
Tygodniowy wyjazd do Londynu był dla mnie jak zaczerpnięcie świeżego powietrza, nawet nie wiedziałam, jak bardzo mi to było potrzebne. A wycieczka ta została zaplanowana trochę w ostatniej chwili. Planowałyśmy z przyjaciółką wybrać się do Anglii już od dawna, bo nigdy tam nie byłyśmy, a pomijając ciekawość i pragnienie zobaczenia, studia i wykonywany zawód trochę nas do tego zobowiązują… Tak więc zebrałyśmy się w sobie i zaplanowałyśmy tygodniowy wyjazd, potykając się co chwila i zdobywając informacje na bieżąco, ale – UDAŁO SIĘ!

St. Paul's Cathedral
Londyn przywitał nas piękną pogodą, która niestety trochę się później popsuła i miałyśmy okazję zobaczyć stolicę Anglii taką, jaką często widziałam w swoich wyobrażeniach – deszczową i wietrzną. Mieszkańcy wydają się być jednak przyzwyczajeni, bo kiedy my obwijałyśmy się ciaśniej chustką i stawiałyśmy kołnierz kurtki, oni biegali w koszulkach z krótkim rękawkiem lub krótkich spódniczkach. Myślę, że sama też mogłabym się szybko przyzwyczaić do takiego klimatu, bo lubię deszcz i wiatr. Jednak zgodnie z logistyką pakowania pt. “wziąć jak najmniej ubrań, żeby było miejsce na książki” (miałyśmy wykupiony tylko bagaż podręczny w samolocie) nie wzięłyśmy zbyt wielu ciepłych ubrań (bo za ciężkie i za dużo miejsca zajmują), więc kiedy deszcz przemoczył nasze cieplejsze odzienie, musiałyśmy trochę kombinować, ale ani na chwilę nie zepsuło nam to humorów i od rana do wieczora chodziłyśmy po mieście.

Poza typowymi atrakcjami turystycznymi chciałyśmy też zobaczyć trochę “zwyczajnego” Londynu, miejsc mniej znanych, a wartych zwiedzenia. W ułożeniu planu wycieczki pomogła nam Chihiro i dzięki niej trafiłyśmy w zakątki pomijane w naszym małym przewodniku, jak na przykład kolorowy rynek Spitalfields, gdzie rozmaite ładne rzeczy, ubrania, chustki, szkatułki, biżuteria, książki, a wreszcie i jedzenie przyciągały uwagę i można by tam spędzać długie godziny. Wreszcie też na własne oczy przekonałam się, że sklepy vintage naprawdę różnią się od zwykłych lumpeksów (a patrząc na witryny niektórych sklepów w Łodzi można zwątpić w jakiekolwiek różnice między nimi). W Londynie znaleźć można mnóstwo uroczych sklepików, nie tych typowo pamiątkarskich, ale z rękodziełem, antykami, ciekawymi ubraniami i oczywiście – z książkami. Antykwariaty kuszą wieloma interesującymi tytułami i niskimi cenami (książki prawie nowe są tańsze niż polskie tłumaczenia w naszych antykwariatach), więc gdyby nie ograniczenia bagażowe, wróciłabym z górą książek, a tak to ograniczyłam się do pięciu (oraz kupiłam kilka książkowych prezentów…). Bardzo dobrym rozwiązaniem są wszelkiego rodzaju ‘charity shops’, w których kupić można przysłowiowe mydło i powidło (z naciskiem na ubrania, płyty, filmy i książki), a pieniądze zapłacone za towar przekazywane są na cele dobroczynne. Najpopularniejszą siecią takich sklepików jest chyba Oxfam, w Londynie można znaleźć kilka punktów. Zachwycają kolorowe stoiska na Brick Lane, które w połączeniu z multikulturowością (istnieje takie słowo…?) tej dzielnicy sprawia, że chwilami ciężko się połapać, w jakim regionie świata człowiek tak naprawdę się znajduje. Widziałyśmy także uliczkę, na której w soboty mieści się Portobello Market, ale trafiłyśmy tam innego dnia, więc musiałyśmy zadowolić się różnorodnymi sklepikami mieszczącymi się przy tej ulicy, co i tak było ciekawe. Jednak jeśli o zakupy i stoiska chodzi, to najbardziej spodobały mi się stragany rozstawione wzdłuż rzeki, kolorowe i pełne wszystkiego. Wystawiono je z okazji jakiegoś festiwalu na deptaku wzdłuż Tamizy, gdzie nam się bardzo przyjemnie spacerowało i podziwiało widok drugiego brzegu.
Pod względem architektonicznym Londyn jest bardzo ciekawym miastem, gdzie stare miesza się z nowym, a i nowe tworzone jest na różne sposoby. Zdecydowanie bardziej do gustu przypadły mi stare domki i kamieniczki, jak gdyby niezmienione od stu lat. Patrząc ponad samochodami i współcześnie ubranymi ludźmi na wyższe piętra i dachy można przenieść się na chwilę w czasie. Dlatego najpiękniejszą dzielnicą w Londynie wydało mi się Bloomsbury, po którym oprowadziła nad nieoceniona Chihiro. Wspaniale szło się wąskimi uliczkami pełnymi pięknych budynków, co jakiś czas pokazywał się ukryty między domami skwer, a po drodze mijałyśmy antykwariaty i księgarnie, do których grzechem byłoby nie wejść. Znalazłam sobie także miejsce (jedno z wielu w Londynie…), gdzie mogłabym zamieszkać – niestety nie pamiętam nazwy tej cudownej księgarni, ale wyróżniało ją to, że książki posegregowane były krajami, których dotyczyła ich treść. I tak w dziale Japonia można było znaleźć nie tylko przewodniki, reportaże i mapy dotyczące danego kraju, ale także powieści Japończyków i innych autorów o Japonii. W sam raz na peryferyjne wyzwanie czytelnicze!

Nowoczesne budownictwo londyńskie jest moim zdaniem dość kontrowersyjne. Przede wszystkim: jest brzydkie. Ale o ile taki Gherkin może się podobać lub nie, ale wygląda jak coś rzeczywiście nowoczesnego i niemalże kosmicznego, to część budynków przypomina łódzki Hotel Centrum, będący najbrzydszym budynkiem w moim mieście i stanowiący niechlubną pamiątkę po PRLu. Pomyśleć, że londyńczycy robią to sobie dobrowolnie… Patrząc na budowle dopiero co powstające, można pomyśleć, że architekci nie potrafią utrafić w proporcje betonu i szkła, a nieregularne kształty nie zawsze oznaczają tworzenie miasta przyszłości. Pewnie zobaczyłam za mało, żeby oceniać całe miasto, ale to, co buduje się nad Tamizą jest w większości naprawdę dość koszmarne.

Gherkin
Oczywiście udałyśmy się do królowej, ale widząc długą kolejkę i nie chcąc wydać zbyt wiele pieniędzy zdecydowałyśmy się pooglądać Buckigham Palace przez płot. Nie zachwycił mnie ani nie poruszył, w odróżnieniu od Westminster Abbey, które jest jednym z najpiękniejszych budynków w Londynie.

Westminster Abbey
Samą przyjemnością było także spacerowanie po Soho, Oxford Street i siedzenie sobie na Trafalgar Square. Notting Hill olśniewa willami, a dzielnica South Kensington eleganckimi budynkami, na swój sposób bogatszymi niż te z Notting Hill. Oczywiście wybrałyśmy się także do muzeów. W Tate Britain podziwiałam kolekcję Turnera, dowiedziałam się, że jestem wielbicielką Millais’a i zawiodły mnie przedstawione tam obrazy Blake’a, którym bliżej było do czarnej plamy na czarnym tle niż do tego, co spodziewałam się zobaczyć. National Gallery mieści się w pięknym budynku i można tam znaleźć wiele sławnych obrazów, choć nie widziałam tam żadnych swoich ulubionych dzieł. Bardziej spodobało mi się mniejsze Victoria & Albert Museum, w którym organizowane są interesujące i nietypowe wystawy, jak np. ta dotycząca bajkowego designu opisywana przez Chihiro, jak gdyby wyciągnięta z jednej z opowieści Poe’a. Najbardziej upiorne były kapcie zrobione z małych kretów, w których na pewno możnaby bezszelestnie poruszać się wielkim, opuszczonym domostwie o kamiennych posadzkach… Podobało mi się także British Museum, choć chodząc po nim nie mogłam nie myśleć o tym, że większość znajdujących się tam rzeczy nie powinna znajdować się w Wielkiej Brytanii, a w krajach, z których pochodzi. Czy to w porządku, że np. Grecy muszą przyjechać do Londynu by podziwiać swoją spuściznę? Czy są to dobra ogólnoludzkie, więc mogą być akurat tam, gdzie ktoś je przywiózł (np. z wojny…), czy też stanowią dziedzictwo kulturowe danego regionu i tam powinny pozostać. Ja skłaniam się do tej drugiej opcji. Jak się nad tym zastanowić – dlaczego oryginał Bramy Isztar stoi sobie w Muzeum Pergamonu w Berlinie, a w Babilonie, czyli na terenie dzisiejszego Iraku, stoi jej nędzna kopia? Wydaje mi się to mocno nie fair… Mimo to – zbiory British Museum zachwycają i można tam spędzić długie godziny. Pewnym zawodem okazało się dla mnie zachwalane Natural History Museum, które choć ciekawe i niezwykle interaktywne, to jednak nie zaciekawiło mnie na tyle, żeby spędzić tam pół dnia. Ciekawiej było patrzeć na dzieciaki, które przyszły do muzeum na szkolną wycieczkę i wykonywały różne projekty. Ich reakcje na niektóre z atrakcji były bezcenne. Z samego muzeum najbardziej spodobał mi się budynek, w którym się mieściło, przepiękny.

W moim prywatnym rankingu najpiękniejszy obraz Millais'a z Tate.

Trafalgar Squere
Londyn jest zachwycającym miastem, ale to nie budynki i muzea podobały mi się najbardziej, a jego różnorodność, prawdziwa mieszanka kultur, przekonań, wierzeń i poglądów, którą widać niemal na każdym kroku. Kolorowe twarze, barwne stroje, rozmaite języki oraz kuchnie z najróżniejszych zakątków świata to coś, co sprawiało, że czasem miałam ochotę po prostu usiąść i patrzeć na ten niezwykły tłum, dlatego właśnie tak dobrze poczułam się w Londynie i myślę, że mogłabym tam zamieszkać, przynajmniej na jakiś czas. Będąc tam miałam wrażenie, że tak to właśnie powinno być, że różne kultury mogą koegzystować i każdy znajdzie miejsce dla siebie. Nie idealizuję Londynu, wiem, że nie zawsze bywa tam wesoło, a życie emigranta nie jest zazwyczaj związane z natychmiastową asymilacją, ale i tak wydaje mi się, że Wielka Brytania jako ogół potrafi radzić sobie z problemem emigracji dzięki szacunkowi i pozwoleniu na życie po swojemu. Nie chodzi tylko o rasy i narodowości – takiej rewii mody, gdzie wszystko wydaje się być dozwolone nie widziałam od dawna, o ile w ogóle kiedyś… Emigranci ubogacili także raczej mało zachęcająco kuchnię brytyjską, a my z radością stołowałyśmy się to w tajskim, to indyjskim, a raz nawet etiopskim barze, gdzie jedzenie wprawdzie przepaliło mi trochę przełyk, ale i tak było przepyszne.

Londyn jest bardzo bogaty kulturalnie i to także można odczuć na każdym kroku, a ja czułam się tam swobodnie i tak lekko, jakby nagle wokół mnie zrobiło się więcej przestrzeni. Wróciłam naładowana pozytywną energią, chęcią działania i potrzebą zmian w moim życiu. Zobaczyłam, że naprawdę może być inaczej, że ludzie mogą się do siebie odnosić przyjaźnie i grzecznie na każdym kroku – zawsze próbowałam tak postępować, ale czasem stykając się z murem niechęci człowiekowi zwyczajnie odechciewa się dalszych prób. Wyjazd podziałał na mnie orzeźwiająco, ukulturalniająco, inspirująco i ożywczo. Oby mi się ten stan jak najdłużej utrzymał :)

P.S. A oto zakupione przeze mnie książki, poza dwiema na dole, “Reading Lolita in Tehran” oraz “Life and Death in Shanghai”, które dostałam od Chihiro (jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję!):
