Strona główna > książki > Polski równoleżnik

Polski równoleżnik

Jak widać po blogu, postanowienia noworoczne udają mi się różnie. Wprawdzie wciąż czytam dużo, a może nawet więcej niż ostatnio, bo dojazdy do pracy zajmują mi czterdzieści minut w jedną stronę, gorzej ma się jednak rzecz z prowadzeniem bloga, co widać na smętnym załączonym obrazku. Powoli jednak oswajam się z nową sytuacją i nadrabiam zaległości wszelkiego rodzaju, które nie wiedzieć kiedy pojawiły się podczas mojej dwutygodniowej nieobecności w świecie wirtualnym. Tak więc niedługo mam nadzieję poczytać Wasze blogi (czas na ich lekturę w godzinach pracy był jedną z sympatyczniejszych rzeczy, jakie mnie spotykała w poprzedniej pracy…). Tymczasem muszę reaktywować trochę swoje osobiste miejsce, zwłaszcza, że recenzje czekają…

Afryka to dla mnie chyba najbardziej tajemniczy kontynent, moja wiedza na jej temat pełna jest dziur i białych plam. Nie jestem specjalnie zafascynowana tym obszarem (co morze się brać z mojej niewiedzy), czuję jednak potrzebę dowiedzenia się czegoś więcej o krajach i ludziach się tam znajdujących. Dlatego też co jakiś czas sięgam po książki na temat Afryki, w planach mam poznanie także literatury afrykańskiej. Ostatnio zaproponowano mi do recenzji „Równoleżnik zero” Olgierda Budrewicza i choć nie jest to najnowsza książka (opisuje wyprawę z lat 60., wtedy też została napisana), miałam nadzieję, że pomoże mi uporządkować pewne wiadomości w głowie i przedstawi fascynującą podróż w czasach różniących się od teraźniejszości nie tylko postępem technologicznym, ale i mentalnością. Nie przeczę, że Budrewicz jest ciekawą osobą i przecierał wiele ścieżek jako pierwszy polski podróżnik. Jednak jego wyprawa do Konga, a potem do Burundi i Rwandy pozostawiła mnie z uczuciem niedosytu.

Autor odwiedził kolejno Kongo Léopoldville, Kongo Brazzaville, Burundi, a wreszcie Rwandę. Szlak to ambitny, zwłaszcza biorąc pod uwagę niespokojną i zmienną sytuację regionu, gdzie Europejczycy niekoniecznie cieszą się dobrą sławą i może ich spotkać nieprzychylne przyjęcie ze strony rdzennych mieszkańców. Budrewicz z wdziękiem opisuje swoje przygody, nie szczędząc sobie auto-ironii. Niestety, to, co interesuje polskiego podróżnika niekoniecznie pokrywa się z moimi oczekiwaniami. Przede wszystkim Budrewicz ani na chwilę nie pozwala nam zapomnieć, że w Afryce znalazł się wykonując swoją reporterską pracę. Dostał zlecenie, postanowił je podjąć i tyle. Wydawać by się mogło, że nie przygotował się nawet solidnie do tej podróży. Na miejscu czuje się niepewnie i choć krytykuje działalność białej społeczności, to właśnie ich towarzystwa szuka. Głównym obiektem jego fascynacji jest oczywiście polski myśliwy, Stanisław Hempel, któremu książka jest zresztą dedykowana. Hempel staje się niejako mentorem Budrewicza i wprowadza go w arkana życia w tropikalnej puszczy. Ta ekspedycja jest jednym z ciekawszych fragmentów książki, z drugiej jednak strony – stanowi esencję tego, co mnie w „Równoleżniku zero” niesamowicie irytowało. Choć autor naśmiewa się z siebie i innych białych podróżników (poza Hemplem ma się rozumieć, chwali także jego ukochaną, choć pojawia się ona w tle, nietrudno w ogóle zapomnieć o jej obecności w ekspedycji), a chwali czarnoskórych, zwłaszcza „duchy puszczy”, czyli Pigmejów, robi to wszystko z pozycji osoby stojącej wyżej w hierarchii, traktując chwalonych jak dzieci, które zaskakująco dobrze się spisały. O ile można założyć, że jest to spojrzenie na sprawę z perspektywy dzisiejszego czytelnika, a sam autor miał jak najszczersze, życzliwe intencje, o tyle zastanawia mnie jeszcze jedna kwestia. Budrewicz, choć ma wiele możliwości kontaktu z rdzennymi mieszkańcami, o których jak sam przyznaje, ówczesny świat wiedział bardzo niewiele, nie wykorzystuje swojej sytuacji do zgłębienia tajemnic ich życia. W książce nie ma ani jednego dialogu, z którego można byłoby poznać zdanie dotyczące codzienności Afrykańczyków z ich własnych ust. Choć Hempel świetnie posługuje się językami miejscowej ludności, Budrewicz nie prosi go o tłumaczenie, nie dąży do kontaktu z mieszkańcami wiosek. Interesują go jedynie biali mieszkańcy, to ich poszukuje i najwyżej od nich zyskuje informacje o życiu „zwykłych” mieszkańców Afryki. Wielka to szkoda, a mnie to jednostronne spojrzenie irytowało. Podejrzewam, że ciekawsze mogłyby być dla mnie wspomnienia samego Hempla, choć nie imponował mi jako myśliwy, do czego bardzo chce przekonać czytelnika Budrewicz. Myślistwo, choć nie jest dla mnie tematem jednoznacznym, absolutnie mnie nie pociąga, a wręcz przeciwnie, odrzuca. Było mi bardzo żal krokodyli, w polowaniu na które autor wziął udział. Tak samo anegdotę ze słoniem, czy raczej jego nogą, uważam za zwyczajnie niesmaczną. Tym bardziej, że na koniec sam Budrewicz stwierdza, że taki gadżet do niczego mu się raczej nie przydaje, a słoń mógłby dalej biegać po puszczy… Szkoda tylko, że takie refleksje nachodzą Budrewicza po faktach, przynajmniej tak układa narrację swojej książki… Oczywiście, niepozbawione uroku są rozmaite anegdoty o Polakach zamieszkujących Afrykę. W moim odczuciu powinny być jednak dodatkiem, nie główną treścią. Chyba, że taki był zamysł od początku i książka powinna nazywać się „Polski równoleżnik zero”.

Jednym słowem – choć autor odwiedził miejsca ciekawe, pokusił się o przedstawienie zarysu ich historii i sytuacji społecznej, książka nie zdobyła w moich oczach uznania. Brakuje jej czegoś, co dość górnolotnie i trochę na wyrost nazwałabym „humanizmem”. Nie ma tu wiele miejsca dla zwykłych ludzi, ich życia i problemów. Obecni są biali władcy, biali przegrani, historie ich życia… Ale chyba nie po to Budrewicz pojechał do Afryki. Książkę czyta się jednak szybko, a pewne fragmenty zachęcają do refleksji, choć autor nie służy w niej pomocą – zarysowuje jednak temat, z którym można się zmierzyć samodzielnie lub w oparciu o inne lektury. Dodatkowo, „Równoleżnik zero” jest książką przepięknie wydaną, z dobrymi zdjęciami. Nie jest to więc pomyłka wydawnicza, a jedynie (w moim osobistym odczuciu oczywiście) pozycja, która mocno się zestarzała…

Tytuł: Równoleżnik zero
Autor: Olgierd Budrewicz
Wydawnictwo: PWN, 2010
Ilość stron: 230
Moja ocena: 3/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu PWN.

Reklamy
  1. 28/01/2011 o 8:03 am

    Co do częstotliwości wpisów to liczy się nie ilość a jakość. Ta w Twoim przypadku jest pierwszorzędna.
    Od pewnego czasu ze zdziwieniem obserwuje tę serię PWN i zastanawiam się nad sensem reaktywowania reportaży i książek podróżniczych sprzed wielu lat, w których obraz świata jest nieaktualny. Z pewnością są bezcennymi dokumentami, ale dla zwykłego czytelnika raczej nie stanowią większej atrakcji.
    Ponowne wydania oczywiście są uzasadnione w przypadku pozycji o wybitnych walorach literackich (na przykład Kapuściński)czy poznawczych (na przykład wspomnienia odkrywców) i takich, które uwielbiają czytelnicy, chociażby za poczucie humoru (na przykład Barley czy Mowat, którego akurat nikt nie kwapi się wydać ponownie). Twoja recenzja niestety potwierdza moje obawy wobec książki Budrewicza.
    A tak nawiasem mówiąc to po przeczytaniu „Jądra ciemności” Conrada ja też zakochałam się w Afryce i planuję dalsze literackie peregrynacje. :)

    • 28/01/2011 o 10:05 pm

      Tak, to dość zastanawiające, czy taka seria wznowień dawnych reportaży ma sens i będzie się cieszyć zainteresowaniem. Mam jeszcze jedną książkę wydaną przez PWN, tym razem o Azji i jestem jej ciekawa. Generalnie jednak mam trochę mieszane uczucia. Myślę, że oczywiście sentymenty mają tu dużo do powiedzenia i pewnie jeśli ktoś zachwycał się taką książką w przeszłości, kiedy mentalność i oczekiwania trochę się jednak różniły, to i dziś będzie czytał ją z ciepłymi odczuciami. Teraz jednak ciekawszy wydaje mi się obecny świat, w końcu Budrewicz też pisał o aktualnych dla siebie wydarzeniach i sytuacjach. Poroty do takiego dawnego świata cenię sobie wtedy, kiedy jako tako znam teraźniejszość i mogę porównywać, wyciągać wnioski. Dlatego ta ksiażka o Azji mnie pociąga.
      „Jądro ciemności” doceniłam dopiero na studiach, w liceum mnie znudziło. Ale już kiedy poznałam jego litercką wartość, przeżyłam głęboką fascynację tą książką :)

      • 02/02/2011 o 10:18 pm

        Ja też, szczerze mówiąc, nie widzę potrzeby reaktywowanie zestarzałych reportaży. Jasne, że nie tylko współczesny punkt widzenia się liczy, ale na polskim rynku książek podróżniczych wciąż brakuje kultowych, dobrych pozycji z lit. światowej, więc na tym – moim zdaniem – powinni skupić się wydawcy. Nie na wydawaniu średnich lotów publikacji.
        A ja widzę zdanie na temat tej książki mamy bardzo podobne, i to jest przeważająca opinia. Choć czytałam recenzje, w których blogowicze wychwalali punkt widzenia Budrewicza i dostrzegali jego ogromną wrażliwość. Ja chyba inaczej postrzegam „humanizm”, o którym piszesz, i właśnie tu mi go zabrakło.

  2. 28/01/2011 o 11:06 am

    No cóż, i tak dobrze, że autor nie pojechał tam rozdawać Murzynkom koraliki ;) Jest pewnie tak, jak mówi Lireal, niektóre pozycje boleśnie się starzeją. Z drugiej strony książkę jak każde dzieło sztuki trzeba by rozpatrywać zawsze w kontekście epoki. To „chwalenie Pigmejów jak dzieci” było spadkiem epoki kolonialnej, który pewnie trudno odrzucić…

    • 28/01/2011 o 10:09 pm

      Oczywiście, to książka głęboko zakorzeniona w swoim czasie i o tym kontekście trzeba pamiętać. Może gdybym więcej wiedziała o Afryce, taka podróż w przeszłość bardziej by mnie zaciekawiła… Nie odmawiam Budrewiczowi uroku, co zresztą przyznałam w recenzji, ale choć rozumiem wiele z motywów takiej a nie innej maniery, drażniła mnie ona i jednak zabierała przyjemność czytania. A przyjemność takową cenię sobie wyżej niż wartość historyczną tutaj :)

  3. 28/01/2011 o 11:49 am

    No właśnie, zestarzała, dobre określenie. I tak trzeba na tę książkę patrzeć, jako na pozostałość z dawnych czasów, z całą pewnością spory wkład w rozwój wiedzy o Afryce i jej mieszkańcach, ale w odniesieniu do tamtych realiów, tamtych Polaków, tamtej wiedzy i sposobu patrzenia na inne kultury – tamte, czyli współczesne autorowi czasy w chwili pisania książki i w chwili odbywania podróży. Dziś jest już inny świat, inne spojrzenie i inna poprawność polityczna, że tak się wyrażę. Mimo wszystko, książkę Budrewicza przeczytam, z tej prostej przyczyny, że polecił mi ją mój tato, zapalony miłośnik geografii i książek podróżniczych, a z jego zdaniem się liczę, jak z mało czyim. Przeczytam ją jako wspomnienie o czymś, co już minęło, ot, jakbym udała się w podróż w czasie;) U mnie na półce jest wydanie starsze (Krajowa Agencja Wydawnicza, 1987) i wiesz, strasznie je lubię – ma pożółkłe kartki i kojarzy mi się z tysiącami porządków, jakie w dawnych czasach robiłam na regałach z książkami w rodzinnym domu. Tak, sentyment. ^^

    • 28/01/2011 o 10:12 pm

      Myślę, że jeśli ktoś czytał tę książkę np. kilkanaście lat temu, mógł odebrać ją znacznie lepiej niż zrobiłby to teraz… Zresztą, tak to chyba jest z sentymentami, a i przecież różne rzeczy nas drażnią. Jeden machnie na coś ręką, drugi będzie psioczył, może tak właśnie jest ze stylem Budrewicza?
      Zazdroszczę Taty polecającego książek, ja z moim mam raczej zupełnie odmienne zainteresowania literackie… Choć ostatnio zaciekawiło go kilka moich książek, właśnie głównie reportaży. Ciekawe, czy mu się spodobają, czy też właśnie z uwagi na różnice nie doceni tych, ktore na mnie zrobiły wielkie wrażenie.

      • 29/01/2011 o 12:21 am

        No, nie wszystkie zainteresowania dzielimy, on np. nie przepada za literaturą japońską;) Ale uwielbia za to wszelkie reportaże, literaturę skandynawską, nie wspominając o rosyjskiej. A ostatnio za polską fantastykę się wziął, tak dla odmiany, i teraz zaczytuje się w książkach Sapkowskiego – mamy o czym rozmawiać;)

        Budrewicza nie znam, to znaczy, czytałam jakieś jego krótkie teksty, ale za mało, by wyrobić sobie zdanie, czy mi się podoba, czy mnie. Jak już sobie ów zdanie wyrobie, to najwyżej wtedy, z przyjemnością, do rozmowy o nim powrócę.

  4. 28/01/2011 o 2:01 pm

    Może to kwestia pokazania czytelnikom, że byli oprócz Fiedlera jeszcze inny podróżnicy, którzy zdobywali świat.

    • 28/01/2011 o 10:13 pm

      Możliwe. I dobrze, bo przecież dobrymi twórcami reportażu i podróżnikami warto się chwalić. Mimo to jednak „Równoleżnikiem zero” byłam zawiedziona…

  5. 28/01/2011 o 2:01 pm

    Inni, nie inny, przepraszam za literówkę.

  6. 29/01/2011 o 10:33 am

    Mandżurio:)
    Nowy rok w nowej pracy – życzę satysfakcji i samych dobrych zmian.
    Trudno…blogi możesz poczytywać pokątnie, w nocy.;)Oby tylko pisanie się nie zakleszczyło.

    O Budrewiczu nic nie dodam. Myślę podobnie jak współrozmówcy. Warto czytać starocie, jasne, ale mimo wszystko to oferta dla pasjonatów historii reportażu, analityków zmian w postrzeganiu Afryki lub bibliofilów, który są bardzo nie trendy (to wielki komplement) i czytają klimatyczne, o pożółkłych stronach księgi (dodając im znaczenia własnymi przemyśleniami).

    Pozdrawiam
    ren

    • 30/01/2011 o 12:21 pm

      Ren, dziękuję! Może ciężko oceniać po dwóch tygodniach, ale poza współpracownikami, których w poprzedniej pracy także miałam bardzo sympatycznych, zmiana pracy okazuje się być pozytywna pod każdym możliwym kątem. Pisać będę na pewno, ale wciąż muszę pracować nad regularnością.

      Jeśli chodzi o Budrewicza, to zgadzam się z tym, co piszesz. I choć z ciekawością przeczytam starsze reportaże z Azji, Afrykę będę się starać poznawać poprzez nowe reportaże.

      Pozdrawiam ciepło!

  7. Misza
    19/08/2011 o 2:48 pm

    Troche przykro to wszystko przeczytac co jest napisane powyzej. Jesli tak doskonale rozumiecie, ze czasy sie zmienily to po co tak zaciekle krytykujecie? Mandzuri chcesz sie dowiedziec o Afryce terazniejszej to po co siegasz po ksiazke z lat 60tych? W szczegolnosci o Burundi, czy Rwandzie.. Ksiazki podroznicze zawsze beda sie starzec lecz pewna czesc zostaje uniwersalna, dlaczego Budrewicz powraca do polakow mieszkajacych w Afryce? Gdyz na tym polega jego specyfika, on a fawelach brazylijskich widzi Warszawe, i to jest piekne w jego ksiazkach.
    Nie zapominajcie, ze literatura podroznicza tamtych czasow, nie byla po to aby podawac szczegolowe informacje, to okres gdzie ludzie nie mogli podrozowac i nie mieli kablowki z programem National Geographic, tego typu ksiazki byly dla wszystkich typem podrozy w wyobrazni.
    Dlaczego Budrewicz nie wojuje z obcieciem nogi slonia? Bo nie jest szalonym obranca zwierzat, pisze na bierzaco swoje odczucia i tyle. Refleksja jest na koncu jako puenta.

    Olgierd Budrewicz jest postacia bardzo barwna, autorem wielu ksiazek, oprocz tego, ze podroznikiem to rowniez znawca Warszawy, jest wybitnym humanista, pracujacym do dnia dzisiejszego mimo, iz niedlugo bedzie konczyl 90 lat.
    Lirael uwazasz, ze ksiazki podroznicze, ktore przedstawiaja obraz świata nieaktualny nie stanowią większej atrakcji- kup bilet na wycieczke i przewodnik i nie czytaj juz wiecej..
    Literatura Budrewicza jest barwna, pokazuje piekny swiat powojenny jego oczami, pokolenia, ktore zylo jakby jutra juz mialo nie byc. Dla romantykow polecam Bedeker Warszawki, cudowna ksiazka pokazujaca Warszawe jakiej nie znamy i juz nie poznamy, tylko nie czytaj go Lirael bo to jest Warszawa juz bardzo przestarzala i nie znajdziesz w niej modnych adresow z naszych czasow..

    • 19/08/2011 o 7:21 pm

      Miszo, dziękuję za długi komentarz! Przykro mi, że poczułaś się urażona w imieniu Budrewicza. Przyznam, że moje wrażenia z lektury już się mocno zatarły, nie zrobiła ona na mnie na tyle dużego wrażenia, by zostać na dłużej. Być może więc to, co napiszę teraz będzie w jakiś sposób odbiegało od wrażeń spisanych tuż po lekturze…
      Po książkę pewnie bym nie sięgnęła, gdybym nie dostała takiej propozycji od wydawnictwa. Kierowała mną ciekawość, chęć poznania obcego mi miejsca. Wiem, że książka z lat 60. nie nauczy mnie o teraźniejszości, ale i nie wierzyłam naiwnie w taki obrót sprawy – często jednak książki z przeszłości (przecież nie znów takiej dalekiej!) pozwalają zrozumieć wiele z wydarzeń teraźniejszych, pokazują tło i początki konfliktów, obyczajowość, która w takie a nie inne miejsce zaprowadziła kraj lub grupę etniczną. Czytałam trochę starszych reportaży lub wspomnień ludzi jeżdżących po Dalekim Wschodzie (w tym Polaków) i choć także dotyczyły sytuacji sprzed iluś lat, były zajmujące i, powiedziałabym nawet, pouczające. Budrewicza opisywane przez siebie miejsca i ludzi potraktował (poza polskim myśliwym) bardzo pobieżnie, to raczej historia jego wycieczki, a nie próba głębszej analizy, czy choćby dogłębniejsze przedstawienie wycinka jakiejś rzeczywistości. Wszystko pokazane jest „po łebkach”, takie miałam odczucia.

      I szczerze mówiąc z wielką chęcią przeczytałabym właśnie książkę Budrewicza o starej Warszawie, bo ja lubię odkrywać stare, często już nieistniejące miejsca. Jestem pewna, że tym razem bylby to obraz wnikliwy i mógłby mnie oczarować – bo ja nie mam nic przeciwko Budrewiczowi, po prostu „Równoleżnik zero” nie trafił w moje gusta.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s