Strona główna > książki > Mały podróżnik na fiordach

Mały podróżnik na fiordach

Jak już kilkakrotnie wspominałam na blogu, ze wszystkich krajów skandynawskich od dłuższego czasu to Norwegia jest na pierwszym miejscu mojego prywatnego rankingu (wyprzedziła znajdującą się tam swego czasu Finlandię). Nie miałam okazji się tam znaleźć i pewnie w najbliższej przyszłości nie będę miała takiej możliwości (nie planuję, ale kto wie?). Mocno mnie tam jednak ciągnie i książki norweskie bądź o Norwegii automatycznie przesuwają się górę mojej niekończącej się listy książek do czytania. Aldona Urbankiewicz spisała swoje wspomnienia z podróży o Norwegii łącząc je z dziennikiem kolejnej wyprawy do tego pięknego kraju. Ta druga podróż jest niezwykła o tyle, że Aldonie i jej partnerowi towarzyszy ich malutki synek, Mikołaj.

Misiek ma czternaście miesięcy i wszelkie przypadłości dziecka w tym wieku. Jego rodzice postanowili jednak, że zamiast potraktować dziecko jako problem, który na zawsze przeszkodzi im w spełnianiu marzeń, mogą te marzenia spełniać razem. Nie było łatwo, postanowili się jednak nie poddawać, za motto obierając słowa Monteskiusza, że „rodzice zaszczepiają dzieciom nie swoją inteligencję, lecz przede wszystkim swoje namiętności”, a także mądrość, że na drodze do realizacji snów nierzadko największą przeszkodą są własne ograniczenia marzącego i przeszkody, które sam sobie stawia. Wynajęli więc campera, spakowali do niego połowię mieszkania i wyruszyli z Mikołajem do ukochanej Norwegii. Odtąd relacja z podróży i opisy tego skandynawskiego kraju przeplatają się z refleksjami na temat podróżowania z tak małym dzieckiem oraz macierzyństwa w ogóle.

Idea podróżowania z dziećmi jest mi bliska, choć póki co raczej w teorii. Sama nie chciałabym kiedyś rezygnować ze swoich pasji, a raczej włączyć w nie nowego członka rodziny. Odkąd kiedyś natrafiłam na portal Mały podróżnik jestem głęboko przekonana, że jest to możliwe i choć niełatwe, ryzyko niewielkie w porównaniu z możliwymi plusami takiej decyzji. Wydanie książki Urbankiewicz ogromnie mnie ucieszyło, jest to dowód na to, że coraz więcej osób myśli podobnie, a wydaje mi się to cenną perspektywą, zwłaszcza w odniesieniu do dzieci, które z pozycji ciężaru niszczącego młodość rodziców mogą „awansować” do towarzysza, który podróżowanie ubogaca, a na pewno urozmaica. Tak jest i w przypadku małego Miśka, o czym zabawnie i obrazowo pisze jego mama. Opisy samej Norwegii są na tyle sugestywne, że ma się ochotę od razu wskoczyć w samochód czy inny środek transportu i tam jechać. Do opisów jednak nie pasuje drugi człon tytułu książki – wygląda na to, że tanie podróżowanie w Norwegii nie jest specjalnie możliwe. Generalnie książka w moim odczuciu ma niewiele wspólnego z typowym poradnikiem, choć oczywiście z podróżniczej relacji można zebrać wiele cennych wskazówek lub pomysłów do wprowadzenia we własnym podróżowaniu z maluchem, a nawet we dwójkę bądź samotnie.

Wszystko to brzmi niemal idealnie, jednak z żalem przyznaję, że zachwyciła mnie głównie sama idea podróży, w jaką udała się Aldona Urbankiewicz z rodziną. Owszem, książeczka wydana jest uroczo, zdjęcia są naprawdę bardzo ładne, Norwegia olśniewa, a jednak… Gdybym przeczytała treść zawartą w „Z Miśkiem w Norwegii” na blogu autorki, nie miałabym zastrzeżeń. Kiedy jednak dostaję coś w formie książkowej, moje wymagania natychmiast rosną. Poprawność stylu to trochę za mało, a szczerość i bezpośredniość niekoniecznie muszą nadrabiać braki. Biorąc pod uwagę entuzjazm, z jakim się za tę niewielką objętościowo książeczkę zabrałam, moją sympatię dla Norwegii i uznanie dla podróżowania z małym dzieckiem – powinnam mieć trudności w oderwaniu się od lektury aż do jej skończenia. Mimo że czytałam ją w dość długiej autobusowej podróży, robiłam sobie przerwy, bo książka zwyczajnie mnie chwilami nużyła. By napisać książkę o podróży nie wystarczy jej w moim odczuciu odbyć – trzeba jeszcze umieć o niej opowiedzieć. Tu niestety zabrakło mi tej swady, zdolności gawędziarskich lub zapadającego w pamięć opisywania widzianej rzeczywistości. Być może kolejne książki (w przygotowaniu jest już druga część, „Z Miśkiem w Portugalii”) będą pod tym względem lepsze.

Średnia plusów i minusów wskazuje książkę niezłą, która mogła być naprawdę fascynująca, ale niestety zabrakło jej tej „iskry”. Nie zmienia to faktu, że Aldona Urbankiewicz wydała mi się osobą sympatyczną i życzę jej jak najwięcej spełnionych marzeń i wspaniałych podróży z coraz starszym Miśkiem. Jednak po kolejną książkę jej autorstwa nie sięgnę. Chyba że kiedyś z własnym maluszkiem postanowię wybrać się do Portugalii…

Tytuł: Z Miśkiem w Norwegii
Autor: Aldona Urbankiewicz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 268
Moja ocena: 4-/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Advertisements
  1. mag
    22/05/2011 o 9:59 am

    Ale okładka jest świetna :)

    • 22/05/2011 o 11:33 pm

      Też mi się podoba, choć niestety zdjęcie na dole to fotomontaż – w książce jest osobne zdjęcie samego łosia, a jak się bliżej przyjrzeć, to Mikołaj wygląda na wklejonego – niby to nic wielkiego, ale ja się nastawiłam na czytanie o spotkaniu dziecka ze zwierzakiem ;) Zawsze daje się nabrać na takie rzeczy ;) CO mimo wszystko nie zmienia faktu, że przyjemnie wygląda okładka.

  2. 22/05/2011 o 10:55 am

    Musiałabym przeczytać, może moja dzieciofobia zmniejszyła się ;) Mój brat też podróżował po tym kraju z maluszkiem i nie skarżył się. A Norwegia jest wspaniałym miejscem, poznałam tylko jej maleńki wycinek ale mam nadzieję, że kiedyś uda mi się tam wrócić. A tanio podróżować po Norwegii, zwłaszczan nam, z dziurawymi polskimi kieszeniami, może być bardzo trudno…

    • 22/05/2011 o 11:36 pm

      Och, byłaś w Norwegii, cudownie. Tak właśnie słyszałam, że tam jednak niełatwo się podróżuje pod względem finansowym. Nie zmienia to faktu, że mam tam nadzieję się kiedyś znaleźć :) A jak podróżował Twój brat – też camperem, czy zwykłym samochodem? Ja z kolei dzieci uwielbiam, więc fakt, że książka mnie jakoś nie ujęła aż mnie dziwi, bo i Norwegia i podróżowanie z dzieckiem… No powinna po prostu! A tu jakoś nie bardzo… ;)

  3. 23/05/2011 o 12:37 pm

    Ooo, częściej piszesz notki :)
    Nie jestem zapalonym podróżnikiem, ale bardzo podoba mi się taki sposób wychowywania dzieci. Dziecko nie powinno być przeszkodą i ciężarem, a towarzyszem. Sama mam nadzieję na zabieranie moich maluchów (które są w planach) na koncerty, festiwale…
    W myśl zasady: „Gdy chcesz coś zrobić – szukasz sposobu, gdy nie chcesz – szukasz wytłumaczenia.”
    Pozdrawiam!

    • 23/05/2011 o 10:38 pm

      Staram się :)
      Mnie się bardzo podoba cytowana przez Ciebie zasada, zdecydowanie jest mi bliska i chyba głównie lenistwo czasem odwodzi mnie od stosowania jej w życiu.
      I ja też mam plany zabierania przyszłych dzieci w różne wojaże i sprawienie, żeby stały się towarzyszami, a nie zawalidrogami…
      Ściskam!

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s