Strona główna > książki, zabawa > Proces z rasizmem w tle

Proces z rasizmem w tle

„Kiedy umiera lato” to moja pierwsza książka Winstona Grooma, znanego przede wszystkim jako autora powieści „Forrest Gump” (o czym dowiedziałam się dopiero z okładki „Kiedy umiera lato”, ponieważ filmowy „Forrest Gump” nie zachwycił mnie na tyle, bym poszukiwała książkowego pierwowzoru – nazwisko autora wyleciało mi z pamięci). Przyznaję, że do lektury sprowokował mnie głównie fakt, że nie znalazłam w bibliotece pozycji, których poszukiwałam w ramach wyzwania Amerykańskie Południe, inaczej raczej bym po tę książkę nie sięgnęła… Czytanie jej jednak nie było straconym czasem, a po kilkudziesięciu stronach udało mi się wciągnąć w historię Willie’go i z zaciekawieniem śledzić jego losy.

Groom zawarł w swojej książce kilka poczytnych motywów, które udało mu się wykorzystać z różnych powodzeniem. Mamy więc sympatycznego prawnika, Willie’go Crofta, mistrza w wyciąganiu drobnych przestępców z więzienia, który do tej pory jednak nie miał okazji się wykazać i spełnić swoich ambicji. Do tego dochodzi konflikt prawno-rasowy: na terenach należących od pokoleń do miejscowych bogaczy nazwiskiem Holt odkryto złoża ropy naftowej. Na drodze do zwielokrotnienia majątku szacownej rodzinie staje fakt, że na tych terenach od dawna zamieszkuje murzyńska rodzina, która dodatkowo utrzymuje, iż nieżyjący już pan Holt ofiarował im ów kawał ziemi, na co posiadają stosowny dokument. Holtowie zrobią wszystko, żeby odzyskać ziemię, murzyńska społeczność zrobi wszystko, żeby ją zatrzymać, bo im się ona prawnie należy. Wynajmują więc prawnika – oczywiście Willie’go. Dzięki głośnej sprawie Croft ma szanse spełnić swoje marzenia, a także wchodzi w „wielki świat” swojego miasteczka w stanie Luizjana, spotyka robiącą na nim ogromne wrażenie Whitsey oraz porządkuje swoje przemyślenia dotyczące czarnoskórej ludności zamieszkującej jego sąsiedztwo.

Początek książki czyta się dość opornie, potem idzie już z górki i błyskawicznie docieramy do ostatniej strony. Akcja toczy się wartko i jest przemyślana, niestety nie dostarcza czytelnikowi wzruszeń, choć potencjał ma niemały. Willie jest postacią budzącą sympatię, ma w sobie jednak coś zniechęcającego, coś, co nie pozwala do końca wczuć się w jego sytuację i kibicować mu w jego prawniczych poczynaniach. Właściwie nie znalazłam w książce ani jednego bohatera, który w jakikolwiek sposób by mnie porwał i wciągnął w swoją historię. Sam wątek „procesowy” również nie trzyma w napięciu tak, jak powinien. Znajdziemy kilka zwrotów akcji, które można uznać za zaskakujące, ale już czytając opis na okładce wiemy, czego się mniej więcej spodziewać. Nawet bohaterowie nie wydają się zbytnio ekscytować własnymi przeżyciami, sprawiają wrażenie zmęczonych życiem i walczących bardziej dla zasady niż z powodu zrywu serca czy pragnień. A jednak właśnie w tym znajduje się największy plus książki. „Kiedy umiera lato” odebrałam jako książkę bardzo melancholijną, opowieść o przemijaniu – i jako taka mi się spodobała. Senne południe, zgrabnie w powieści sportretowane, zmienia się na oczach mieszkańców, żegna ze starym porządkiem i pozwala nadejść nowemu. Ubodzy mieszkańcy czarnoskórej dzielnicy są pionierami i mają tego świadomość. Ich poczynaniami zdaje się kierować bardziej chęć odmienienia zasad panujących w Bienville niż pragnienia wzbogacenia się (choć i to jest niewątpliwie znaczącym motywem). Pewna epoka odchodzi w zapomnienie… Tak jest i z Willie’m, który żegna swoją młodość, melancholijnie rozliczając się z przeszłością. Czy coś udało mu się osiągnąć? Czy to, co zyskał dzięki procesowi jest w stanie spełnić jego oczekiwania i dać mu satysfakcję? Choć wątek ten zdaje się plątać gdzieś na marginesie powieści, najbardziej przypadł mi do gustu. Willie jest zawieszony między etapami w życiu, społecznościami, pewnością siebie i kompleksami. Gdyby autorowi chciało się zgłębić ten temat trochę bardziej i oszczędził swojemu bohaterowi jakiegoś takiego szowinistycznego rysu, powstałaby ciekawa i złożona postać. Szkoda, że Groom nie wykorzystał potencjału.

Powieść czyta się dobrze, ale pozostawia po sobie uczucie niedosytu. Oczywiście znajdziemy tu antyrasistowskie przesłanie oraz wbijające się w pamięć stwierdzenie, że nie można dać komuś czegoś, co ten ktoś już posiada (cytatu dokładnego niestety podać nie mogę, bo książkę musiałam zwrócić już do biblioteki). Jest więc swojego rodzaju manifestem człowieczeństwa, nieprzemawiającym jednak zanadto do wyobraźni czytelnika. A może dodatkowo miałam wygórowane oczekiwania po rewelacyjnym „Zabić drozda”? Dobre na długą podróż pociągiem, ale nic nadzwyczajnego.

Moja ocena: 3+/6
Winston Groom, „Kiedy umiera lato” (Albatros, 1997)

Reklamy
  1. 30/03/2010 o 10:11 am

    „Nie można dać komuś czegoś, co ten ktoś już ma” :)
    Też dałam tej książce 3,5…, spodziewałam się czegoś więcej po Groomie, czytałam Forresta i wiedziałam, że stać go za dużo, a tu był taki oszczędny w emocjach moim zdaniem…
    Pozdrawiam ciepło!

  2. 31/03/2010 o 12:45 am

    Nie czytałam jeszcze nic Grooma, ale tak się składa, że z uwagi na wyzwanie Amerykańskie Południe przyswoiłam jedną książkę, której treść wydaje mi się być zbieżna z „Kiedy umiera lato”.
    Jest młody adwokat pragnący sławy, który liczy, że zdobędzie popularność poprzez wzięcie bardzo trudnej i zawiłej sprawy. Jest młoda adeptka prawa, która robi na nim ogromne wrażenie. Jest też oczywiście sam proces, proces czarnoskórego mieszkańca okręgu Ford stanu Missisipi, który jednak jest oskarżony o dużo poważniejsze przestępstwo, bo o morderstwo pierwszego stopnia.
    A to wszystko w książce „Czas zabijania” Johna Grishama, która przypadła mi do gustu już od pierwszej strony. Dlatego polecam, bo pomimo podobieństw do Grooma, wydaje mi się, że się nie rozczarujesz.
    Niestety ponieważ jednak mam lekkie opóźnienie, recenzja z tej powieści dopiero jest w trakcie tworzenia :)

    Pozdrawiam.

  3. mandżuria
    31/03/2010 o 2:32 pm

    Tucha, ja właściwie nie miałam sprecyzowanych wymagań, choć oczywiście miałam nadzieję na dobrą książkę. Myślę, że „Kiedy umiera lato” ma swoje momenty, ale to, co z założenia miało być siłą książki wypada jakoś blado. Szkoda, bo powieść ma potencjał.

    Claudette, dzięki za polecenie Grishama! Nie czytałam jeszcze nic tego autora, oglądałam jedynie kilka ekranizacji jego powieści i były wciągające, pamiętam, że mi się podobały. Powinnam więc spróbować książek, choć mnie chyba tematyka prawnicza średnio interesuje… To znaczy, lubię, kiedy proces ma naprawdę ciekawe tło i nie jest jedynym wątkiem (jak choćby „Cedry pod śniegiem”, czy nawet „Zabić drozda”). Pozdrawiam i chętnie przeczytam recenzję :) Przy okazji – dodam sobie wreszcie Twój blog do linków, nie mam pojęcia, czemu go tam nie ma ;)

  4. 02/04/2010 o 9:24 pm

    Też oceniłam na 3,5.
    Książka nie była nudna, ale ciekawa też nie. Nie wciągnęła mnie – sprawia wrażenie płaskiej i bezuczuciowej, tak jak bohaterowie, którzy mnie drażnili. Wiem, że zachowywałabym się inaczej, gdybym wiedziała, że wszystko tracę/zyskuję grube pieniądze.

  5. mandżuria
    02/04/2010 o 10:15 pm

    No właśnie. Książka miała potencjał, żeby być dobra, ale wyszło… tak jakoś płasko. Też wydaje mi się, że człowiek zachowywałby się inaczej w takiej sytuacji, stąd moje przypuszczeniem, że tak naprawdę Willie się wypalił, stracił więcej, niż mogłyby mu dać pieniądze – pewne złudzenia, świeżość młodości, radość i umiejętność cieszenia się życiem.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s