Strona główna > książki, meta, o sobie > Witajcie w Riverside

Witajcie w Riverside

Ciężko ostatnio z czasem na czytanie, nie mówiąc już o czasie na pisanie. Tym bardziej, że w dużej mierze zaprząta mnie Archipelag – promujemy najnowszy numer, trwają prace nad kolejnym, wiosennym numerem. Wszystko to daje dużo radości, ale trochę przyczynia się do zaniedbania bloga. Po raz kolejny obiecuję sobie, że będę tu pisać częściej, ale póki co żadne plany dotyczące systematyczności i regularności nic nie dały ;) Co nie oznacza jednak, że nie będę dalej próbować – problemem w dużej mierze jest chyba także fakt, że jak zwykle w kwestii Internetu nie mogę się zdecydować, jak bardzo osobisty może (powinien?) być taki blog – stawiać na recenzje, czy przemycać coś od siebie? Na ile dodaje to blogowi duszy i pomaga odnieść siebie do samych recenzji, a na ile nadaje blogowi „pamiętnikarski” charakter (przeciwko któremu nic nie mam, a nawet bardzo lubię takie blogi – sama jednak już tego próbowałam i chyba nie chcę iść w tym kierunku)? Zastanawiacie się czasem nad tym, gdzie na takiej skali umieszczony jest Wasz blog i czy Wam to pasuje? Do mnie takie pytania powracają zaskakująco regularnie, o czym myślałam ostatnio czytając wpis Czary. Kończę jednak ten przydługi wstęp, bo nie o tym chciałam tu teraz pisać. Chciałam opowiedzieć o książce, która mnie zupełnie oczarowała.

Wszystko zaczęło się mniej więcej rok temu, kiedy z wypiekami na twarzy czytałam notki Ninedin o książkach Ellen Kushner, a kiedy nauczyłam się ich na pamięć uznałam, że czas najwyższy je sobie sprawić, co okazało się przedsięwzięciem rozkosznie niedrogim i dość szybkim (Empik.com, Amazon.co.uk). Niestety, mimo wielkiej radości i częstego kartkowania książek nie byłabym sobą, gdyby nie odleżały one jakiegoś czasu na półce i rzeczywiście, za pierwszy tom cyklu Riverside wzięłam się dopiero na początku tego roku. Tym samym „Swordspoint” stał się moją czytelniczą inauguracją 2012 i jeśli miałabym z tego wyczytywać jakieś znaki, to rok ten zapowiada się wspaniale.

Czytelnik przenosi się do bliżej nieokreślonej stolicy niesprecyzowanego kraju. Miasto jest rozległe, jednak interesujące są dwie dzielnice – Wzgórze, gdzie mieszka arystokracja rządząca miastem i Riverside, portowa dzielnica pełna osób wszelkiego pokroju, których w większości nie chciałoby się spotkać po ciemku. Oczywiście oba światy nie tylko istnieją obok siebie, ale przenikają i to nie tylko na płaszczyźnie pan-sługa. Wszak co drugi arystokrata potrzebuje od czasu do czasu usług szermierza (czy też jak kto woli – mistrza miecza), by walczył za niego w pojedynku bądź pozbył się przeciwnika. Niekiedy z RIverside rekrutowana jest służba, którą można wykorzystać w roli szpiegów, złodziei… Tymczasem dla zbiorowiska z Riverside bogacze to oczywiście pożądany łup, szansa na wzbogacenie się, ale i przetrwanie. Przykładem takiej kariery jest Richard St. Vier, uważany za najzdolniejszego i zabójczo skutecznego szermierza w Riverside. Po krótkim epizodzie, kiedy dał ponieść się sławie i nie tylko pracował, ale i zabawiał się na Wzgórzu, Richard – człowiek o świętej cierpliwości i wzór opanowania – na Wzgórze wraca jedynie, by wykonać dobrze płatną pracę, by potem włóczyć się ze swoim przyjacielem (i kochankiem) po knajpach, pić i zabijać tych, którzy podpuszczeni przez Aleca ośmielają się mu grozić. Ten nieszczególnie urozmaicony sposób spędzania czasu stawia pod znakiem zapytania najnowsze, lukratywne zlecenie – Richard miałby zabić pewną bardzo ważną osobę na Wzgórzu. W historię zamieszani są inni arystokraci, nowoprzybyły do miasta lord Michael Godwin, Księżna Tremontaine, a nawet Alec, którego przeszłość od początku jest jego najpilniej strzeżoną tajemnicą. Cała historia pełna jest intryg, a całość prowadzi do spektakularnego finału.

Streszczanie fabuły jednak w dużej mierze mija się z celem, przecież to wszystko gdzieś już było. Szermierze, dworskie intrygi, tajemnicze tożsamości i przeszłości – jak najbardziej. W przypadku książki Ellen Kushner nie chodzi jednak do końca o to, czego użyła jako fabuły swojej powieści, ale sposób, w jaki ją opisała, unikając wszelkich banałów i powtórzeń, ogranym historiom dając świeżość i nowe życie. Zachwycają zwłaszcza bohaterowie – niejednoznaczni i intrygujący. Choć pozornie także oni wpisują się w jakieś utarte już schematy, nie są „wykalkulowani” na lubienie ich, posiadają dopracowane portrety psychologiczne, w których nierzadko dominują wady, a jednak czytanie o nich to sama przyjemność. Wystarczy spojrzeć na trójkę bohaterów, których można uznać za głównych. Richard jest mistrzem miecza, człowiekiem opanowanym i wiedzącym, czego chce. Nie wiąże się z tym jednak ani żadna tragiczna historia, ani nobilitacja tej postaci. St. Vier pochodzi z nizin społecznych, ma prostolinijny sposób myślenia, którego nie zmieniło zadawanie się z wyższymi sferami i nie ma żadnych oporów, by zabić kogoś niejako dla przyjemności Aleca. Ten drugi z kolei, jest niemal dokładnym zaprzeczeniem typu, do jakiego można by go na pierwszy rzut oka zakwalifikować. Owszem, od początku wiadomo, że nie pochodzi z plebsu (dlaczego jednak postanowił zostać studentem – ot, kaprys), tak więc można mu przypisać tajemniczą przeszłość, pewnie nieszczęśliwą. Jest słaby fizycznie i sam przyznaje się do tchórzostwa, jednak dzielą go lata świetlne od bycia słodką, nieporadną istotką, którą trzeba bronić przed złym światem. O nie, Alec jest wręcz antypatyczny, pyskaty i histeryczny. Niczego nie chce ani od Richarda, ani od nikogo innego, nie jest też jednak typem niepozornego słabeusza, który uratuje świat. Choć oczywiście, ma w zanadrzu pewną niespodziankę. Jest wreszcie lord Michael, którego znów chciałoby się opisać jako rozpieszczonego panicza, zepsutego niedojdę, którego ktoś z nizin musi nauczyć życia. Michael uczy się szybko, ma trzeźwą zdolność oceny sytuacji i potrafi zaadaptować się do każdych niemal warunków. A że lubi korzystać z życia, jest przystojny, młody i mało kto się mu oprze? Tym lepiej dla niego.

Zdaję sobie sprawę, że powyższe charakterystyki brzmią raczej odpychająco, a ja sama nie jestem typem, który lubi „tych złych” i kibicuje ciemnej stronie mocy. Wszystkich trzech bohaterów polubiłam z miejsca, a Alec z gracją wskoczył na moją listę (długą dość) postaci ulubionych. Chodzi mi o to, że Kushner nie boi się pokazywać swoich bohaterów w niekoniecznie pozytywnym świetle, obdarzać ich wadami i ułomnościami, mimo że przede wszystkim przyciągają i fascynują. To wyjście poza stereotypy ma też odbicie w samym gatunku – „Swordspoint” zaliczane jest do fantastyki, jednak szukając jakichkolwiek nadnaturalnych zjawisk można się zawieść – nie ma tu bowiem nic typowo fantastycznego, ani grama magii, ani jednego dziwnego stworzenia czy cechy. To po prostu alternatywna historia nienazwanego kraju i chyba tylko dlatego wielbiciele etykietek wrzucają „Swordspoint” do worka z fantastyką i oddychają z ulgą. Powieść ta jednak wybija się ponad takie kwalifikacje, co samo w sobie już jest dla mnie plusem.

Jest i wreszcie wspaniała historia miłosna, ani razu nie wyciągnięta na pierwszy plan, która jednak decyduje w pewnym sensie o losie całego spisku i bohaterów, choć większość z nich nigdy nie zda sobie z tego sprawy, a nawet główni zainteresowani z łatwością znajdą inne wytłumaczenie dla swoich czynów, co jednak nie zmienia faktów. Tu jednak też polecam notki Ninedin, gdyż ona ujęła to właściwie idealnie i nie potrafię już nic ponad to dodać.

Zastanawiam się więc tylko, dlaczego wciąż nie ukazała się żadna książka Ellen Kushner po polsku? Pewna jestem, że znalazłoby się grono zachwyconych czytelników. Mnie pozostaje się tylko cieszyć, że reszta czeka na mnie na półce i specjalnie odwlekam moment, kiedy po nie sięgnę, by móc się tą chwilą cieszyć. (Oraz mam inne książki, które niestety z różnych względów muszą znaleźć się jako pierwsze w kolejce…)

Tytuł: Swordspoint: A Melodrama of Manners
Autor: Ellen Kushner
Wydawnictwo: Spectra Books, 2003
Ilość stron: 368
Moja ocena: 6/6

Advertisements
  1. 07/02/2012 o 9:42 am

    Dziękuję bardzo za recenzję. Przypomniałaś mi, że już od jakiegoś czasu mam tę pozycję na liście „do kupienia”. Jeśli lubisz połączenie dobrego,nietypowego fantasy z piękną historią miłosną to zdecydowanie polecam serię „The Nightrunner” autorstwa Lynn Flewelling. W Polsce zostały wydane dwa pierwsze tomy: Szczęście w mrokach (Luck in the Shadows) i Na tropach ciemności (Stalking Darkness). Może je także dostać w przystępnej cenie na stronie Book Depository. Wiem, że robię reklamę, ale jest to moja ukochana seria i polecam ją wszystkim, których interesuje podobna tematyka.

    A dlaczego nie ukazała się u nas żadna książka Ellen Kushner? Myślę, że jest to po części związane z tematyką i obawami wydawców. Główni bohaterowie powieści fantasy powinni w końcu interesować się kobietami, a nie sobą. Pozostaje nam mieć tylko nadzieję, że może wkrótce się to zmieni.

    Pozdrawiam,
    Basia

    • 07/02/2012 o 10:05 pm

      Dziękuję za polecanki, choć muszę przyznać, że tytuły trochę mnie zniechęcają, sama z siebie raczej bym nie sięgnęła po książkę tak zatytułowaną ;) Jednak na pewno przyjrzę się tej serii bliżej, skoro polecasz.

      A mi się wydaje, że fantastyka, jak mało który gatunek (patrząc pod kątem wydawniczym, jeśli o gatunek chodzi) jest otwarta na najróżniejsze motywy, pary i relacje. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek to główni bohaterowie (bądź bohaterki) byli kochankami, ale jako wątki drugoplanowe takie romanse w wydawanej po polsku (a nawet i polskiej) fantastyce nie są jednak niczym nowym. Myślę, że bardziej może tu chodzić o kameralność tej książki. Ostatnio panuje raczej moda na epopeje i sagi, a to jest bardzo kameralna właśnie historia, opowiedziana prosto (i pięknie opisana). Może kiedyś się jeszcze u nas pojawi :)
      Pozdrawiam!

  2. 07/02/2012 o 9:27 pm

    To jest chyba dla wszystkich blogerów, poza tymi, którzy konsekwentnie zamieszczają wyłącznie recenzje książek, dylemat – ile pisać o sobie i tym, co się dzieje w życiu. Ja lubię przemycanie czegoś od siebie, pomaga mi to zbudować obraz osoby, która stoi za tekstami, pomaga zrozumieć jej wybory (choćby tylko książkowe), poznać światopogląd. Nawet zwykłe recenzje muszą mieć odrobinę osobowości, co nie znaczy, że trzeba od razu zdradzać, na ile punkt widzenia bohaterów czy autora zgadza się z naszym.
    Mnie często frapuje, jak mój blog jest umieszczany w zakładkach na blogach różnych osób. Niektórzy dzielą zakładki na kategorie i mój blog czasem jest wśród książkowych, czasem podróżniczych, czasem osobistych, a czasem imigracyjnych. Bardzo to ciekawe i pozwala, wydaje mi się, zorientować, co dana osoba uważa za najciekawsze i najważniejsze u mnie. A ja sama o moim blogu myślę jako o grochu z kapustą, jest na nim niezły misz-masz, wszystkiego po trochu.

    A co do Kushner – zdziwiłam się, że ta książka została wydana w 2003. Bo okładka wygląda wręcz staroświecko :) Tak, jak kiedyś wyglądały okładki młodzieżowych książek, tlumaczonych kiepsko i wydawanych kiepsko w Polsce na początku lat 90.
    Nie wiem czemu, ale w ogóle mnie nie ciągnie do tego typu fikcyjnych opowieści. Nie wydaje mi się, bym mogła się w nie wciągnąć. Uświadomiłam sobie, że jak czytam beletrystykę, to lubię udawanie rzeczywistości, osadzenie opowieści w naszym świecie, jak najbardziej realnym, choć przecież postaci i wydarzenia są zmyślone. Ale miejsca często nie. Ciekawa w ogóle jest to klasyfikacja, by tę powieść zaliczyć do fantastyki… Dlaczego w takim razie „Sto lat samotności”, z akcją osadzoną w Macondo, nie jest zaliczane do fantastyki? Co decyduje o szufladce, do której dana książka jest wpychana?

    • 07/02/2012 o 9:59 pm

      Kiedy myślę o blogach, które sama lubię czytać, to też generalnie lubię takie, na których dowiaduję się czegoś o autorze (zazwyczaj autorce), a nie takie „suche”, jedynie z recenzjami czy relacjami. Co nie znaczy, że łatwo jest, mnie przynajmniej, tak pisać. Nie umiem chyba wyznaczyć sobie granicy, która by mi takie pisanie umożliwiła, czy choćby ułatwiła i trochę się miotam, raz w jedną stronę, raz w drugą, zmieniając koncepcję co chwila. Może ten rok będzie przełomowy i coś mi się nareszcie zarysuje na tyle wyraźnie, żebym wiedziała, jak chcę tego bloga pisać :)

      Ta książka Kushner miała swoje pierwsze wydanie w 1987 i z tego, co udało mi się znaleźć wnioskuję, że miała wtedy taką samą okładkę – na wznowieniu dodali chyba tylko te teksty reklamowe, wątpię, żeby powieść mogła się nimi poszczycić przy pierwszym wydaniu. Książka ma w dodatku format kieszonkowy, więc rzeczywiście przypomina takie całkowicie niskobudżetowe wydania, ale jest w tym pewien urok (a i cena nowej książki była dzięki temu cudownie niska, choć jak patrzyłam teraz to trochę jednak podskoczyła w górę).
      Ja bardzo lubię fikcję, uwielbiam, jak wiesz, fantastykę, lubię choćby czytać o dalekich krajach – i choć są to książki często bardzo realistyczne, przedstawiające szczegółowo jakąś kulturę, dla mnie też stanowią pewnego rodzaju inny, nieznany świat. Często tego szukam w powieściach, w różnym, można powiedzieć, natężeniu.
      A samo szufladkowanie? Sytuacja choćby z tą książką pokazuje, że fantastyka to gatunek, który jest jakby podgatunkiem różnych serii. Przyjęło się patrzeć na nią jak na coś drugiej kategorii, ale ja wolę widzieć ją jak coś w rodzaju „romansu” – raczej jako wątek,który pojawić się może w każdego rodzaju dziele. Albo powieść psychologiczna – przecież to termin tak szeroki, że może wejść jakby w każdy inny gatunek… Przecież definicję fantastyki spełniają zarówno baśnie, mitologie, jak i realizm magiczny (w wykonaniu choćby Murakamiego), czy właśnie „Sto lat samotności”. Moim zdaniem te gatunki się przenikają i ja to bardzo, bardzo lubię, nie jestem fanką szufladek :)
      Ściskam!

  3. 08/02/2012 o 11:54 pm

    Ja też się czasem zastanawiam, na ile osobiste mogą/powinny być notki (zwłaszcza, że na razie początkująca jestem) i robię tak jak sama lubię czytać – nie piszę postów o byle czym, ale czasem wrzucę jakieś zdanie o sobie razem z recenzją. Bo jak wchodzę na niektóre blogi „książkowe”, a tak ostatnie 5 postów to stosik, życzenia, informacja o sesji, zdjęcie z ferii (to wszystko w ramach tłumaczenia czemu nie ma recenzji) i jakaś jedna notka o książce, to trochę mnie to zniechęca ;) Oczywiście przykład jest przerysowany.

    Książkę bym bardzo chętnie przeczytała, ale ja niestety tylko po polsku :(

    • 12/02/2012 o 9:32 pm

      Mi osobiście nie przeszkadza, kiedy ktoś pisze bloga bardziej prywatnego i czasem wrzuca coś o książkach. Oczywiście, pojawia się wtedy pytanie, jakiego rodzaju to blog, ale nie jestem zwolenniczką szufladkowania, więc właściwie może sobie być jakikolwiek, o tym, czy mi się podoba, czy nie, decyduję już indywidualnie biorąc pod uwagę jak ktoś pisze itd. Choć oczywiście rozumiem Twój przykład. Ja sama zastanawiam się głównie nad tym, jak chciałabym prowadzić własnego bloga, jak go „czuję” itd. Czasem w ogóle mam ochotę go zamknąć i nie mieć dylematów ;) Ale na to się pewnie nie zdecyduję ;)

      Może się kiedyś tłumaczenie ukaże, wtedy gorąco zachęcam!

  4. 11/02/2012 o 5:06 pm

    Świetny blog. Masz ciekawy styl pisania.
    Ja również prowadzę bloga literackiego. Zamieszczam na nim moje wiersze i notki dotyczące ciekawych książek. A w przyszlości może zamieszcze swoje opowiadanie.
    Zapraszam do mnie: http://www.szeptyduszy.blog.onet.pl

    • 12/02/2012 o 9:33 pm

      Dzięki za miłe słowa i zaproszenie. Na bloga zajrzę, życzę powodzenia w pisaniu!

  5. 15/02/2012 o 1:19 pm

    Ja również po przeczytaniu notek Ninedin, napaliłam się na książki Ellen Kushner, a potem… o nich zapomniałam. Dobrze, że tu jesteś, żeby pomóc mojej świetnej, acz krótkiej, pamięci. Notka niezmiernie zachęcająca do lektury! Brawa za Archipelag!!!

    • 15/02/2012 o 10:35 pm

      Dzięki za miłe słowa pod adresem Archipelagu. A książkę Kushner gorąco polecam. Miałam wielką chęć natychmiast sięgnąć po kolejne części, ale różne zobowiązania na to niestety nie pozwoliły. Mam nadzieję, że wkrótce się uda :)

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s