Strona główna > książki, zabawa > „Chiński dysydent”

„Chiński dysydent”

chd

Bardzo chciałabym napisać, że „Chiński dysydent”, otrzymany od Zosik mi się podobał i to zajmująca lektura. Niestety, po 200 stronach dałam sobie spokój. Temat zapowiada się smakowicie: oto przybysz z Chin, artysta bez większego talentu, za to zamieszany niegdyś w polityczne afery, przyjeżdża do Ameryki, gdzie ma nauczać malarstwa w szkole dla dziewcząt i tworzyć nowe prace, najlepiej inspirowane ubogacającą wymianą kulturową. Trafia do rodziny niejakich Traversów, którzy sami borykają się z wieloma problemami (dojrzewająca córka, syn z depresją i nieodpowiednią dziewczyną, a nade wszystko skomplikowana relacja między żoną a bratem męża) i nie bardzo mają głowę do pomagania Yuanowi Zhao odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Oczekiwałam opowieści o zderzeniu się dwóch kultur oraz bogatego tła współczesno-chińskiego, a tymczasem jest tego w „Chińskim dysydencie” jak na lekarstwo. Na pierwszy plan wysuwają się perypetie amerykańskiej rodziny, które nie porywają, a raczej przyprawiają o ziewanie. Natrętnie nasuwało mi się skojarzenie z opowiadaniem o takiej amerykańskiej rzeczywistości w jakimś zbiorku opowiadań wydanych pod szyldem Reader’s Digest, które pożyczyła mi kiedyś koleżanka na długą drogę autobusem. Bohaterowie są irytujący, do mnie nie przemówiła zwłaszcza Cece Travers, która w moim odczucia była kreowana na niby prostą, ale niezwykłą kobietę, przyciągającą do siebie zwłaszcza mężczyzn. Ciężko przekonać się do czytania nieciekawej historii, w której ciężko polubić jakiegokolwiek bohatera. Bo i dysydent nie zachęca – niby człowiek o bogatej i dramatycznej przeszłości, a pozostaje mdły i nieciekawy jak reszta. Do tego dochodzi słaby język, kilka razy miałam wrażenie, że tłumaczka robiła zwykłe kalki z angielskiego, więc jeśli o to chodzi, może to przekład pozbawił „Dysydenta” kolejnego waloru… Gdyby to była historia o mojej dalszej rodzinie, to może bym jakoś się wciągnęła, ale ponieważ nie obeszły mnie problemy Traversów i ich gościa, w myśl mojej nowej zasady o nie marnowaniu czasu, odłożyłam ją nieskończoną.

Jednak coś musi być w tym powieściowym debiucie Nell Freudenberger, bo wielu osobom przypadł do gustu. Więc jeśli ktoś miałby ochotę przeczytać „Chińskiego dysydenta”, to proszę zostawić komentarz pod tą notką. Jeśli zgłosi się kilka osób, to zrobię losowanie. Czas rozstrzygnięcia – czwartek o 20. Dysydent wciąż szuka domu!

Nell Freudenberger, „Chiński dysydent” (MUZA, 2009)

Reklamy
  1. 28/07/2009 o 6:10 am

    Chętnie spróbuję :)

  2. 28/07/2009 o 9:35 am

    Nie, nie ja nie chcę ;-) Ja chcę tylko napisać, że też dałam sobie spokój po 200 stronach. To było jak taka nudna telenowela.

  3. 28/07/2009 o 1:05 pm

    Tak, z tą kalką z angielskiego też mi się rzuciło w oczy ;)
    Zdania na temat książki są jednak ostro podzielone :)
    (I, jakby co, nie chcę brać udziału w losowaniu, bo mam swój egzemplarz :))

  4. 28/07/2009 o 4:25 pm

    Chętnie spróbuję.

  5. 28/07/2009 o 8:22 pm

    Ja go nie mam zamiaru przygarnac, ale ciesze sie, ze tak ladnie napisalas, co Ci w tej powiesci nie pasuje. Oszczedze sobie lektury :)

  6. 28/07/2009 o 11:39 pm

    Dziekuje za ostrzezenie :)

    To milo z Twojej strony, ze chcesz sie dysydentem podzielic. Nie ma nic lepszego niz puscic ksiazke w obieg. Serdecznie dziekuje, ale nie bede sie o nia ubiegac :)

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s