Strona główna > książki > Ender na rozdrożach

Ender na rozdrożach

O autorze nazwiskiem Orson Scott Card słyszał chyba każdy czytelnik interesujący się fantastyką i science-fiction. Ja na początku znałam go jedynie z opowieści moich korespondentek, streszczana przez nie treść książek wydawała się interesująca, ale nie na tyle, by rozpocząć poszukiwania. Kilka lat później, będąc już na studiach, znalazłam „Grę Endera” w jednej z tanich księgarni. Powieść kosztowała grosze (niestety, wydanie było dość paskudne…), kupiłam ją więc natychmiast i szybko przeczytałam. Zresztą, „przeczytałam” to złe słowo, pochłonęłam ją w jeden wieczór (i noc), a Andrew „Ender” Wiggins stał się z miejsca jednym z tych ważnych bohaterów literackich. Ponieważ kolejna część cyklu, „Mówca umarłych”, nie była dostępna w księgarniach, minęło sporo czasu, nim udało mi się ją zdobyć. A dokładniej zdobyła ją moja siostra i dzięki temu w ogóle „Mówcę” przeczytałam (kupiłam sobie natomiast natychmiast w dniu premiery nowego wydania Prószyńskiego i S-ki, w tym roku). To było niczym książkowe objawienie, jedna z „tych” książek, nie mogłam się oderwać, płakałam, myślami byłam całkowicie w tamtym świecie, gryzłam palce i tak mocno wczuwałam się w bohaterów, że po lekturze byłam wręcz wyczerpana. Ender ugruntował swoją pozycję jednego z moich najukochańszych bohaterów literackich, a ja… nie odważyłam się przeczytać kolejnych części cyklu! Ponieważ usłyszałam piąte przez dziesiąte, o czym są kolejne dwa tomy, nie mogłam pogodzić się z myślą, że ktoś znów może mieć do Endera pretensje, wpędzać go w poczucie winy. Odrzuciłam jakikolwiek scenariusz inny niż radosne życie mojego ulubieńca u boku ukochanej osoby, ponieważ komu jak komu, ale jemu zwyczajnie należała się taka przyszłość. Nie mam nic przeciwko okazjonalnemu męczeniu bohaterów których lubię, ale Card stworzył chyba jednego z najbardziej pokrzywdzonych przez los bohaterów fantastycznych (unikając robienia z niego kłębka angstu, mimo wszystko). Nie przeczytałam też obiecującej Sagi Cieni, tym razem jednak z powodu znikomej dostępności tych tytułów. Kiedy jednak dowiedziałam się o nowonapisanej części pt. „Ender na wygnaniu”, dziejącej się między dwoma przeczytanymi przeze mnie tomami, byłam bardzo podekscytowana i musiałam, po prostu musiałam jak najszybciej książkę przeczytać. Trochę to jednak potrwało, zanim ją zdobyłam, a pojawiające się recenzje tylko zaostrzały mój apetyt swoją różnorodną oceną. Wczoraj skończyłam czytanie i dołączam się do tych pozytywnych komentarzy.

Akcja “Endera na wygnaniu” przypada na koniec “Gry Endera”, rozwijając (i lekko modyfikując) ostatni rozdział powieści, torując ścieżki dla „Mówcy Umarłych” (podobno dopowiada też kilka wątków z Sagi Cieni, czego niestety póki co nie mogłam sprawdzić). Po pokonaniu formidów Ender czeka na decyzję, na mocy której będzie mógł wrócić na Ziemię, zobaczyć się z rodzicami i ukochaną siostrą. Jego los okazuje się być jednak przesądzony i chłopiec nie ma już powrotu na swoją planetę, zostaje natomiast mianowany gubernatorem pierwszej kolonii powstałej na planecie do tej pory zamieszkałej przez robale. Ender nie pragnie władzy, choć naturalne zdolności przywódcze czynią go idealną osobą na to stanowisko. Wyrusza jednak, by znaleźć się bliżej resztek cywilizacji formidów i zbliżyć się do pojęcia tajemnicy, dlaczego ta inteligentna rasa pozwoliła mu się pokonać. Dręczony wspomnieniami i poczuciem winy, samotny mimo obecności Valentine i miłości, jaką potrafi rozpalić w prawie każdym sercu, Ender przyjmuje nowe obowiązki i odpowiedzialność za nowych towarzyszy, pozostając przy tym wybitnym strategiem i mimo naukowego podejścia do życia, rozbrajająco wierzącego w ludzkie dobro, mimo wszystko. Dokładnie taki był Ender w dwóch pozostałych czytanych przeze mnie częściach i choćby dlatego warto przeczytać tę książkę. Zawiedzie się ten, kto szuka wybitnie zaskakujących zwrotów akcji – jedyne zwroty, których możemy się nie spodziewać, to te emocjonalne (co dla mnie akurat było zaletą), w końcu treść „Endera na wygnaniu” jeszcze przed czytaniem nie ma dla nas za wiele tajemnic. Nie zmienia to faktu, że książka bardzo wciąga, a choć końcówka może zawieść zbyt szybkim rozwiązaniem, wzruszyłam się na niej do łez i jeszcze bardziej zapragnęłam przeczytać Sagę Cieni.

Styl Carda nie zmienił się mocno od poprzednich części, co oczywiście stanowi plus lektury. W świat Endera łatwo jest się zagłębić i potem przebywać w nim długo po zakończeniu lektury. Card tworzy wspaniałe postaci i radzi sobie z epickością opisywanych przez siebie zdarzeń, wzruszając i dając do myślenia. Chwilami autor zbyt nachalnie wkłada w usta swoich bohaterów swoją filozofię, a przynajmniej wszyscy zdają się myśleć tak samo i traktować ludzkość czysto naukowo i biologicznie. Na szczęście Cardowi nie brakuje czułości i zrozumienia, gdy pisze o swoich postaciach i ludziach w ogóle, wiele więc można mu wybaczyć. Główna treść książki urozmaicona jest korespondencją między poszczególnymi bohaterami, z losami Endera przeplatają się losy także innych poznanych już wcześniej osób, książka zawiera więc sporo smaczków dla wielbicieli sagi. Uważam, że dla zagorzałych fanów jest to pozycja obowiązkowa i nie powinni się zawieść, choć nie mają też co liczyć na odkrywczą fabułę. Ja jednak ucieszyłabym się nawet z całkowicie obyczajowej powieści o Enderze, więc „Ender na wygnaniu” zdecydowanie przypadł mi do gustu, bo to jego osoba tworzy ten cykl, z którym naprawdę warto się zapoznać. Tym bardziej, że aktualnie jest dostępny w księgarniach i wydany w przyjemnych okładkach. Zastanawiam się teraz, czy jednak się nie skusić na „Ksenocyd” i „Dzieci Umysłu”, mając wielką nadzieję na wydanie przez Prószyńskiego także cyklu o Groszku. Polecam wszystkim miłośnikom fantasy!

Tytuł: Ender na wygnaniu
Tytuł oryginału: Ender in Exile
Autor: Orson Scott Card
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2010
Ilość stron: 400
Moja ocena: 5/6

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i S-ka, za co bardzo dziękuję.

Advertisements
  1. 17/12/2010 o 11:55 am

    Ja, muszę przyznać, dwa pierwsze tomy sagi o Enderze uwielbiam i też miałam taki moment, kiedy tytułowy bohater należał do moich ukochanych postaci literackich. Potem, niestety, przeczytałam resztę cyklu i _ja osobiście_ mogę Ci dać tylko jedną radę – odpuść sobie. Po pierwsze, fabularnie mogło być duuuużo lepiej, po drugie – IMHO to, co Card robi ze swoimi bohaterami, to z jednej strony wyrafinowane (i zbędne) tortury, z drugiej – gwałt na ich charakterach (bo nie wierzę, żeby mogli w taki akurat sposób ewoluować).
    Poza tym – popieram w 100% protest przeciw niepotrzebnemu dręczeniu postaci, sama mam to samo odczucie wobec, powiedzmy, Stephena Donaldsona…

  2. 17/12/2010 o 12:01 pm

    Nie pozostaje mi więc chyba nic innego, jak posłuchać Twojej rady. Wolę zachować swoje własne wyobrażenie o tym, co się działo dalej, skoro ani fabularnie, ani postaciowo kontynuacja nie zachwyca… Nie chcę czytać znów o torturowanym Enderze, jeśli charaktery postaci się zmieniają, to nawet nie wiem, czy bym się w tej kontynuacji odnalazła. A co z sagą o Cieniach? Czytałaś, warto?

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s