Strona główna > film > „Avatar” reż. James Cameron

„Avatar” reż. James Cameron

W piątek wieczorem wybrałam się do kina na film „Avatar” James’a Camerona w wersji 3D, o którym każdy już pewnie słyszał lub chociaż widział gdzieś na mieście reklamujące dzieło plakaty. Przed seansem docierały do mnie głównie pozytywne opinie, ale o samym filmie wiedziałam niewiele. Poszłam i do tej pory jestem zachwycona. Po „Titanicu” Cameron po raz kolejny wyznaczył nowy standard jakości monumentalnej kinematografii. Ja wciąż żyłam w przekonaniu, że to, co we „Władcy Pierścieni” zrobił Jackson, to był szczyt osiągnięć sztuki filmowej na ten moment. Jak się okazuje – Cameron efektami pobił „Władcę” na głowę… (co nie znaczy, że uważam „Avatar” za film lepszy, nie ma co porównywać w tych filmach nic, poza efektami i grafiką komputerową właśnie, są zupełnie inne, mimo że oba fantastyczne, gatunkowo i odczuciowo :))

Sama fabuła jest prosta i dość przewidywalna. Niestety, oglądając „Avatar” nie ma co nastawiać się na dającą do myślenia i zaskakującą treść, choć nie jest to film głupi. Akcja filmu toczy się w odległej przyszłości. Były komandos, sparaliżowany od pasa w dół, przybywa na planetę Pandorę, by przejąć po zmarłym bracie bliźniaku udział w specyficznej akcji militarno-naukowej. Na niebezpiecznej i oszałamiająco pięknej planecie znajdują się złoża niezwykle cennej substancji, którą ludzie chcieliby wydobywać dla własnych zysków, w czym przeszkadza im miejscowa ludność, Na’vi. Tubylcy żyjący w zgodzie z przyrodą, czczący ją i dbający o każde drzewo, nie zgadzają się na jakiekolwiek niszczenie. Tym bardziej, że główne złoża mieszczą się w miejscu, uznawanym przez Na’vi za święte. Jake w ciele swojego Avatara zbliża się do tej błękitnej rasy i stopniowo poznaje ich zwyczaje, które zmieniają jego spojrzenie na Pandorę i ekspansję (już nie ‘białego’ a ‘ziemskiego’) człowieka w ogóle. A przy okazji, między nim a córką wodza, Neytiri, zaczyna rodzić się uczucie. Punkt dla tego, kto skojarzył fabułę choćby z disneyowską „Pocahontas” (co akurat dla mnie nie jest zarzutem – z „Pocahontas” wciąż połowę dialogów znam na pamięć, jako mała dziewczynka mogłam oglądać go codziennie). Temat ten był poruszany już niezliczoną ilość razy i choć zawiera w sobie wiecznie aktualne motywy (kolonializm, brak poszanowania dla ludności tubylczej i tolerancji w ogóle, ekologia, duchowość, itd.), to szkoda trochę, że twórcy nie pokusili się o nic nowego, nic zaskakującego. Szkoda, ale nie o fabułę tu głównie chodzi.

Co jest więc głównym atutem filmu? Świat. Pandora jest wielką dżunglą, zamieszkałą przez niezwykłe zwierzęta i porośniętą fantastycznymi roślinami. Twórcy wykazali się niezwykłą wręcz wyobraźnią, tak jakby naprawdę się wybrali na jakąś obca planetę i po prostu sfilmowali to, co tam zobaczyli. Dodatkowo, albo są wielbicielami twórczości Hayao Miyazakiego, albo w ekipie odpowiedzialnej za projekty musieli być Japończycy, bo wiele z ichniej estetyki można na Pandorze odnaleźć. Oglądanie filmu w 3D dodatkowo wzmaga ten efekt i na czas trwania filmu widz może uwierzyć, że naprawdę się tam znajduje. Nie mogłam oderwać oczu od zieleni, splątanych konarów, bogactwa lasu i tylko czekałam, aż spod liścia wyjrzą świetliste główki duszków Kodama. Wrażenie potęguje ładna i nastrojowa muzyka nadwornego kompozytora Camerona – James’a Hornera.

Warto zobaczyć ten film, z uwagi na efekty i cały wykreowany przez twórców świat. Nie znajdziemy tu bogatej fabuły, nie będzie wciskających w fotel dialogów, „Avatar” należy potraktować całkowicie rozrywkowo. Niektóre sceny budzą jednak olbrzymie emocje, właśnie z uwagi na bogactwo wizualne – lot na smokopodobnym stworze, rytuał odprawiany przez cały lud Na’vi… Są to sceny, które pewnie przejdą do historii kina. Dlatego zachęcam, żeby dać mu szansę, a sama zastanawiam się, czy nie pójść do kina jeszcze raz – żeby jeszcze raz znaleźć się na Pandorze i zobaczyć tę wspaniałą puszczę, ten świat magicznej przyrody…

Moja ocena: 5/6 (cóż, nawet fabuła mnie nie zdenerwowała, mimo braku głębi – nie lubię romantycznych komedii, ale filmy o miłości lubię, bardzo nawet :))

Avatar, reż. James Cameron, 2009.

Próbowałam oglądać wczoraj z płyty film „Strzelec” (reż. Antoine Fuqua), ale zasnęłam w połowie. Filmy z gatunku „zabili go i uciekł” mój organizm toleruje widocznie jedynie w przypadku, gdy występuje w nich Bruce Willis, inaczej się poddaje…

Reklamy
  1. 11/01/2010 o 11:56 am

    Ja też jestem zachwycona filmem dokładnie z tych samych powodów co Ty. Najbardziej podoba mi się kolorystyka tego pięknego świata oraz sposób pokazania ruchu istot żywych.

  2. 11/01/2010 o 12:49 pm

    Czytalam rozne opinie niektore bardzo pochlebne inne wrecz przeciwnie ale i tak nie mogesie doczekac kiedy obejrze ten film :)
    Szczesliwego Nowego Roku Mandzurio!

  3. litera
    11/01/2010 o 2:34 pm

    Zdaje się, że mnie przekonasz;) Rzecz druga, czasami też chadzam na filmy po raz kolejny, co niektórzy, słysząc o tym, kwitują dziwnymi komentarzami typu: po co dwa razy wydawać pieniądze na ten sam film? Pozdrawiam:)

  4. toolie
    11/01/2010 o 3:53 pm

    wirki! wirki kick asses!

  5. 11/01/2010 o 6:56 pm

    Hyah! Napisałem swój tekst o „Avatarze”, a teraz odpaliłem czytnik Google’a i czytam zaległe wpisy z sąsiednich blogów. I co widzę. Wzmiankę o Pocahontas! Noż, telepatia pierwszej wody, albo w Ziemi też biegną jakieś neurołącza, z których nieświadomie skorzystaliśmy :D
    A film mam ochotę obejrzeć jeszcze raz w IMAX-ie.

  6. mandżuria
    11/01/2010 o 10:13 pm

    Sylwia, cieszę się, że i Tobie się podobało. Pewnie, fabułą zachwycać się nie da (choć jest dość sympatyczna), ale światem… ciężko się nie zachwycić. Chyba, że nie lubi się takiej dzikiej przyrody.

    Galapagos, ja również słyszałam negatywne opinie i rozumiem, że film sam w sobie może nie zachwycić, ale Pandora jest tak przepięknym miejscem, że ciężko pozostać nieczułym na jej urok :)

    Litera, myślę, że warto. Choćby po to, żeby samemu ocenić efekty… Ten film jest pod tym względem zbliżony do „Titanica” – może się nie podobać, może nużyć fabuła, może wydawać się banalny, ale jednak przyciąga do kin miliony i aż dziwne go nie znać. Przy czym ja lubię „Titanic”, a teraz polubiłam i „Avatar” :)

    Toolie, chciałabym mieć takiego :) Mieszkałby sobue na parapecie…

    Bazyl, coś w tym jest! Przeczytałam sobie Twoją recenzję i bardzo mi się podobała, mam bardzo podobne odczucia. Z tym, że ja pewnie na drugą część bym poszła, wiedziona ciekawością (niestety, bywam łatwym łupem dla producentów w takich momentach).

  7. 13/01/2010 o 5:11 pm

    Pandora nie była planetą, ale księżycem planety.

    A tak poza tym – wizualnie film bardzo mi się podobał.

  8. mandżuria
    14/01/2010 o 12:28 am

    O, nie wyłapałam tego, że to był księżyc. Miałam wrażeniem, że to planeta, która ma dwa księżyce. Dzięki za sprostowanie!

  9. 14/01/2010 o 8:50 pm

    A ja wsadzę kij w mrowisko i powiem, że film kompletnie mi się nie podobał. Cóż z tego że efekty specjalne w 3D, skoro fabuła kompletnie bez treści. Nudziłam się setnie – żeby pooglądać sobie świat Pandory, wystarczyłoby mi 20 min. , a nie 2,5h. Poruszyła mnie jedynie scena, kiedy cała przyroda Pandory rusza do walki – gdybyż rzeczywiście przyroda potrafiła się tak sama bronić, przed tym, co wyczynia człowiek.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s