Murakami i owca
Zastanawiam się, co takiego kontrowersyjnego jest w pisarstwie Murakamiego, że przysparza mu tyluż wielbicieli, co i wrogów, a także prześmiewców. Nie jestem specjalistką od jego twórczości i do tej pory przeczytałam zaledwie cztery książki, ale wszystkie one zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Kwestia gustu? A może kwestia tego, co się w książce widzi? Szyderczo porównywany do Coelho japoński pisarz zdaniem niektórych pisze banały, dodając im pseudointelektualną otoczkę. Dowiedziałam się tego z rozmów i czytania komentarzy, ponieważ sama nigdy nie odniosłam wrażenia, że Murakami próbuje przekazać wielkie prawdy życiowe i stać się mentorem, nie mówiąc o pisaniu sentencji i wciskaniu ich w usta postaci. Oczywiście, porusza tematy ważne, krytykuje zjawiska takie jak konsumpcjonizm, ale to już tematy równie klasyczne (nie, nie napiszę „oklepane”) jak miłość, dojrzewanie, czy cierpienie. To, co mi się w Murakamim podoba, to sposób, w jaki pisze swoje książki – łączy codzienność, nierzadko wyjątkowo banalną, za to wnikliwie opisaną, z ze zjawiskami czysto fantastycznymi, często zupełnie szalonymi, a które zadziwiająco dobrze wpasowują się w fabułę. Japoński autor jest dla mnie przede wszystkim opowiadaczem historii niesamowitych przydarzających się ludziom uważanym za synonim „szarego człowieka”. I jako taki, sprawdził się w każdej przeczytanej przeze mnie książce. Tak jest też z jakiś czas temu przeczytaną przeze mnie „Przygodą z owcą”, która także mi się spodobała i nie mam z tym problemu.
„Przygoda z owcą” jest pierwszą częścią przygód bohatera, którego zdążyłam już poznać w „Tańcz, tańcz, tańcz”. Nieznajomość „Przygody…” nie wpłynęła negatywnie na czytaną przeze mnie wcześniej powieść, jak i teraz wiedza o dalszych losach bohatera w minimalnym jedynie stopniu pozbawiała mnie przyjemności z odkrywania przyszłości bohatera – obie książki są bowiem powiązane dość luźno, mimo że główny bohater oraz kilku pobocznych pozostaje niezmiennych, a i sama historia się zazębia. Bezimienny bohater jest tuż po rozwodzie z żoną, w wyniku zmian na rynku rozmyśla nad porzuceniem firmy, którą założył wspólnie z przyjacielem, czuje się osamotniony i wyobcowany, choć nie narzeka na swój los. Wtedy mają miejsce dwie rzeczy – poznaje dziewczynę o najpiękniejszych uszach, jakie widział (dodatkowo dających swojej właścicielce dość nadzwyczajne zdolności), a wkrótce potem kontaktuje się z nim wielka firma przypominająca nieco mafię, która żąda od niego odnalezienia pewnej owcy. Owcy, która według ich słów od pewnego czasu miała władzę nad ekonomią Japonii, a jej zniknięcie może spowodować upadek misternego systemu. Mężczyzna dostaje propozycję nie do odrzucenia, a czytelnik przez kolejne strony pławić się będzie w tej mieszance realizmu i szalonego snu.
Prawdopodobnie dlatego, że „Tańcz…” czytałam jako pierwsze, zrobiło ono na mnie nieco większe wrażenie i w moim czteropozycyjnym rankingu książek Murakamiego zajmuje wyższą pozycję. Niemniej jednak „Przygoda z owcą” zdecydowanie przypadła mi do gustu i znalazłam tam to, czego w powieściach Japończyka szukam. Język jest naprawdę ładny, opisowy i pełen uroczych dygresji o sprawach pozbawionych znaczenia i błahych, którym te krótkie wtrącenia nadają jednak wartość. Oczywiście dodatkowy plus książka dostaje ode mnie za niezwiązany pozornie z główną historią wątek o bezimiennym kocie i rozmowie o nadawaniu imion w ogóle. Temat ten zainteresował mnie dzięki pewnemu wykładowi z językoznawstwa na pierwszym roku studiów, a cykl o Ziemiomorzu sprawił, że go pokochałam. W „Przygodzie z owcą” motyw ten nabiera dodatkowego znaczenia, biorąc pod uwagę upartą anonimowość głównego bohatera, który do końca dla czytelnika pozostaje bezimienny. Lubię też delikatną japońskość w książkach Murakamiego – pisarz ponoć uznawany jest za bardzo „nie-japońskiego” i rzeczywiście, w porównaniu ze znanymi mi innymi autorami z Kraju Kwitnącej Wiśni, jego styl jest bardzo „zachodni”. Tym bardziej lubię tę japońskość codzienną, wynikającą z normalnego życia, która przewija się w tle. Jest jej mało, ale stanowi dla mnie dodatkową atrakcję.
Jeśli ktoś lubi książki Murakamiego, ta także powinna mu się spodobać, bo jest bardzo „w stylu” pisarza, na tyle, na ile mogę to ocenić po w sumie niewielkiej liczbie przeczytanych pozycji. Natomiast przeciwnicy niech lepiej nie marnują czasu bo prawdopodobnie znajdą tu wszystko, co ich w prozie Japończyka denerwuje. Ja natomiast już planuję lekturę kolejnych jego powieści.
Tytuł: Przygoda z owcą
Tytuł oryginału: Hitsuji-o meguru bōken
Autor: Haruki Murakami
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: Muza, 2007
Ilość stron: 420
Moja ocena: 4+/6












