Strona główna > książki > Dziecięca krucjata w Dreznie

Dziecięca krucjata w Dreznie

Czytając klasyk, zwłaszcza taki, który według własnego czytelniczego sumienia już dawno powinnam mieć przeczytany, czasem mam trudność z jasnym ułożeniem sobie w głowie, co tak naprawdę o książce uważam. Moje oczekiwania są mocno wywindowane, mam już jakieś wyobrażenie o danej powieści i jeśli nawet książka naprawdę mi się podoba, nierzadko mam poczucie niedosytu lub wręcz zawodu. I to tylko tyle? Przecież miało mnie wgnieść w fotel, nie miałam móc myśleć o niczym innym przez kolejne kilka dni! A tu – podobało się, miejscami nawet bardzo, ale… Opisywana sytuacja właściwie nie występuje w przypadku „Rzeźni numer pięć”, a na pewno nie jest drastyczna, bo książkę uważam za naprawdę bardzo dobrą. Jednak nie mogłam oprzeć się refleksji, że powinnam ją przeczytać kilka lat temu, a moje odczucia byłyby zdecydowanie bardziej pozytywne i być może rzeczywiście byłabym pod wrażeniem. Oczywiście wiek jako taki nie ma tu nic do rzeczy wtedy po prostu tematyka poruszana przez Vonneguta była mi bliższa, bardziej oddziaływała na moją wyobraźnię. Zawsze mi szkoda, kiedy z naprawdę dobrą książką nie trafiam w odpowiedni czas, z drugiej jednak strony zależy mi na nadrabianiu zaległości w klasyce, muszę więc pogodzić się z taką ewentualnością.

Wszystkie elementy „Rzeźni numer pięć” wpasowują się w moje gusta. Kurt Vonnegut łączy historię napisania swojej książki z samą fabułą, jasno dając do zrozumienia, że ma bardzo anty-wojenne przekonania. Bohater powieści, Billy Pilgrim, to przykład anty-żołnierza, dokładne niemal przeciwieństwo amerykańskich bohaterskich chłopców, przeżywających przygody i nawiązujących piękne przyjaźnie na froncie. Zgadza się tylko jedno – Billy to właśnie chłopiec, tak jak większość żołnierzy biorących udział w wojnie. Stąd też podtytuł powieści: „Krucjata dziecięca” (a także drugi, równie wymowny, „Obowiązkowy taniec ze śmiercią”), nadany przez autora po rozmowie z żoną przyjaciela z czasów wojny, która obawiała się, że książka Vonneguta będzie kolejną historią zachęcającą dzieci do udziału w wojnie. Autor od początku jednak miał sprecyzowany pogląd na treść swojej powieści, choć przedstawił ją nieco przewrotnie. Wybijające się chwilami na pierwszy plan elementy science fiction dotyczące „wypadania z czasu” i możliwości przeżywania jednej chwili w nieskończoność, pozornie odciągają czytelnika od głównego wątku i dramatu rozgrywającego się na wojnie. Billy twierdzi, że porwali go kosmici i przez kilka lat trzymali na planecie Tralfamadoria, gdzie był pokazywany w zoo jako przedstawiciel ludzkiej rasy. To od nich miał się nauczyć wypadania z czasu, wracania do teoretycznie przeżytych już chwil i patrzenia na świat z niecodziennej, ponadczasowej perspektywy. Tym samym autor nie tylko snuje refleksje na temat paradoksów związanych z czasem i przeżywaniem go, ale dzięki wprowadzeniu Tralfadoriańczyków w błyskotliwy sposób pokazuje ludzkość z dystansu i pod niecodziennym kątem. Jako tło i istotny punkt powieści służy bombardowanie Drezna, epizod wojenny nieznany wcześniej (przed wydaniem „Rzeźni numer pięć”) zbyt szeroko. Vonnegut nie kryje, że zawarł tam swoje autobiograficzne wątki, jako że miał nieszczęście znajdować się w Dreznie w tym czasie. Wszystko to razem tworzy niezwykłą mieszankę, nad którą autor bez problemu panuje. Zostawia też pewien wybór swojemu czytelnikowi – jeśli chce, może on wierzyć w porwanie przez kosmitów i wszystkie jego następstwa. Jeśli takie wyjście do niego nie przemawia, bez trudu złoży niecodzienne wydarzenia i myśli Billy’ego na karb zaburzeń psychicznych spowodowanych wojną.

Książka jest naprawdę poruszająca i świetnie napisana. Sporo w niej czarnego humoru, na który jednak nie miałam nastroju – dla mnie była refleksyjna i przesmutna. Gdybym czytała ją pod koniec liceum lub na początku studiów, piałabym z zachwytu. Dziś z uznaniem kiwam głową i smutno się uśmiecham, zgadzając z Vonnegutem w każdym niemal punkcie. I z zaciekawieniem sięgnę po kolejne jego książki.

Tytuł: Rzeźnia numer pięć
Tytuł oryginału: Slauterhouse-five or the Children’s Crusade
Autor: Kurt Vonnegut
Tłumaczenie: Kurt Vonnegut
Wydawnictwo: PIW, 1990
Ilość stron: 180
Moja ocena: 5/6


Drodzy czytelnicy mojego bloga, mam wielką prośbę. Jeśli czytacie „Archipelag” (lub choć przeczytaliście jeden numer) będę bardzo wdzięczna za wypełnienie ankiety, która znajduje się na głównej stronie pisma. Nie powinno zająć Wam to wiele czasu, a nam bardzo się przydadzą wszelkie opinie. Nie wahajcie się podawać konkretnych życzeń bądź sugestii, są naprawdę brane pod uwagę! Z góry bardzo dziękuję.

Advertisements
  1. 06/10/2011 o 9:48 pm

    Niebawem sięgnę po tę książkę, a obecnie pożyczyłam od znajomego „Śniadanie mistrzów”, również Vonneguta. Uwierzysz, że dopiero ostatnio usłyszałam o tym autorze, właśnie od ów znajomego? :)

    • 12/10/2011 o 10:58 pm

      Ja właściwie nie pamiętam,kiedy o tym autorze usłyszałam, ale bliżej zainteresowałam się nim na studiach. Niestety jakoś w czasach licealnych i wcześniej nie było wokół mnie nikogo, kto by mi takie wartościowe pozycje, a sama jakoś widocznie nie umiałam szukać lub interesowałam się czym innym. Szkoda! Mam nadzieję, że dla Ciebie Vonnegut trafiony, w odpowiednim miejscu i czasie :)

  2. 07/10/2011 o 9:38 am

    To ciekawe co piszesz, o odbiorze książek, które dawno powinnaś/chciałaś przeczytać. Ja czytałam „Rzeźnię…” (takie samo wydanie jak na obrazku:)) i zaraz potem, pod dużym wrażeniem, wszystko co napisał Vonnegut co tylko mieliśmy w domu i co było w bibliotece, jeszcze w podstawówce, od tej pory uważam Vonneguta za jednego z moich ulubionych pisarzy, a „Rzeźnię…” za jedną z najlepszych książek, choć moja ulubiona to „Kocia kołyska”. Jestem ciekawa jaki byłby mój odbiór teraz, gdy minęło jakieś 18 lat.

    • 12/10/2011 o 11:03 pm

      Niestety, ja na Vonneguta nie trafiłam sama tak wcześnie, zainteresowałam się nim dopiero na studiach, a przeczytałam dopiero teraz. Mam wielką nadzieję, że „Kocią kołyską” lepiej utrafię w czas, bo „Rzeźnia” pozostawiła uczucie niedosytu, mimo że bardzo mi się podobała. Świetne czytałaś książki już w podstawówce, tylko pozazdrościć! :)

  3. 07/10/2011 o 10:58 am

    Gdy tylko zaczęłam czytać Twoją recenzję od razu pomyślałam o tym, o czym napisałaś na końcu. Ja odkryłam i zachwyciłam się Vonnegutem w liceum. Teraz ze wstydem wspominam, że obnosiłam się z tym moim odkryciem i przez jakiś czasu uchodziłam za klasową znawczynię literatury. Całkiem niedawno miałam w ręku jedną z jego książek, ale nie znalazłam już w sobie tego zachwytu sprzed lat. Aczkolwiek nadal uważam, że to jeden z najlepszych znanych mi pisarzy. Pozdrawiam.

    • 12/10/2011 o 11:10 pm

      Ja tak właśnie myślę, że w liceum lub na początku studiów „Rzeźnia” by mnie zachwyciła, choć podkreślam, że raczej nie chodzi mi o wiek. W przypadku takich ukochanych książek sprzed lat kieruję się sentymentem, nie staram się odkrywać ich na nowo, bo obawiam się właśnie takiego rozczarowania, że już nie zachwyca. Oczywiście i takie konfrontacje mi się zdarzają i wypada to różnie. Warsztatowo Vonnegut już ma u mnie ogromny plus i z ciekawością będę czytać go dalej.

  4. 07/10/2011 o 12:53 pm

    A niech to. Czytałam to, ale to było dawno, że już mi się wrażenia zatarły. No i chyba bardziej mi do gustu przypadły inne książki tego autora, choćby „Kocia kołyska”.

    • 12/10/2011 o 11:15 pm

      Kolejny głos za „Kocią kołyską”, a ponieważ ten tytuł jest i tak na mojej liście… na pewno się skuszę, prędzej czy później. Dzięki!

  5. 13/10/2011 o 9:13 pm

    A mi „Rzeźnia nr 5” wpadła w ręce (zresztą dzięki koledze, który był wtedy pod wrażeniem tej ksiażki i często do niej nawiązywał) właśnie pod koniec liceum i wtedy oraz na początku studiów zaczytywałam sięróżnymi książkami Vonneguta, będąc zachwycona. Niemal do dziś pamiętam wrażenie, jakie wywarła na mnie ta książka, więc chyba trafiłam na nią w idealnym momencie (i też nie chodzi o wiek). Właściwie do teraz m.in. ta książka kojarzy mi się silnie z tamtym czasem w moim życiu (sam tytuł przywołuje inne wspomnienia). Nawet czasami zastanawiałam się, czy by po nią nie sięgnąć ponownie i zobaczyć, jakie wrażenie wywarłaby na mnie teraz. Ale przez tyle lat nigdy tego nie zrobiłam, może z obawy przed jakimś rozczarowaniem? (albo przed powrotami do przeszłości)

    • 17/10/2011 o 7:29 pm

      Dla mnie tego rodzaju książką był „Władca Much”, który do tej pory jest jedną z tych najważniejszych i ukochanych. Omawianie tej powieści na studiach tylko umocniło mnie w tym przekonaniu, więc książka oparła się próbie czasu. Może tak byłoby dla Ciebie z „Rzeźnią” właśnie? Nie namawiam do powrotu do przeszłości, kiedy tyle cudownych książek wciąż na nas czeka, choć ja osobiście do ukochanych książek wracam bardzo często. Tylko głównie we fragmentach.

  6. Emilia
    19/10/2011 o 11:11 pm

    Coś mi się wydaje, że akurat „Rzeźnia” nie przetrwałaby próby czasu, tzn. nie zrobiłaby ponownie takiego wrażenia (no chyba, że sentymentalne). I już chyba nawet przestała być taką jedną z ulubionych i najwazniejszych ksiażek… Po prostu akurat wtedy trafiła na swój czas :) A tak poza tym, to też lubię wracać we fragmentach do ulubionych książek, o ile mam je na półce („Rzeźni” nie mam). Pozdrawiam :)

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s