Strona główna > film, książki > Na śmierć i życie („The Hunger Games” Suzanne Collins)

Na śmierć i życie („The Hunger Games” Suzanne Collins)

W przeciwieństwie do większości znanych mi zagorzałych czytelników, jeśli chcę zobaczyć ekranizację książki, której jeszcze nie czytałam – to zazwyczaj nie zmieniam tego stanu rzeczy i najpierw oglądam film, a potem sięgam do książki. O ile mam świadomość, że nie jest to do końca sensowne, wszak film jest jedynie adaptacją i zawsze warto znać oryginał, żeby móc lepiej tę adaptację zrozumieć, to jednak taka kolejność w większości przypadków pozwala mi się cieszyć i filmem i potem książką. Na palcach jednej ręki mogę policzyć ekranizacje, które uważam za lepsze od książki (do głowy w tej chwili przychodzi mi jedynie „Gwiezdny pył” na podstawie Gaimana), oczywiście jest też trochę takich, które utrzymują poziom oryginału, ale najczęściej niestety należę do grona osób, dla których film z książką zazwyczaj przegra. I to nie dlatego, że jestem tak wielką purystką lub nie doceniam filmów, zdecydowanie nie. Być może bierze się to stąd, że zawsze kiedy czytam, bardzo dokładnie sobie wyobrażam czytane sceny i potem nie znajduję tego w filmie i jestem zawiedziona? Nie twierdzę bynajmniej, że to właściwa postawa i zawsze naprawdę chcę, żeby film mnie oczarował, ale mam z tym jakiś wewnętrzny kłopot. Jak choćby z „Okruchami dnia”, gdzie najpierw przeczytałam książkę, a potem oglądałam film, o których słyszałam tyle zachwytów od zaufanych osób, że byłam pewna własnego zachwytu. I niestety, dla mnie ta ekranizacja nie oddała tego, co tak bardzo podobało mi się w książce, jestem natomiast pewna, że gdybym najpierw obejrzała film, byłabym urzeczona i na pewno sięgnęłabym po książkę, która też by mi się spodobała. Tak choćby było z „Angielskim pacjentem” – dopiero po przeczytaniu książki stwierdziłam, że ta produkcja wypaczyła w dużej mierze sens powieści i właściwie mi się nie podoba, ale oglądając go wcześniej miałam wiele przyjemności. Oczywiście, zdarza mi się przeczytać najpierw książkę, zwłaszcza jeśli chcę mieć przy czytaniu element zaskoczenia, nie wspominając już o oglądaniu ekranizacji, których książkowe oryginały po prostu znałam wcześniej. Jednak kolejność jest jak widać w moim przypadku dość płynna.

Ten przydługi wstęp ma na celu wyjaśnienie, dlaczego kiedy spodobał mi się trailer do ekranizacji pierwszej części trylogii Suzanne Collins, zatytułowanej „Igrzyska śmierci” („The Hunger Games”) i zapragnęłam iść na nią do kina, nie rzuciłam się do czytania książki. Film spodobał mi się jednak na tyle, że po powrocie do domu zakupiłam sobie angielską wersję na Kindla i przeczytałam z wielką przyjemnością. Aktualnie nie czytam i niezbyt się orientuję w literaturze spod szyldu Young Adult (zastanawiam się, czy przetłumaczenie tego na ‘literatura młodzieżowa’ oddaje sens tego gatunku), nie wiem więc, czy książki Collins są na tle innych oryginalne, czy przedstawienie postaci jest tu typowe, bądź nie. W każdym razie zdecydowanie przypadła mi do gustu antyutopijna wizja świata, w którym na gruzach Ameryki Północnej znajduje się aktualnie dwanaście dystryktów rządzonych przez stolicę zwaną Kapitolem. Raz w roku każdy dystrykt wysyła dziewczynę i chłopaka, wylosowanych specjalnie w tym celu, do udziału w upiornym reality show, oglądanym przez cały kraj – grupka dzieciaków zostaje zamknięta na specjalnie przygotowanym terenie, gdzie walczą ze sobą na śmierć i życie. Tylko jedna osoba, ostateczny zwycięzca, ma prawo wyjść i od tej pory cieszy się względami, nie musząc wracać do poprzedniego życia. Tym razem z dwunastego, najbiedniejszego dystryktu zostaje wylosowana młodsza siostra Katniss Everdeen i Katniss natychmiast zgłasza się, by zająć jej miejsce.

Podobały mi się przygody Katniss, fragment jej typowego życia w dystrykcie, relacje z bliskimi, wreszcie podróż do Kapitolu, przygotowania do turnieju i same Igrzyska. Polubiłam też szybko samą bohaterkę. Na tle znanych mi historii Katniss się wyróżnia, choć z tego, co wiem, dla wielu czytelników jest ona po prostu antypatyczna. Mnie natomiast ujęła – jest do bólu praktyczna, jako że na jej barkach spoczywa utrzymanie rodziny, zaradna i odważna, ale w kontaktach międzyludzkich radzi sobie słabo, nie zawsze rozumie motywy, jakie kierują innymi ludźmi i źle ich przez to ocenia. Ponieważ narracja w książce jest pierwszoosobowa, czytelnik sam musi niekiedy wyjść poza schematy myślenia Katniss, żeby zrozumieć, dlaczego chociażby jej towarzysz z tego samego dystryktu, Peeta, zachowuje się tak, a nie inaczej. I tu dochodzimy do kolejnej rzeczy, która podoba mi się w kontekście tej bohaterki – nie jest ona zdefiniowana jedynie przez romans lub uczucie do jakiegoś innego bohatera. Owszem, jak już chyba w większości opowieści tego rodzaju, mamy dwa obiekty westchnień dla Katniss, ale nawet ci dwaj chłopcy wymykają się typowemu podziałowi, czyli na księcia z bajki, do którego można wzdychać i na najlepszego kumpla, z którym można się zaprzyjaźnić. Z moich czytelniczych doświadczeń wynika, że z reguły bohaterki wybierają tego pierwszego, co wiadomo już od pierwszych stron książki (bądź mangi, bo szczerze mówiąc schemat ten jest tam obecny i podniesiony do kwadratu… a może do tego rodzaju powieści przybył właśnie z japońskiego komiksu?). Tutaj jednak nie umiałabym jasno stwierdzić, jak zaklasyfikować Gale’a i Peetę, co mi bardzo pasuje, a Katniss, choć jest w jakiś sposób zafascynowana obydwojgiem, ma ważniejsze rzeczy na głowie niż wzdychać i marzyć o wielkim romansie. Nie mam absolutnie nic przeciwko wielkim romansom, ale jeśli udział w nich jest jedyną cechą bohaterki, to zdecydowanie nie jestem pod wrażeniem.

„The Hunger Games” przeczytałam, podobało mi się bardzo, choć po kolejne części trylogii nie sięgnęłam. Może poczekam, aż pokażą się kolejne filmy i one zachęcą mnie do czytania? Zobaczymy. Wprawdzie jednak zaciekawiona mocno byłam, bo trochę poczytałam sobie o tych dwóch kolejnych częściach nie unikając spojlerów i pewne rozwiązania chyba odrobinę mnie zniechęciły. Nie twierdzę jednak, że do książek nie sięgnę, bo czytało się bardzo przyjemnie.

Tytuł: The Hunger Games
Autor: Suzanne Collins
Wydawnictwo: Scholastic Press, 2008
Moja ocena: 4/6

Advertisements
  1. pietia
    21/05/2013 o 5:36 pm

    Czytając Twoją recenzję przypomniał mi się „Wielki marsz” S. Kinga. Tam też jest upiorne reality show, choć- z tego co pamiętam- brak tam wątku miłosnego. No ale nie jest to pozycja dla young adults:)
    Co do ekranizacji: u mnie bywa różnie, choć chyba należę do tych, co preferują najpierw lekturę, a dopiero po niej ekranizację. Kiedy najpierw obejrzę film, moja wyobraźnia jest już „skażona” obrazami, więc przy lekturze już nie działa na wysokich obrotach, a przecież to wyobraźnie jest źródłem niesamowitej frajdy przy czytaniu:)

    • 29/05/2013 o 5:54 pm

      Ja akurat mam tak, że jak mi z filmu coś nie podpasuje, to nie mam problemu z wyobrażeniem sobie tego inaczej. A wręcz często widzę postaci czy wydarzenia w inny sposób niż są przedstawione w adaptacji, jeśli opis jest inny, tak więc moja wyobraźnia zazwyczaj nie daje się skazić filmem :D Natomiast właśnie często wyobrażenia mam tak silne, że przeszkadzają mi w cieszeniu się filmem.

  2. coalalover
    22/05/2013 o 2:32 pm

    Do gowy przychodzı mı tez Malowany Welon, o czym wlascıwıe wıem tylko od Cıebıe :D wıdzısz, to sıe nazywa autorytet <3

    • 29/05/2013 o 5:56 pm

      Film „Malowany welon” podobał mi się zdecydowanie bardziej niż książka, która mi się właściwie nie podobała, może gdybym czytała ją w oryginale, nie wiem… Ale nie mogę odmówić książce znacznie głębszej myśli przewodniej, której film w sumie nie ma za bardzo – to taki przepiękny romans i fajnie, ale w książce jednak zakończenie ma dużo więcej treści i daje do myślenia.

  3. 22/05/2013 o 8:59 pm

    Mi się Hunger Games dość podobało – Haymitch i cała ta fabuła / świat, Katniss trochę mniej, Peeta najmniej. Ale warto też chyba doczytać 2 i 3 tom, są ciekawe :) Film mniej mi przypadł do gustu, poza brodą Seneki. Broda Seneki made my day.

    Chociaż w gatunku takich przygodówek / dystopii o młodzieży polecam bardziej Scotta Westerfelda – cykl Uglies jest podobny. Chociaż z Westerfelda bardziej podobały mi się jego inne cykle akurat ;))

    Jakbyś w ogóle miała ochotę na polecanki YA to się, um, polecam ;D

    • 29/05/2013 o 5:59 pm

      Mi się Katniss podobała może właśnie dlatego, że po filmie czytałam książkę – a w filmie była fajna i śliczna (w moim odczuciu przynajmniej :D) i jakoś tak mi się przyjemnie ją wyobrażało właśnie jako tę filmową. Peeta mi się też nie podobał i ze wstydem przyznaję, że SPOILER fakt, że ona jego na końcu wybrała, o czym gdzieś tam doczytałam jakoś mnie zniechęcił do czytania dalszych części, wiem, płytkie powody, no ale cóż ;)

      No właśnie ja już chciałam się do Ciebie wybrać po jakąś YA-related poradę, ale właściwie to sama nie wiem, czego szukam, poza „żeby byli fajni bohaterowie i jakiś romans fajny, no!” ;) Jak wymyślę coś więcej, to się na pewno odezwę :D

  4. 05/08/2013 o 10:26 am

    Jeszcze nie czytałam tej serii, jednak te osoby, które czytały – polecały mi ją. Dlatego na pewno po nią sięgnę, aby sama przekonać się, czy przypadnie mi do gustu. Filmu niestety też jeszcze nie oglądałam, ale na pewno też się za niego zabiorę.
    Pozdrawiam

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s