Strona główna > podróże, stosik > Mój Londyn

Mój Londyn

IMG_0129

Tygodniowy wyjazd do Londynu był dla mnie jak zaczerpnięcie świeżego powietrza, nawet nie wiedziałam, jak bardzo mi to było potrzebne. A wycieczka ta została zaplanowana trochę w ostatniej chwili. Planowałyśmy z przyjaciółką wybrać się do Anglii już od dawna, bo nigdy tam nie byłyśmy, a pomijając ciekawość i pragnienie zobaczenia, studia i wykonywany zawód trochę nas do tego zobowiązują… Tak więc zebrałyśmy się w sobie i zaplanowałyśmy tygodniowy wyjazd, potykając się co chwila i zdobywając informacje na bieżąco, ale – UDAŁO SIĘ!

IMG_0132

St. Paul's Cathedral

Londyn przywitał nas piękną pogodą, która niestety trochę się później popsuła i miałyśmy okazję zobaczyć stolicę Anglii taką, jaką często widziałam w swoich wyobrażeniach – deszczową i wietrzną. Mieszkańcy wydają się być jednak przyzwyczajeni, bo kiedy my obwijałyśmy się ciaśniej chustką i stawiałyśmy kołnierz kurtki, oni biegali w koszulkach z krótkim rękawkiem lub krótkich spódniczkach. Myślę, że sama też mogłabym się szybko przyzwyczaić do takiego klimatu, bo lubię deszcz i wiatr. Jednak zgodnie z logistyką pakowania pt. „wziąć jak najmniej ubrań, żeby było miejsce na książki” (miałyśmy wykupiony tylko bagaż podręczny w samolocie) nie wzięłyśmy zbyt wielu ciepłych ubrań (bo za ciężkie i za dużo miejsca zajmują), więc kiedy deszcz przemoczył nasze cieplejsze odzienie, musiałyśmy trochę kombinować, ale ani na chwilę nie zepsuło nam to humorów i od rana do wieczora chodziłyśmy po mieście.

IMG_0251

Poza typowymi atrakcjami turystycznymi chciałyśmy też zobaczyć trochę „zwyczajnego” Londynu, miejsc mniej znanych, a wartych zwiedzenia. W ułożeniu planu wycieczki pomogła nam Chihiro i dzięki niej trafiłyśmy w zakątki pomijane w naszym małym przewodniku, jak na przykład kolorowy rynek Spitalfields, gdzie rozmaite ładne rzeczy, ubrania, chustki, szkatułki, biżuteria, książki, a wreszcie i jedzenie przyciągały uwagę i można by tam spędzać długie godziny. Wreszcie też na własne oczy przekonałam się, że sklepy vintage naprawdę różnią się od zwykłych lumpeksów (a patrząc na witryny niektórych sklepów w Łodzi można zwątpić w jakiekolwiek różnice między nimi). W Londynie znaleźć można mnóstwo uroczych sklepików, nie tych typowo pamiątkarskich, ale z rękodziełem, antykami, ciekawymi ubraniami i oczywiście – z książkami. Antykwariaty kuszą wieloma interesującymi tytułami i niskimi cenami (książki prawie nowe są tańsze niż polskie tłumaczenia w naszych antykwariatach), więc gdyby nie ograniczenia bagażowe, wróciłabym z górą książek, a tak to ograniczyłam się do pięciu (oraz kupiłam kilka książkowych prezentów…). Bardzo dobrym rozwiązaniem są wszelkiego rodzaju ‚charity shops’, w których kupić można przysłowiowe mydło i powidło (z naciskiem na ubrania, płyty, filmy i książki), a pieniądze zapłacone za towar przekazywane są na cele dobroczynne. Najpopularniejszą siecią takich sklepików jest chyba Oxfam, w Londynie można znaleźć kilka punktów. Zachwycają kolorowe stoiska na Brick Lane, które w połączeniu z multikulturowością (istnieje takie słowo…?) tej dzielnicy sprawia, że chwilami ciężko się połapać, w jakim regionie świata człowiek tak naprawdę się znajduje. Widziałyśmy także uliczkę, na której w soboty mieści się Portobello Market, ale trafiłyśmy tam innego dnia, więc musiałyśmy zadowolić się różnorodnymi sklepikami mieszczącymi się przy tej ulicy, co i tak było ciekawe. Jednak jeśli o zakupy i stoiska chodzi, to najbardziej spodobały mi się stragany rozstawione wzdłuż rzeki, kolorowe i pełne wszystkiego. Wystawiono je z okazji jakiegoś festiwalu na deptaku wzdłuż Tamizy, gdzie nam się bardzo przyjemnie spacerowało i podziwiało widok drugiego brzegu.

Pod względem architektonicznym Londyn jest bardzo ciekawym miastem, gdzie stare miesza się z nowym, a i nowe tworzone jest na różne sposoby. Zdecydowanie bardziej do gustu przypadły mi stare domki i kamieniczki, jak gdyby niezmienione od stu lat. Patrząc ponad samochodami i współcześnie ubranymi ludźmi na wyższe piętra i dachy można przenieść się na chwilę w czasie. Dlatego najpiękniejszą dzielnicą w Londynie wydało mi się Bloomsbury, po którym oprowadziła nad nieoceniona Chihiro. Wspaniale szło się wąskimi uliczkami pełnymi pięknych budynków, co jakiś czas pokazywał się ukryty między domami skwer, a po drodze mijałyśmy antykwariaty i księgarnie, do których grzechem byłoby nie wejść. Znalazłam sobie także miejsce (jedno z wielu w Londynie…), gdzie mogłabym zamieszkać – niestety nie pamiętam nazwy tej cudownej księgarni, ale wyróżniało ją to, że książki posegregowane były krajami, których dotyczyła ich treść. I tak w dziale Japonia można było znaleźć nie tylko przewodniki, reportaże i mapy dotyczące danego kraju, ale także powieści Japończyków i innych autorów o Japonii. W sam raz na peryferyjne wyzwanie czytelnicze!

IMG_0141

Nowoczesne budownictwo londyńskie jest moim zdaniem dość kontrowersyjne. Przede wszystkim: jest brzydkie. Ale o ile taki Gherkin może się podobać lub nie, ale wygląda jak coś rzeczywiście nowoczesnego i niemalże kosmicznego, to część budynków przypomina łódzki Hotel Centrum, będący najbrzydszym budynkiem w moim mieście i stanowiący niechlubną pamiątkę po PRLu. Pomyśleć, że londyńczycy robią to sobie dobrowolnie… Patrząc na budowle dopiero co powstające, można pomyśleć, że architekci nie potrafią utrafić w proporcje betonu i szkła, a nieregularne kształty nie zawsze oznaczają tworzenie miasta przyszłości. Pewnie zobaczyłam za mało, żeby oceniać całe miasto, ale to, co buduje się nad Tamizą jest w większości naprawdę dość koszmarne.

IMG_0118

Gherkin

Oczywiście udałyśmy się do królowej, ale widząc długą kolejkę i nie chcąc wydać zbyt wiele pieniędzy zdecydowałyśmy się pooglądać Buckigham Palace przez płot. Nie zachwycił mnie ani nie poruszył, w odróżnieniu od Westminster Abbey, które jest jednym z najpiękniejszych budynków w Londynie.

IMG_0167

Westminster Abbey

Samą przyjemnością było także spacerowanie po Soho, Oxford Street i siedzenie sobie na Trafalgar Square. Notting Hill olśniewa willami, a dzielnica South Kensington eleganckimi budynkami, na swój sposób bogatszymi niż te z Notting Hill. Oczywiście wybrałyśmy się także do muzeów. W Tate Britain podziwiałam kolekcję Turnera, dowiedziałam się, że jestem wielbicielką Millais’a i zawiodły mnie przedstawione tam obrazy Blake’a, którym bliżej było do czarnej plamy na czarnym tle niż do tego, co spodziewałam się zobaczyć. National Gallery mieści się w pięknym budynku i można tam znaleźć wiele sławnych obrazów, choć nie widziałam tam żadnych swoich ulubionych dzieł. Bardziej spodobało mi się mniejsze Victoria & Albert Museum, w którym organizowane są interesujące i nietypowe wystawy, jak np. ta dotycząca bajkowego designu opisywana przez Chihiro, jak gdyby wyciągnięta z jednej z opowieści Poe’a. Najbardziej upiorne były kapcie zrobione z małych kretów, w których na pewno możnaby bezszelestnie poruszać się wielkim, opuszczonym domostwie o kamiennych posadzkach… Podobało mi się także British Museum, choć chodząc po nim nie mogłam nie myśleć o tym, że większość znajdujących się tam rzeczy nie powinna znajdować się w Wielkiej Brytanii, a w krajach, z których pochodzi. Czy to w porządku, że np. Grecy muszą przyjechać do Londynu by podziwiać swoją spuściznę? Czy są to dobra ogólnoludzkie, więc mogą być akurat tam, gdzie ktoś je przywiózł (np. z wojny…), czy też stanowią dziedzictwo kulturowe danego regionu i tam powinny pozostać. Ja skłaniam się do tej drugiej opcji. Jak się nad tym zastanowić – dlaczego oryginał Bramy Isztar stoi sobie w Muzeum Pergamonu w Berlinie, a w Babilonie, czyli na terenie dzisiejszego Iraku, stoi jej nędzna kopia? Wydaje mi się to mocno nie fair… Mimo to – zbiory British Museum zachwycają i można tam spędzić długie godziny. Pewnym zawodem okazało się dla mnie zachwalane Natural History Museum, które choć ciekawe i niezwykle interaktywne, to jednak nie zaciekawiło mnie na tyle, żeby spędzić tam pół dnia. Ciekawiej było patrzeć na dzieciaki, które przyszły do muzeum na szkolną wycieczkę i wykonywały różne projekty. Ich reakcje na niektóre z atrakcji były bezcenne. Z samego muzeum najbardziej spodobał mi się budynek, w którym się mieściło, przepiękny.

millais

W moim prywatnym rankingu najpiękniejszy obraz Millais'a z Tate.

IMG_0202

Trafalgar Squere

 

Londyn jest zachwycającym miastem, ale to nie budynki i muzea podobały mi się najbardziej, a jego różnorodność, prawdziwa mieszanka kultur, przekonań, wierzeń i poglądów, którą widać niemal na każdym kroku. Kolorowe twarze, barwne stroje, rozmaite języki oraz kuchnie z najróżniejszych zakątków świata to coś, co sprawiało, że czasem miałam ochotę po prostu usiąść i patrzeć na ten niezwykły tłum, dlatego właśnie tak dobrze poczułam się w Londynie i myślę, że mogłabym tam zamieszkać, przynajmniej na jakiś czas. Będąc tam miałam wrażenie, że tak to właśnie powinno być, że różne kultury mogą koegzystować i każdy znajdzie miejsce dla siebie. Nie idealizuję Londynu, wiem, że nie zawsze bywa tam wesoło, a życie emigranta nie jest zazwyczaj związane z natychmiastową asymilacją, ale i tak wydaje mi się, że Wielka Brytania jako ogół potrafi radzić sobie z problemem emigracji dzięki szacunkowi i pozwoleniu na życie po swojemu. Nie chodzi tylko o rasy i narodowości – takiej rewii mody, gdzie wszystko wydaje się być dozwolone nie widziałam od dawna, o ile w ogóle kiedyś… Emigranci ubogacili także raczej mało zachęcająco kuchnię brytyjską, a my z radością stołowałyśmy się to w tajskim, to indyjskim, a raz nawet etiopskim barze, gdzie jedzenie wprawdzie przepaliło mi trochę przełyk, ale i tak było przepyszne.

IMG_0193

Londyn jest bardzo bogaty kulturalnie i to także można odczuć na każdym kroku, a ja czułam się tam swobodnie i tak lekko, jakby nagle wokół mnie zrobiło się więcej przestrzeni. Wróciłam naładowana pozytywną energią, chęcią działania i potrzebą zmian w moim życiu. Zobaczyłam, że naprawdę może być inaczej, że ludzie mogą się do siebie odnosić przyjaźnie i grzecznie na każdym kroku – zawsze próbowałam tak postępować, ale czasem stykając się z murem niechęci człowiekowi zwyczajnie odechciewa się dalszych prób. Wyjazd podziałał na mnie orzeźwiająco, ukulturalniająco, inspirująco i ożywczo. Oby mi się ten stan jak najdłużej utrzymał :)

IMG_0182

P.S. A oto zakupione przeze mnie książki, poza dwiema na dole, „Reading Lolita in Tehran” oraz „Life and Death in Shanghai”, które dostałam od Chihiro (jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję!):

IMG_0373

Advertisements
  1. 21/09/2009 o 10:37 pm

    Tylko pozazdrościć ;)

  2. 22/09/2009 o 7:33 am

    Fantastyczna wycieczka! Ja także kocham Londyn, to moje ulubione miasto na świecie, chociaż cieszę się, że tam nie mieszkam, ale że mam szansę często je odwiedzać;) Bardzo jestem ciekawa recenzji „A thousand years of good prayers”!

  3. 22/09/2009 o 8:35 am

    Ten obraz jest PRZEPIĘKNY!

    Szkoda,że nie umiem tak dobrze angielskiego. W pobliskim lumpeksie jest wielki stos całkiem ciekawych książek ,których nikt ine kupuje bo nie znają angielskiego ;))
    A kosztują pewnie z 2zl za sztukę.

  4. 22/09/2009 o 11:50 am

    Z przyjemnością czytałam Twoją relację. Wspaniale, że wycieczka się udała! Kureishiego też mam, niestety po polsku (zachęcona właśnie recenzą Chihiro), ale jeszcze nie czytałam. Na dwie górne książki też mam ogromną ochotę. Podsumowując – piękna wycieczka i piękny stos.

  5. 22/09/2009 o 1:41 pm

    Jaka wspaniala relacja! Dziekuje za tyle podziekowan :) Bardzo bylo mi milo spotkac sie z Wami i mam nadzieje, ze spotkamy sie ponownie, tym razem w Polsce :)
    Ta ksiegarnia, o ktorej wspominasz, gdzie ksiazki posegregowane sa wedlug rejonow, nazywa sie Daunt, tutaj link: http://www.dauntbooks.co.uk/
    Co do pokojowego zycia roznych kultur obok – jasne, Wielkia Brytania nie jest idealem, ale moim zdaniem jest najblizsza idealowi.
    A odnosnie zabytkow w British Museum. Zgadzam sie z Toba i troszke nie zgadzam. Zgadzam sie, ze te wspanialosci powinny znajdowac sie w kraju, skad pochodza, ale z drugiej strony fanatycy islamscy tyle zabytkow poniszczyli (tak samo jak za czasow Rewolucji Kulturalnej niszczone byly bezcenne antyki chinskie), ze moze dobrze, ze oryginaly znajduja sie bezpiecznie tu w muzeum w Londynie. W Afganistanie kiedys byly i muzea i biblioteki, teraz nie pozostal po nich slad. Tam byly tez wspaniale olbrzymie posagi Buddy, ktore wysadzono w powietrze. Niestety niektorzy przywodcy nie cenia wlasnego dziedzictwa kulturowego, az zal sciska, i moze wlasnie fakt, ze zostaly im dawniej zabrane, przyczynil sie do ochrony ich przed zniszczeniem bezpowrotnym?

  6. szamanka30
    22/09/2009 o 7:11 pm

    Piękna wycieczka, a dla mnie interesująca relacja. Teraz powinnas przeczytac ‚Sekrety Londynu”C.Augiasa :)

  7. 23/09/2009 o 8:11 pm

    Dziękuję za fantastyczną relację z Londynu!Zazdroszczę Ci tej wycieczki, wrażeń i wspomnień, które z niej przywiozłaś.

  8. 24/09/2009 o 7:00 pm

    Ech, rozmarzyłam się … pierwszy i ostatni raz byłam w Londynie w 97 roku, czyli sto lat temu ;)) Ale to takie cudowne licealne wspomnienia są :) Dzięki za przypomnienie :)

  9. mandżuria
    27/09/2009 o 5:55 pm

    KrzysztofUW, oj tak, udała nam się ta wycieczka :)

    Padma, coś jest w Londynie takiego, że ciężko pozostać obojętnym na jego magię, choć jeśli chodzi o sam wygląd, to istnieją piękniejsze miasta. Choć to też ciekawe, że osoba, która zwiedziła już tyle krajów, co Ty, nadal stawia Londyn na pierwszym miejscu :) Ja też go pokochałam.

    Medola, pierwszy raz zobaczyłam ten obraz właśnie w Tate, nawet nie pamiętam, jak się nazywa. Moja studiująca historię sztuki siostra też go nie znała wcześniej, więc raczej nie jest bardzo znany. Aż dziwne, bo jest piękny. Z drugiego końca sali wydawał się wręcz utkany z pereł.
    Wiesz, angielskiego naprawdę dobrze uczy się na książkach właśnie. Dają motywację do nauki słówek, a gramatyka wchodzi do głowy dość bezboleśnie, więc na pewno warto próbować. Ja też zaglądam czasem do pobliskich lumpeksów w poszukiwaniu anglojęzycznych książek, ale królują tam romanse, więc póki co nie udało mi się jeszcze wyszukać niczego ciekawego.

    Lilithin, dziękuję :) U mnie pewnie też minie trochę czasu, zanim zabiorę się za moje nowe zdobycze. Z chęcią przeczytam recenzje u Ciebie i wymienimy się potem spostrzeżeniami!

    Chihiro, dziękuję za informację dotyczącą księgarni! Teraz już wiem, jak nazywa się mój przyszły dom ;)
    Jeśli chodzi o zabytki w British Museum, to masz rację, nie spojrzałam na to zagadnienie w kontekście wojny. Na pewno dzięki takim zabiegom wiele wspaniałych rzeźb i innych zabytków ocalało, ale obawiam się, że większość z tych rzeczy nie została przywieziona do Londynu z chęci zachowania danej rzeczy w ogóle, tylko z chęci posiadania jej we własnym kraju. W końcu i Anglia odczuła np. II wojnę światową i gdyby muzeum zostało zbombardowane, to również mało co z tego by ocalało. Z drugiej strony zgadzam się, że dobrze się dzieje, jeśli nad dziedzictwem kulturowym sprawują pieczę ludzie, którzy potrafią docenić wartość zabytków i odpowiednio o nie zadbać (nie tak, jak w Afganistanie… pamiętam fragment o pomniku Buddy w „Tysiącu wspaniałych słońc” Hosseiniego, bardzo to przykre). Ciężko znaleźć dobre wyjście w takiej sytuacji, a ja sama też nie mam całkowicie sprecyzowanego zdania.

    Szamanka, dziękuję za polecenie książki, poszukam o niej jakichś informacji, bo tytuł niestety nic mi nie mówi…

    Kemotka, życzę Ci, żebyś też miała okazję odwiedzić Londyn, ciężko nie ulec jego magii…

    Neta, ja byłam po raz pierwszy właśnie teraz, mam nadzieję, że nie ostatni :)

  10. 28/09/2009 o 12:07 pm

    Oczywiscie, te zabytki przywieziono do Wielkiej Brytanii na wiele lat przed rewolucjami i wojnami na Bliskim Wschodzie, wiec intencje oczywiscie nie byly szlachetne w najmniejszym stopniu. To tylko potem tak wyszlo, jak pisze. Z tego, co czytalam, wiele londynskich muzeow (np. National Gallery) podczas wojny bylo kompletnie pustych, obrazy i dziela sztuki przechowywano w bunkrach, by byly bezpieczne. Tylko nie wiem, jak bylo w monumentalnymi zabytkami, w koncu jedna rzecz schowac obraz, nawet duzy, czy wazon, a co innego cala marmurowa brame… A niektore rzezby czy inne dziela sa kolosalne! Wiec pewnie nie mozna bylo ich chowac w bezpieczny sposob…

  11. 05/10/2009 o 3:52 pm

    Madziurio, ale udala Ci sie wyprawa! I jeszcze majac Chihiro za przewodnika, co jest dodatkowym skarbem :)

    Widzialas znacznie wiecej niz ja podczas mojej pierwszej wizyty w Londynie. Pamietam, ze po tym, jak odnalazlam Tate Modern, to mialam ochote spedzic tam reszte pobytu :))

    Milo tez zobaczyc na Twoich zdjeciach Ogorka. Zawsze jak widze Gerhkina, to nie moge sie nie zasmiac.

  12. mandżuria
    05/10/2009 o 4:57 pm

    Ja akurat w Tate Modern nie byłam, nie jest zbyt wielką miłośniczką sztuki nowoczesnej, pewnie dlatego, że mam problemy z jej zrozumieniem ;)

  13. 04/11/2009 o 11:28 pm

    Zajrzałam jeszcze raz, bo nie pamiętałam, co przywiozłaś, przeczytałam jeszcze raz Twoją relację z nostalgią i muszę przyznać, że widziałaś w Londynie kilka miejsc, w których ja nigdy nie byłam, np. Tate Gallery. Victoria&Albert Museum też odwiedziłam teraz po raz pierwszy. Podziwiam, że miałyście siłę na tyle zwiedzania!

  14. 04/11/2009 o 11:28 pm

    A, też się wybrałam na Spitafields Market, bardzo ciekawy:)

  15. mandżuria
    07/11/2009 o 10:37 pm

    Z tym zwiedzaniem i siłą to róźnie było… Ale starałyśmy się zobaczyć jak najwięcej :)

  16. 05/07/2010 o 5:10 pm

    W pewnych momentach Londyn sprawia wrażenie olbrzymiej głowy smoka pozbawionego korpusu – odciętej od olbrzmiego cielska imperium, które już dawno się rozsypało. Jakimś dziwnym jednak zrządzeniem głowa ta żyje a nawet się rozrasta…i wyglada na to, że nawet nie spadła z niej korona.
    Ba! Nadal ma pretensje do bycia pępkiem świata.

    Wielkim zaskoczeniem była dla mnie w Londynie inwazja współczesnej architektury. Wcale się nie dziwię księciu Karolowi, że z dezaprobatą wyrażał się o tej ekspansji modernizmu. Wypiera on sukcesywnie estetykę królewskiego Londynu, która swoje apogeum miała w epoce wiktoriańskiej. Książę Albert, ten ambitny niemiecki pozytywista, którego nie mogła zadowolić jedynie asysta u boku swojej epokowej żony Wiktorii, też pewnie przewraca się w grobie – tak wielka przepaść dzieli jego klasycyzujące Albertopolis (jak nazywają Londyńczycy zespół budowli wokół Royal Albert Hall) z nowoczesnym City (pełnym szklanych brył z wyróżniającym się architektonicznym wygibasem Lloyda).

    Rzut oka na dzisiejszy Londyn wiąże sie więc z pewnym estetycznym szokiem.
    Niestety, miasto traci swoją jednolitość a współczesne wstawki pogłębiają tylko budowlany bałagan miasta. Wydaje się, że Londyn rozwija się teraz żywiołowo i bez żadnej kontroli, potęgując pomieszanie różnych stylów. Być może pewnym rozwiązaniem byłoby zgrupowanie podobnych stylowo budynków w odrębnych rejonach, lecz dzieje się inaczej a rezultatem jest jeden wielki urbanistyczny kogiel-mogiel.
    Milenijne Oko kręci się ponad miastem blisko Parlamentu, wielkie jajo ze szkła i stali wyrasta ponad Tower of London, olbrzymia lustrzana beczka ratusza osiadła tuż obok Tower Bridge, wkrótce zaś londyńską skyline zdominować ma srebrna szpica London Tower Bridge – najwyższego drapacza chmur w Europie (jak widzimy, cokolwiek na siłę nazwa wieżowca chce się wpisać w historyczną tradycję). The times they are a-changin…

  17. mandżuria
    05/07/2010 o 11:57 pm

    Logos Amicus, a jednak w Londynie jest coś takiego, co pozwala wierzyć i nawet w sposób trudny do opisania cieszyć się, że ta korona wciąż tam gdzieś jest i nie spadła. Dla mnie Londyn stał się pewnego rodzaju wzorem miasta, choć niekoniecznie, jeśli chodzi o wygląd. O ie są miejsca, które mi się bardzo podobały, to niejest to dla mnie jedno z tych pięknych miast, którymi można się bez końca zachwycać.
    Ma na to wpływ także architektura. Mieszkam w Łodzi, o której mówi się, że architektonicznie łączy stare z nowym. Pewnie, że na mniejszą skalę a i lepiej by się może stało, gdyby zamiast inwestować w nowe budowle, ktoś odnowił i wykorzystał piękne, a niszczejące kamienice. Niemniej jednak takie połączenie może być interesujące i estetyczne. Niestety, w Lodynie sprawdza się to różnie. O ile część nowych budynków wygląda nowocześnie w dobrym tego słowa znaczeniu, to podczas mojego pobytu widziałam budowę nowego, wielkiego budynku nad Tamizą, który wyglądał jak z czasów prlu. Ohydna, ciężka bryła, sprawiające przytłaczające wrażenie. I nie tylko tam widać było tego rodzaju budynki, niby nowe, a wyglądające na stare. Szkoda.

  18. 07/07/2010 o 1:06 am

    Oczywiście to, jak odbieramy miasto, (w którym jesteśmy po raz pierwszy w życiu) – oraz to, jakie ono zostawia w nas wrażenia – zależy od wielu różnych rzeczy, z których większość może być (i jest) czymś bardzo subiektywnym, jak np. nasze samopoczucie, oczekiwania, pogoda (banalne ale prawdziwe), ludzie, których przypadkowo spotykamy, miejsca gdzie zaglądamy… etc.
    Należy też pamiętać, że w czasie krótkiej wizyty, siłą rzeczy nasza percpepcja danego miasta będzie dotyczyć tylko tego, co jest w nim powierzchowne. Tak naprawdę poznajemy miasto dopiero wtedy, gdy przyjdzie nam w nim żyć na codzień, i to przed dłuższy czas.

    PS. Dla mnie najciekawszym miastem Europy, (w jakim byłem) jest Rzym, najbardziej kolorowym – Barcelona, najbardziej (klasycznie) malowniczym – Praga, najbardziej eleganckim – Wiedeń, najbardziej przereklamowanym – Paryż… Londyn zaś to ucieleśnienie metropolizmu, kosmos sam w sobie, który chyba mógłby obyć się bez reszty świata :)

    Pozdrawiam

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s