O kilku filmach słów kilka
Notki odnośnie poniższych filmów powstały kilka miesięcy temu. Dlaczego wrzucam je dopiero teraz – właściwie sama nie wiem, ciężki mi było zebrać się do wrzucenia czegoś na bloga. Teraz ta dziwna niemoc i przeszła (mam nadzieję, że na dłużej), więc korzystam i notki wrzucam. Kadry z filmów pochodzą z Filmweba.
“Ludzie Boga” (Des Hommes et des dieux) reż. Xavier Beauvois
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, „Ludzie Boga” (choć osobiście bardziej podoba mi się tytuł oryginalny, możliwy do przetłumaczenia jako „O ludziach i bogach”) to jeden z najbardziej poruszających lub wręcz najbardziej poruszający film, jaki widziałam w całej minionej połowie roku. Myślę, że nie jest łatwo nakręcić film o religii (jaka by ona nie była) – można popaść w niepotrzebny patos mówiąc o rzeczach podniosłych, można uciec w dość tani sentymentalizm chcąc wzruszyć i mówiąc o uczuciach, a wreszcie niebezpieczeństwem jest moralizatorstwo szyte grubymi nićmi. Oczywiście dużo zależy też od konwencji – wszystkie te minusy częstsze są w ekranizacjach chociażby opowieści biblijnych, filmy dziejące się we współczesności na pierwszym miejscu stawiają nierzadko psychologię i zazwyczaj wychodzi to obrazom na dobre. „Ludzie boga” to film traktujący o głębokiej wierze i znalezieniu dla niej miejsca w hierarchii – postawienie jej na pierwszym miejscu, własne życie stawiając na drugim nie jest łatwym wyborem, nawet dla zakonników, którzy Bogu poświęcili swoje życie.

Mała miejscowość w Algierii. Na wzgórzu znajduje się klasztor mnichów, cystersów. Bracia uprawiają ziemię, sprzedają swoje towary i oczywiście spędzają dużo czasu na modlitwie i nauce. Poddając się dość surowym wymogom pracowitego życia w tak odmiennym od ich ojczyzny (pochodzą z Francji) miejscu, wydają się być szczęśliwi, żyjąc w harmonii ze światem i lokalną muzułmańską społecznością. Pięknie przedstawiona jest relacja mnichów z mieszkańcami wsi – pełna szacunku i zrozumienia dla odmiennej tradycji. Zakonnicy uczestniczą w świętach i życiu codziennym muzułmanów, tamci natomiast odpowiadają przyjaźnią i nie wyobrażają sobie dalszego funkcjonowania społeczności bez mnichów. Idyllę przerywa wieść o brutalnych atakach grupy ekstremistów muzułmańskich na chrześcijańskich misjonarzy w pobliskiej miejscowości.

Treścią filmu jest właściwie proces podejmowania decyzji, poszukiwania miejsca dla siebie w świecie pośród ludzi. Bliskie jest mi przedstawienie wiary w „Ludziach Boga” – mnisi starają się prowadzić dialog w modlitwie, jednak przede wszystkim widzą Go w innych ludziach, w otaczającej ich przyrodzie. Przepiękna jest scena, w której Christian szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania dotyczące przyszłości właśnie na długim spacerze, szukając Boga i Jego prawdy pośród dzieł przez Niego stworzonych. Cały film zbudowany jest z obrazów, z których część ma szansę na długo zapaść w pamięć. Moment, w którym mnisi przy dźwiękach „Jeziora łabędziego” spożywają swoją własną Ostatnią Wieczerzę w moim odczuciu spokojnie może przejść do historii kina – dla mnie była głęboką refleksją na temat człowieczeństwa i tego, co jest piękne i dobre w byciu człowiekiem. A przy tym – niezwykle poruszająca, popłakałam się strasznie, a towarzyszyli mi wszyscy widzowie siedzący obok mnie widzowie, podejrzewam, że reszta kina też nie pozostała obojętna. Do tego dołożyć jeszcze można przekonującą wizję, w której religie i kultury mogą żyć ze sobą w zgodzie, jeśli nie zapominają o wzajemnym szacunku i skupiają się na tym, co łączy, a nie tym, co dzieli. Chrześcijańscy mnisi nie próbują nawracać lokalnej społeczności, pomagają jej w granicach sobie narzuconych, trwając przy tym w swoich przekonaniach. Być może wpływ ma na to także profil zakonu, do którego należą bracia. W każdym razie wizja ta przekonuje, że harmonia jest możliwa, choć krucha i wystarczy odrobina nienawiści, by ją zburzyć.

W moim odczuciu „Ludzie Boga” to film niezwykły, pięknie nakręcony i z głębokim przesłaniem. Dla mnie był wręcz rekolekcyjny, nie ograniczyłabym jednak siły jego wyrazu do kwestii religijnych – wiara jawi się tu jako wartość, głębokie przekonanie, które w jakiś sposób definiuje życie i jego wybory. Tym samym przesłanie staje się bardziej uniwersalne. Wiem, że muszę obejrzeć ten film ponownie, wierzę, że znów znajdę w nim coś dla siebie, przede wszystkim jednak nie mogę zapomnieć o nim i wrażeniu, jakie po sobie we mnie pozostawił. Odebrałam go bardzo osobiście, intymnie wręcz. Dla mnie to jeden z ważniejszych filmów w ostatnich czasach.
“Inni” (The Others) reż. Alejandro Amenábar
Nie lubię horrorów. Łatwo mnie wystraszyć, ale jeszcze łatwiej obrzydzić, a w tym mam wrażenie prześciga się większość współczesnych horrorów. Z książkami mam zresztą to samo, nigdy nie ciągnęło mnie do tego gatunku. Wolę mocne wrażenia trochę innego rodzaju, a nie okrucieństwo dla samego okrucieństwa. Nie znaczy to jednak, że od czasu do czasu nie oglądam czegoś strasznego (na moje naprawdę zaniżone standardy), gustuję bardziej w klimacie gotyckim i nie mam tu na myśli wampirów (nie przypominam sobie żadnego dobrego filmu o wampirach, jaki oglądałam lub chciałam obejrzeć), ale rozmaite historie o duchach, nawiedzonych domach i przenikaniu się świata rzeczywistego z nadnaturalnym. W taką konwencje wpisuje się film „Inni” w reżyserii Alejandro Amenábar, który bardzo mi się podobał i chwilami naprawdę się na nim bałam, a jest on pozbawiony zupełnie drastycznych scen – czyli coś w sam raz dla mnie, kiedy najdzie mnie ochota na dreszcze pełzające po kręgosłupie.

Historia czerpie garściami z gotyckiej tradycji. Troje służących zgłasza się na służbę do właścicielki wielkiego domu, Grace Stewart. Młoda kobieta potrzebuje pomocy, czekając na powrót męża z wojny. W całym budynku panują ciemności, rozpraszane jedynie przez lampki naftowe – małe dzieci Grace cierpią na rzadką chorobę, są uczulone na światło słoneczne, przez co kontakt z naturalnym światłem mógłby okazać się dla nich zabójczy. Energiczna Anne i młodszy, raczej bojaźliwy Nicholas wynajdują sobie różne zabawy w domu, coraz bardziej przekonując się o tym, że ktoś w nim mieszka oprócz nich. Nerwowa i osamotniona Grace nie chce przyjąć do wiadomości opowieści dzieci, wkrótce jednak sama musi przyznać, że wyczuwa czyjąś obecność, a różne wydarzenia potwierdzają te niejasne domysły. Sytuacji nie poprawia tajemnicze i niepokojące zachowanie służących. Wzrasta poczucie osaczenia i samotności, Greace staje się coraz bardziej zdeterminowana, a akcja prowadzi do dość przewrotnego zakończenia, w tradycji bardziej współczesnej.

Napięcie narasta w „Innych” stopniowo i konsekwentnie, kostiumy epoki dodają historii uroku i pozwalają uwierzyć w fabularne zwroty akcji. Nicole Kidman pasuje do roli kobiety kruchej, nerwowej i dumnej, a mały James Bentley grający jej synka całkowicie mnie rozczulił, chciałam, żeby pojawił się ktoś, kto jak najszybciej zabierze go z tego budzącego grozę miejsca. „Inni” są filmem wyważonym, czerpiącym z różnych klasycznych konwencji, w rezultacie powstała historia, która może nie ma w sobie wiele oryginalnego, jest jednak naprawdę doskonałą rozrywką, estetyczną i lekko straszną (ja się bałam mocno, ale jak wspominałam, moja tolerancja na straszne rzeczy jest dość niska). Jest w „Innych” coś takiego, co z jednej strony sprawia, że film wydaje się być przy swojej kostiumowości realistyczny, a z drugiej unosi się nad nim mgiełka magii i tajemnicy. Dla mnie to świetne połączenie i z radością obejrzałabym inny film w tym stylu.

“W głąb siebie” (Manic) reż. Jordan Melamed
O młodzieży z zaburzeniami i o ośrodkach leczenia zdrowia psychicznego powstało już mnóstwo filmów i ciężko powiedzieć w tym temacie cokolwiek nowego. Mam świadomość, że „W głąb siebie” (wolę oryginalny tytuł „Manic”) nigdy bym nie obejrzała, gdyby nie Joseph Gordon-Levitt w nim grający. Przyznaję się już na wstępie – całą jesień i pół zimy podkochiwałam się w tym aktorze i wyszukiwałam różne filmy z jego udziałem. Rzadko zdarzają mi się takie fascynacje, ale jak już są, to pełne pasji ;) Tym sposobem trafiłam na „Manic”, temat choć zużyty uznałam za ciekawy i obejrzałam – okazuje się, że wciąż można mówić o zaburzeniach psychicznych w sposób świeży i przekonujący.

Sama historia nie wnosi nic nowego – agresywny Lyle trafia do zamkniętego ośrodka leczenia po tym, jak pobił rówieśnika kijem bejsbolowym. Nie radzi sobie ze swoimi uczuciami, chwilami sam się siebie boi. Nie jest jednak przedstawiony jako ofiara budząca jedynie współczucie i chyba w tym tkwi siła filmu. Owszem, problematyczne nastolatki nie stały się takie z własnej woli, w innych środowiskach i rodzinach wyrosłyby na szczęśliwych ludzi radzącymi sobie z emocjami. W „Manic” jednak nie ma użalania się, głaskania po głowie i cudownej przemiany na koniec. Oczywiście, terapia ma za zadanie pomóc rozprawić się z demonami przeszłości, młodzi ludzie zmieniają się próbując odnaleźć swoje miejsce, zawiązują się sympatie i powstają animozje. Przekaz jednak odebrałam jako jasny – jakkolwiek pokrzywdzony nie jesteś, to ty ponosisz odpowiedzialność za swoje złe czyny, nie wystarczy obwiniać surowego ojca czy kolegów. Należy stanąć na nogach o własnych siłach, na nowo stać się sobą. To mi się spodobało, bo film nakręcony jest z dużą życzliwością, żeby nie powiedzieć czułością w stosunku do pacjentów, nie robiąc z nich jednak jedynie zagubionych dzieci, które są chodzącą niewinnością, a cały świat jest brudny i zły. Terapeuta stara się pomóc swoim pacjentom, ma jednak także swoje życie, własne problemy, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Jest zaangażowany w swoje obowiązki, ale daleko mu do bycia cudotwórcą.

Mimo dość ponurego opisu, film nie jest pesymistyczny, ma w sobie nadzieję i humanistyczny rys. Cechuje go jednak realizm i silnie współczesne umiejscowienie, co nie zawsze pozostaje przyjemne w odbiorze, zmusza jednak do refleksji. Dla mnie był on ciekawy także ze względu na pokazanie młodzieży z jej problemami w nieoderwany od rzeczywistości sposób. Mając kontakt z młodymi ludźmi w pracy obserwuję czasem podobne zachowania, choć na nieporównywalnie mniejszą skalę. Kilka fragmentów wydało mi się ciut irytujących, sztucznych w swojej próbie przekazania głębokich treści. Generalnie jednak film zostawił po sobie dobre wrażenie i naprawdę mi się spodobał.












