Strona główna > książki, meta > Poszukiwacze zaginionej prawdy

Poszukiwacze zaginionej prawdy

Już któryś raz stwierdzam, że przyciągają mnie i intrygują różne literackie grupy. Nie jestem jednak żadną znawczynią i interesują mnie te znane, najsłynniejsze, jak choćby Grupa Bloomsbury, Beat Generation czy rodzimi Skamandryci. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wymienione przeze mnie grupy mocno różniły się charakterem samej formy, nie mówiąc o twórczości, pociąga mnie jednak sama idea stowarzyszenia intelektualistów, wymiany myśli, wzajemnego inspirowania się, motywów przenikających dzieła przedstawicieli tych, nazwijmy to, ruchów. Żałuję, że w szkole ledwo się o tym wspominało, a nawet na studiach niewiele mówiło. Pozostaje to więc tematem do samodzielnych studiów, co samo w sobie jest równie atrakcyjne i jeśli kiedyś czas pozwoli (i motywacji nie zabraknie) z radością bym się w to zaangażowała. Tymczasem musi wystarczyć mi podczytywanie publikacji interesujących mnie autorów oraz przekonanie się, czy poza fascynującą otoczką, same ich dzieła są dla mnie równie ciekawe.

W przypadku „Włóczęgów Dharmy” Jacka Kerouaca rzeczywistość nie została przelana na papier w sposób atrakcyjny. A przynajmniej nie na tyle, by książka zostawała na długo w pamięci. Bohaterem jest alter ego autora, Ray Smith, pisarz i entuzjasta buddyzmu, który wraz z grupą znajomych bierze udział w spotkaniach poetyckich (w książce pojawia się wieczór, podczas którego przeczytany został po raz pierwszy „Skowyt” Ginsberga), współtworzy ówczesną bohemę, szaleje na mocno zakrapianych imprezach chwilami zahaczających o orgie, a wreszcie wraz z przyjacielem Japhym Ryderem szuka dharmy, buddyjskiej prawdy, wysoko w górach, wśród przyrody i w samotności. Książka towarzyszy Rayowi podczas jego wewnętrznych poszukiwań, fascynacji buddyjską poezją i wierszami haiku, a także amerykańską przyrodą i odkrywaniem piękna i mądrości wokół siebie, w ludziach i naturze, na każdym niemal kroku. Smith bowiem przede wszystkim cechuje się wielką radością życia i ciekawością świata, ze sporą dozą niewinności (a może wręcz chwilami naiwności), z jaką patrzy na świat. I choć chwilami może lekko drażnić dość powierzchowne i niefrasobliwe traktowanie spraw istotnych (jak choćby wielu faktów dotyczących samego buddyzmu, o których rozmawiają bohaterowie, a które w przypisach są pieczołowicie wyjaśniane i korygowane przez tłumacza), to naturalność i ten całkowity brak jakiegokolwiek cynizmu urzeka. Podejście takie kojarzy mi się ze stereotypowym (podkreślam: stereotypowym) amerykańskim spojrzeniem, jakie nierzadko znajduję w książkach i filmach. Ma to swój urok, choć do mnie niestety nie przemawia.

I pewnie dlatego, choć doceniam ten spontaniczny i pełen radości, chwilami skłaniający do głębszego zastanowienia się tekst, to jednak nie poruszył mnie on, nie wzruszył i czytałam go dość długo, bez większego zaangażowania się w losy bohaterów. Zdecydowanie bardziej spodobałaby mi się biograficzna wersja tych wydarzeń – a przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Nie zniechęcam do czytania „Włóczęgów Dharmy”, bo wiem, że wielu czytelników znajduje dla siebie w tej powieści wiele cennych fragmentów. Nie będę też jednak gorąco zachęcać do sięgnięcia, bo i sama się nie zachwyciłam. Nie skreślam jednak Kerouaca ze swojej listy, bo przede mną wciąż „W drodze”, po którym sobie sporo obiecuję i mam nadzieję, że się nie zawiodę.

Tytuł: Włóczędzy Dharmy
Tytuł oryginału: The Dharma Bums
Autor: Jack Kerouac
Tłumaczenie: Marek Obarski
Wydawnictwo: WAB, 2006
Ilość stron: 324
Moja ocena: 4-/6


Na marginesie dodam, że dziś Herbatniki obchodzą swoje trzecie urodziny. Bardzo się cieszę z tego powodu! Nadmieniam o tym jednak na marginesie, bo znów zaniedbuję swój kawałek blogosfery i właśnie z okazji tej rocznicy życzę sobie, bym miała więcej czasu na pisanie i blog się rozwijał, a moje pisanie osiągnęło wyższy poziom. Wam, moi drodzy Czytelnicy, dziękuję natomiast za zaglądanie tu i komentowanie, jest mi zawsze szalenie miło i staram się śledzić Wasze blogi (jeśli takowe prowadzicie), co ostatnio także jest utrudnione przez brak czasu dla siebie… Ale mam nadzieję, że wkrótce sytuacja się poprawi. Dziękuję i zapraszam do dalszego odwiedzania!

Advertisements
  1. 31/03/2012 o 4:28 pm

    Mnie ta książka się podobała i została w mojej pamięci, ale czytałam ją dość dawno temu. Pewnie masz rację z tym stereotypowym postrzeganiem innych kultur przez Amerykanów. Gratulacje z okazji urodzin bloga :)

    • 01/04/2012 o 6:51 pm

      Ciekawa jestem, czy miałabym diametralnie inne odczucia, gdybym przeczytała tę książkę kilka lat temu, będąc na trochę innym etapie. Może bym się w niej lepiej odnalazła? I dziękuję za gratulację. W tym roku nie świętuję za bardzo, bo wstyd mi, że tak tego bloga zaniedbuję.

  2. 31/03/2012 o 8:54 pm

    Wielu kolejnych owocnych w recenzje lat życzę :) A sama właśnie zaczęłam „W drodze” – jeszcze nie wiem, czy mi się podoba. Trochę trudno mi się wciągnąć póki co.

    • 01/04/2012 o 6:52 pm

      Dziękuję bardzo! W takim razie ciekawa jestem, czy Ci się książka spodoba. Ja nie wciągnęłam się właściwie wcale, choć też nie mogę powiedzieć, żeby przykrością było dla mnie czytanie jej (wtedy bym sobie darowała). Raczej tak musiałam sobie przypomnieć, żeby do niej usiąść od czasu do czasu…

  3. 01/04/2012 o 9:28 am

    W takim razie życzę Ci więcej czasu na pisanie i blogowanie :) Wznoszę toast filiżanką kawy :)

    • 01/04/2012 o 6:53 pm

      Dziękuję, bardzo się przyda :) Mam nadzieję, że toast był smaczny :)

  4. 02/04/2012 o 1:01 pm

    Zdrówka i pogody. I chęci, bo u mnie stanowczo jej brak. Czyżby wypalenie blogowe? :)

    • 02/04/2012 o 10:07 pm

      Dziękuję! U mnie chęci są, ale na chęciach ostatnio się kończy, co mnie dodatkowo męczy i stresuje. Ale mam nadzieję, będzie lepiej :) Tobie tego też życzę!

  5. 03/04/2012 o 9:28 am

    Odrobinkę po czasie, ale szczerze: kolejnych lat blogowania, Asiu! Wspaniałych lektur, ciekawych przemyśleń i czasu, by pisać. Chwilowym zastojem się nie przejmuj, doskonale to rozumiem: chęć, by pisać, brak czasu, by napisać i wyrzut sumienia, bo się nie pisze… Ale wiesz, to w końcu mija, w końcu przecież musi się ułożyć!:)

    Trzymaj się ciepło!;*

    • 05/04/2012 o 10:32 pm

      Dziękuję :) Oj tak, dokładnie opisałaś to, co ostatnio mam z blogiem. Mam nadzieję, że przejdzie wkrótce, bo ile można :) Ściskam!

  6. 04/04/2012 o 7:38 pm

    Spóźnione, ale bardzo serdeczne życzenia z okazji rocznicy blogowania! Obyś znalazła czas i energię na pielęgnację tego swojego skrawka blogosfery! Wiesz, jak lubię Twoję teksty – i zresztą nie tylko ja :)))

    Co do książki, to ja się chyba nie nadaje do Kerouaca. Czytałam „On the Road” w najlepszych możliwych okolicznościach, bo podróżując po Stanach, a jednak po parudziesięciu stronach (czytałam Guciowi na głos, gdy prowadził samochód) zdecydowaliśmy, że zarzucamy lekturę. Nudne to było straszliwie! I choć „Włoczędzy Dharmy” chyba bliżsi są moim zainteresowaniom, to wątpię, by Kerouac porwał mnie tą książką.

    • 05/04/2012 o 10:35 pm

      Dziękuję! Mój skrawek pielęgnowany jest ostatnimi czasy od przypadku do przypadku, ale nie chcę z niego rezygnować i mam nadzieję, że się będzie to zmieniało na lepsze. I dzięki za ciepłe słowa :)

      Ja bardzo chcę dać szansę „On the Road” i wciąż sobie sporo po tej książce obiecuję, choć
      „Włóczędzy Dharmy” mnie zawiedli, a to co napisałaś o nudziarstwie mnie jeszcze dodatkowo zniechęca… Bardzo liczę się z Twoim gustem, więc nie brzmi to zachęcająco! Pewnie z czasem (dłuższym) spróbuję, ale mając w zanadrzu jeszcze jakąś lekturę zamienną, żeby się nie wkopać z czymś, co ma dużą szansę mi się nie spodobać.

  7. 06/04/2012 o 12:31 am

    Ja jakoś nie mogę się przekonać ani do Kerouaca, ani do Beat Generation w ogóle – próbowałam, i o ile poezję Ginsberga jeszcze jakoś mogę od czasu do czasu poczytać, o tyle Kerouac mnie zniechęca do siebie. Ale tak właściwie to chciałam Ci życzyć wielu kolejnych lat blogowania i podziękować za to, że jednak czasami znajdujesz na nie czas, bo we mnie masz wierną czytelniczkę. Nie liczy się zresztą ilość tekstów, tylko ich jakość, więc nie stresuj się rzadkim pisaniem – ważne, że zawsze warto Twoje teksty czytać!

    • 07/04/2012 o 7:24 pm

      Dzięki za ciepłe słowa, bardzo dużo dla mnie znaczą – i to od Ciebie, mojej blogowej idolki i wzoru do naśladowania! :) Dziękuję :)))

      Ja właśnie sama nie wiem, jak to ze mną jest. Kilka miesięcy temu miałam nawrót zainteresowania Beat Generation, ale coraz bardziej upewniam się w przekonaniu, że wolę czytać o nich, a nie ich książki, czy nawet poezję. Chcę jeszcze dać szansę kilku najważniejszym dziełom i potem zobaczę, czy będę miała jeszcze ochotę na więcej.

  8. 09/09/2012 o 9:05 pm

    Kurczę, nie ma przycisku „like”, więc jestem zmuszony napisać komentarz :]

    Ładna, rzeczowa recenzja. Brakowało mi tego, bo o Kerouacu zwykle słyszę tylko skrajne opinie („Absolut!” – koleżanka ze studiów; „That’s not writing, it’s typing” – T. Capote)

    Zaczynałem kiedyś „W drodze” i przerwałem, a było to w ogólniaku, kiedy jeszcze starałem się kończyć książki za wszelką cenę. Podobają mi się słowa „wolę czytać o nich, a nie ich książki” – dobre do mówienia o bitnikach, ale przydatne w wielu kontekstach.

    Trochę za późno na życzenia urodzinowe, więc tylko pozdrawiam :]

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s