Strona główna > książki, wydarzenia > Alternatywne Chiny

Alternatywne Chiny

27 kwietnia ukazała się najnowsza książka Kanadyjczyka o nazwisku Guy Gavriel Kay, którego kilka lat temu polubiłam od pierwszego wejrzenia dzięki książce „Ostatnie promienie słońca”, a następnie pokochałam jego twórczość po przeczytaniu „Sarantyńskiej Mozaiki”. I choć wciąż nie przeczytałam wszystkich jego powieści (a także zbioru wierszy zatytułowanego „Beyond This Dark House”), to z niecierpliwością oczekiwałam „Under Heaven”, jedenastej powieści w jego dorobku. Tym bardziej, że tym razem Kay opowiada alternatywną historię przedstawicieli chińskiej dynastii Tang, a przyznać trzeba, że jest on mistrzem snucia historii na bazie wydarzeń historycznych, z dodatkiem magii i cudownych postaci. Tak więc już nie mogę się doczekać i będę poszukiwać angielskiej wersji książki. W razie problemów z językiem bądź dostępem nie jest źle – polskie wydanie zapowiedziano na sierpień 2010, a na mojej półce wciąż czeka „Pieśń dla Arbonne”, która może mi skrócić czas oczekiwania…

Advertisements
  1. 30/04/2010 o 4:45 pm

    O! W końcu ktoś z blogosfety lubi Kaya :))) Bo ja też, ja też!
    Zaczęło się od Tigany (ubóstwiam), potem był Fionavarski gobelin (mocno nierówny: momentami genialny, momentami dupowaty, tak bardzo, ze to aż niewiarygodne) no i Mozaika – zgadzam się, że wspaniała i niezwykła. Jedna z niewielu książek fantasy, w której magia ukazana jest tak subtelnie i delikatnie, że w zasadzie można te dwa tomy składające się na cykl „Sarantyńskiej Mozaiki” czytać jako powieść historyczną. Uwielbiam:)

    Ale niestety, kolejne powieści juz mnie rozczarowywały. Mimo to „Under Heaven” kupię:) Chiny i fantasy? Brzmi intrygujaco:)

    Dzięki za wiadomość
    Pozdrawiam gorąco:)

  2. mandżuria
    30/04/2010 o 6:23 pm

    Ha! No jak tu go nie lubić, kiedy tak pięknie pisze :) U mnie historia była mniej chronologiczna. Zaczęłam od „Ostatnich promieni słońca”, które nie są wybitne i nie dziwię się, że czytelnicy rozpieszczeni Mozaiką na ten przykład odnieśli się do „Promieni” sceptycznie. Mnie jednak uwiódł klimat język Kaya, umiejętność tworzenia scen zapadających w pamięć i niektorzy bohaterowie. Więc zaczęłam czytać dalej i kolejną lekturą była właśnie Mozaika, która stała się jedną z moich najukochańszych książek, dopracowana, z cudownymi bohaterami, scenami, przy ktorych zawsze płaczę… Piękna po prostu. Następne były „Lwy Al-Rassanu” i choć wielokrotnie miałam ochotę udusić główną bohaterkę oraz wyrwać strony z epilogiem, który Kay napisał w chwili niedyspozycji umysłowej, to książka znów mnie zachwyciła, a Belmonte i Ammar uwiedli całkowicie. Potem była „Tigana” i niestety spodziewałam się czegoś, co mnie po prostu powali, a choć mi się podobało, to widziałam w tej książce zbyt wiele niedoskonałości i choć uważam, że jest świetna, to trochę byłam zawiedziona… Reszty jeszcze nie czytałam, ale Kay i tam ma swoje wysokie miejsce w moim prywatnym rankingu, a ta nowa książka już mnie niesamowicie pociąga… Recenzje póki co zbiera dobre, więc mam nadzieję na coś dobrego…

  3. 13/05/2010 o 11:52 pm

    A ja już mam „Under Heaven”, już mam!! (Ale zanim przeczytam, minie trochę czasu, „Last Light” mi jeszcze zostało).
    BTW ja bym TEZ czasem (nie zawsze!) chętnie zamordowała bohaterkę „Lwów…”, co nie zmienia faktu, że to jedna z moich ukochanych powieci wszechczasów :).
    A czego nie lubisz w epilogu?

  4. mandżuria
    17/05/2010 o 12:32 am

    Och, szczęściara z Ciebie! Ciekawa jestem Twojej opinii, bardzo, ale rozumiem – książka swoje musi odstać na półce… ;)
    Dżahena (tak chyba miała na imię bohaterka „Lwów” w wersji polskiej?) dawała się chwilami lubić, były takie momenty, zwłaszcza pod koniec, że właściwie ją polubiłam, było mi jej żal i chciałam, żeby była szczęśliwa. „Lwy” mają swoje minusy, ale i tak je uwielbiam… Jeśli o epilog chodzi natomiast… Cóż, nie mogę mu odmówić kilku ładnych momentów, wiem, że odkłada się do klamrowej kompozycji całości, ale… Ostatnie zdanie głównej powieści jest genialne, poruszające, piękne i takie, jakby to powiedzieć, kompletne? Mnie wbiło niemal w fotel. A potem niecierpliwie zabrałam się za epilog bez chwili przerwy i byłam niemal zniesmaczona. Bo nagle zrobiło się tak… przaśnie (może to nie jest najlepsze słowo, ale inaczej wyrazić tego nie umiem). Cała historia Alvara (nie wiem, czy nie przekręciłam imienia, nie mam przy sobie książki) do mnie nie trafia, nie podobała mi się ta próba zaskoczenia czytelnika i wprowadzenia go w błąd jeśli o dobranie w pary chodzi. Miło dowiedzieć się, że pojawiło się następne pokolenie, ale… nie pasowało mi to do tej końcówki głównej części, ten wspaniały klimat gdzieś się rozmył. Sto razy bardziej, jeśli już musiał się w ogóle pojawić epilog, wolałabym jakieś niemal bezosobowe przemyślenie bohatera, niechby nawet nie było wiadomo, którego. Na temat końca, przemijania, niechby się pojawił poemat Ammara… Ale nie w taki sposób!
    Ja chyba w ogóle nie jestem wielbicielką epilogów, ciężko mi sobie teraz przypomnieć taki, który by mnie zachwycił (choć z drugiej strony moja pamięć jest po prostu dziurawa). Ten do „Tigany” też mi się nie podobał.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s