Poszukiwanie własnego ‘ja’
Dość długo zbierałam się do napisania tej notki, cierpiąc na jakiś specyficzny zastój recenzyjny (spowodowany prawdopodobnie chorobą, zmęczeniem materiału i wreszcie brakiem wiosny). Szczęśliwie to już za mną, a wiosna wreszcie wypełniła sobą łódzkie powietrze, więc teraz mam nadzieję wreszcie nadgonić recenzje, których przez ten czas sporo się uzbierało. Zacznę od lektur wyzwaniowych, a na pierwszy ogień idzie „Przebudzenie” autorstwa Kate Chopin, z którą to książką zapoznałam się podczas przygotowań do studiów. Na specjalnym kursie, na który wówczas uczęszczałam, omawialiśmy „Przebudzenie” w dużym skrócie. Nie przeczytałam wtedy tej krótkiej powieści bazując jedynie na streszczeniu i z perspektywy czasu cieszę się, że tak się stało. Te kilka lat temu fabuła wydała mi się płytka i poza jawnym motywem feministycznym niewiele wnosząca do literatury, dziś spojrzałam na nią inaczej i bardzo mi się spodobała. Starałam się w tej recenzji nie zdradzić zakończenia książki, jest ona jednak na tyle krótka, że ciężko omawiać ją inaczej, niż całościowo. Zresztą zakończenie, choć niezwykle symboliczne i skłaniające do refleksji, nie jest najważniejszą częścią utworu…
„Przebudzenie” zostało wydane w 1899, a Kate Chopin uważana jest za wczesną feministkę. Główną bohaterką swej krótkiej powieści Chopin mianowała Ednę Pontellier, młodą mężatkę z dwójką dzieci. Państwo Pontellier mieszkają na stałe w stanie Luizjana, wśród Kreolów – mieszkańców pochodzenia francuskiego, ludności konserwatywnej i niezwykle mocno trzymającej się hierarchii, w której mężczyzna stoi wyżej od kobiety, sprowadzając rolę tej drugiej do macierzyństwa i opieki nad domowym ogniskiem. Większość kobiet odnajduje się w przydzielonej im roli; te, które ośmieliły się zbuntować i ułożyć swoje życie inaczej traktowane są jak dziwadła, czego przykładem jest pianistka, panna Reisz. Co innego jednak rozpoczęcie innego życia już na początku swojej samodzielnej drogi, a co innego – zrezygnowanie z rodzinnego szczęścia, o którym można tylko marzyć. A taka właśnie myśl rodzi się w głowie Edny podczas letniska w Grand Island, gdzie adoruje ją młody Robert Lebrun. Po raz pierwszy kobieta zastanawia się, czy jej obecna sytuacja zaspokaja jej potrzeby, czy spełnia się i odnajduje w życiu, jakie prowadzi i które rozciąga się przed nią aż do śmierci. Pozornie błahe wydarzenia wpływają na Ednę i powoli prowadzą ją do przebudzenia – emocjonalnego, społecznego i wreszcie seksualnego.
Książka została uznana za szokującą i demoralizującą młode dziewczęta w momencie wydania, ale wiele lat później wreszcie ją doceniono i do tej pory uważa się, że miała wielki wpływ na literaturę amerykańską. Postać Edny fascynuje – jej powolne odkrywanie własnego ‘ja’, próba ułożenia i pogodzenia macierzyństwa ze spełnianiem się w roli kobiety wolnej od konwenansów i własnoręcznie sobie narzuconych zakazów i nakazów. Dodawtkowo Edna pozostaje normalna, zwyczajna, czego nierzadko brakuje nawet współczesnym bohaterkom. Maluje obrazy, ale nie jest wielką artystką i nie okazuje się nagle, że posiada niezwykły talent. Przeżywa miłość oraz chwilowe uniesienia, zrywa ze stereotypem kobiety obowiązującym wśród Kreoli, ale wciąż przyjaźni się z żywym ucieleśnieniem tych norm – panią Ratignolle. Chopin stworzyła niezwykle porywającą bohaterkę, a do tego opisała jej przeżycia oraz doznania duchowe pięknym językiem.
Feminizm nie jest oczywiście jedynym motywem powieści. „Przebudzenie” mówi głównie o szerszym pojęciu poszukiwania siebie i życia zgodnie z własnymi przekonaniami i potrzebami. Dzisiejszy świat i chyba każde społeczeństwo narzuca pewne normy, nawet jeśli nie są one tak widoczne i dużo bardziej elastyczne niż miało to miejsce w przeszłości. Podziwiam ludzi, którzy potrafią realizować swoje marzenia i dążyć do szczęścia bez oglądania się na normy, ale przede wszystkim – ludzi, którzy bez wahania potrafią odpowiedzieć na pytanie, czego chcą w życiu i co ich uszczęśliwia. Nawet po swojej decyzji o zmianach, Edna wciąż poszukiwała swojego miejsca w życiu, cierpiała nie mogąc pogodzić wszystkich aspektów własnej osobowości. Walka o własne ‘ja’ w „Przebudzeniu” jest cicha i samotna, tylko jedna osoba zdaje się rozumieć problemy Edny i odczytywać je we właściwy sposób, ale to zrozumienie następuje zbyt późno, by mogło uratować wrażliwą i spragnioną miłości kobietę.
Już po przeczytaniu nasuwa się pytanie, czy to się musiało tak skończyć? Czy istniała szansa na jakiekolwiek inne rozwiązanie? Czy ofiara Edny była potrzebna – prawdopodobnie i tak mało kto zrozumiał jej prawdziwą intencję. Nie zdziwiłabym się, gdyby pan Pontellier gładko zatuszował całe zajście, a Edna jawiła się znającym ją osobą jako osoba umysłowo słaba lub po prostu ciężko chora. A mimo to ciężko oprzeć się wrażeniu, że kobieta inaczej postąpić nie mogła, nie tracąc przy tym siebie, co było jej największym lękiem i wizją odbierającą sens jakimkolwiek poczynaniom.
Książkę czyta się błyskawicznie i bardzo przyjemnie, po lekturze natomiast jest się nad czym zastanowić. Gorąco namawiam wszystkich, którzy jeszcze nie mieli okazji do zapoznania się z tym klasykiem.
Moja ocena: 5/6
Kate Chopin, „Przebudzenie” (Libros, 2002)



Rodzina życiowych nieudaczników wybiera się w podróż, by spełnić życzenie małej dziewczynki, która choć nie jest wyjątkowo pięknym dzieckiem, pragnie wziąć udział w wyborach małej miss odbywających się w miejscowości sporo oddalonej od ich domu. Wydawałoby się, że to nic nowego, w końcu ile można oglądać komedii o ludziach niedopasowanych do środowiska, w jakim przyszło im żyć. Sama nie jestem zbyt entuzjastycznie nastawiona do komedii, ponieważ nie mam szczęścia do trafiania na takie, które by mnie śmieszyły (także dlatego, że w ogóle jestem bardzo “do tyłu” z oglądaniem filmów w ogóle…). Jednak “Mała Miss” (ang. “Little Miss Sunshine” od nazwy konkursu, w którym pragnie zastartować Olive) się broni i naprawdę film ogląda się bardzo dobrze. Dowcip jest mocno ironiczny, chwilami nawet czarny, a rodzinka Hoover’ów to prawdziwe oryginały (można wymienić choćby brata, który złożył śluby milczenia do czasu, póki nie dostanie się do szkoły lotniczej), które można polubić. Przesłanie filmu nie jest zbyt oryginalne jeśli chodzi o filmy tego rodzaju – najważniejsze jest pozostawać sobą (czego najlepszym przykładem jest Olive – dziewczynka jest dzieckiem miłym i słodkim, ale na pewno nie wyjątkowo ładnym, ale w porównaniu z imitacjami Barbie biorącymi udział w konkursie jest po prostu śliczna w swojej naturalności). A także dodaje: i potrafić się z siebie śmiać. Autorzy śmieją się z amerykańskiego społeczeństwa w sposób ironiczny i nie przekraczający granicy, kiedy śmiech staje się nieprzyjemny. Sam film, choć ciepły nie jest jednak ckliwy, a dzięki temu nie jest męczący. Polecam.
Nie jestem wielbicielką filmów wojennych, bo choć nie należę do szczególnie wydelikaconych osób, nie lubię też nadmiaru przemocy i krwi w filmach (w książkach lepiej to znoszę, choć też bez przyjemności). Nie odpowiada mi także gloryfikowanie wojny i pokazywanie jej jako niezwykłej, choć nieprzyjemnej przygody, która z chłopców robi mężczyzn a kobietom pozwala poznać wielką miłość ich życia. Czasem jednak nachodzi mnie na takie filmy ochota, zwłaszcza, jeśli leżą pod ręką. “Listy z Iwo Jimy” chciałam zobaczyć ze względu na historię w nim poruszaną jak i fakt, że film z perspektywy Japończyków nakręcił Amerykanin. O samej bitwie o Iwo Jimę wiedziałam trochę przed obejrzeniem – najbardziej dramatyczne wydaje się być to, że Japończycy zdawali sobie sprawę, że są skazani na klęskę, nikt im nie pomoże, a oni nie odeprą ataku Amerykanów, a mimo to bronili się tam ponad miesiąc. Nie przyszły posiłki, nie mieli też więc nowego zaopatrzenia i z głodu, pragnienia i grozy nadchodzącej śmierci dochodziło tam do iście przerażających sytuacji. W końcu wyspa padła, a tylko niewielka część Japończyków dostała się do niewoli. Film nie jest tak brutalny, jakby to sugerowała historia japońskich żołnierzy, powiedziałabym nawet, że ciężko jest wczuć się w ich dramat (pomijając już dramat samej wojny). Oczywiście, widać wojenne okrucieństwo, pojawiają się miotacze płomieni używane przez Amerykanów oraz wspomnienie, że pragnienie i głód doprowadziły do strasznych rzeczy. Podoba mi się położenie nacisku na historie pojedynczych żołnierzy, choć obierając taką strategię w filmie można było jeszcze głębiej zajrzeć w ich psychikę. Sam fakt, że historia jest opowiedziana jakby z perspektywy pisanych listów (to fakt historyczny, listy zostały odnalezione nie tak dawno temu) jest niezwykle wzruszający i przemawiający do wyobraźni, ale również jakby nie do końca wykorzystany. Za dużo w tym filmie biegania z karabinem, biorąc pod uwagę zamysł reżysera chyba nie tak powinno to wyglądać. Widz nie czuje upływu czasu, równie dobrze oblężenie mogłoby trwać pięć dni, a nie ponad miesiąc. Świetne aktorstwo (w głównego bohatera wciela się piosenkarz z popularnego japońskiego boysbandu i jest naprawdę dobry – szkoda, że to rzadka sytuacja) zasługuje na uwagę. Przy okazji nasunęła mi się smutna refleksja, że jakoś Japończycy mogli być grani przez Japończyków w filmie nakręconym przez Amerykanina (wiem, że to kwestia rasowa, ale na pewno znalazłaby się masa azjatyckich emigrantów w Ameryce, którzy mogliby tam zagrać), a Polacy w filmie nakręconym przez Polaka byli grani przez Amerykanów (po tylu latach wciąż mam dreszcze na wspomnienie nieszczęsnego “Władek is coming” z “Pianisty”, z której to kwestii podśmiewywaliśmy się całe liceum). Cała ścieżka muzyczna może jest trochę monotonna, ale pierwszy utwór z płyty swoim pięknem nadrabia za pozostałe utwory. Sami posłuchajcie:












