Strona główna > książki > Siedem kolorów tęczy, Monika Sawicka

Siedem kolorów tęczy, Monika Sawicka

Książkę “Siedem kolorów tęczy” Moniki Sawickiej dostałam od wydawnictwa Magia Słów z propozycją zrecenzowania. Dawno nie czytałam żadnej obyczajowej polskiej książki, więc wiedziona ciekawością chętnie przystałam na tę propozycję. Zawiodłam się jednak sromotnie. Powieść ta jest po prostu straszna, choć w zamierzeniu miała być romansem lub komedią, ale na pewno nie horrorem…

We wstępie do książki autorka zapewnia, że trzymana przez nas w rękach powieść jest prezentem i znajdują się w niej dwie historie; zwraca się do czytelnika: „Dostajesz prawdę absolutną”. Dość odważnie jest twierdzić takie rzeczy na temat własnej pracy, niemniej jednak dalej ciekawa byłam, jaka ta książka będzie. Niestety, już po kilku pierwszych stronach zorientowałam się, że nie mamy z Moniką Sawicką podobnych upodobań. Dedykacja dla Janusza L. Wiśniewskiego, fragment piosenki Andrzeja Piasecznego, półnagie zdjęcie autorki… Cóż, wstęp to wstęp, wzięłam się więc za czytanie samej powieści i przyznaję ze smutkiem, że było naprawdę ciężko. Zamiast obiecanych dwóch powieści w jednej, nie otrzymujemy ani jednej dopracowanej historii. Losy dwóch kobiet, pozornie w ogóle ze sobą nie związane, przerywane są co i rusz cytatami (i to dość długimi) z książek Whartona, Coelho, fragmentami piosenek (Piasek, Paulla), listami Sobieskiego do Marysieńki, cytatami z poradników dla par i wreszcie wypisami ze stron internetowych wszelkiej maści. Wreszcie, w książce znajdziemy opowiadania konkursowe różnych autorów… Być może miało to nadać powieści rys postmodernistyczny, ale w morzu tych wszystkich cytatów główna fabuła książki rozmywa się i nie potrafi zainteresować. Wprowadzenie korespondencji jako formy komunikacji między bohaterami (czytelnikowi od razu pojawia się w głowie wielki napis: „Samotność w sieci”) nie polepsza sprawy.

Fabuła pokrótce rysuje się następująco: jedna pani wyjeżdża na upojny urlop do Turcji, gdzie zaprzyjaźnia się z dwiema szalonymi kobietami i poznaje Turka (określany dalej przez bohaterkę jako Mr. Perfect), któremu przy pierwszym spotkaniu kładzie rękę na rozporku, a na drugim uprawiają seks oralny w pędzącym samochodzie (gdyby czytali „Amerykańskich bogów” Gaimana, wiedzieliby czym to grozi…), która to scena erotyczna była opisana po prostu obrzydliwie („Mr. Perfect dochodził do siebie po tym, jak doszedł. Miał po czym, bo [nie chwaląc się] mogę wyssać gwoździa z deski”). Następnego dnia pani wraca do Polski i nie wie, jak dalej ma potoczyć się ta znajomość. Druga bohaterka natomiast jest kobietą cierpiącą, która poznaje tajemniczego mężczyznę przez Internet i korespondując z nim powoli się do niego przywiązuje (mrugnięcie do J. L. Wiśniewskiego numer 2). Co łączy obie te historie? Dowiecie się, jeśli przebrniecie przez 458 stron…

Historie dwóch kobiet są oczywiście pełne dramatyzmu, miłości, żartów słownych oraz odwołań do współczesności. Mogłoby być całkiem interesująco, gdyby autorka zadbała o większy realizm i zrezygnowała z na siłę wprowadzanego humoru. Wypowiedzi bohaterek mają być zabawne, ale powtarzanie co i rusz popularnych lub wymyślnych powiedzonek nie wystarcza. Sawicka balansuje między dosłownym, mocnym językiem a niezwykle uduchowionymi fragmentami na temat duchowości, karmy, poszukiwaniu szczęścia, znaczeniu cierpienia i miłości. W założeniu po lekturze książki powinniśmy być bogatsi o nowe spojrzenie na świat, powinniśmy się bardziej kochać i dążyć do szczęścia. Efekt jest taki, że raczej wznosimy oczy ku niebu i zastanawiamy się, czy nie szczęśliwsi bylibyśmy odkładając tę książkę jak najdalej i zajmując się czymś innym…

Podsumowując, jeśli ktoś jest fanem Whartona, Coelho, Piaska, czy Janusza L. Wiśniewskiego, może po książkę sięgnąć i być może znajdzie w niej coś dla siebie. Ja niestety wymienionych wyżej panów naprawdę nie toleruję, więc i mój odbiór powieści był mocno negatywny. Dawno już nie czytałam książki, która by mi się tak nie podobała…

Moja ocena: 1/6
Monika Sawicka, „Siedem kolorów tęczy” (Magia Słów, 2009)

Reklamy
  1. 18/11/2009 o 10:14 pm

    „Magia Słów” poluje chyba na kogoś, komu się w końcu ta książka będzie podobać :D :D

  2. 19/11/2009 o 11:42 am

    A okładka taka śliczna :)

  3. litera
    19/11/2009 o 10:07 pm

    Oj, ja dobrnęłam do strony 217 i dalej od tygodnia ani rusz;)

  4. 21/11/2009 o 11:49 am

    a ja z innej strony: – czekam na kolejny wpis o „Bóg rekin”, ponieważ u mnie książka leży, czeka na swoją kolej i nie wiem czy się na nią zdecydować szybko/teraz czy później.

  5. 21/11/2009 o 9:16 pm

    Ulalala… no to wydawnictwo strzeliło sobie gola do własnej bramki wybierając nas jako sposób promocji :]

  6. 23/11/2009 o 5:13 pm

    Mandzurio, przyznaje, ze recenzji nie doczytalam do konca. Ale… podoba mi sie, ze szczerze napisalas, co sadzisz. Ja tez dostalam od wydawnictwa i zarazem autora pierwsza ksiazke do zrecezenowania i zastanawialam sie, co napisac, jak nie bedzie mi sie podobac. Teraz wiem: podobnie jak Ty napisze prawde. Czy bedzie mi sie podobala, czy nie, szczerze napisze co mysle, tak samo jak w przypadku kazdej innej ksiazki.
    A autorzy i osoby pracujace w wydawnictwach musza zdawac sobie sprawe, ze przystajac na taki uklad (ksiazka w zamian za recenzje) trzeba liczyc sie z negatywna opinia.

  7. 25/11/2009 o 4:29 pm

    Ja też jestem zwolenniczką i wyznawczynią szczerych recenzji. Uważam, że tego wymaga elementarna uczciwość. Tylko w ten sposób będziemy fair i to zarówno względem czytelników bloga, jak i autora, choć akurat temu drugiemu może być z tego powodu przykro, ale z drugiej strony z marketingowego punktu widzenie lepiej, że mówią źle niż gdyby w ogóle nie mówili. W każdym razie ja zawsze piszę dokładnie to co o danej książce myślę, bez względu na to czy dostałam ją do recenzji czy sama sobie kupiłam czy przyniosłam z biblioteki.

  8. mandżuria
    25/11/2009 o 7:55 pm

    Bazyl, na blogach nie znalazłam jeszcze pozytywnej opinii na temat tej książki, ale np. na Merlinie ocenę ma bardzo dobrą…

    Agnes, zwłaszcza na pierwszy rzut oka ;)

    Litera, bo łatwo przez to przebrnąć nie jest…

    Giera, „Boga rekina” czyta mi się dobrze, choć wolno, bo robię to głównie w tramwaju i autobusie. Jestem jakoś na 150 stronie i stwierdzam, że przeczytać warto. Jak szybko – muszę skończyć, żeby ocenić ;)

    Neta, ano właśnie. Myślę, że wydawnictwo powinno zerknąć, co ogólnie czytamy i wtedy chyba dałoby sobie spokój. W końcu na blogach raczej nie ma superpozytywnych recenzji Whartona czy Coelha…

    Chihiro, trochę się stresowałam przed napisaniem tej recenzji. Bardzo mi było miło, kiedy zaproponowano mi egzemplarz za recenzję i czułam się podle pisząc o książce aż tak źle. Z drugiej strony, gdybym starała się to ułagodzić miałabym wrażenie, że kłamię, bo sobie jakby kupili moją wdzięczność, a tego nie chciałam… No i nie chciałabym wprowadzić w błąd czytelników mojego bloga. A co za książkę dostałaś?

    Zosik, zgadzam się z Tobą w 100%. I tak jak napisałam Necie, łatwiej by było, gdyby specjaliści od marketingu zadali sobie trud sprawdzenia, co czyta autor danego bloga (choć rozumiem, że to by zajęło im dużo czasu…) – w części o mnie napisałam, że nie trawię panów Coelho i Janusza L. Wiśniewskiego, więc wątpliwe było, że mi się spodoba proza pani, która jest ich fanką… Ja sama nic o książce nie czytałam wcześniej, żeby się w żaden sposób nie nastawiać, pozywtynie bądź negatywnie…

  9. 26/11/2009 o 2:40 pm

    Dostalam „W piaskownicy swiatow” Stanislawa Karolewskiego, widzialam te ksiazke juz recenzowana na innych blogach.
    Ja tez piszac zbyt pochlebna recenzje czulabym sie nie w porzadku, mialabym wrazenie, ze oszukuje i autora i czytelnikow bloga i siebie takze. A z kolei piszac negatywna… nie wiem, troche byloby mi moze zal autora, ze mi zaufal. Bo w koncu to wrazliwi ludzie, ci pisarze, a wysylajac tak ksiazki do recenzji musza nagle przybrac bardzo gruba skore…

  10. 26/11/2009 o 5:21 pm

    To prawda, gruba skóra się przydaje. Nie tylko pisarzom, każdemu z nas :)

  11. 29/12/2009 o 11:34 pm

    Mandziurio, brawo! Uklony i jestem Ci bardzo wdzieczna, ze szczerze napisalas o tej ksiazce. Przeczytalam z wielka uwaga. Straszny gniot z tej ksiazki…

    Obawiam sie, ze niektorzy marketingowcy ksiazek licza na to, ze wyslanie wlascicielowi bloga ksiazki do recenzji bedzie sie rownalo sie z pozytywnym komentarzem. I niestety niektorzy blogerzy nie maja tyle odwagi co Ty.

    Pozdrawiam serdecznie :)

  12. mandżuria
    31/12/2009 o 2:57 pm

    Magamara, dziękuję. Nie było mi łatwo pisać tę recenzję, bo jednak miałam właśnie takie poczucie winy – oni mi przysyłają ksiązkę za darmo, a ja, niewdzięcznica, tak ją potem obsmarowuję. Ale musiałam, bo to książka naprawdę fatalna…

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s