Archiwum

Posts Tagged ‘kobiece’

Żyjąc z duchami

10/09/2011 8 uwag

Zdarza się tak, że książka przeczytana w danym momencie wpasowuje się idealnie w czytelnicze potrzeby i choć ma się świadomość, że nie jest dzieło wiekopomne, a nawet jego autor ma na swoim koncie znacznie lepsze pozycje, ale właśnie ta książka, z uwagi na chwilę, staje się bliska i zachwyca, choć obiektywnie rzecz biorąc, nie jest to nic wybitnego. W ostatnich (przedwakacyjnych jeszcze) czasach taką książką stała się dla mnie powieść Amy Tan „Sto tajemnych zmysłów”. Patrząc z pewnego już dystansu przeczytany kiedyś „Klub radości i szczęścia” tej samej autorki był bardziej rozbudowaną, głębszą i jednak wartościowszą pozycją, ale to właśnie opowieść o Olivii i jej widzącej duchy siostrze szczególnie do mnie trafiła.

Olivia marzyła o siostrze i los postanowił spełnić to marzenie – tuż przed wczesną śmierci ojca Olivii, jej matka złożyła obietnicę sprowadzenia do Ameryki córki z pierwszego małżeństwa swojego małżonka sprzed wyemigrowania z Chin, sporo od Olivii starszą Kwan. Przysięga zostaje spełniona, Kwan przybywa do Stanów Zjednoczonych. Niestety, daleko jej do wymarzonej siostry – jest do bólu chińska w sposobie bycia, dla amerykańskich nastolatków wygląda na niedorozwiniętą, mówi dziwne rzeczy, a przede wszystkim – widzi duchy. Co więcej, z owymi duchami rozmawia i wspomina dawne dzieje, ze swego wcześniejszego wcielenia. Olivia, nazywana przez przybraną siostrę Libby-ja, nie może ścierpieć zachowania tamtej, walcząc dodatkowo z głębokimi wyrzutami sumienia, jako że Kwan darzy ją bezgranicznym przywiązaniem i miłością. Dziewczęta dorastają. Kwan doskonale odnajduje się w Ameryce, wychodzi za mąż, żyje po swojemu i wciąż spotyka się z duchami, choć jej opowieści zaprowadziły ją w młodości do szpitala psychiatrycznego. Tymczasem Olivia postanawia rozwieść się z mężem, Simonem. Chce ułożyć sobie życie od nowa, Kwan jednak uparcie wraca do przeszłości. Jak się okazuje, nie tylko ona chce powrotu Libby do męża, a opowieści o poprzednim życiu Kwan i tajemniczej Pannie Wstędze z czasem zaczynają mieć drugie dno. Wreszcie Olivia będzie musiała zmierzyć się z własnym życiem, uczuciami do byłego męża i starszej siostry.

Tan z wielkim wdziękiem połączyła ze sobą dwie historie – współczesną opowieść o dwóch różniących się od siebie diametralnie siostrach oraz dziejące się w dawnych czasach w Chinach życie poprzedniego wcielenia Kwan. Opowiadania przenikają się, przeszłość zaczyna ingerować w teraźniejszość, a Olivia przekonana o wybujałej wyobraźni Kwan, a nawet o pewnej niepoczytalności siostry, zaczyna tracić grunt pod nogami. Amerykańska część wydarzeń przyciąga trafnymi spostrzeżeniami i realistycznym przedstawieniem psującego się związku, w którym od miłości okazały się być silniejsze irytacja i zmęczenie. Choć i tu wiele namieszał duch przeszłości, przybierający postać byłej ukochanej Simona. Część chińską wzbogacają realia dawnej chińskiej prowincji, ironiczny nierzadko sposób przedstawienia wydarzeń i interesujące zderzenie kultury zachodniej z chińską. Choć autorka pisze wzruszająco i „Sto tajemnych zmysłów” traktuje głównie o uczuciach, nie ma tu popadania w ckliwość, zbytnią emocjonalność czy egzaltację. Jest za to sporo przymrużania oczu, trzeźwego spojrzenia na różnice kulturowe i dużo ciepła.

Co mogło wydarzyć się naprawdę, a co było misterną mistyfikacją utkaną przez lata z historii opowiadanych przez Kwan? Czy Kwan przywoływała duchy, by osiągnąć upragnione cele, czy też naprawdę miała oczy yin i pamiętała na tyle własne wcielenie? A wreszcie najważniejsze pytanie – czy to w ogóle ma znaczenie? Z olbrzymią przyjemnością zanurzyłam się w tym amerykańsko-chińskim świecie, który umiejętnie stworzyła sobie Kwan, łącząc stare z nowym, tradycję z zabawną nowoczesnością. Nie ma tu łatwych rozwiązań, cukierkowych zakończeń, a optymizm i pozytywne wyjście z sytuacji nie musi oznaczać banału. „Sto tajemnych zmysłów” pozostaje życiowe, mimo że granica między snem a jawą wydaje się niebywale płynna i od czytelnika zależy, w co postanowi uwierzyć. Ja swoją wersję wybrałam, każdego mogę zachęcić do sprawdzenia, która Wam bardziej będzie pasować.

Tytuł: Sto tajemnych zmysłów
Tytuł oryginału: The Hundred Secret Senses
Autor: Amy Tan
Tłumaczenie: Zofia Kierszys
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2003
Ilość stron: 376
Moja ocena: 5/6

Szanghaj w kobiecym wydaniu

07/09/2011 12 uwag

Szanghaj, lata 40. i 50. ubiegłego wieku. Kobiety, ich wolność, miłość, intrygi splątane z emocjami w nierozerwalne konfiguracje. Wojna czyhająca pod drzwiami, nowoczesność w zachodnim stylu połączona z chińską tradycją. Kameralne dramaty w cieniu wielkich nieszczęść i wielkich przemian. Tak w skrócie można opisać „Miłość jak pole bitwy” Eileen Chang, choć będzie to opis mocno wyidealizowany. Po obejrzeniu emocjonującego i przesmutnego „Ostrożnie, pożądanie”, które jednak nie usatysfakcjonowało mnie w pełni, liczyłam na to, że pierwowzór książkowy i inne opowiadania autorki zamknięte w wymienionym powyżej zbiorku poruszą mnie jeszcze bardziej, a zazwyczaj zdystansowany i pełen niedopowiedzeń styl, który kojarzę z literaturą z Dalekiego Wschodu, doda jeszcze wyrazistości opisywanym historiom. Niestety, po skończonej lekturze nie mogę pozbyć się wrażenia, że wyszło mdło i miejscami po prostu banalnie. Choć zabrzmi to dość okrutnie, najlepszym tekstem pozostaje wstęp autorki, w którym Chang pisze o swoim pisarstwie, wyborze tekstów i własnych emocjach z nimi związanymi. Same opowiadania przedstawiają się dużo słabiej.

Fabularnie najciekawszym tekstem wydało mi się właśnie „Ostrożnie, pożądanie” oraz może „Kwiat unoszący się na falach”, o kobiecie samotnej, która wybrała samodzielność i podjęła wyzwanie wyjazdu z kraju i wzięcia własnego życia w swoje ręce. Nie chcąc podzielić losu wielu znajomych i członków rodziny, którzy zdani na łaskę krewnych wiedli ponure życie na krawędzi nędzy, Louzhen szuka pracy, stanowi o sobie i nie znajdując sama miłości, nie czeka na nią w postaci aranżowanego małżeństwa. I choć pozostałe historie są mało odkrywczymi romansami (uczucie rodzące się między guwernantką a jej poznanym przypadkowo chlebodawcą, miłość między nauczycielem a studentką owładniętą miłością do muzyki, skomplikowane relacje między dwiema siostrami i kręcącymi się wokół nich mężczyznami), kobiety nakreślone przez Chang są mocnym punktem tych opowiadań – silne psychicznie, gotowe wziąć życie w swoje ręce i zapanować na porywami serca. Większość z nich pracuje, z godnością starają się wieść swoje życie nawet w obliczu porażki na większości frontów. Przede wszystkim jednak Chang skupia się na związkach kobiet z mężczyznami, z jednym wyjątkiem opowiadania o przyjaciółkach z przeszłości, które na nowo starają się odbudować łączącą je niegdyś zażyłość. W wielu miejscach klasyczne, chwilami stają się dość banalne, jak choćby utrzymane w konwencji powieści obyczajowej (jak stwierdziła autorka) „Wielka szkoda”, które jest do znudzenia powielanym melodramatem znanym z filmów i książek (pracodawca i młoda, niebogata dziewczyna pełna godności, która naucza jego dziecko). Tytułowe „Miłość jak pole bitwy” jest historią zabawną, napisaną w formie utworu scenicznego, która jednak wydaje się być gotowym scenariuszem romantycznej komedii. Owszem, znajdziemy tu ciekawy portret „milczącego pokolenia”, ludzi nie mogących się odnaleźć w zmieniającej się szybko rzeczywistości. Sama treść jednak nie zachwyca.

Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czego opowiadaniom Chang brakuje, bo sam zamysł i część pomysłów można było z pewnością przekształcić w poruszające i wywierające duże wrażenie teksty – a tego zazwyczaj oczekuję od krótkiej formy. Siła wyrazu, dobitna puenta zapadająca w pamięć. Opowiadania składające się na „Miłość jak pole bitwy” już powoli zaczynają zlewać mi się w jeden tekst. I mimo kilku naprawdę udanych fragmentów, teksty te pozostają w moim odczuciu przeciętne i rozczarowujące. Choć sama autorka wzbudziła moją sympatię, raczej nie sięgnę po kolejne jej książki.

Tytuł: Miłość jak pole bitwy
Tytuł oryginału: Qing Cheng Zhi Lian (倾城之恋)
Autor: Eileen Chang
Tłumaczenie: Katarzyna Kulpa
Wydawnictwo: WAB, 2008
Ilość stron: 336
Moja ocena: 2/6

Jaszczurka pływająca w piaskach

21/12/2010 3 uwag

Na fali mojego zainteresowania Bliskim Wschodem i życiem muzułmańskich kobiet, z ciekawością przeglądam większość pozycji wydanych na polskim rynku. Staram się omijać te, które w moim odczuciu powstały głównie po to, by zaszokować zachodniego, europejskiego czytelnika, a których (zwłaszcza kilka lat temu, mam wrażenie), pojawiło się u nas całkiem sporo. Okładka „Arabskiej perły” Mahy Gargash i niestety niezbyt udane moim zdaniem tłumaczenie tytułu (w oryginale książka nazywa się „The Sand Fish: A Novel from Dubai”, w powieści jednak owo zwierzątko ‘sandfish’ przetłumaczone zostało jako ‘gekon scynkowy’, zrozumiałe więc, że wydawca mógł mieć wątpliwości co do pozostawienia oryginalnego tytułu… ja bym jednak próbowała pozostać przy idei ‘sandfish’…) wzbudzały długo moje wątpliwości – czy będzie to jedna z owych sensacyjek (lub poważnych sensacji, nie chcę odmawiać im wartości merytorycznej, często jednak mam wrażenie, że w najlepszym razie służą za autoterapię dla autorów, a właściwie autorek), czy też kawałek literatury? Nota wydawcy sugeruje romans z arabską kulturą w tle, książka musiała więc odleżeć swoje na półce. Zimą jednak mam nierzadko ochotę na gorące historie, zarówno uczuciowo jak i klimatycznie. Przeczytałam więc „Arabską perłę” w dwa wieczory i muszę przyznać, że lektura bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.

Niesprecyzowana przeszłość. Młodziutka Noora mieszka w maleńkiej wiosce wśród gór na terenach dzisiejszego Dubaju. Dzięki swojej nieżyjącej już matce poznała zasady kierujące życiem arabskiej kobiety, sama jednak woli nieskrępowane życie pełne swobody, które dzieli z braćmi i ojcem pozwalającym jej na beztroskie zachowanie. Sytuacja zmienia się jednak, gdy ojciec coraz mocniej popada w przejmujące nad nim kontrolę szaleństwo. Najstarszy z braci Noory, wiedziony poczuciem obowiązku, ale i zagubieniem i chęcią pozbycia się problemu, jakim staje się siostra, postanawia wydać ją jak najszybciej za mąż. W transakcji główne skrzypce gra miejscowa czarownica, a Noora wbrew swojej woli zostaje trzecią żoną handlarza perłami w zaawansowanym wieku. Wyrusza wraz z nim do rodzinnej siedziby nad brzegiem morza, gdzie szybko orientuje się w domowej hierarchii i poznaje swój obowiązek: jak najszybciej urodzić mężowi dziedzica. Coraz bardziej zamieszana w małe intrygi i poznająca własne potrzeby Noora nawiązuje skomplikowane relacje z mężem, najstarszą żoną, rodzinną służącą oraz młodym pracownikiem jej męża.

Osobowość Noory i jej spojrzenie na świat kształtuje się dzięki poznawaniu innych ludzi, nabieraniu doświadczenia i przede wszystkim próbie odpowiedzi na pytanie, co uszczęśliwi ją samą i postawi w dogodnej sytuacji. Kto spodziewa się typowego romansu, może poczuć się wręcz zawiedziony, bo choć nie brakuje w powieści szczypty namiętności, z pewnością nie jest to główny temat książki. Z „Arabskiej perły” wyłania się przede wszystkim obraz młodej kobiety, jej dojrzewania do podejmowania decyzji kierując się rozsądkiem. Gargash umiejętnie pokazała psychiczne dorastania bohaterki, jej odnajdywanie się w trudnych warunkach, w których uczy się radzić sobie niczym gekon scynkowy pływający w piasku. Metafora „sandfish” wpasowuje się w treść i atmosferę książki, mnie poruszyła i tym bardziej mi szkoda, że nie znalazła żadnego odbicia w tytule powieści (‘perła’ również nie jest zupełnie pozbawiona sensu, jednak daje nieprawdziwy obraz dotyczący bohaterki, która miałaby ową perłą zostać). Choć Gargash studiowała w Ameryce, gdzie z pewnością nabrała pewnego dystansu do swojej kultury, „Arabska perła” nie jest jedną z lektur wprowadzających zachodniego czytelnika w arabski świat. Wiele zwyczajów nie jest już tłumaczonych i objaśnianych, jak choćby w scenie, kiedy Noora przygotowuje się do modlitwy. Część kwestii (strój) została wyjaśniona przez tłumacza, innych trzeba się domyślić lub o nich doczytać. Nie stanowi to jednak żadnego utrudnienia w czytaniu, a wręcz przeciwnie, dodaje autentyczności opowiadanej historii.

Powieść Mahy Gargash nie jest może literaturą największego kalibru, pozostaje jednak solidnie napisaną powieścią obyczajową. Przybliża życie ludności z okolic Dubaju w przeszłych czasach i przede wszystkim zadowala sprawnym portretem psychologicznym głównej bohaterki oraz dość zaskakującym zakończeniem. Jeśli lubicie takie arabsko-kobiece klimaty, polecam Wam lekturę „Arabskiej perły”. Choć nie pozostawia w czytelniczym sercu wielkiego śladu, warto poświęcić jej te kilka wieczorów.

Tytuł: Arabska perła
Tytuł oryginału: The Sand Fish: A Novel from Dubai
Autor: Maha Gargash
Wydawnictwo: Remi, 2010
Ilość stron: 408
Moja ocena: 4/6

Książkę dostałam w prezencie od wydawnictwa Remi, za co serdecznie dziękuję.

Według babki, według matki i według córki

08/12/2010 13 uwag

Książkę Marianny Fredriksson „Anna, Hanna i Johanna” miałam od dość dawna na swojej liście pozycji do przeczytania, natrafiłam na nią kiedyś przy okazji przeglądania książkowych blogów. Motywacją końcem końców okazało się być jednak wyzwanie Kraje Nordyckie (które ukończyłam w terminie, ale wciąż mam dwie zaległe recenzje do napisania – tę oraz „Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna”…) i fakt znalezienia tego tytułu w osiedlowej bibliotece. Miałam sporo szczęścia, ponieważ książka „Anna, Hanna i Johanna” nie są aktualnie dostępne w sprzedaży i nie słyszałam o planach dodruku. Szczęśliwie dla mnie się złożyło, że tuż po moim przeczytaniu trafiłam na aukcję, na której ktoś „Annę…” sprzedawał i jestem szczęśliwą posiadaczką swojej własnej kopii. Jest to bowiem jedna z najlepszych książek, jakie czytałam w tym roku! Choć fabuła nie jest szczytem oryginalności i powieści tego rodzaju powstało sporo, uwielbiam ten rodzaj książek – rodzinne sagi, głównie z punktu widzenia kobiet, pełne uczuć, analizy psychologicznej, rodzinnych tajemnic, a w tle zmiany społeczne i historyczne. Dodatkowo jesienna melancholia i ogarniające mnie ostatnio przygnębienie posłużyły za idealne warunki do czytania powieści Fredriksson.

Bohaterkami są trzy kobiety, przedstawicielki różnych pokoleń jednej rodziny. Babka, matka i córka żyły w różnych czasach, które w dużym stopniu determinowały ich wybory i sposób patrzenia na życie. Jednak zaskakująco dużo zdawały się mieć do powiedzenia geny lub przeznaczenie, w myśl którego czyny matek oddziaływały tak silnie na życie córek, że mniej lub bardziej świadomie powtarzały one część wzorców z życia starszych kobiet, które same krytykowały i od których chciały się odciąć. Skomplikowane relacje, w których żale i poczucie krzywdy mieszają się z poczuciem winy, miłością i czułością nie stwarzają odpowiednich warunków do szczerych rozmów. Fabuła powieści zawiązuje się w drugiej połowie XX wieku. Anna nie potrafi poradzić sobie z emocjami, gdy czuwa nad szpitalnym łóżkiem umierającej matki, Johanny. Stara się zrozumieć życie i przeszłość tej tak bliskiej jej kobiety, o nic już jednak nie może jej zapytać, bo Johanna rzadko kiedy odzyskuje świadomość. Anna szybko orientuje się, że by zrozumieć życie własnej matki, musi cofnąć się jeszcze jedno pokolenie wstecz i poznać babkę Hannę. Zdobywając informacje na temat przeszłości rodziny, składając je w jedną całość z rozsypki faktów, zasłyszanych gdzieś stwierdzeń oraz własnych domysłów, Anna tworzy portret niezwykłych kobiet, w międzyczasie wnikając też w głąb siebie. Autorka oddaje głos wszystkim trzem kobietom, czytelnicy otrzymują więc kompletny obraz rodziny, wzruszający i intrygujący, pełen mroku, ale i ciepła. W tle natomiast umieszcza Szwecję, pokazując zachodzące w niej przemiany. Podróż w przeszłość i obserwowanie zmian wraz z bohaterkami, uczestniczenie w części z nich jest fascynujące. Nie znałam szczegółowej historii Szwecji i choć nie ma tu historycznych wtrętów, politycznych dyskusji ani autentycznych biografii, Fredriksson zdołała subtelnie umieścić w swojej książce zmiany obyczajowe i społeczne, nie siląc się na ich ocenę. Hanna, Johanna i najmłodsza z nich Anna są dziećmi swoich epok, choć nie zawsze potrafią się dostosować do aktualnych wydarzeń i myśli, a historia ich nie oszczędza i puka do drzwi domów.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele fabuły, choć jak już wspomniałam na początku, nie ma tu zaskakujących rozwiązań, zwrotów akcji i szokujących tajemnic. To książka na wskroś obyczajowa, przy czym w tym wypadku to określenie całkowicie pozytywne, nic powieści nie ujmujące (to chyba mój ulubiony rodzaj książek, ale często wrzucany do jednego worka z chick-litem i romansami nienajwyższych lotów może kojarzyć się negatywnie – nic z tych rzeczy!). Fredriksson pisze bardzo przyjemnym językiem, kreśli prawdopodobne portrety psychologiczne. Nie mogłam oderwać się od lektury i długo po jej zakończeniu wciąż o niej rozmyślałam. Wpasowała się idealnie w moje czytelnicze potrzeby, ale mogę ją także z czystym sumieniem polecić każdemu, kto lubi takie rodzinne sagi ze skandynawskimi krajami w tle. Ja już zdobyłam kolejną książkę Marianne Fredriksson, „Elisabeth i Katarina”, która wydaje się być zbliżona w treści do opisywanej przeze mnie powieści. Już cieszę się na lekturę!

Tytuł: Anna, Hanna i Johanna
Tytuł oryginalny: Anna, Hanna och Johanna
Autor: Anne Bishop
Wydawnictwo: Świat Książki, 1999
Ilość stron: 381
Moja ocena: 6/6

W świecie Krwawych raz jeszcze

02/12/2010 4 uwag

Anne Bishop, choć pozornie nic na to nie wskazuje, jest swojego rodzaju fenomenem. Autorka książek z serii „Czarne Kamienie” stworzyła serię tyleż irytującą, co wciągającą i nie pozwalającą się od niej oderwać. Jeśli przebrnie się przez pierwszą połowę pierwszego tomu (z czym ja miałam trudności i byłam bliska zarzuceniu lektury), czytelnik niepostrzeżenie wciąga się w świat Krwawych i nagle odwraca ostatnią stronę książki – to już koniec? Taka przynajmniej jest moja relacja z panią Bishop. Przy pierwszych dwóch tomach pomstowałam na jej styl i niektóre pomysły, przy trzecim wznosiłam oczy do nieba, przy czwartym zgrzytałam zębami, a przy wczoraj skończonym piątym – machnęłam ręką i kwitowałam uśmiechem co mniej udane fragmenty. Coś w tych książkach jest bowiem przyciągającego, skoro późno w nocy kończyłam drugą i trzecią część, czwartą przeczytałam w jedną noc, obiecując sobie, że już tylko jeden podrozdzialik i idę spać. Piątej natomiast nie skończyłam tego samego wieczoru, kiedy zaczęłam z prostej przyczyny – następnego dnia musiałam iść do pracy. Ale kończyłam ją właśnie w pracy, trzymając rozłożoną książkę na kolanach pod biurkiem. Co też o czymś świadczy. I tylko tak mi szkoda, że Bishop nie jest lepszą pisarką, że stylowo pozostaje w grupie przeciętnych autorów i zdarzają jej się tak irytujące fragmenty. I żal mi także, że traci energię i wyobraźnię na erotyczne koszmarki i wprowadzanie papierowych postaci drugiego planu, zamiast rozwinąć psychologicznie i fabularnie(!) tych bohaterów, których już opisała (jak choćby cały sabat Jaenelle)… Bishop stworzyła naprawdę ciekawy i spójny świat, zapełniła go wieloma postaciami wzbudzającymi sympatię i, co moim zdaniem wyjątkowo niełatwe, potrafiła opisać epickie starcie dobra ze złem z naprawdę satysfakcjonującym finałem. Stworzyła pierwsze w mojej karierze czytelniczej magiczne stworzenia, które udało mi się polubić i łączy fantastykę z powieścią obyczajową (popadając, niestety, w tani sentymentalizm co jakiś czas…). Gdyby więc była dobra pisarką, „Czarne Kamienie” mogłyby być cudowne. Albo może, gdybym przeczytała je te osiem lat temu, kiedy byłam dość mroczną nastolatką, czytałam książki o wampirach Anne Rice (wprawdzie już przez „Królową Potępionych” nie przebrnęłam…) i miałam dużo bardziej rozwiniętą tolerancję na takie „mało znaczące rzeczy”, jak styl… Byłabym pewnie Bishop zachwycona. A tak – przyznaję, że mi się podobało. I tyle, niestety.

Przejdźmy jednak do meritum tej recenzji, a więc piątego tomu cyklu pod tytułem „Splątane sieci”. Po wielkiej wojnie, w której część bohaterów straciła życie, inni swą moc, a inni wreszcie zdobyli rodzinne szczęście oraz po tomie opowiadań, w którym jedno z nich przedstawiło nam „krajobraz po bitwie”, przyszedł czas na bardziej kameralną przygodę, która dotknie rodzinę SaDiablo (no nie mogę, nie mogę się nie uśmiechnąć pisząc to nazwisko!). Jaenelle wpada na pomysł zbudowania Domu Strachów dla plebejuszy (Królestwa są strasznie kastowe i pełne uprzedzeń), wykorzystując ich wyobrażenia na temat Krwawych. Niewinną zabawę podłapuje jednak Krwawy, który dopiero niedawno dowiedział się o swojej mocy i poczuł się odrzucony oraz fatalnie potraktowany przez innych obdarzonych. Swoje animozje koncentruje na najbardziej prominentnej rodzinie w Kaeleer, zapraszając ich do swojego własnego Domu Strachów, który szybko okazuje się być śmiertelnie niebezpieczną pułapką.

Pierwsza na miejsce przybywa Surreal, która jest obok Daemona główną postacią „Splątanych sieci”, choć oczywiście nie zabraknie nikogo z ulubieńców czytelników (przynajmniej z pierwszoplanowych bohaterów). Akurat dla mnie Surreal jest chyba jedyną antypatyczną bohaterką wśród pozytywnych postaci, drażni mnie jej sposób bycia, fragmenty z nią, które prawdopodobnie mają bawić, ale nie bawią, wszechobecna wulgarność i ogólnie pojęty „marysuizm” do sześcianiu (owszem, wiem, że i Jeanelle ma cechy typowej Mary Sue w dość dużym natężeniu, ale przy tym wszystkim wzbudza moją sympatię, jest w niej coś uroczego i jest w ścisłej czołówce moich ulubionych bohaterów). O ile do Daemona się przyzwyczaiłam i polubiłam (choć wciąż moje pojęcie atrakcyjności rozmija się z tym prezentowanym przez Bishop), nie drażni mnie jego wieczna niepewność i odgrzewane co chwila na nowo dramaty, o tyle Surreal początkowo lubiłam, ale jej akcje spadały u mnie coraz niżej z każdym tomem. Mimo tego doboru głównych postaci, książkę czytało się rewelacyjnie szybko, a fabuła potrafi zaskoczyć (oczywiście pewne rzeczy wydają się już tak oczywiste i wykorzystane po kilka razy, że dziwne wydaje się zaskoczenie samych bohaterów). Generalnie, znajdziemy w tej części wątki i motywy, które uwiodły czytelników w poprzednich tomach.

Jeśli czytaliście poprzednie księgi „Czarnych Kamieni” i Wam się podobały, nie wahajcie się, by sięgnąć po „Splątane sieci”. W innym wypadku, radzę zacząć czytanie chronologicznie, ominie Was inaczej dużo zabawy. Ja natomiast ciekawa jestem kolejnych książek z tego świata. Wprawdzie w najbliższym czasie będziemy musieli pożegnać się z ulubionymi bohaterami, a ich miejsce zajmą nowi, ale autorka już pracuje nad kolejnym zbiorem opowiadań o rodzinie SaDiablo, który z wielką chęcią kiedyś przeczytam.

Tytuł: Splątane sieci
Tytuł oryginalny: Tangled Webs
Autor: Anne Bishop
Wydawnictwo: INITIUM, 2010
Ilość stron: 304
Moja ocena: 4/6

Książkę dostałam od wydawnictwa INITIUM

Japonka w Ameryce

13/10/2010 14 uwag

Po udanej lekturze „Klubu Radości i Szczęścia” Amy Tan, opowiadającej o zderzeniu kultury chińskiej z amerykańską, w bibliotece wpadła mi w oko pozycja traktująca o zbliżonym temacie autorstwa Etsu Inagaki Sugimoto. Tym razem czytelnik ma szansę przyjrzeć się zderzeniu rzeczywistości amerykańskiej z japońską, na początku XX wieku. Wcześniej jednak zapozna się z życiem w Japonii u schyłku XIX wieku, tuż po upadku szogunatu, gdy Japonia „zrezygnowała” ze stanowiska samurajów i otworzyła granice nie tylko na handel, ale i wpływy innych kultur.

Etsu, zwana przez rodzinę w sposób typowy raczej dla chłopców Etsu-bo, przyszła na świat w 1876 w rodzinie samuraja, który choć stracił swoją pozycję i zubożał, wciąż kultywował tradycje i zwyczaje typowe dla tej grupy społecznej. Autorka dorastała w otoczeniu nauk, wierzeń i obyczajów głęboko zakorzenionych w narodzie japońskim, żywych tym bardziej w odległości od wielkich miast, jako że Etsu dzieciństwo spędziła w rodowej siedzibie w prowincji Echigo. Wspominając dzieciństwo autorka nie pozwala sobie na przesadną ckliwość i choć ze stron wyłania się obraz szczęśliwego życia w kochającej rodzinie, Sugimoto nie pomija wydarzeń przykrych lub budzących kontrowersje w jej młodym umyśle. Przedstawia swego ojca-samuraja jako człowieka niezwykle wymagającego i oddanego honorowi, ale także otwartego na nowe doświadczenia i zwyczaje napływające go Kraju Kwitnącej Wiśni zza dotąd zamkniętych granic. Sugimoto oddaje swoją książką hołd przemijającej Japonii, świetności i zwyczajom samurajów. Nie ocenia nowego porządku, nie sili się na opiniotwórcze konkluzje. Przedstawia natomiast ludzi ze swojego otoczenia odnajdujących się lub nie w nowej rzeczywistości, pozwalając czytelnikowi na wyciągnięcie własnych wniosków i wybranie z obu sposobów życia jak najwięcej pozytywnych czynników i postaw. Te proste opisy wzruszają portretami ludzi o wyrazistych charakterach i nietuzinkowych biografiach.

Mała Etsu miała zostać kapłanką, w wyniku splotu okoliczności została jednak wysłana do Ameryki, gdzie została żoną japońskiego handlarza. Swoje przeznaczenie, jak na córkę samuraja przystało, zaakceptowała i zrobiła wszystko, by odnaleźć się w nowej, zaskakująco dla niej odmiennej rzeczywistości. Pozostając Japonką wychowaną w ideale systemu feudalnego z zaskakującą spostrzegawczością opisuje swoje nowe życie, szybko nawiązuje przyjaźnie i z niezwykłą wręcz subtelnością opisuje różnice między swymi dwiema ojczyznami, unikając krytyki i delikatnie przemycając swoją ocenę między wierszami. Nie wynika to jednak z wyrachowana, bo Sugimoto skupia się przede wszystkim na samym pojęciu różnic kulturowych – tak jak ją zaskakuje i dziwi okazywanie sobie uczuć przez aktorów w teatrze, tak jej amerykańskich znajomych zastanawiają typowo japońskie zwyczaje, których Etsu się nie wyrzeka. Autorka podkreśla, że ludzie są tacy sami w każdym zakątku świata, a kultura i zwyczaje w głównej mierze opierają się na przyzwyczajeniach i kwestią czasu pozostaje, kiedy dwa narody poznają się na tyle, by w pełni akceptować własną odmienność.

„Córka samuraja” zachwyciła mnie i głęboko poruszyła. Na pierwszy rzut oka są to po prostu dość krótkie fragmenty wspomnień, prosto napisana autobiografia kobiety o ciekawej biografii. Teksty te ukazywały się początkowo w amerykańskim magazynie, co w dużej mierze tłumaczy ich formę. Uważna lektura pozwala docenić niezwykłe wręcz bogactwo tej prozy, poetyckość połączoną z rzeczowym opisem tradycji, porównanie dwóch kultur, z których każda stała się ojczyzną Etsu. To także piękna opowieść o wychowaniu, ideałach i ich miejscu w życiu człowieka, końcu pewnej epoki i początku nowej rzeczywistości, w której wciąż znajduje się miejsce dla tradycyjnych wartości, jeśli tylko obie strony wykażą minimum dobrej woli. Głęboko zapadł mi w pamięć fragment, w którym mowa jest o pogrzebie członka rodziny Etsu, która przyjęła chrześcijaństwo (nie pisze o tym wiele, jako że generalnie stroni od opisywania osobistych uczuć, zwłaszcza wprost), bez zastanowienia jednak decyduje się na wyprawienie tradycyjnego japońskiego pogrzebu w obrządku szintoistycznym. Konfrontując wątpliwości chrześcijańskich przyjaciół stwierdza, że gdyby ona sama umarła w dzień po przyjęciu nowej religii, jej matka dołożyłaby wszelkich starań, by została pochowana zgodnie ze swoimi nowymi zasadami, nie pomijając najdrobniejszego szczegółu. I właśnie nawet nie tolerancja, ale całkowita akceptacja odmienności, otwartość na nowe i nieznane przy jednoczesnej wierności własnym zasadom i przekonaniom poruszyła mnie do głębi, wzruszyła i zachwyciła. Bardzo chciałabym mieć tę książkę we własnej biblioteczce. Polecam gorąco każdemu, nie tylko wielbicielom japońskiej kultury i historii, choć dla nich „Córka samuraja” będzie podwójną gratką.

Tytuł: Córka Samuraja
Tytuł oryginału: A Daughetr of the Samurai / Bushi-no musume
Autor: Etsu Inagaki Sugimoto
Wydawnictwo: Diamond Books, 2006
Ilość stron: 280
Moja ocena: 5+/6

Konflikt pokoleń z chińską nutą

11/10/2010 10 uwag

Relacja pomiędzy córką i matką to jeden z wdzięczniejszych, choć pewnie także trudnych do uchwycenia i szczerego sportretowania wątków w literaturze. Mam do niego słabość i zawsze stanowi on dla mnie ważny element powieści, choć z reguły autorzy nie stronią od pokazania mrocznej strony tego związku, w realistyczny sposób oddając konflikt pomiędzy miłością, a częstymi żalami, zawiedzionymi nadziejami, brakiem zrozumienia i różniącymi się oczekiwaniami. Nie inaczej jest w powieści „Klub radości i szczęścia” Amy Tan, gdzie do odwiecznego i uniwersalnego wątku nici łączącej córkę z matką, dochodzi jeszcze konflikt typowo emigrancki, gdzie pokolenie dzieci od urodzenia wyrasta w nowej ojczyźnie przyjmując jej nowe zasady, rodzice natomiast wciąż zdają się tkwić jedną nogą w poprzedniej rzeczywistości.

Cztery chińskie kobiety mieszkające na stałe w USA spotykają się co tydzień na partyjce madżonga i plotkach, tworząc w ten sposób swój Klub Radości i Szczęścia, tradycję zapoczątkowaną przez jedną z nich jeszcze w Chinach. Po śmierci założycielki, wszyscy oczekują, że to jej córka zajmie miejsce przy kwadratowym stole. Przy pierwszej już grze okazuje się jednak, jak niewiele córka wie o zwyczajach matki, a co więcej, jak mało znała tę kobietę. Spotkanie to staje się punktem wyjścia do rozważań, w których trzy matki i cztery córki wspominają przeszłość, analizują swoje życie, jak gdyby pragnęły wytłumaczyć się sobie nawzajem i znaleźć zrozumienie. Różnice kulturowe i pozornie całkowicie odmienny bagaż doświadczeń utrudnia komunikację w większym jeszcze stopniu, niż subtelne różnice wynikające z dwujęzyczności młodszego pokolenia i ograniczonej umiejętności posługiwania się angielskim przez matki.

Matki młodszych bohaterek pochodzą z różnych rejonów Chin, ich życia to przekrój przez chińską kulturę i sytuacje, w których mogła znaleźć się kobieta w pierwszej połowie ubiegłego stulecia. Powody, dla których znalazły się w Ameryce również pozostają różnorodne, inne jest także ich podejście do nowego życia i wychowywania dzieci. Jest to również punkt wyjścia fabuły: Jing-Mei „June” Woo poznaje wstrząsającą prawdę o swojej zmarłej matce Suyuan: zanim wyemigrowała z Chin, musiała porzucić swoje małe córeczki z pierwszego małżeństwa, bliźniaczki będące starszymi siostrami June, do tej pory przekonanej o byciu jedynaczką. Okazuje się, że Suyuan mieszkając w Stanach wciąż poszukiwała swych dzieci, głęboka przekonana, że musiało udać im się przeżyć. Śmierć nie pozwoliła jej na dokończenie dzieła, które ma teraz przejąć June.

„Klub radości i szczęścia” to wyśmienita lektura, refleksyjna i dobrze napisana. Amy Tan z wyczuciem łączy melancholijne, wręcz poetyckie fragmenty z wartko opisanymi wydarzeniami. Potrafi wzruszyć, daleko jednak „Klubowi” do wyciskacza łez i prostej opowieści o konflikcie i radosnym pojednaniu na koniec. Problemy tak głęboko wpisane w sytuację życiową stanowią przepaść, która nie może się tak po prostu zrosnąć i zniknąć. Jedyne, co pozostaje, to zapełnić ją miłością i próbą zrozumienia, która nierzadko stanowi nie lada wysiłek, uderzając w podstawowe pojęcia i wierzenia. Konflikt kulturowy opisany w książce, choć głęboko osadzony w kontekście życia emigrantów skłania do uniwersalnych refleksji i pytania o źródło kultury i jej związek z krajem zamieszkania.

Za kanwę tej debiutanckiej powieści posłużyły własne doświadczenia Amy Tan, na kartach książki odnaleźć można wątki z życia jej matki jak i samej pisarki. Tan jest autorką kilku powieści (jak choćby „Żona kuchennego boga” lub „Córka nastawiacza kości”), wspomnień („Przeciwieństwo losu”) oraz książek dla dzieci. Pisarka prowadzi bujne życie, gra w zespole złożonym z publikowanych autorów (gra tam także np. Stephen King lub Barbara Kingslover). „Klub Radości i Szczęścia” to moje pierwsze spotkanie z tą amerykańską pisarką chińskiego pochodzenia, ale już wiem, że nieostatnie. Zwłaszcza, że z półki zerkają kolejne trzy książki jej autorstwa, na które już się cieszę.

Tytuł: Klub Radości i Szczęścia
Tytuł oryginału: The Joy Luck Club
Autor: Amy Tan
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2001
Ilość stron: 300
Moja ocena: 5/6

Amatorką być

11/09/2010 7 uwag

„Amatorki” to moje pierwsze spotkanie z prozą Elfriede Jelinek, austriackiej noblistki z 2004 roku. Wiele zdążyłam już usłyszeć o jej pisarstwie, sama autorka jest postacią dość kontrowersyjną, więc wyrobienie sobie zdania na temat jej twórczości było dla mnie kwestią czasu. „Amatorki” wpadły mi w ręce w bibliotece i postanowiłam nie zmarnować tej okazji, co bardzo mnie teraz cieszy.

Jelinek pokazuje życie dwóch kobiet, które nigdy nie miały okazji się spotkać, ale niemal identyczny los stał się ich udziałem, z małą różnicą na końcu historii. Brigitte to pracownica fabryki robiącej biustonosze, marząca o lepszym losie w komfortowym mieszkaniu. Zrobi wszystko, żeby wyrwać się z biedy i wykańczającej pracy, w czym ma jej pomóc Heinz, powoli otwierający własny biznes. Brigitte postanawia więc sobie kochać Heinza i wytrwale dąży do zdobycia go w roli męża, a więc źródła utrzymania. Paula natomiast wychowała się na wsi, lecz postanawia zerwać ze swoim dotychczasowym życiem i nauczyć się w mieście krawiectwa. Początkowy entuzjazm znika w momencie zakochania się (a przynajmniej przekonaniu samej siebie o tymże uczuciu) w młodym drwalu, mieszkańcu tej samej wioski. Romantyczna dziewczyna postanawia zrobić wszystko, by miłość zatriumfowała, a Pauli zapewniła godziwe życie w schludnym domku u boku swego męża. Brigitte nie ma złudzeń co do funkcjonowania świata, Paula je ma, ale i tak nie zmienia to scenariusza ich życia – obie poświęcają siebie i swoje życie mężczyźnie, nie mając do zaoferowania wiele ponad swoje ciało, z którego obaj chętnie korzystają.

Bohaterki nie należą do najinteligentniejszych, mówiąc delikatnie, niekiedy czytelnik ma ochotę potrząsnąć nimi mocno i pokazać możliwości otaczające je z różnych stron, równie średnio ciekawe, ale o niebo lepsze niż sprzedanie się mężczyźnie, który nie dość, że nie kocha, to jeszcze intelektem nie grzeszy. Poza irytacją kobiety wzbudzają jednak współczucie, gdyż autorka pokazuje, że tylko część winy ponoszą one same. Do obwiniania jest także społeczeństwo tkwiące w sztywnym patriarchacie, tłamszące obie dziewczyny i niejako zmuszające je do oglądania się na mężczyzn wokół nich.

Jelinek pisze niezwykle ironicznie, zapadającym w pamięć stylem. To taki rodzaj narracji, po którym myśli się w podobny sposób – urywanie, chaotycznie, ale z dużą wnikliwością. Choć jest to proza niezwykle mocno zaangażowana feministycznie, nie znajdzie się w niej postulatów, złotych myśli lub bezpośrednich oskarżeń. Nie ma takiej potrzeby, bo cały tekst głośno krzyczy o niesprawiedliwości i upodleniu, do jakiego mężczyźni doprowadzili kobiety i do jakiego one same się spychają, wyzbywają wszelkich ambicji, by bez słowa sprzeciwu powielać okropny schemat i samemu się do niego przymuszając. Bohaterki Jelinek, choć godne współczucia, nie są przedstawione jako nieskazitelne ofiary. Same ponoszą odpowiedzialność za swoje życie, o czym autorka przypomina. Nie jest tak, że wszelkie nieszczęścia są spowodowane przez mężczyzn, sukcesy zaś to już jedynie samodzielne działanie kobiet. Podobał mi się styl autorki jak i jej ostre, krytyczne spojrzenie na świat. Choć moje postrzeganie rzeczywistości różni się od przedstawionego w „Amatorkach” i jest dużo bardziej optymistyczne, o barwach nie wspominając, nie twierdzę, że takich osób i takich zakątków na świecie nie ma. Wręcz przeciwnie…

Choć nie było to spotkanie łatwe, lekkie i przyjemne, nie chciałabym poprzestać na jednym. Książka Jelinek to lektura ciężka, zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że chwilami męcząca, drażniąca i wsadzająca czytelnikowi małe szpilki w momencie, kiedy niekoniecznie się ich spodziewa. Mimo to jednak książka zmusza do refleksji i w krzywym zwierciadle ukazuje niewygodne prawdy, które wciąż są rzeczywistością w cywilizowanym świecie. Warto zmierzyć się z „Amatorkami”.

Tytuł: Amatorki
Tytuł oryginału: Die Liebhaberinnen
Autor: Elfriede Jelinek
Wydawnictwo: WAB, 2007
Ilość stron: 192
Moja ocena: 4+/6

“Serce Kaeleer” Anne Bishop

22/06/2010 3 uwag

Zbieram się do napisania notki o podróży, tymczasem jednak postanowiłam zabrać się za zaległe recenzje. Wciąż mam nadzieję dotrzymać przyrzeczenia danego sobie z okazji Nowego Roku – napisać recenzję o każdej przeczytanej książce, a najlepiej także o obejrzanym filmie. Zaległości mam spore, ale mam nadzieję, że to kwestia czasu.

Po mojej wcześniejszej recenzji trylogii autorstwa Anne Bishop dziwić może, że zabrałam się za IV część cyklu Czarne Kamienie. Cóż, na tym polega chyba fenomen tej książki. Z jednej strony irytują błędy w stylu, marnowanie potencjału i przedziwne chwilami rozwiązania fabularne. Z drugiej jednak czytelnik nie wiadomo kiedy przywiązuje się do opisywanego świata oraz bohaterów i chce wiedzieć więcej – jak to się dalej potoczyło, co stało się z ulubionymi postaciami… Ja sama odkąd odkryłam, że istnieje kolejna część cyklu, nie mogłam przestać się zastanawiać, co też tam zostało napisane. Ucieszyłam się więc, kiedy dostałam „Serce Kaeleer” w swoje ręce. Usiadłam do niej wieczorem, z zamiarem przeczytania pierwszego, króciutkiego opowiadania i skończyłam mniej więcej o 4 rano, kiedy doczytałam ostatnie zdanie całej książki. Tak, wciąga.

Był jeszcze jeden marzyciel. (s. 382)

W książce „Serce Kaeleer” mamy do czynienia z czterema opowiadaniami, z których każde ma innego głównego bohatera, inny nastrój i dzieje się w innym okresie życia bohaterów (co wziąwszy pod uwagę długowieczności postaci w cyklu jest dosyć znaczące). Pierwsze, „Prządka marzeń”, jest właściwie mitem powieściowego świata, wyjaśnieniem, skąd wzięły się Kamienie i Krwawi. Bishop w naprawdę ciekawy sposób obmyśliła genezę powstania magii w jej świecie, niestety styl użyty w opowiadanku powoduje zgrzytanie zębami, o czym za chwilę napiszę więcej. Następnie poznajemy historię miłości Lucivara do prostej dziewczyny, która w wyniku splotu okoliczności zostaje jego pomocą domową. „Książę Ebon Rih” jest przewidywalny do bólu i czerpie z mocno utartych już schematów, co nie zmienia faktu, że opowiadanie wciąga i jest naprawdę sympatyczne, pełne uczuć, pogmatwanych emocji i zabawnych sytuacji. Kiedy czytałam, co i rusz przypominałam sobie nieszczęsną Sagę o Ludziach Lodu, której swego czasu przeczytałam wszystkie 47 tomów i choć mam świadomość, że nie jest to literatura najwyższych lotów (tak, w kioskach stoi na półeczce z harlequinami), to jednak wciąż twierdzę, że niektóre tomy to bardzo fajne czytadła na jeden wieczór, romanse z ciekawym, magicznym tłem i ładnie zarysowanym wątkiem uczuciowym. Taką historią jest właśnie „Książę Ebon Rih”. Nawet sposób przedstawienia postaci (mroczny i dość brutalny mężczyzna pełen honoru i skrywanych uczuć oraz ona – trochę sponiewierana przez los, pełna temperamentu i kochająca z pasją) oraz główne miejsce wydarzeń (odizolowana od wielkiego świata chatka, niedaleko wsi), że już nie wspomnę o pochodzeniu głównego bohatera (obdarzona wielką mocą rodzina, walcząca do końca o każdego, kogo uznają za członka swego klanu) przywodzi na myśl Sandemo. Nie jest to minusem, gdyż tak jak wspomniałam, norweska pisarka ma na swoim koncie kilka naprawdę świetnych historii tego konkretnego rodzaju. Kolejne opowiadanie, „Zuulaman”, jest mroczną historią z młodości Saetana, opowiedzianą w przekonujący sposób i z pokaźnym ładunkiem emocjonalnym. Do mnie przemówiło i podziałało na wyobraźnię, szkoda, że w samym cyklu nieraz ciężko dopatrzyć się tej dwoistości charakteru Wielkiego Lorda Piekła i zazwyczaj występuje on w roli dobrego wujaszka. Ostatnia część książki opowiada natomiast o dalszych losach Jaenelle i Daemona, o wydarzeniach, które miały miejsce po „Królowej Ciemności”. Opowiadanie tytułowe samo w sobie nie jest zbyt oryginalne, można uznać, że do pewnego stopnia powtarza kilka motywów z początku „Królowej”, jest jednak pełne ciepła, sympatyczne i dające dużo satysfakcji, jeśli chodzi o kontynuację historii. Osobiście uważam wyjaśnienie pochodzenia Świtu Zmierzchu za absolutnie świetne, poruszające i pasujące do całości Czarnych Kamieni.

Książka nie wzbudza jednak tylko pozytywnych emocji i jest na co pomarudzić. Styl pisania Bishop poprawił się w porównaniu z I tomem, poprawiła się także korekta w polskim wydaniu i nie przypominam sobie żadnego błędu. Niestety, mimo to Bishop jest pisarką mocno przeciętną. Rozpoczynając czytanie „Prządki marzeń” szybko przypomniałam sobie, co mnie w pisarstwie Bishop drażniło podczas czytania trylogii. Autorka ma problemy z zachowaniem spójnej atmosfery tekstu, nadużywa wielokropków w poetyckich fragmentach, co i rusz sięga do ogranych schematów. Chwilami jej opowiadania przywodzą na myśl fanfiction do jej głównej serii (co samo w sobie nie jest krytyką, fanfiki potrafią być rewelacyjne, jednak tu mam na myśli przeciętne dziełka z tej kategorii), momentami nieporadne i zdające się nie być do końca przemyślane.

Niemniej jednak Bishop potrafi napisać fantastyczne fragmenty, ma pomysły na rozwiązania, które wynagradzają braki w warsztacie. Przede wszystkim wciąga i nie pozwala się oderwać aż do skończenia ostatniej strony. Dla tych, którzy przeczytali trylogię pozycja obowiązkowa, na pewno nie będą zawiedzeni.

Moja ocena: 4+/6
Anne Bishop, „Serce Kaeleer. Czarne Kamienie, księga IV” (INITIUM, 2010)
_____________

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Initium, za co serdecznie dziękuję.

Trylogia Krwawych Kamieni: wciągająca, ale…

05/05/2010 11 uwag

Ciężko mi zabrać się za recenzję trylogii „Czarnych Kamieni” autorstwa Anne Bishop, ponieważ mam niezwykle mieszane uczucia co do tej pozycji. Najłatwiej byłoby mi powiedzieć, że to książki stereotypowe i nie wnoszące do świata fantastyki nic nowego, więc szkoda tracić na nie czas… Ale jak w takim razie wyjaśnić fakt, że kiedy już zaczęło się czytać i przełknęło kilka rażąco głupich wątków, bez ograniczeń miało się ochotę przerzucać stronę za stroną, aż do końca danej części, nie przejmując się porą ani ewentualnymi obowiązkami. I choć sporo w tym czytaniu było tzw. „guilty pleasure” (wstydliwa przyjemność? Tak chyba należałoby to przetłumaczyć), to jednak w roli całkiem sprawnego czytadła „Czarne Kamienie” radzą sobie dobrze. Jestem świadoma tego, jak wielu książka ma wielbicieli (wielbicielek?), więc już spieszę z wyjaśnieniem, czemu historia Jaenelle nie rzuciła mnie na kolana… (a mogła…)

Zacznę jednak od plusów. Przede wszystkim Anne Bishop stworzyła naprawdę ciekawy świat, oryginalny i spójny, który zdecydowanie do mnie przemawia. Mamy więc odwrócenie typowych realiów fantasy – to Ciemność, a nie Światło, stanowi punkt odniesienia i wartość pozytywną, modlitwy wznosi się do Matki Nocy, a nie boga, zwyczajowo kojarzonego ze światłością bądź ogniem. Ciemność jest dobra, przynosi ukojenie, siłę i władzę. Dlatego to właśnie Czarne Kamienie świadczą o najpotężniejszej mocy. Kamienie to klejnoty, którymi zostają obdarzeni Krwawi, ludzie (i jak się z czasem dowiadujemy, nie tylko) obdarzeni talentem magii i jedyni tak naprawdę liczący się w Królestwie. Pierwsze Kamienie otrzymują w momencie urodzenia i to one pozwalają oszacować, jaka będzie siła danej osoby już po złożeniu Ofiary Ciemności, kiedy dostają swoje drugie Kamienie, a ich moc osiąga dojrzałość. Społeczność Krwawych oparta jest na matriarchacie, gdzie na szczycie drabiny zasiada Królowa, otoczona przez siostry ze swego sabatu oraz krąg oddanych mężczyzn, Wojowników mających jej służyć. Tak przynajmniej powinno to wyglądać, gdyż lata rządów zepsutych i żądnych władzy Królowych doprowadziło do przetrzebienia młodych i zdolnych kobiet oraz mężczyzn, a rasy inne niż ludzkie zepchnęło w cień lub też doprowadziło na skraj zagłady. Bishop w przemyślany sposób wprowadziła przedstawicieli innych gatunków, logicznie połączonych z historią Królestwa. Spodobała mi się także historia, czy też mitologia Krwawych, magia ściśle związana z seksualnością oraz zamysł postaci. Niestety, gdzieś po drodze coś poszło nie tak.

Fabuła jest niezwykle typowa. Można by nazwać ją klasyczną, ale niestety zbyt wiele już czytałam podobnych historii, a tu nie doszukałam się niczego nowego. Mamy więc kraj w stanie rozkładu, w którym ludzie wciąż pragną wierzyć w zbawienie, mające przyjąć formę Królowej, która da im wolność i pokój, będzie „mitem, który się spełnił”. Niestety, na czele państwa stoją Główne Złe, których jedynym motywem jest żądza władzy i umiłowanie sprawiania cierpień, nic ponadto. Mamy trzech mężczyzn, którzy są super silni, ale tkwią w niewoli u tychże Złych. W ich życiu pojawia się niezwykła, tajemnicza Dziewczyna obdarzona olbrzymią mocą, której nie potrafi jednak wykorzystywać, przynajmniej nie na takim poziomie, którego wymaga do niej rodzina niezdająca sobie sprawy z jej potęgi. Dziewczę ma obowiązkowe mroczne sekrety i traumę z dzieciństwa, które zabliźnić się mogą jedynie dzięki miłości. Któż jej ją zapewni? Oczywiście nasi silni mężczyźni, zostając odpowiednio jej Bratem, Ojcem i Kochankiem (po to się urodzili, nie ma więc między nimi żadnej rywalizacji co do roli, jaką mają sprawować). Dziewczę, kochane przez wszystkich dobrych i krzywdzone przez wszystkich złych, rośnie w siłę, w międzyczasie przeżywając mniejsze i większe dramaty, z których wyciąga ją zawsze któryś mężczyzna jej życia i pociesza. W końcu następuje rozrachunek ze złem i… nie powiem Wam, kto wygrywa.

Oczywiście, jest to pewne uproszczenie, ale tak to rzeczywiście wygląda i naprawdę szkoda, że Bishop obmyślając tak ciekawy świat, nie pokusiła się o bardziej oryginalną fabułę. A jeśli już zdecydowała się oprzeć swoją opowieść na podobnym schemacie, mogła pokusić się o więcej oryginalności w poszczególnych wątkach. Choć niektóre są naprawdę udane i zgrabnie opisane, inne przytłaczają nadmierną cukierkowatością lub też ilością posoki rozbryzgującej się po ścianach. Autorka sprawia wrażenie, jak gdyby historia wymykała jej się spod kontroli, co stawia pytanie – dla kogo w zamierzeniu jest właściwie ta powieść? Co z tego, że przez chwilę jesteśmy świadkami mrocznych scen, w których brutalnie torturowany jest Lucivar, skoro za chwilę akcja przenosi się do Pałacu, w którym Lord Piekła usilnie stara się wychować gromadę rozwrzeszczanych nastolatek, nieustannie „chichocząc” lub łapiąc się za głowę? Jak można wczuć się w tragiczną historię Briarwood, jeśli jest ona niemal przetykana uroczą historią zakochiwania się Daemona i Jaenelle, która w międzyczasie odnawia związki pomiędzy mocno specyficzną rodzinką? Czy to jest rzeczywiście powieść „tylko dla dorosłych”, jak przekonuje nas napis z tyłu okładki, czy może mroczna powieść dla starszych nastolatek, które może rzeczywiście przerazić okrucieństwo Dorothei? (Przyznaję, że i mnie niektóre sceny przyprawiały o dreszcz obrzydzenia, choć część była tak wymyślna, że właściwie nie do końca rozumiałam, o co ma w danej torturze chodzić… Może gdyby Główne Złe były diaboliczne nie tylko z nazwy, ale ich motywy naprawdę byłyby w stanie zrobić na mnie wrażenie, bardziej potrafiłabym się wczuć w całą historię). Takie skojarzenie miałam zwłaszcza w drugim tomie, zdecydowanie najsłabszym według mnie. Akcja prawie nie posuwa się do przodu, wciąż tylko ktoś rani Jaenelle, którą następnie trzeba utulić w ramionach, a całość przetykana jest wesołą historyjką o grupie czarownic i ich męskich przyjaciół okupujących Pałac.

Poza tymi wybijającymi z równowagi zmianami klimatu, irytuje też wiele zabiegów fabularnych. Chwilami autorka sięga wręcz do chwytów rodem z telenoweli, kiedy to bohaterowie postępują całkowicie wbrew wszelkim wyobrażeniom, bez logicznego uzasadnienia, byle było dramatycznie. Tak więc mamy zarówno sytuacje, w których ktoś daje wiarę przesłankom i nie pofatyguje się, żeby poznać prawdę, ale podejmuje decyzje mogące zaważyć na życiu wielu osób. Lub też taką, w której inna postać na podstawie własnych domysłów tworzy sobie własną wersję wydarzeń i odrzuca prawdę, nie dając dojść do słowa głównym zainteresowanym. Czytelnik od razu rozumie intencje bohatera, innym postaciom natomiast dość długo zajmuje ich pojęcie. Blado wypadają także wielkie plany knute przez Dorotheę i Hekatah, mało twórcze i aż dziw, że bohaterowie (rzadko, trzeba przyznać), w te ich pułapki rzeczywiście wpadają… Tym bardziej, że owe spiski niekiedy zupełnie nie zgadzały się z przyjętą przez autorkę koncepcją…

Szkoda, że Bishop nie zagłębiła się w psychikę swoich bohaterów, nie rozwinęła ich charakterów poza kilka (w najlepszym wypadku) głównych cech, które od razu definiują całą postać. Lepiej wypadają tu już panowie, choć na swój sposób są do siebie tak podobni, że poza tą jedną wyróżniającą cechą wydają się identyczni. Boli natomiast niewykorzystany potencjał w przypadku czarownic. Jaenelle jest postacią wzbudzającą sympatię, ale nie ma w niej nic porywającego, nic oryginalnego. Jeszcze gorzej wypadają siostry z jej sabatu – prawdziwie pole do popisu: silne osobowości, obdarzone wielką mocą. Niestety, nie dowiadujemy się o nich właściwie nic (może jedynie o Karli, choć trudno tu mówić o jej charakterze), poza tym, że są pełne temperamentu, a nawet bezczelne i kochają swoją Królową. Oczywiście, wszyscy bohaterowie pozytywni dają się lubić i z czasem nawet miałam już swoich ulubieńców, niemniej jednak ich potencjał pozostaje niewykorzystany. Najsłabsze są jednak złe bohaterki, które są po prostu złe: zazdrosne, żądne władzy, okrutne i wyzbyte jakichkolwiek wyższych instynktów. Dość ciekawie zapowiadała się Cassandra, ale szybko wyblakła i już tylko irytowała. A szkoda. Bishop radzi sobie natomiast z uczuciami, choć popada chwilami w przesadę, nie oszczędzając czytelnikowi pełnych lukru scen, kiedy to ponoć niezwykle brutalni i agresywni wojownicy co i rusz ze łzami w oczach wyznają sobie miłość lub też wzruszają się z innych powodów. Niemniej jednak i tak wzruszał mnie wątek Daemona i Lucivara, na co nic nie poradzę – pokażcie mi pokrętne relacje między rodzeństwem, dorzućcie ospowniednio wzruszające sceny, skomplikowaną miłość, wzajemne oskarżenia i zadawnione urazy, podszyte ironicznym poczuciem humoru – i jestem Wasza.

A jednak „Czarne Kamienie” potrafią wciągnąć i zainteresować. O ile w pierwszej części rażą wszystkie te powtórzenia, sceny balansujące na granicy niesmacznego kiczu, to z czasem można się przyzwyczaić do prezentowanego przez książkę poziomu i choć czasem ma się ochotę wznieść oczy w niemym wołaniu o pomoc, to z chęcią sięga się po tom kolejny. Tak jak napisałam, druga część jest najsłabsza, jednak trzecia w znacznym stopniu to rekompensuje – Anne Bishop udało się stworzyć punkt kulminacyjny i zakończenie odpowiadające rozmiarom serii, trzymające w napięciu i nie pozostawiające poczucia niedosytu i rozczarowania, co jest bolączką wielu książek fantasy. Tu zakończenie naprawdę mi się podobało – nie tylko te ostatnie kilka stron, ale cała droga do niego, spójna i w sumie dość zaskakująca jeśli wziąć pod uwagę, kto odegrał w niej znaczącą rolę. I choć miałam ochotę mocno potrząsnąć połową bohaterów (którzy znów zachowywali się irytująco nielogicznie, przecząc sobie samym), to naprawdę się wczułam w losy bohaterów.

Co mogę więc napisać na koniec? Polecam tę książkę do czytania w pociągu lub w okresie, kiedy zależy Wam na szybkim przemijaniu czasu – efekt gwarantowany. Jeśli nie czytaliście wielu książek spod znaku fantastyki jest nadzieja, że powielane schematy nie będą Was razić. Ogólnie rzecz ujmując, „Czarne Kamienie” czyta się szybko i w sumie przyjemnie, chwilami są naprawdę niezłe, chwilami osłabiające, ale… Przeczytałam te trzy tomy bezboleśnie, a na koniec czuję czytelniczą satysfakcję – było miło i choć nie jest to pozycja wybitna, można poświęcić na nią te kilka wieczorów.

Moja ocena: 3+/6
Anne Bishop, „Córka Krwawych. Czarne kamienie, księga I” (INITIUM, 2008)
Anne Bishop, „Dziedziczka cieni. Czarne kamienie, księga III” (INITIUM, 2009)
Anne Bishop, „Królowa ciemności. Czarne kamienie, księga III” (INITIUM, 2009)

P.S. Nie pisałam już o przekomicznych chwilami problemach autorki z wymyśleniem spójnych imion dla swoich postaci, zwróciła na to uwagę Ninedin, której recenzję serdecznie polecam.
_______________

Książki otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Initium, za co serdecznie dziękuję.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.