Strona główna > książki > W irańskiej kuchni

W irańskiej kuchni

Przy panujących ostatnio upałach ciężko czasem zabrać się za poważną lekturę, która wymaga głębokiego skupienia i rozmyślania nad treścią. Wtedy nierzadko dobrze sprawdzają się lektury lżejsze w odbiorze, sympatyczne i wciągające, które trzymają jednak pewien poziom, by obyło się bez poczucia straconego czasu. Taką książką jest według mnie „Zupa z granatów” Marshy Mehran, opowiadająca o losach trzech sióstr Aminpur, które uciekają z ogarniętego rewolucją Iranu i po trwającej dłuższy czas tułaczce postanawiają osiedlić się w Ballinacroagh, niewielkim miasteczku w Irlandii. Najstarsza, Mardżan, potrafi wyczarować iście niebiańskie potrawy, siostry otwierają więc Cafe Babilon, w którym serwują egzotyczne dla mieszkańców swojego nowego domu potrawy. Początkowo nieufni mieszkańcy Ballinacroagh ulegają stopniowo magii irańskiej kuchni, która nie tylko syci, ale leczy ciała i dusze, przekonują się też do panien Aminpur. Oczywiście, nie wszyscy…

Brzmi znajomo? Domyślacie się, w którą stronę może potoczyć się ta historia? Prawdopodobnie się nie mylicie. Zwłaszcza, jeśli oglądaliście film „Czekolada” (a tym bardziej czytaliście książkę, ja niestety nie mogę się pochwalić jej znajomością, a i tak skojarzenia były natychmiastowe). Akcja toczy się podobnie, kilka scen wydało mi się być niemal identycznych. Mamy nawet Cyganów! A jednak nie świadczy to o braku wartości książki, bo jest ona naprawdę przyjemną lekturą. Widać w niej wyraźnie charakter samej autorki (nawiasem mówiąc, piękna z niej kobieta), która wraz z rodzicami uciekła z Iranu, a jak sama przyznaje, na studiach pokochała wszystko, związane z kulturą celtycką, drugą jej pasją jest natomiast gotowanie. Mehran pisze więc o tym, co kocha i to się w lekturze czuje. Bez trudu można wyobrazić sobie irlandzką prowincję i klimat małego miasteczka. Z książki aż bije aromat wschodnich potraw, ma się ochotę natychmiast spróbować jakiegoś dania z irańskiej kuchni. Autorka podpowiada nawet, jak to zrobić zamieszczając w każdym rozdziale jeden przepis na danie występujące w powieści. Smaku dodają także wspomnienia sióstr z Iranu. Choć przykre, za pomocą wartkiej narracji przybliżają wydarzenia tamtego okresu, w które zaangażowane były obie starsze siostry, Mardżan i Bahar. Moim zdaniem to najlepsze fragmenty powieści, zmieniające na chwilę jej klimat, dodając uczucia, takie jak ból i strach, dodające głębi całej reszcie.

Tytułowa potrawa, jak i inne pojawiające się w tekście, mają swoje znaczenie i stanowią metaforę leków na ludzkie lęki i słabości. „Zupa z granatów” jest taką ciepłą, poprawiającą humor pozycją, dlatego boli trochę jej niewykorzystany potencjał. Mehran mogła stworzyć coś więcej niż przyjemne czytadło. Gdyby swoim postaciom dodała tyle głębi i smaku, które potrafiła nadać opisywanym przez siebie potrawom, efekt byłby znacznie lepiej. Bo czyż nie jest to samonapędzająca się historia – trzy imigrantki o różnych charakterach próbujące odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Autorka potrafi pisać zabawnie, karykaturalnie przedstawiać negatywnych bohaterów i nie raz wywołać uśmiech na twarzy czytelnika. Jej postacie są jednak papierowe, czarno-białe i niczym nie zaskakują. Nawet moja ulubiona bohaterka, Bahar o zmiennych nastrojach i potężnym strachu w sercu, przechodzi metamorfozę, w którą trochę trudno mi uwierzyć. A można się było zagłębić w psychikę tej (i nie tylko tej) bohaterki trochę bardziej, pokazać jej więcej z czasów Iranu i jej wyborom poświęcić o te kilka stron więcej. Niestety, mam wrażenie, że Mehran dodała wspomnienia z Iranu na zasadzie gorzkiej przyprawy w słodkim ciasteczku – tylko trochę dla wyrazistego smaku, ale nie za wiele, by nie zepsuć słodyczy. Ja chętniej poczytałabym książkę, w której ta część to nie tylko przyprawa… Pomijając już ten wątek, autorka dotyka kilku naprawdę ciekawych problemów, jak choćby akceptacja najmłodszej z sióstr, cynamonowo-różanej Leyli w nowej szkole. Niestety, Mehran wydaje się ślizgać po tematach i w żaden nie zagłębia się wystarczająco, jak na mój gust.

Książka mi się podobała i choć nie mogę powiedzieć, że odłożyłam ją przepełniona zachwytem, to jednak spędziłam nad nią miło czas i z chęcią sięgnę po kontynuację. Polecam na gorące dni. Wielbiciele Bliskiego Wschodu również znajdą w niej coś dla siebie.

Moja ocena: 4/6
Marsha Mehran, „Zupa z granatów” (WAB, 2008)

Reklamy
  1. nutta
    16/07/2010 o 7:43 am

    Można powiedzieć, ze to seria: powieść kuchenna/kulinarna, podobnie jak seria: zamieszkałam/-em w Toskanii/Prowansji. Mimo narzekań na powtarzalność lubię od czasu do czasu je poczytać.
    Z granatów najlepszy jest świeżo wyciskany sok – chyba piłaś na wycieczce. Dodam, że jestem ciekawa wrażeń z Jordanii.

  2. 16/07/2010 o 8:19 am

    Miałam dokładnie takie same przemyślenia po przeczytaniu tej książki :) Pomysł miał ogromny potencjał, a wyszło sympatycznie, ale bez fajerwerków. Teraz czytam drugi tom – nie zaskakuje, ma te same wady i zalety co pierwszy, ale jakoś lepiej go odbieram, trochę się czuję jakbym wpadła do dawnych znajomych, dowiedzieć się, co słychać.

  3. Mary (2lewastrona)
    16/07/2010 o 7:38 pm

    podobała mi się – lubię takie opowieści nawet jesli moda na takie ksiazki coraz większa:)

  4. mandżuria
    16/07/2010 o 8:21 pm

    Nutta, rzeczywiście, na tego rodzaju książki panuje ostatnio moda (ciekawe, czy to ogólny trend pisarski, czy też to na polskim rynku pełno teraz lektur tego rodzaju?), ale trzeba przyznać, że moda to sympatyczna, bo tego rodzaju książki nadają się wspaniale na takie gorące, leniwe dni.
    Niestety, nie miałam okazji spróbować soku z granatów, takiego świeżo wyciskanego. Tylko tai z kartonu, tu w Polsce. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś to nadrobię :) A o Jordanii będę pisać, mam nadzieję, że wkrótce :)

    Lilybeth, też chcę przeczytać tom drugi, choć nie spodziewam się po nim jakichś wielkich zmian i ulepszeń. To po prostu przyjemna lektura na te upały…
    Przy okazji – bardzo zaciekawił mnie Twój blog, dodałam sobie do ulubionych i przeczytam w wolniejszej chwili :) Pozdrawiam!

    Mary, mnie też się ogólnie podobała, nie mogłam jednak oprzeć się wrażeniu, że mogła podobać się bardziej i autorka trochę zmarnowała jej potencjał. Nie zmienia to faktu, że kontynuację chce przeczytać :) A Ty czytałaś?

  5. 16/07/2010 o 9:27 pm

    o czytalam to w trakcie przygotowywan do matury w ramach relaksu
    tak zachwalana i spodziewalam sie sama nie wiem czego, nie zawiodlam sie bo bylo lekko i przyjemnie :) tez z przyjemnoscia siegne po druga czesc bo bohaterowie mega sympatyczni, atmosfera swietnie oddana – własnie jak w „Czekoladzie”, wiedzialam ze cos mi to przypomina!
    bardzo podobal mi sie krol disco :)

  6. mandżuria
    17/07/2010 o 11:46 pm

    Wafelek, ja chyba nawet nie czułam zawodu, bardziej niedosyt, bo było miło, a mogło być naprawdę super. Trochę szkoda, ale z drugiej strony takie lekkie lektury na upały bądź s stresowych momentach też się przydają :)

  7. 18/07/2010 o 12:25 am

    Byłam dziś w perskiej restauracji i przy kosztowaniu cudnych ciasteczek, które miały posmak wody różanej przypomniała się mi ta książka. Zgadzam się z Twoją recenzją. Zupełnie niewyczerpany potencjał, ale fajne czytadło i super przepisy, które mam ciągle jeszcze pozakładane w książce. Druga częśc Zupy z granatów jest jeszcze słabsza i nie ma nawet przepisów.
    Pozdrawiam serdecznie i bardzo czekam na więcej wieści o Jordanii bo prawdopodobnie sama się tam wkróce wybieram! :)

  8. mandżuria
    20/07/2010 o 4:25 pm

    Pyza, o Jordanii będzie wkrótce, obiecuję! :)
    Wypróbowałaś przepisy z „Zupy z granatów”? I jak wychodzą? Ja sobie je pospisywałam, bo książkę miałam wypożczoną z biblioteki i na razie ich nie tknęłam, choć muszę przyznać, że kuszą :)

  9. 21/07/2010 o 10:16 pm

    Ja mam je ciągle pozakładane w książce, ale jeszcze żadnego nie wypróbowałam. :))) Ale na pewno są pyszne! :)

  10. 21/07/2010 o 10:50 pm

    Własnie kupiłam tą książkę i nie mogę się doczekac, aż do niej zasiądę ;))) choć troche mnie marwi Twoja ocena… 4 to nie za wysoko, ale … przeczytam i wtedy zweyfikuje :)

  11. E.milia
    25/07/2010 o 4:05 pm

    Fakt, ot takie całkiem miłe czytadełko. Właściwie zgadzam się, że nie do końca wykorzystany potencjał, ale może tak miało być i nie ma co oczekiwać czegoś więcej?
    Postawiłam ją w kuchni, obok książek kucharskich, a jak na razie wypróbowałam tylko zupę z czerwonej soczewicy. Mi smakuje, ale niekoniecznie na upalne dni.

  12. 29/07/2010 o 7:05 pm

    Zaczytana, zawsze warto przekonać się samemu :) książka ma wielu wielbicieli, więc może Ty nie będziesz mieć do niej żadnych „ale”? Zresztą, mnie się ta książka podobała, gdyby autorka poprowadziła akcję w trochę inną stronę być może podobałaby mi się bardzo. A tak – jest dobrze i koniec. „Czwórka” to wciąż dobra ocena ;)

    Emilia, no właśnie dla mnie to taka idealnie czwórkowa książka – fajna, ale bez rewelacji. A przepisy sobie pospisywałam i z chęcią kiedyś wypróbuję :)

  13. mag
    03/08/2010 o 4:37 pm

    Uwielbiam kulinarne powieści, Marshę przeczytałam jednym tchem, też miałam skojarzenia z „Czekoladą” :) Nie tylko upojnie spędziłam czas z tą książką, ale też poznałam przepis na zupę z czerwonej soczewicy, która stała się moim konikiem kulinarnym:) Szkoda,że kontynuacja jest już dużo gorsza. Pozdrawiam i zapraszam do swojego kącika
    http://kacikzksiazkami.blog.onet.pl/

  14. 09/08/2010 o 1:27 pm

    Podobała mi się. Piszesz, że mogłoby być więcej tych irańskich wątków – dla mnie było w sam raz, żeby nie popaść w tani sentymentalizm i rozdrapywanie raz w sercu. Nacisk jest na NOWE – miejsce, pracę, ludzi. I chyba słusznie, bo nie ma co się oglądać, jak już się wyruszyło w podróż…
    A nawiązania do „Czekolady” oczywiste.

  15. 10/08/2010 o 12:10 am

    Mag, cieszę się, że książka tak Ci się podobała :) Szkoda natomiast, że z tego co piszesz kontynuacja jest dużo słabsza. Planowałam ją kiedyś pożyczyć z biblioteki, bo w sumie chętnie dowiedziałabym się, co dalej działo się z siostrami Aminpur.
    Dziękuję za zaproszenie na blog, zajrzę i poczytam na pewno!

    Agnes, poruszanie wątków irańskich nie musiałoby mieć nic wspólnego z sentymentalizmem, tym bardziej tanim. Nie chodziło mi tu o rozwodzenie się nad nieszczęściami sióstr, Iran stanowił i wg mnie nadal stanowi ważny, jeśli nie najważniejszy punkt ich życia. I tak, starają się patrzeć na „nowe”, ale sam fakt, że otwierają restaurację właśnie z irańskim jedzeniem i nie potrafią, a raczej nie chcą wyzbyć się swojej tożsamości, co dla mnie jest fascynujące i chętnie poczytałabym więcej właśnie o tym. Uwielbiam wszelkie wątki dotyczące emigracji i właśnie tożasamości narodowej i językowej – autorka miała tu pole do popisu i go nie wykorzystała.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s