cieszę się, że mogłam pomóc ;) Wielu osobom „Sto odcieni bieli” się jednak bardzo podobało, więc pewnie jest w tej książce urok, ale moim zdaniem zdecydowanie go za mało…

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s