Zbiegi okoliczności („Za zakrętem” Marika Krajniewska)

Współczesna Rosja, Petersburg. Dwie kobiety żyjące przeszłością, teraźniejszość służy im niejako jedynie do rozpamiętywania tego, co było. Anna i Irina – dwie matki, które straciły swoje jedyne dzieci i tym samym stały się zupełnie same. Nie do końca, mają przecież siebie i mimo pozornie łączącej ich niechęci, żeby nie powiedzieć początkowej wręcz nienawiści, ich znajomość przekształca się w toksyczną przyjaźń, sieć zależności, sytuację, w której obie nie potrafią już bez siebie żyć, choć wspólne spotkania, wspominanie właściwie tylko je wykańcza, nie pozwala zrobić kroku na przód. Nie potrafią zrezygnować ze spotkań, odwiedzin, małych rytuałów, a jednocześnie w tle wciąż kołacze się poczucie winy i tą winą obarczanie tej drugiej. Są połączone, ale połączone tragedią, rozpaczą i stratą, czy taka przyjaźń ma szansę przetrwać? Czy nie zabija ona wszelkiej nadziei na dalsze, normalne życie? Anna i Irina ledwo dostrzegają ludzi wokół siebie, obie straciły swoich ukochanych – jedna z powodu wypadku, druga – alkoholu. Co trzeba zrobić, żeby w takiej sytuacji postawić krok naprzód, zakończyć żałobę? Czy to w ogóle jest możliwe?

Opis „Za zakrętem” Mariki Krajniewskiej wydał mi się intrygujący, nakreślał główny wątek tej króciutkiej powieści, ale nie zdradzał zbyt wiele, miałam więc nadzieję na ciężką, ale dobrą opowieść z psychologią bohaterek na pierwszym planie. Do tego Rosja, a w dodatku Petersburg – jak mogłabym się oprzeć? Książka ma zaledwie 150 stron, więc czyta się ją błyskawicznie, napisana jest przyjemnym językiem. Początek naprawdę mi się spodobał – bohaterki zostały realistycznie przedstawione, ich relacja, choć dająca im obu pewne wytchnienie, duszna i przytłaczająca. Zrozumienie nie wystarczy, by pomóc, a przede wszystkim pojawia się pytanie – czy Anna i Irina chcą sobie pomóc i tej pomocy oczekują? Czego właściwie chcą, od życia i siebie nawzajem? Na drugim planie rysuje się natomiast historia znajomości ich dzieci, a czytelnik z czasem poznaje szczegóły tragicznego wypadku, mamy więc nawet pewien element tajemnicy, choć bez żadnego zaskoczenia, ale przecież zupełnie nie o to chodzi w tej historii.

A mimo to książka gdzieś tak w połowie zaczęła mnie drażnić. I to elementami moim zdaniem tak zbędnymi, że bez żadnej szkody można było z nich zrezygnować, a w moim odczuciu odebrały one historii cały realizm i moc wzruszania. I już nawet nie chodzi mi o to, że dzieci obu kobiet noszą imiona Julia i Roman, choć wydaje mi się to niepotrzebne i jakoś bliżej temu do żartu czy mrugnięcia okiem autorki, a sama książka jest raczej pozbawiona humoru. Jednak wątek dotyczący Iriny i męża Anny wydaje mi się wręcz absurdalny, owszem, wiąże bohaterki jeszcze ściślej, jeszcze bardziej komplikuje ich relację, ale po co? Tak wielkie zrządzenie losu oczywiście może się zdarzyć w „prawdziwym życiu”, nie jest mi obce przysłowie o scenariuszach, jakie to życie pisze, ale w powieści niestety raczej sprawia, że człowiek podnosi brew i zastanawia się, jaki sens miało wprowadzenie takiego zdarzenia. I już bym nawet to przełknęła, bo cóż, mogło być i tak, ale zaraz dostajemy rozwiązanie, które zapowiadało się tak dobrze (nie chcę tu zdradzać zakończenia, więc nie podam szczegółów), psychologicznie realnie, słodko-gorzko i w sumie w sposób napawający nadzieją… Tu jednak przychodzi kolejne zaskoczenie, niebywały zbieg okoliczności, być może uroczy i optymistyczny, ale ja niepewnie wpatrywałam się w ostatnią stronę, niedowierzając, że autorka naprawdę zdecydowała się na taki zabieg. Być może się czepiam, być może za mało wierzę w szczęśliwe trafy i niebywałe przypadki, które wszystko szczęśliwie kończą, ale moim zdaniem niestety wyżej wspomniane wątki odebrały powieści jej ciężar, zamieniając w bajkę, która owszem, okrutna, ale kończy się tak, że większości baśni daleko do tego rodzaju happy endów. Niestety, nie jestem wielbicielką takich rozwiązań.

Żal mi tej współczesnej Rosji, tego Petersburga i tego tematu. I w sumie potencjału, bo książka ma naprawdę dobrze napisane pewne wątki i takie niepotrzebne wtręty (a przy tak niewielkiej w sumie objętości ma to tym większe znaczenie) zepsuły ją w moich oczach. Mogło być naprawdę bardzo dobrze, a końcem końców wyszło tak sobie. Szkoda.

Tytuł: Za zakrętem
Autor: Marika Krajniewska
Wydawnictwo: Papierowy Motyl, 2010
Ilość stron: 150
Moja ocena: 2/6

Reklamy

Walijska prowincja („Eve Green” Susan Fletcher)

Ostatnio napisałam kilka recenzji książek, które niestety niespecjalnie mi się podobały. Kilka ich jeszcze pojawi się na blogu, bo mam mocne postanowienie nadrobienia zaległości, aby więc nie wyjść na wiecznie niezadowoloną marudę, tym razem napiszę o książce uroczej, którą czytało mi się niezwykle przyjemnie i którą mogę spokojnie i tym razem bez zbędnej ilości różnych „ale” polecić. „Eve Green” Susan Fletcher, bo o tej książce mowa, znalazła się na mojej półce jakoś w pierwszych miesiącach mojego blogowania. Musiałam o niej przeczytać u kogoś na blogu pozytywną recenzję, bo okładka raczej by mnie to zakupu nie zachęciła (poza kolorem, oczywiście), a opis z tyłu, choć przyjemny, też nie ma w sobie niczego nadzwyczajnego. Książkę znalazłam za kilka złotych w Matrasie i przeczekała sobie kilka lat na półce, aż mi się o niej przypomniało i zażyczyłam sobie przyniesienia jej do szpitala, gdzie niestety przedłużała nam się wizyta z powodu wstrętnych infekcji. I choć końcem końców przeczytałam ją już po powrocie do domu, kiedy nareszcie zrobiła się wiosna, to uważam ją za dobry pomysł na poprawę humoru. A nie jest to wcale książka specjalnie optymistyczna! Powiedziałabym raczej – ciepła, subtelna i mówiąca o pogodzeniu się z samym sobą, odnalezieniu pewnej wewnętrznej harmonii. Brak jej jednak uduchowienia częstego przy takich tematach, to powieść na wskroś naturalna, niekoniecznie wyróżniająca się wybitnie na tle innych, ale warta przeczytania.

Zarys tej powieści jest dość prosty. Dwudziestodziewięcioletnia Eve Green wspomina swoje pierwsze lato w Walii. Trafiła tam do domu swoich dziadków mając lat osiem, zaraz po przedwczesnej śmierci swojej matki. Od tamtej pory wieś Cae Tresaint stała się jej domem, jednak to pierwsze lato, a właściwie cały pierwszy rok mieszkania w nowym miejscu odcisnęły piętno na całym życiu Eve. To właśnie wtedy poznała ludzi, którzy w pewien sposób ją ukształtowali, poznała swoją duchową ojczyznę, ponieważ już nigdy nie mogła mieszkać poza Walią i nie móc oglądać jej nieba, nie być otoczona jej przyrodą. A wreszcie tamtego lata zaginęła niewiele starsza od niej dziewczynka, Rosie, a cały dramat owiany był tajemnicą. Być może Eve znała do niej klucz, choć zupełnie inny, niż spodziewali się inni mieszkańcy wsi. Dodatkowo mała Evie ze strzępków rozmów, niechętnych spojrzeń lub otwarcie wrogich komentarzy poznaje historię miłości swojej matki, którą dopiero dorosła Eve w pełni zrozumie, o ile oczywiście zrozumienie czyichś uczuć jest do końca możliwe…

Mamy więc w powieści kilka sprawdzonych motywów – rodzinne sekrety, tu poznawane zwłaszcza oczami dziecka, miłości z dawnych lat, przenosiny na prowincję, zapierająca dech w piersiach przyroda i kilkoro fascynujących mieszkańców. A jednak autorce udało się wymknąć banałowi i wszystkie te elementy się w jej powieści sprawdzają, mają sens i są opisane naprawdę ładnym językiem, który pozwala zobaczyć każdą scenę i poczuć klimat Cae Tresaint, zarówno kiedy kwitną we wsi kwiaty, jak i kiedy błoto wciska się wszędzie i krowy chorują na niebezpieczną chorobę racic. Susan Fletcher poradziła sobie z tematem doskonale, a kilka wątków mnie po prostu zauroczyło, jak choćby wątek uczuciowy głównej bohaterki, tak odmienny od typowego romansu z książek obyczajowych (choć i taki tu znajdziemy dzięki matce Eve). Wspaniale też zostali opisani dziadkowie Eve i kiedy myślę o wielu innych wątkach tej powieści, aż żałuję, że nie była dwa razy dłuższa, bo mogłabym ją czytać i czytać, poznając kolejne małe i wielkie sekrety, rodzinne dramaty, a także samą wieś i jej okolice. Nie mówiąc już o tym, że zapragnęłam pojechać do Walii, co też chyba mówi sporo o tym, jak urzekająca jest to książka.

„Eve Green” wydaje mi się idealną powieścią na lato. Jest lekka, wciągająca, pełna sekretów i uroku. Bohaterowie są psychologicznie naprawdę dobrze zarysowani i nie trudno jest wciągnąć się w ich historie, nawet jeśli to jedynie skrawki opowieści z dawnych lat, których rozwiązanie już siłą rzeczy czytelnik zna. Prawdziwa to czytelnicza przyjemność, a dodatkowym smaczkiem jest fakt, że to debiut autorki, która napisała powieść mając lat 25. Nic tylko westchnąć z zazdrością (pozytywną!) i cieszyć się na inną jej powieść czekającą na półce, czyli świetnie przyjęte „Ostrygojady”.

Tytuł: Eve Green
Autor: Susan Fletcher
Tłumaczenie: Magdalena Sommer
Wydawnictwo: Muza, 2006
Ilość stron: 264
Moja ocena: 5/6

Kresowa lekcja historii („Ukraiński kochanek” Stanisław Srokowski)

Sięgając po książkę „Ukraiński kochanek” nie miałam większego pojęcia, na co się porywam. Nazwisko autora, Stanisława Srokowskiego, nie mówiło mi zbyt wiele. Owszem, przeczytałam o nim krótkie notki, tę z tyłu okładki i kilka w serwisach o książkach zanim sobie powieść kupiłam, nie miałam jednak świadomości, jakiego rodzaju pisze on literaturę. Sam opis powieści stworzony przez wydawcę niezwykle mnie zachęcił, jednak wprowadził też w błąd, choć nie ukrywam, że wina może leżeć po mojej stronie. W sumie wszystko to, o czym napisano na okładce w książce jest, jednak ja oczekiwałam zupełnie czegoś innego jeśli chodzi o nastrój, czy może raczej formę opowieści…

Przede wszystkim myślałam, że będzie to opowieść o wielkiej miłości z wojną i ważnymi zmianami dziejowymi w tle. Że bohaterowie i ich losy będą odzwierciedlać dramaty mieszkańców Kresów z czasów międzywojnia i drugiej wojny światowej. Wreszcie, że wczuwając się w historię odnajdę ducha tamtych czasów obecnego na ziemiach kresowych. Mój problem polega na tym, że to wszystko teoretycznie w „Ukraińskim kochanku” się znajduje, żaden z obiecanych w okładkowej notce walorów nie jest zmyślony, ale… W moim odczuciu wszystkie te elementy są przedstawione… niejako odwrotnie, niżbym się tego spodziewała. Ciężko mi to opisać jednym słowem, już się więc tłumaczę. Otóż owszem, mamy tutaj przedstawiony romans Polki, córki bogatego młynarza imieniem Kasia Kukułka z ukraińskim chłopakiem, Mitią, jednak ten romans to tylko pretekst, żeby pokazać dwie społeczności. Generalnie bohaterowie są bardziej przedstawicielami swojej narodowości, grupy społecznej czy religijnej, a nie konkretnymi osobami, poza niewielką grupką głównych postaci (a bohaterów mamy w książce naprawdę sporo), ich charaktery są tylko zarysowane, mają po jednej bądź dwie cechy opisujące i aż zanadto widać rolę, jaką mają spełnić. Świetnym przykładem są na to dwie przyjaciółki Kasi, Żydówka Salcia i Ukrainka Ksenia, dzięki którym czytelnik ma niejako wgląd w sytuację Żydów i Ukraińców w rodzinnej wiosce bohaterki, ale o samych dziewczynkach poza kilkoma raczej suchymi faktami nie dowiemy się zbyt wiele. To samo tyczy się wydarzeń, miejsc, wszystkiego tego, co zwykło się nazywać tłem obyczajowym bądź historycznym dla bohaterów. Tutaj sytuacja znowu jest moim zdaniem w jakiś sposób odwrócona i tak naprawdę bohaterowie są tylko pretekstem, żeby opisać dany fragment historii, przedstawić powojenne miasto lub dramat ludności żydowskiej, polskiej czy ukraińskiej. Autor wydaje się posyłać bohaterów w konkretne miejsca tylko po to, by móc o nich napisać, wprowadza pojedyncze postaci, które potem znikają w mrokach fabuły jedynie po to, by mogły opowiedzieć o wydarzeniu, które miało miejsce w innym mieście czy kraju, do którego główni bohaterowie nie dotarli, a jeśli postaci wprowadzić się nie da, to zaraz zaginiony kuzyn bądź przyjaciel z dawnych lat napisze list te wydarzenia w detalach opisujący. Sytuacja nasila się jeszcze bardziej w części drugiej kresowej sago Srokowskiego, gdzie cała fabuła gubi się pośród opisów historycznych, pośród odkrywania nieznanych dotąd szczegółów historii Kresów. Przodują w tym monologi Artura, kuzyna młynarzowej, który przyjmuję rolę demaskatora ówczesnej historii – opowiada, wyjaśnia, na każdą sytuację posiada odpowiedni dokument, ma wgląd w tajne papiery należąc do podziemia i generalnie staje się historykiem swoich własnych czasów.

Uwielbiam powieści i oczekiwałam powieści. Chciałam historii miłosnej z wojną w tle, ludzkich dramatów i głębi psychologicznej. Dostałam lekcję historii i mimo, że poczułam się zawiedziona, a brutalne szczegóły mocno mnie odrzuciły (i tak, wiem, że sama zdecydowałam się na czytanie o wojnie, ale wszystko można bardzo różnie opisać, także wojenne dramaty i okrucieństwo), bo Srokowski nie szczędzi czytelnikowi żadnych detali torturowania niewinnych ludzi, w tym malutkich dzieci (ja oczywiście radośnie wzięłam się za lekturę będąc w ciąży, co jest już wyłącznie moim błędem – mimo to zdecydowanie nie polecam na ten okres, można się nabawić koszmarów), to jednak nie mogę tej książki spisać na straty, bo wbrew wszystkiemu, co tu napisałam, warto „Ukraińskiego kochanka” przeczytać. Przede wszystkim właśnie dlatego, że jest to lekcja historii i to takiej, której nie znajdzie się w podręcznikach szkolnych, o której wiadomo naprawdę niewiele, mimo że przecież druga wojna światowa wydaje się niemal już nie mieć przed nami tajemnic. Powiedzieć, że autor solidnie się do pisania przygotował, to wręcz za mało, bo cała książka pełna jest odwołań do dokumentów, wszystko poparte jest konkretnymi faktami, nazwiskami, nie można Srokowskiemu zarzucić nadużyć, wypaczania historii, naciągania jej. To przede wszystkim książka historyczna, ubrana w przyciasne szatki powieści. Jeśli tak się do niej podejdzie od początku, nie powinna zawieść, a raczej pewnie zafascynuje, nie mówiąc o walorach informacyjnych. Ja nie tego się spodziewałam, nie tego chciałam i mimo całego docenienia, nie zachwyciłam się. „Zdradę” natomiast odrzuciłam na kilka rozdziałów przed końcem uznając, że po prostu nie mam już siły czytać czegoś, co mi nie odpowiada i wprowadza w fatalny nastrój. Z drugiej strony cieszę się, że teraz wiem o historii Kresów znacznie więcej, choć bolesna to wiedza…

Tytuł: Ukraiński kochanek
Autor: Stanisław Srokowski
Wydawnictwo: Arcana, 2008
Ilość stron: 500
Moja ocena: 4/6

A miało być tak pięknie („Wysepka” Andrea Levy)

Jamajka, lata czterdzieste ubiegłego wieku. Hortense uczy się w brytyjskiej szkole, by zostać nauczycielką. Jest dziewczyną dobrze wychowaną, choć jej pochodzenie jest dość skomplikowane, w naukę wkłada wiele pracy, a przede wszystkim – nie brak jej ambicji. Ambicja zaczyna przysłaniać jej inne wartości i wkrótce dziewczyna marzy już niemal o jednym – osiedleniu się na wyspie-matce, Wielkiej Brytanii, którą przecież tak dobrze zna, ucząc się o niej od małego. Pomóc jej w tym może niejaki Gilbert Joseph, jamajski chłopak, który podczas wojny zaciągnął się do brytyjskiej armii i służył w niej, zamiast obiecanej chwały przekonując się raczej o tym, jak czarnoskórzy obywatele imperium są traktowani w Anglii. Na pewno nie tak fatalnie, jak w Ameryce, ale do ideału wciąż sporo brakuje… Mimo to Gilbert po wojnie zamieszkuje w Londynie, wynajmując pokój u swojej angielskiej znajomej z czasów wojny, Queenie Bligh, która oczekuje powrotu męża z wojny. Bernard wyruszył do Indii, a następnie ślad po nim zaginął, sama Queenie natomiast czas wojny, mimo wszechobecnego strachu i dziejących się naokoło dramatów, spędziła wyjątkowo intensywnie, odkrywając nowe strony swojego charakteru i osobowości. Cała trójka trafi w końcu do domu Queenie w Londynie i zwiąże się ze sobą w sposób zaskakujący i dużo silniejszy, niż którekolwiek z nich mogłoby przypuszczać, niż kiedykolwiek przeszłoby im to przez myśl.

Zanim jednak czytelnik się o tym dowie, pozna historie całej trójki, a nawet czwórki, jak się z czasem okaże, pisane w pierwszoosobowej narracji, przedstawiające różne aspekty tych samych sytuacji, różne spojrzenia, wreszcie tych samych bohaterów widzianych oczami innych, a także ich własną wersję wydarzeń. Wiele retrospekcji pomaga wczuć się w sytuację narratorów i choć początkowo wydaje się to niełatwe, końcem końców polubić każdego z nich na swój sposób, skoro możemy poznać ich motywy, marzenia i małe bądź większe dramaty. Na pierwszy plan wysuwają się jednak nie te indywidualnie historie, nierzadko naszpikowane humorem i ironią, ale obraz powojennej Anglii, która mierzy się z napływem mieszkańców kolonii oraz powolny proces tworzenia się społeczeństwa wielokulturowego, pełnego odmienności. Dużo w powieści rozczarowania, któremu nierzadko towarzyszy czarny humor, dużo ironii. Przybysze z Jamajki, niewielkiej w porównaniu z Wielką Brytanią wysepki, nauczeni nabożnego wręcz szacunku do kraju macierzystego, jego języka i tradycji są skonfrontowani z angielską rzeczywistością i niestety, marzenia o kraju mlekiem i miodem płynącym trzeba odłożyć, być może na zawsze.

Nie mam wątpliwości, że „Wysepka” to książka dobra, dobrze napisana, pełna błyskotliwych uwag, ironicznego humoru i z ciekawie wykreowanymi bohaterami. Do tego dochodzą wątki imigracyjne, wielokulturowe, a całość dzieje się w dużej mierze w Anglii – wszystko to wydaje się być niemal przepisem na stworzenie książki, którą się z miejsca zachwycę, jakby na miarę dla mnie szytą. Niestety, tak się nie stało i choć „Wysepka” mi się podobała, to jednak nie zachwyciła. Być może miałam za duże co do niej oczekiwania, właśnie z powodu tych wszystkich „moich” wątków, a może mnogość nagród, jakie powieść zdobyła wywindowała moje nadzieje nadmiernie wysoko? A może, zwyczajnie, czytałam ją w nieodpowiednim czasie, bo pod koniec ciąży, kiedy generalnie do czytania siadałam raczej niechętnie. Nie mogłam do końca wczuć się w bohaterów, żadnego z nich tak po prostu polubić, bez żadnych „ale”, choć im kibicowałam i było mi ich bardzo szkoda. Może oczekiwałam, że znajdę tam jakieś zaskakujące dla siebie treści, a po iluś przeczytanych książkach o tej tematyce nie jest to już takie łatwe? Trochę mi żal, bo dużo sobie po tej lekturze obiecywałam, a trochę pozostaje mi tylko wzruszyć ramionami, bo książek tego rodzaju wciąż sporo czeka na półce, a skoro ta nie zachwyciła… Trudno. Mimo wszystko, czasu nad nią spędzonego zdecydowanie nie uważam za stracony i książkę mogę z czystym sumieniem polecić. Przekonajcie się sami, czy Was zachwyci.

Tytuł: Wysepka
Tytuł oryginału: Small Island
Autor: Andrea Levy
Tłumaczenie: Izabela Matuszewska
Wydawnictwo: Albatros, 2006
Ilość stron: 512
Moja ocena: 4/6

Islandzki raj utracony („Niebo i piekło” Jón Kalman Stefánsson)

Zdrowo jest tak stać samotnie nocą, człowiek i cisza stają się jednością, odczuwa się jakiś rodzaj zgody, która jednak niepostrzeżenie może zamienić się w bolesną samotność.

Po literaturę skandynawską zawsze sięgam z ochotą, zwłaszcza, kiedy mam ochotę na dobrą powieść psychologiczną (zazwyczaj mroczną i jednak przygnębiającą), książkę pełną nastrojowych opisów, przyrody i wzburzonego morza, a wreszcie, kiedy interesuje mnie samo tło toczącej się akcji i między wierszami mogę odnaleźć codzienność życia w którymś ze skandynawskich krajów, w czasach dzisiejszych lub przeszłości. Teoretycznie Skandynawia to obszar tak duży, że wrzucanie norweskich, szwedzkich, duńskich i reszty książek do jednego worka wydawać by się mogło krzywdzące, jednak raz, że moje odczucia są jak najbardziej pozytywne, a dwa, że biorąc swego czasu udział w wyzwaniu „Kraje Nordyckie” przekonałam się, że jednak powyższe plusy znajdowałam w niemal każdej książce z tego regionu i ufnie szukam ich dalej, sięgając po dowolną książkę z półki z literaturą skandynawską. Z takim nastawieniem zaczęłam też lekturę „Nieba i piekła” islandzkiego pisarza Jóna Kalmana Stefánssona i nie zawiodłam się – to piękny kawałek prozy, liryczny i nastrojowy, z domieszką humoru i ironii, co było miłym zaskoczeniem.

Bárður i jego przyjaciel, bezimienny główny bohater powieści, pracują jako rybacy, najmując się do pracy w małej rybackiej wiosce. Nadchodzi zimna noc, łodzie wypływają na połów, a Bárður wraca się od drzwi niemal, żeby przeczytać jeszcze kilka wersów z „Raju utraconego” Miltona. Zafascynowany lekturą zapomina zabrać peleryny, prozaicznego okrycia, którego jednak brak takiej nocy oznacza wyrok śmierci. Śmierci głupiej, niepotrzebnej, za którą winą można obarczyć miłość chłopaka do literatury. Bárður umiera, jego przyjaciel jest zdruzgotany, więź między nimi była silna i najważniejsza w życiu chłopca, jej granice dość płynne i nie takie oczywiste, co jednak nie ma żadnego znaczenia. Istotne jest, że chłopak zostawia rybacką wioskę, a w niej ciało przyjaciela i rusza do innej wioski, by oddać nieszczęsny „Raj utracony” właścicielowi książki, pewnemu ślepemu kapitanowi. Docierając na miejsce pogrążony w żałobie chłopak powoli wtapia się w tłumek mieszkańców wioski, a czytelnik poznaje ich historie, marzenia i małe dramaty, pragnąc wiedzieć coraz więcej i więcej.

Stefánsson pisze pięknym, poetyckim stylem, a w opisywanych przez niego zwykłych prozaicznych czynnościach czai się magia. Im więcej w książce „zwykłego życia”, tym lepiej się ją czyta. W pewnym momencie autor bowiem odrywa się od rzeczywistości, opisując rozpacz głównego bohatera i przemyślenia zawarte w tym fragmencie niebezpiecznie zbliżają się w stronę banału, złotych myśli rodem z książek pana Coelho (miłośnicy jego twórczości niech mi wybaczą, ja zupełnie się w takim stylu nie odnajduję i to się już nie zmieni), potem jednak następuje powrót do losów zwykłych ludzi, do ich przemyśleń i historii i znów jest wspaniale, ma się ochotę zaznaczać ołówkiem fragmenty powieści, wynotowywać cytaty lub po prostu wyobrażać sobie sceny z powieści, klimat jest bowiem tak sugestywny, że nie trudno sobie je zwizualizować. Chętnie zobaczyłabym film na podstawie tej książki, pewna jestem, że z łatwością by mnie oczarował.

Warto jeszcze wspomnieć, że „Niebo i piekło” w dużej mierze traktuje też o literaturze oraz miłości do książek. Miłości, która może być zgubna, ale stanowi też sens życia. I czy taki fragment nie brzmi absolutnie rozkosznie:

Byliśmy nieznośni. Myśleliśmy tylko o książkach, o uczeniu się, szaleliśmy na wieść o nowej ciekawej książce, wyobrażaliśmy sobie, jaka ona jest, wieczorami rozmawialiśmy w łóżku, o czym może opowiadać. Gdy tylko udało się nam ją zdobyć, czytaliśmy ją na zmianę albo razem, nawet jej fragmenty.

„Niebo i piekło” jest pierwszym tomem trylogii, niestety do tej pory jedynym, który ukazał się po polsku. Mam nadzieję, że z czasem doczekamy się kolejnych, bo to pozycja wartościowa, czyta się ją szalenie przyjemnie, a mnóstwo obrazów zostaje z czytelnikiem na dłużej. Uwielbiam taki dość ponury, chłodny klimat znad skandynawskich mórz, nastrój małych miasteczek, gdzie każdy mieszkaniec skrywa swoje historie i małe dramaty, tak więc „Niebo i piekło” nie mogło mi się nie spodobać. Jeśli i Wy cenicie sobie tego rodzaju treści, nie powinniście się zawieść, naprawdę warto.

Tytuł: Niebo i piekło
Tytuł oryginału: Himnaríki og helviti
Autor: Jón Kalman Stefánsson
Tłumaczenie: Przemysław Czarnecki
Wydawnictwo: WAB, 2011
Ilość stron: 240
Moja ocena: 5/6

Nie było mnie, bo…

Wspominałam wcześniej o szykujących się poważnych zmianach w moim życiu, mając nadzieję, że przygotowania nie wpłyną na moje pisanie bloga. Jak widać po częstotliwości pojawiania się recenzji, stało się inaczej, a ja znów wracam, przedstawić moje nowe natchnienie do pisania i mając tym razem nadzieję, że może z małym na świecie blog wreszcie otrząśnie się z marazmu. Tym bardziej, że pod koniec marca stuknęły Herbatnikom już cztery lata! Przyznam, że niemal mnie to zaszokowało, byłam pewna, że prowadzę blog krócej… To oczywiście przyjemna niespodzianka, a mnie trochę głupio, trochę smutno, że zeszły rok był pod względem blogowania tak nieudany. Tym optymistyczniej patrzę więc w blogową przyszłość, bo nietrudno będzie sprawić, żeby rok 2013 wyglądał pod tym względem lepiej!

Pozwólcie też, że przedstawię Wam sprawcę zamieszania! Wojtek ma wszelkie predyspozycje, żeby stać się dzieckiem prawdziwie literackim – w brzuchu mamy będąc uczestniczył w największych na świecie Targach Książki we Frankfurcie, a następnie w znacznie mniejszym, ale swojskim Salonie Ciekawej Książki w Łodzi, gdzie dostał swój pierwszy imienny autograf od Tomka Grzywaczewskiego, autora książki „Przez Dziki Wschód” (Tomek uczestniczył w Long Walk Plus Expedition, zachęcam do przeczytania mojego z nim wywiadu w Archipelagu), wziął udział w konferencji o czytelnictwie organizowanej przez Uniwersytet Łódzki 8 marca, a wreszcie urodził się 2 kwietnia, który to dzień jest podobno Międzynarodowym Dniem Książki dla Dzieci. Już teraz Wojtuś z zainteresowaniem słucha bajek, które czyta mu tata bądź opowiada mama, choć jego cierpliwość jest jeszcze zbyt mała na dłuższe historie. Jest nam szalenie dobrze ze sobą, wysypiamy się oboje, a mały daje mi mnóstwo energii do działania, choć oczywiście czasu na realizację przedsięwzięć mam zdecydowanie mniej… Może jednak z blogiem się uda. Do przeczytania więc! :)

Kategorie:meta, o sobie Tagi: ,

Czeczeński dziennik

Czeczenia to nie Palestyna, Afganistan czy Irak. To kraj u granic Europy i to, co się u nas rozgrywa, nie ma nic wspólnego z wielkimi problemami świata arabsko-muzułmańskiego. Dramat Czeczeni to przede wszystkim sprawa ambicji imperialnych Rosji i postsowieckich drgawek, połączonych z nieskończenie większą brutalnością, niż ma to miejsce na przykład na Ukrainie czy Białorusi. Jeśli już chce się porównywać nasze cierpienia z cierpieniami innego narodu, to należałoby raczej przywołać Bośniaków, którzy stali się ofiarami postkomunizmu zabarwionego agresywnym nacjonalizmem.

W tym roku nie zamierzam robić podsumowań, za mało książek przeczytałam, by miało to więcej sensu. Gdybym jednak miała wymienić pozycję, która najbardziej mnie poruszyła, byłby to z pewnością „Taniec w ruinach” Milany Tierłojewej. Książka jest, jak stwierdza niezbyt wyszukany podtytuł, „przejmującym dziennikiem młodej Czeczenki” i mimo wszystko ten właśnie przymiotnik wydaje mi się najlepiej książkę opisujący. Teoretycznie nie ma nic nadzwyczajnego w fakcie, że książka o wojnie, zwłaszcza ta pisana z perspektywy „zwykłego” człowieka, a nie żołnierza, porusza czytelnika. Taka jej rola i całe szczęście, że nie brakuje wrażliwych pisarzy płci obojga, którzy przybliżają dramaty wojen czytelnikowi oddalonemu wiele kilometrów od miejsca wydarzeń, dzięki czemu możliwe jest zrozumienie, empatia, a nawet pomoc. Nie ma w tym moim zdaniem pogoni za sensacją, a raczej chęć zrozumienia, a nawet, co zabrzmi dość górnolotnie, pragnienie rozwoju własnej wrażliwości, przybliżenie się do ludzkiej krzywdy, nam na szczęście oszczędzonej. Piszę o tym, ponieważ zauważyłam, że „Taniec w ruinach” na półkach w księgarniach, kiedy jeszcze się tam pojawiał, zajmował miejsce pośród wspomnień prześladowanych kobiet różnych kultur, co niestety zapewne nie pomogło książce w dotarciu do szerszego odbiorcy. Nie twierdzę, że te książki nie mają wartości i że są ogólnie złe. Jednak większość tych, które czytałam bądź czytać próbowałam, ma jednak w sobie dużą dozę taniej sensacyjności, która bardzo mnie odrzuca. „Taniec w ruinach” zdecydowanie nie jest pozycją tego rodzaju.

Milana zaczyna spisywać swoje wspomnienia od momentu przygotowań do balu w jej rodzinnym Oriechowie. Balu, który nigdy się nie odbył, choć w świecie widzianym nastoletnimi oczami autorki miał być wydarzeniem niemalże zwrotnym w jej dotychczasowym życiu. Niestety, do Oriechowa dociera wojna, która natychmiast zmienia życie wszystkich mieszkańców i odtąd życie Milany toczy się zupełnie innym torem od tego, który sobie wcześniej wymarzyła. Przeżywa w Czeczenii dwie wojny, opisuje swoją podróż do Rosji, a wreszcie także wyjazd do Paryża w ramach programu Studenci Bez Granic. Przede wszystkim, autorka przedstawia jednak sytuację w Czeczenii, patrząc na nią oczami osoby, która wprawdzie nie bierze udziału w walkach, ale która na froncie ma przyjaciół i rodzinę, a wojna wdziera się w jej życie na każdym kroku. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak w takiej sytuacji trudno zdobyć się na obiektywizm osobie emocjonalnie bezpośrednio zaangażowanej w opisywane wydarzenia, jednak Tierłojewa robi wszystko, by ten obiektywizm zachować. Choć naturalnie czeczeński punkt widzenia jest jest daleko bliższy, nie wybiela swoich rodaków, zwłaszcza pisząc o późniejszej fazie konfliktu, kiedy Czeczeńcy byli prześladowani nie tyle przez Rosjan, ale przez siebie nawzajem, o powszechnej kolaboracji i odejściu od tradycyjnych wartości, tak wcześniej w Czeczenii cenionych.

Próba wzniesienia się ponad konflikt i zobaczenie ludzkich twarzy w narodzie było nie było najeźdźców świadczy w moim odczuciu o ogromnej dojrzałości Milany, jej sile i wielkiej wrażliwości. Nie tylko więc czytelnik poznaje współczesną historię Czeczenii „od środka”, ale też bardzo szybko zaczyna emocjonalnie traktować autorkę, której losy, tak samo jak w przypadku jej rodziny i przyjaciół, ciasno splatają się z wojennymi wydarzeniami. Bardzo szybko nie tyle zaczęłam Milanie kibicować, co traktować ją jako kogoś bliskiego, komu zagraża niebezpieczeństwo. Dużą część książki przeczytałam jadąc pociągiem i aż wstyd mi było wobec współpasażerów, kiedy dyskretnie starałam się co chwila ocierać łzy. „Taniec w ruinach” to książka napisana w sposób osobisty, odważna i głęboko poruszająca. Dla mnie jej lektura była dużym przeżyciem, a rzeczowość i rzetelne przedstawienie faktów (na końcu książki znajduje się nawet kalendarium pozwalające uporządkować wiedzę na temat czeczeńskich wydarzeń) sprawiają, że jest to też pozycja pouczająca i wyjaśniająca wiele, jeśli nie jest się specjalistą od tego wycinka historii. Nie widuję już tego dziennika w księgarniach, ale można go zdobyć na Allegro, zazwyczaj w bardzo atrakcyjnej cenie. Moim zdaniem jest to lektura warta każdej spędzonej nad nią chwili, a dla mnie z pewnością jedna z najważniejszych książek zeszłego roku.

Historia Czeczenii toczy się dalej, wciąż nie jest tam bezpiecznie, ale o tym można przeczytać w innych książkach. Ja mam tylko nadzieję, że Milana jest bezpieczna i nadal walczy o pozostanie sobą, tak jak to miało miejsce w wojennym koszmarze, utalentowaną pisarką i wrażliwą kobietą.

Tytuł: Taniec w ruinach
Tytuł oryginału: Danser sur les ruines
Autor: Milana Tierłojewa
Tłumaczenie: Andrzej Wróblewski
Wydawnictwo: KDC, 2007
Ilość stron: 168
Moja ocena: 6/6