Strona główna > książki > Gdy mieszkanie staje się więzieniem

Gdy mieszkanie staje się więzieniem

Recenzując „Anima Vilis” wspomniałam, że za horrorami, mówiąc ogólnie, nie przepadam. Po wspomnianej przed chwilą książce uznałam, że horrorów wystarczy mi na dłuższy czas, choć „Anima Vilis” według mojej prywatnej nomenklatury nie była do końca horrorem, bliżej było jej do groteski… Nie mniej jednak na lekturę „Instytutu” zdecydowałam się z dwóch powodów: po pierwsze chciałam zobaczyć, czy książka uznana za horror w ogóle może mnie przestraszyć. Czytając powieść Dąbrowskiego ani razu nie przebiegł po moich plecach dreszcz, najwyżej obrzydzenia, ale nie strachu, czy choć niepokoju. Takie były też moje dawne wspomnienia z lektur horrorów, których tytuły dawno wyrzuciłam z pamięci (a i nie było ich specjalnie wiele). Dużo bardziej potrafiły przestraszyć mnie kryminały lub książki określane jako obyczajowe, bo jednak ludzka psychika i to, do czego człowiek jest zdolny wydaje mi się straszniejsze (i dużo bardziej fascynujące) niż morderca biegający po lesie z tasakiem czy inną piłą i mordujący po kolei nie grzeszących bystrością ludzi. „Instytut” był ostatnią szansą dawaną gatunkowi horroru stricte. Zainteresowała mnie także postać samego autora. Nie czytałam wprawdzie, lub też nie kojarzę, felietonów Żulczyka, kiedyś trafiłam na jego bloga i z tego co pamiętam, spodobał mi się jego bezpośredni styl. Autor jest tylko trzy lata starszy ode mnie, co już wprawdzie przestało być jakimś fenomenem (przyzwyczaiłam się do takiego myślenia, a teraz dochodzę do wniosku, że ten czas minął – 27-letni pisarz nie jest już wydarzeniem…), ale i tak nastroiło mnie to pozytywnie do lektury. Przeczytałam więc i w telegraficznym skrócie mogę stwierdzić, że zdecydowanie nie żałuję.

Bohaterką jest Agnieszka, kobieta po trzydziestce z niepoukładanym życiem, rozwodem na karku i mieszkającą w Warszawie 11-letnią córką, którą pragnie odzyskać wbrew rodzinie męża. Agnieszka dostaje w spadku po babci mieszkanie w Krakowie. Na domofonie widnieje tajemnicza nazwa „Instytut”, której jednak nowa właścicielka postanawia nie usuwać. Nowe lokum szybko staje się sławne pod tym mianem, a Agnieszka zamieszkuje w Instytucie z prawdziwą zbieraniną ludzi o odmiennym spojrzeniu na świat, którzy w innych okolicznościach raczej nie znaleźliby się w jednym pokoju bez wszczęcia kłótni. Nie radząc sobie z własną niedojrzałością, kobieta ucieka w imprezy i używki, co dodatkowo ułatwia jej praca. Agnieszka pracuje bowiem w barze, z którego po szalonych pijatykach wraca ze współlokatorami do mieszkania. Po jednej z takich nocy, towarzystwo zapada w głęboki sen, po przebudzeniu natomiast od razu stwierdzają, że coś dziwnego dzieje się z ich mieszkaniem. A dokładniej: Instytut stał się ich więzieniem, z którego nie mogą uciec i do którego nie są w stanie nikogo przywołać. Tajemniczy Oni mają ich w swojej mocy, a ich pobudki oraz cel pozostają tajemnicą.

Nie sposób zdradzić więcej, żeby nie popsuć przyjemności czytania i nie wyjawić niechcący istotnego dla fabuły wątku. Akcja jest spójna, przemyślana, a przede wszystkim pełna niepokoju, klaustrofobicznej atmosfery i paniki, którą Żulczyk świetnie oddał przy minimalnym udziale flaków i posoki. Czytając „Instytut” raz po raz po moich plecach przebiegał dreszcz i nerwowo przerzucałam strony, by dowiedzieć się, jak to wszystko się skończy. Zakończenie przynosi czytelniczą satysfakcję i jest jednak dość zaskakujące (choć brałam taką możliwość pod uwagę). Żulczyk pisze barwnym, soczystym językiem, w którym przekleństwa są na swoim miejscu, a opisy mające mrozić krew w żyłach dalekie są od pretensjonalności i widocznej chęci grania na emocjach. Tym samym naprawdę niepokoją, a nie wywołują niechciane skojarzenie z groteską.

Horror to nadal nie mój gatunek i dużo czasu będzie musiało upłynąć, zanim wezmę się za kolejny. Lektura „Instytutu” była jednak świetną rozrywką w ostatnie deszczowe poranki i popołudnia (gdybym nie jechała autobusem pełnym ludzi, naprawdę mogłabym się mocno bać). Jeśli myślicie o lekturze horroru, czas spędzony w „Instytucie” zdecydowanie nie będzie stratą czasu. Dla wielbicieli gatunku – pozycja obowiązkowa!

Tytuł: Instytut
Autor: Jakub Żulczyk
Wydawnictwo: Znak, 2010
Ilość stron: 251
Moja ocena: 4+/6

Książkę otrzymałam dzięki życzliwości wydawnictwa Znak, za co jeszcze raz serdecznie dziękuję.

Reklamy
  1. ekolozkaa
    02/10/2010 o 9:24 pm

    Horrory to również i nie mój gatunek. Wolę książki psychologiczne czy kryminały. Może to będzie zatem pierwszy horror, na który się skuszę od czasów… liceum, o ile tylko natrafię na niego u kogoś ze znajomych. ;)
    pozdrawiam ciepło!

  2. 03/10/2010 o 1:12 pm

    Ja lubię horrory, planuję tę książkę przeczytać w najbliższym czasie.

  3. 04/10/2010 o 2:28 pm

    Ja również doceniłam fakt, że było dość strasznie bez krwi i flaków. Pozdrawiam :)

  4. 06/10/2010 o 8:46 pm

    Ekolożka, doskonale Cię rozumiem. Uważam, że jak na horror (nie chodzi tu o dyskryminację gatunku, ale moje osobiste preferencje) jest to naprawdę ciekawa książka, nieźle ujęta właśnie pod względem psychologii postaci.

    Beatrix, skoro lubisz, to powinna Ci się spodobać!

    Lilithin, prawda? Czyli jednak wciąż można radzić sobie i straszyć bez flaków i krwi spływających ze stronnic…

  5. 26/07/2011 o 2:31 pm

    Przeczytałam wczoraj „Instytut” i powiem szczerze, że się zawiodłam. Fabuła jest, owszem, ciekawa, ale zakończenie według mnie bardzo słabe, momentami żenujące. Mam na myśli powód, dla którego bohaterowie zostali uwięzieni: cała idea Wielkiego Obserwatora jest nakreślona powierzchownie, nie widzę w niej żadnej głębi ani sensu. Myślę, że autor popsuł dobrą książkę wymyślaniem jakiejś niewydarzonej „sekty”.
    Ściskam!

    • 28/07/2011 o 8:21 pm

      Ha, planowałam Cię o tę książkę wypytać jak się zobaczymy :) Ano niestety, mnie też zawiodła. Żulczyk potrafi wytworzyć atmosferę zagrożenia i strachu, więc czytając byłam pod jej wrażeniem, ale sama treść, zwłaszcza przemyślana „na zimno” jest zwyczajnie słaba. Myślę, że to zakończenie to była próba zerwania ze stereotypowym wyjaśnieniem zagadki na koniec, chęć zagrania czytelnikowi na nosie… Ale lepiej by było, żeby autor burzył stereotyoy w trakcie trwania fabuły, bo bohaterowie są tak stereotypowi, że aż boli, a i w samej fabule jest sporo dziur…
      Ściskam i ja!

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s